Sławek czy Nie-sławek?

Ten – czy ten? – a może jeszcze inny? Pytam, bo sama nie wiem.

Przystojny brunet o niebieskich oczach, z czarnym wąsem – taki Sławek Lewandowski pojawił się w „Opium w rosole”, lecz ani razu go tam nie narysowałam!

Zastanawiam się, czy ten biedny młodzian znalazł aby  należyte miejsce w mojej wyobraźni. Kiedy bowiem, korzystając z ponurej i zimnej pogody (taka mnie zwykle odstrasza od pracy w ogrodzie, a natomiast bardzo zachęca do pisania i malowania) zasiadłam do biurka z postanowieniem stworzenia kolejnej ilustracji do „Na Jowisza 2”, nie bardzo wiedziałam, jak owego Sławka przedstawić. Najpierw namalowałam tego młodzieńca:

slawek1a

 

i…  nie spodobał mi się, będąc typem szczupłego histeryka z szaleństwem w oku (taki drobny i nerwowy na pewno by się nie wyhodował na matczynych kluskach ze skwarkami i cebulką).

Namalowałam więc zaraz drugiego Sławka, zacnego i o wiele lepiej odżywionego (nadal starając się utrzymać jego stylizację na lata osiemdziesiąte) ale nie mam pewności, czy ten typ urody (jakby nie było, mało romantyczny) znalazłby uznanie w oczach Idusi:

 

slawek2a

 

Jak uważacie?

Inna sprawa, że kto ją tam wie! Ostatecznie przecież i tak odtrąciła młodego Lewandowskiego (niezależnie od tego, jak naprawdę wyglądał), by zakochać się finalnie w Marku Pałysie, nota bene też brunecie z wąsem.

 

Jak widzicie, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, sprawy te nie są proste, zwłaszcza że poważnie podchodzę do kwestii podobieństwa. Widzicie też, że pilnie pracuję (na ile tylko kręgosłupik pozwala…) i że „Na Jowisza 2” rośnie w piórka. Dużo już mu urosło!

Witam serdecznie nowych Gości w Księdze! Są to: Fifik, Basia, Ania z Oleśnicy, Maciek (z żoną i córką), Aka, Ilka i Katarzyna.

W Księdze Gości pojawiają się też pytania oraz prośby. Już odpowiadam!

Rozmarynie, jest tak, jak Ci rzecze zacny Zgred: ulica Roosevelta w Poznaniu, na odcinku od Mostu Teatralnego do Libelta, zabudowana jest tylko po jednej stronie, stąd owe kolejne numery domów stojących obok siebie. Po drugiej stronie jezdni jest nasyp z barierką, dość stromy, a w dole biegną tory kolejowe, dzielące go od Teatralki. Widzę, że musimy to sfotografować i przedstawić w „Na Jowisza2”.

Plugawy Pawełku (czyli czcigodny Profesorze), każde, nawet najbardziej osobiste przesłanie, można wpisać do Księgi Gości, opatrując je w razie potrzeby nagłówkiem: „wiadomość prywatna!” – wtedy się nie ukaże, a ja prędzej czy później je przeczytam. Dziękuję za chęć obdarowania mnie pomysłem; doceniam to, choć to nie brak pomysłów jest moim problemem, bynajmniej, tylko tak zwane moce przerobowe. I czas! Pozdrawiam całą Rodzinę!

Basiu – nadzwyczaj mnie cieszy fakt, że mamy wspólne hobby i że w „Na Jowisza” właśnie dział „Rozrywki umysłowe” spodobał Ci się szczególnie! Jednakże w części drugiej tej książki działu takiego już nie przewiduję – z braku miejsca. Strasznie dużo jest rzeczy, o których jeszcze nie napisałam!

Zosiu – z największą przyjemnością napiszę specjalnie dla Ciebie (kiedyś!) o Józku, jego dziecku i żonie. Ale jeszcze nie teraz, cierpliwości! Dziękuję Ci za ten wpis – nie masz pojęcia, jak mnie ucieszył! Pomóc komuś w trudnych chwilach, w złym nastroju, w chwilach lęku – o, to mi się podoba! Po to właśnie piszę! (Pozdrów ode mnie Mamę!)

Bożenko – dzięki za piękny i mądry, jak zawsze zresztą, wpis z Herbertem i dobrym słowem o kredensiku.

Wielu innym osobom też się spodobał! – jak miło!

