Dzień Bibliotekarzy

IMG_20200506_163357

 

Najmilsze wiosenne kwiatki – dla Was, Przyjaciele książek, czytelników  i pisarzy!

Nie zapominamy o Was nawet wtedy, gdy biblioteki są zamknięte.  Tak wiele Wam zawdzięczamy!

Na dowód – mały kawałek mojej książki „Na Jowisza” – fragment hasła „Biblioteka Raczyńskich”:

 

 Oniemiałam z zachwytu natychmiast
po pierwszym wejściu do tej biblioteki. Zdawało mi się,
że od wszystkich książek naraz bije ciepły blask. W mnogości
ciasno wyładowanych regałów było coś nieopisanie kuszącego,
magnetycznego, a zrazem – kojącego i napawającego
pewnością oraz poczuciem bezpieczeństwa. Jakby się człowiek
znalazł w fortecy!
Książki były schludnie i z szacunkiem obłożone w czysty,
szary, szorstki papier pakowy, każda miała na grzbiecie
jaśniejszą nalepkę z symbolami i numerkami wypisanymi
ręcznie, ładnie – piórem i granatowym atramentem.
Wyglądały tajemniczo i zarazem apetycznie.
Początkowo byłam onieśmielona tym cudownym
nadmiarem, nie wiedziałam, co mam wziąć do pierwszego
czytania, ale miła pani bibliotekarka zaraz mi pomogła,
wypytała, zatroszczyła się i usadziła przy stoliku ze stosem
książek do spróbowania. I przepadłam!
Odtąd spędzałam tam wszystkie wolne popołudnia.
Musiałam dotrzeć na Armii Czerwonej sama,
mijając zbombardowane domy, których wciąż jeszcze
nie odbudowano, i puste miejsca, z których już uprzątnięto
gruzy. Bywało mi trochę straszno, ale raczej z powodu
ciemności, która tak szybko zapadała.
Na szczęście moja czytelnia znajdowała się niedaleko
od ulicy Kościuszki, za drugim narożnikiem. Światło i ciepło,
błoga słodka cisza i powitalny uśmiech pani bibliotekarki – to
czekało na mnie na końcu ciemnej przeprawy. Wkraczałam tam –
i roztapiałam się ze szczęścia.
Większość tego księgozbioru pochodziła jeszcze sprzed wojny –
książki różniły się od tych, które można było dostać w księgarniach
lub wypożyczyć w szkolnej biblioteczce. Były rozkosznie zużyte,
przyjemnie pożółkłe, grube, aksamitnie miękkie w dotyku i mile
pachnące czymś nieznanym. Kiedy się je czytało, miało się wrażenie
obcowania ze światem dziwnie stałym, pewnym, z czymś, na czym –
czułam to! – można się zawsze oprzeć.
A rzadko miewałam to wrażenie w rzeczywistości.
Książki okazały się niezawodnym przejściem do lepszego świata.
Popadłam w nałóg uciekania tam przy każdej okazji i bardzo szybko
literatura stała się dla mnie przestrzenią prawdziwej wolności.
Po jakimś czasie zaczęłam zabierać tam ze sobą braciszka,
bo żal mi było, że cieszę się czymś bez niego. I tak staliśmy się
oboje wiernymi gośćmi czytelni dla dzieci. A wychodząc przed
jej zamknięciem, wypożyczaliśmy sobie jeszcze po dwie książki
do domu. Po dwie dlatego, że więcej nie wolno było.

 

Tamtej  niezapomnianej pani bibliotekarce i wszystkim innym bibliotekarzom, których dane mi było spotkać – wielkie podziękowanie!

