Coraz bliżej!

okładki

 

Już wydrukowano okładki i wydawcy z radością przysłali mi zdjęcie. Dziękuję!

Cieszmy się razem!

A dzisiaj właśnie maluję projekt okładki do nowej książki, którą pisze Emilia Kiereś, córka i Adminka w jednej osobie. Będzie to dalszy ciąg „Srebrnego dzwoneczka”, więc na życzenie wydawców muszę też zrobić ilustracje.

Dobrze jest mieć dużo pracy!

Lecę do niej.

Uściski!

Wasza

MM

 

Niebawem

1_wrzesnia_www

 

Swoją drogą, ładne słowo: niebawem. Jak się tak w nie wsłuchać. (Niebawem. Nie-bawem. Nie-ba-wem!)

Na pewno równie stare, jak język polski.

Pamiętam swoje pierwsze zdumienie słowem – było to w latach  wczesnoszkolnych. Chodziłam po pokoju i powtarzałam na różne sposoby, w różnych intonacjach, słowo: krzesło. Zastanawiające słowo. Jak się tak w nie wsłuchać. Więc wsłuchiwałam się, wciąż je wypowiadając, a mój mały braciszek chodził za mną i uroczyście je powtarzał. To musiał być dziwaczny obrazek, myślę sobie teraz. Nasza Mama patrzyła (też ze ze zdumieniem) na swoje dzieci, które, jeśli się bawiły, to nie klockami i samochodzikami (nuda!), tylko  (wciąż i wciąż!) słowami. A jak dorosły, to też.

Ale to taka ciekawa zabawa! Zabawa, która nigdy się nie kończy i codziennie przynosi nowe niespodzianki oraz oczarowania.

A ile można zbudować z tych niewidzialnych klocków, które tak cudownie i nieoczekiwanie łączą się z sobą, tworząc zawrotne konstrukcje! Co za wspaniałe poczucie wolności daje takie zajęcie! Można stworzyć całe, zupełnie nowe, światy, których nikt nam nie odbierze, których nie można zniszczyć, zburzyć, zbombardować ani spalić – tak są zadziwiająco stabilne i szczelne.

A przy tym wciąż się zmieniają. Inaczej wygląda taki zbudowany słowami  świat, kiedy się go dopiero tworzy, jeszcze inaczej – gdy już jest ukończony, i znowu inaczej – kiedy przybiera kształt gotowej książki. I potem znów przemiany: za każdym razem, gdy się sięga po tę książkę, czyta się ją jak gdyby nowymi oczami i widzi się w niej rzeczy zupełnie nowe.

No, dobrze. Chwilowo jest po zabawie. Czekamy sobie. Gdzieś tam – zdaje się, że w Łodzi – właśnie od tygodnia maszyny pracują, trwa proces druku.

Już niebawem!

 

Trochę światła

contemporary-stained-glass-woodpecker-and-tree

 

Żeby dłużej nie patrzeć na te nieszczęsne pączki, które – jestem pewna! – wszystkim już zupełnie obrzydły, spójrzmy sobie razem na świat przez witrażowe okienka. To z dzięciołem – współczesne dzieło sztuki, z lekka stylizowane na Art Nouveau – znalazłam na stronie Wayne Cain Architectural Glass i natychmiast wpadłam w zachwyt.

Co za cudowny pomysł! Za oknem rosną prawdziwe drzewa i to one właśnie nadają witrażowi kolory – co dzień inne!

Niestety, nie podano, kto jest autorem tej piękności.

A ten znów witraż mam od dawna w swoim skarbczyku i wciąż się nim cieszę; reprezentuje kierunek zwany Art Deco, a zobaczyć go można w muzeum witrażu Melbourne House. Autorem tego cuda jest Colin Rose, kanadyjski artysta z przeszłości. Nic więcej o nim znaleźć nie mogę, ale i bez żadnych o nim informacji po prostu lubię człowieka. Proszę spojrzeć, z jaką wirtuozerią i z jaką pieczołowitością zabawiono się tu nie tylko barwami szkła, ale i jego fakturami, przezroczystością lub matowością i rodzajami tak zwanego „mrożenia”!

 

264px-Art_Deco_Stained_Glass_in_a_Melbourne_House

 

Właśnie zdałam sobie sprawę, że podziwiam w ludziach pieczołowitość. Staranie. Dbałość. Upór. Powagę, z jaką przystępują do pracy i wytrwałość, z jaką doprowadzają swoje dzieło do doskonałości.

Czy mam wrażenie, że dziś te cechy zanikają?

E, może nie.

Raczej chyba zepchnięte są poza nasze codzienne pole widzenia przez niedbalstwo, brak powagi, powierzchowność i tandetę.

Szkoda.

PS

A tu jeszcze – specjalnie dla KC Elżbiety – witraż „Drzewo życia” – niestety, nie mogę się doszukać, czyje to dzieło, więc tylko powiem, że znalazłam je przez Google. I nic więcej o nim nie wiem!