Aniu z Oleśnicy – epidemia już mi przeszkodziła w pisaniu „Chucherka”, trudno, stało się. Ale mam nadzieję, że dam sobie radę. Dobrze jest wiedzieć, że mam napisać książkę, która jest tak gorąco wyczekiwana! To wspaniałe uczucie i bardzo pomaga. Dziękuję!

Aka – co za pyszny wpis o szyszkach! Czego to ludzie z głodu nie wymyślą, jak mawia filozoficznie pewien mój znajomy. Uśmiałam się. Skądinąd, ciekawy jest mechanizm, któremu ulegamy: to, co dostajemy, nie płacąc, wydaje się nam nic nie warte. A tymczasem, jak śpiewano w jakiejś amerykańskiej piosence, „wszystkie najlepsze rzeczy są za darmo!”!

Zgredzie – jakże się ucieszyłam wiadomością, że wśród mych skarbów na kredensiku znajduje się lampa lutownicza, i to w dodatku taka, jak w „Kaczej zupie” (jestem fanką Groucho Marxa). Ale pan Musierowicz, któremu nasi francuscy przyjaciele pozwolili kiedyś buszować w starej szopie na swojej farmie w Burgundii i wybrać, co mu się tylko spodoba, twierdzi, że ten obiekt został mu przedstawiony jako oliwiarka. Oliwiarką jest też (na pewno!) malutki obiekcik z cienkim dzióbkiem, uplasowany na tejże półce kredensu, jako trzeci od prawej. Pochodzi z tejże przyjacielskiej farmy, podobnie jak trzy tajemnicze mosiężne puzdereczka, stojące na najniższej półce, oraz ogromny, wystrugany z drewna sabot sprzed stuleci, okuty metalem tak, by utrzymywał trzonek motyki (przechowuję  go w piwnicy).

Wannabe – ależ zmuś babcię do opowiadania! Koniecznie! Proszę! Babcie mają naprawdę mnóstwo do wspominania!

Fifiku – miałabym poprowadzić kurs pisania? Nigdy! Sama wciąż się uczę tej niesłychanie trudnej sztuki, a ponadto wiem dobrze, jakim ograniczeniem dla wolności osoby piszącej są uwagi i wtręty  kogoś postronnego. Nie śmiałabym się narzucać. Nawiasem mówiąc, z tych właśnie powodów nie uczyłam pisania książek nawet własnej córki  (Emilii Kiereś) – sama wyrosła na świetną pisarkę, bo miała w sobie nie tylko talent, ale i pod dostatkiem  determinacji, uporu, silnej woli i – co może najważniejsze – samokrytycyzmu. Tak, sztukę pisania trzeba opanować samemu! – a mistrzowie nasi, choć oczywiście istnieją (napisali swoje książki, które podziwiamy i z których się uczymy), to przecież milczą dyskretnie w sprawie naszej własnej twórczości. I mają rację. Ciekawa jesteś „warsztatowych przemyśleń” – ależ one są tylko moje i takimi muszą pozostać, jeśli świat nie ma zostać zalany utworami literackimi o takich samych elementach. Niektóre z tych twórczych sekretów warsztatowych są moimi własnymi, świadomymi zdobyczami, ale niektóre pojawiają się i zostają zastosowane podświadomie! W ogóle, podświadomość gra ogromną rolę w sztuce pisania, a sporo o tym będzie można przeczytać w haśle „Surrealizm”, już gotowym, które wejdzie do „Na Jowisza 2”. Rada na koniec: pisz tak, jak Ci własny rozum i talent dyktują – ale wciąż się kontroluj, czy – o, zgrozo! – nie zapożyczasz się u innych pisarzy i czy ich nie naśladujesz. Naśladowcy nie mają szans na prawdziwy sukces. Dlaczego? To takie proste: bo nie są oryginalni i wyjątkowi!

Anette – tak, to cacko porcelanowe z kredensiku  (naczyńko na konfiturę różaną, jak mi wyjaśniono) jest wyjątkowo cenne: bardzo stare, pochodzi z Miśni. Szarpnęłam się na nie w biednych czasach, kiedy je ujrzałam w Desie  przy Starym Rynku. Nigdy jednak tego nie pożałowałam! Oto owa róża z bliska:

 

 

IMG_20201018_151537

IMG_20201018_151623

IMG_20201018_151606

 

Tyle gadania na dzisiaj.

Powiedzcie mi, który Sławek lepszy, dobrze?

Uściski!

Wasza

MM