MM

165 przemyśleń nt. „Dzień Bibliotekarzy

  1. Jako fani Jeżycjady, chcieliśmy się z Panią podzielić wierszem naszej przyjaciółki Agnieszki, też wiernej czytelniczki Pani książek, która znajduje czas pośród codziennych zajęć w rodzinie i ucząc matematyki w szkole na twórczość innego rodzaju. Ten wiersz został napisany na konkurs pt. „O ludzką twarz człowieka”, ale nie został doceniony. Naszym zdaniem, to wielka szkoda. Jeśli uzna Pani, że warto, może go Pani zamieścić na swojej stronie ku pokrzepieniu serc. Dziękujemy za ostatnią książkę – coś pięknego!
    Kwartet smyczkowy

    I skrzypce

    Panie Boże, umieściłeś ludzi w obcym świecie,
    jakie role wyznaczyłeś nam w ludzkim kwartecie?
    Nie ma ludzi niepotrzebnych, każdy tu coś znaczy,
    niech czytając te linijki, swe miejsce zobaczy.

    Pierwszy skrzypku, wirtuozie, godzien zaufania,
    podejmujesz trudne role w życiu do zagrania.
    Czyś wybrany jest przez ludzi, czy też samozwańczy,
    grasz przewodnią nić melodii, pod którą ktoś tańczy.
    Jesteś księdzem, kapitanem, partyjnym liderem,
    dyrektorem, alpinistą, w nauce pionierem.
    Czy przecierasz nowe szlaki w nieznanej przygodzie,
    czy decyzje podejmujesz o kwiatach w ogrodzie –
    twojej pracy towarzyszy niezwykła odwaga,
    no bo komu więcej dane – więcej się wymaga.
    Często „pierwszy” się otacza blaskiem i splendorem,
    lecz odpowiedzialność wielka – być dla innych wzorem.
    Czy prowadzisz innych w prawdzie, czy jak celebryta,
    który wielu na lep sławy i hałasu chwyta?
    A gdy już osiągniesz wszystko, o czym człowiek marzy,
    poproś Boga, byś nie stracił człowieczeństwa z twarzy.

    II skrzypce

    Drugi skrzypku, uzupełniasz melodię przewodnią,
    dyskutujesz, odpowiadasz lub jesteś parodią.
    Jesteś żoną, oficerem, sportowcem zbyt starym,
    czy zastępcą, sekretarką, kupcem lub wikarym?
    Może bycie czyimś „vice” wpędza cię w kompleksy,
    widzisz siebie jak rzucane przypadkowo kleksy.
    A pokorna praca w cieniu często też popłaca,
    bycie szarą eminencją to poważna praca.
    Zamiast robić z bycia drugim codzienną udrękę,
    uznaj się za nieodłączną, wierną prawą rękę.
    Twój wpływ na wpatrzonych w ciebie wcale nie jest mały –
    to okazja, by pokory dać wzór doskonały.
    Jeśli na twą graną partię pada cień zazdrości,
    doprowadzasz się sam w końcu do żalu i złości.
    Nie trać czasu, żyjąc jak ktoś, kto wciąż na coś czeka –
    najważniejsze, byś zachował ludzką twarz człowieka.

    Altówka

    Dla altówki nie zaszczyty i sławy podwoje,
    grasz codzienną swą melodię, przecież „robisz swoje”.
    Ciągła powtarzalność dźwięków zdaje się rutyną,
    lecz bez twojej cierpliwości wszyscy inni zginą.
    Twój los często porównują z pracowitą mrówką:
    rolnik, piekarz, nauczyciel z kolejną kartkówką,
    maszynista, urzędniczka, sprzedawca przy kasie –
    wydeptujesz swoje ścieżki w „pracującej masie”.
    Podtrzymujesz świat modlitwą w „Róży świętej Rity”,
    lub zapaśnik – w pocie czoła ćwiczysz różne chwyty.
    Twój wkład, choć z pozoru szary, w istocie cudowny,
    jako trybik w tej maszynie jesteś nieodzowny.
    Strudzonemu codziennością często ci się marzy,
    że twą ludzką twarz w tym tłumie ktoś dziś zauważy.
    Lecz z godnością unoś głowę, nie umniejszaj roli,
    twa melodia, chociaż prosta, innym żyć pozwoli.