 

tree-of-life-drawing-stained-glass---google-search

 

Tłusty Czwartek

paczek

 

Gdy się karnawał z wolna w stronę postu schyla,

Nastaje oto Tłusty Czwartek Lunofila.

Patrząc w półksiężyc wzrokiem sennego zajączka

Lunofil cichcem zżera kosmicznego pączka!

 

Tak nieopatrznie, płocho, nie bacząc na skutki

Niejeden z Lunofilów staje się grubiutki.

Trudno mu  potem będzie  tę obfitość zgubić,

Lecz cóż ma począć, gdy mu każą  pączki lubić?!

 

Mój Lunofilu, podnieś się, proszę, na duchu,

Jest bowiem propozycja zbawiennego ruchu:

Presję tradycji odrzuć,  oddal  pokus szereg

I zamiast jeść tak tłusto, ruszaj na spacerek!

 

 

 

Już idzie!

przebi

DC Rysiek, który lubi kwiaty i nawet potrafi usmażyć przepyszną konfiturę z płatków róż (próbowałam! boska!), nadesłał dzisiejsze zdjęcie ze swojego ogrodu. Ha! Wcześnie w tym roku! Już są, już kwitną przebiśniegi!

A więc nasz Rysiek wyłapał pierwsze sygnały wiosny! Ich ściganie, według Karela Čapka, to w lutym pierwsza praca sezonowa ogrodnika.

 

Ogrodnik nie da się nabrać na pierwszego chrabąszcza czy motyla,który zazwyczaj w gazecie zagaja wiosnę; przede wszystkim na żadnych chrabąszczach mu w ogóle nie zależy, a po drugie taki pierwszy motyl jest zazwyczaj ostatnim z ubiegłego roku, który zapomniał umrzeć. Pierwsze sygnały wiosny, za którymi ogrodnik się ugania, są najbardziej zwodnicze. Są to:

1. Krokusy, które mu wyrastają w trawie jak takie nalane ciężkie groty; pewnego dnia taki grotek pęka (przy tym jeszcze nikogo nigdy nie było) i przynosi mu pęk ślicznie zielonych liści; i to jest pierwszy znak wiosny, dalej:

2. Cenniki ogrodnicze, które przynosi listonosz. Chociaż ogrodnik zna je na pamięć (tak jak Iliadę zaczyna się od słów Menin aeide, thea, te katalogi zaczynają się od słów Acaena, Acantholimon, Acanthus, Achillea, Aconitum, Adenophora, Adonis i tak dalej, co każdy ogrodnik potrafi wyliczać, jakby sypał z rękawa), mimo to czyta je pieczołowicie od Acaeny po Wahlenbergię albo Yuccę, ciężko zmagając się z sobą, co by tu jeszcze zamówić.

3. Przebiśniegi są dalszym posłańcem wiosny, najpierw  to są takie bladozielone szpice wyglądające spod ziemi, te następne rozszczepiają się na dwa tłuste maciczne liścienie, no to już mamy tyle. Następnie zaczyna to kwitnąć gdzieś już na początku lutego i powiadam wam, że żadna palma zwycięstwa ani drzewo wiadomości, ani wawrzyn sławy nie jest piękniejszy od tego białego i kruchego kieliszeczka na bladej łodyżce, chwiejącej się w słotnym wietrze.

(Karel Čapek, Rok Ogrodnika, tł. Halina Janaszek-Ivaničková)

 

Ale my tu nie mamy słotnego wiatru, my tu mamy piękną, słoneczną pogodę i jedenaście stopni ciepła w lutym! I właśnie była pełnia niebieskiego księżyca, a w marcu – jak nas zawiadamia KC Evik – ma być kolejna taka, a to na pewno sprzyja przybyciu wiosny, i wszystkie ptaki już ją czują, ignorując ziarenka, które im sypię do karmnika.

Sowy też czują, na pewno.

 

fred cuming

 

Ten śliczny portret Sowy Lunofilki jest dziełem znakomitego brytyjskiego pejzażysty, Freda Cuminga (ur. 1930), którego wszystkie dzieła, odkryte dzięki internetowi, zachwyciły mnie ostatnio całkowicie.

Oto on (miły człowiek!):

 

Fred_Cuming_portrait

 

Na pierwszy rzut oka wcale nie widać, że ten malarz jest lunofilem, prawda? A jednak! Oto jego krajobraz toskański:

 

cuming_1652_1200_800_S

 

A tu – May Evening. Crescent Moon:

 

May Evening, Crescent Moon

 

Jest jeszcze kilka innych księżycowych pejzaży Cuminga, ale są też i wspaniałe obrazy ze słońcem o wschodzie i zachodzie, więc tylko Was zachęcam do ich oglądania i czym prędzej idę do ogrodu, żeby zobaczyć, co słychać u moich przebiśniegów!

Uściski od

Waszej

MM