    Wiolonczela
    Epilog

    W rytmie życia wychwytujesz dźwięki niższe, czyste,
    grane ze spokojnym sercem przez wiolonczelistę.
    W porównaniu z wirtuozem całkiem bez pośpiechu,
    jest tu miejsce na melodię, jest i dla oddechu.
    To kochana twoja babcia, która powtarzała,
    że „bez Boga ni do proga” – sto razy bez mała.
    Albo ksiądz staruszek, wierny powołaniu stale,
    który siedzi w każdej porze dnia w konfesjonale.
    Może jesteś pustelnikiem, żyjącym w eremie,
    w którym z wyciszenia w Bogu wielka mądrość drzemie.
    I szukają ciebie ludzie, w życiu pogubieni
    czując, że twa pieśń ufności ich losy odmieni.
    Czasem myślisz: moje życie ciche, nic nie warte,
    bo przemierzam wolno szlaki dawno już przetarte.
    Ale może się okazać, że nagroda czeka
    na tych, którzy utrzymali ludzką twarz człowieka.

    Przyjmij rolę swoją z dumą, bowiem na tym świecie,
    żaden utwór nie brzmi dobrze bez CIEBIE w kwartecie.

  2. Adrien, nie ma za co!
    Chętnie bym odpowiedziała na Twoje pytanie, ale temat jest tak ogromny, że nie da się go ująć w kilku zdaniach.
    Odsyłam Cię do mojej książki „Na Jowisza!”- tam poświęciłam owej sprawie nieco więcej miejsca.

  3. Aleksandrze, rodzina opowiadała mi o wojnie, rzecz jasna.
    Najtrudniejszy był dla nich moment, w którym dowiedzieli się o śmierci najstarszego syna i zarazem brata, księdza Mariana Konopińskiego. Został on zabity przez Niemców w obozie koncentracyjnym Dachau, tylko za to, że był Polakiem i księdzem.

  4. Dzien dobry Pani
    Bardzo Pania przepraszam to pomylka z mojej strony.
    Chcial bym aby Pani mi powiedziala krotko jak bylo po ll wojnie swiatowej jaka atmosfera panowala.
    Jeszcze raz Pania przepraszam.

  5. Dźien dobry Pani ,
    Nazywam się Aleksander i mieszkam w Francji .
    Dostałem na zadanie domowe wysłacz do pani pytanie o 2 wojnie światowej.
    Czy pani rodzice lub dziadkowie opowiadali pani jak było podczas 2 wojny światowej ?
    Jeżeli tak czy mogła by pani odpowiedzieć na 1 pytanie jeżeli pani ma odpowiedz ?
    Pytanie : Jaki moment w czasie 2 wojny światowej był najtrudniejszy dla pani rodziców ?
    Dziekuje że pani przymeczytała ten komentarz .

    Dobrej Soboty, Aleksander S

    PS : Przepraszam za błędy .

  6. Dobry wieczór, Adrien.
    Zaszła maleńka pomyłka.
    Na moje szczęście urodziłam się w roku 1945, czyli – jak zapewne wiesz – właśnie w roku zakończenia II wojny światowej.
    Mam wrażenie, że Wasza Pani, kierując Was tutaj z pytaniami – Ciebie, Twoje dwie koleżanki, a może i całą klasę – nie sprawdziła daty mojego urodzenia. Masz szansę zwrócić jej na to uwagę! Zawsze to jakaś satysfakcja, no nie?

  7. Dzien dobry Pani
    Wiem ze pani przezyla ll wojne swiatowa chcial bym
    aby Pani mi powiedziala moment ktory najbardzij panie wstrzasl,
    przepraszam za blendy lecz pisze z Franci i nie mam Polskiej klawiatury
    Dziekuje Pani
    Adrien

  8. Trochę spóźniona z życzeniami dla Bibliotekarzy, chciałam podzielić się wątkiem z książki o której ostatnio wspominałam (seria Blask Corredo). Otóż jest tam grupa istot nazywana Avenidami, istot blisko związanych z książkami. W świecie ludzi pojawiają się wyłącznie w bibliotekach lub w pobliżu innych bogatych księgozbiorów czy archiwów. Potrafią przeczytać książki napisane w każdym możliwym języku każdego z istniejących ludów i światów. I mogą przez książki przenosić się do dowolnego miejsca na świecie, gdzie też znajduje się jakaś książka. Są istotami, które żyją bardzo, bardzo długo (jeden z bohaterów powieści poznaje dziewczynkę avenidzką, która ma 116 lat…). Mają swoją stolicę, w której najważniejsza budowla to biblioteka mieszcząca wszystkie książki świata, a domy zbudowane są z pozostałości książek, które uległy zniszczeniu lub uszkodzeniu w którymkolwiek ze światów. Avenidzi nie prowadzą wojen, nie wchodzą z nikim w konflikty i mogą wręcz podejmować misje służące zażegnywaniu takich sytuacji. Nie trudno domyślić się jak ważne muszą być książki dla autorki tej historii :)

  9. Cóż, zrobić z ułomności, i to zawinionej, cnotę, to jakiś sposób radzenia sobie z problemami osobowościowymi. Ale sporo osób weźmie to wprost, bowiem potwierdzi to ich wcześniejsze nadzieje (snute podczas lekcji ze wzrokiem wbitym w topole za oknem). I teraz pytanie, ilu spośród tych, którzy uznają, że najlepszą drogą do zostania raperem-milionerem ze złotym roleksem na nadgarstku, ewentualnie pożywieniową instagramerką (fotografowanie jedzenia i pokazywanie tego w sieci to nowa profesja, jedna z tych, które dowodzą, że zmierzamy ku zagładzie), jest nieukończenie szkoły na wzór ich idola, rzeczywiście te wymarzone wyżyny osiągnie? I co, jeśli nikt?

  10. A ostatnio przeglądając wiadomości w Internecie, trafiłam przypadkiem na artykuł „Gwiazdy bez matury”. Z czystej ciekawości go otworzyłam i… zalamalam się:-( nie, nie tym, że ktoś nie zdał czy z różnych powodów nie przystąpił do egzaminów dojrzałości. Nie wszyscy przecież mają zdolności intelektualne, łatwość w uczeniu się itp. Przerazil mnie fakt, że część tzw. gwiazd CHLUBI SIE brakiem wykształcenia! Uważaja za powód do dumy to, że nie skończyli szkoły. Wśród nich byli młodzi ludzie, którzy ledwie wkroczyli w dorosłość.

  11. Dzień dobry!
    Przetrząsałam chwilę internet i udało mi się jeszcze zamówić „Na Jowisza!”. Tym samym ze spokojem mogę wrócić do swoich obowiązków. Pozdrawiam serdecznie z deszczowego i zielonego Wrocławia! Jak dobrze, że pada.

  12. Alku, święta racja. Nic dodać, nic ująć.
    Często się zastanawiam, co takiego musi pójść w zła stronę (bądź jaki życiowy moment musi nadejsc), by ludzie wykształceni, mądrzy, wystąpili na drogę wyrachowania, bylejakości, dwulicowosci…? Zauważmy, ze wystarczy mały krok, by po niedługim czasie wpaść w błoto i jeszcze się rozkoszować taka kąpiela! I jak często okazuje się, że za przypadkami najgorszych zbrodni stoi jakiś drobny czyn człowieka wpływowego, który swoją władzę mógłby wykorzystać do chwalebnych celow… zdaje się, że to Hannah Arendt pisała o zbanalizowaniu się zła.

  13. Ach, cierpliwość i asceza nie popłaca. Obiecałam sobie, że ” Na Jowisza” przeczytam dopiero wtedy, kiedy dokonam najważniejszych prac w szkole, czyli spokojnie poczekam na premierę w wydawnictwie, bo jak będę miała książkę w domu wcześniej, to to się nie uda. No i przesadziłam, trzeba było nie robić wyrzeczeń. No ale skąd miałam wiedzieć? Mam nadzieję, że dodruk jednak będzie. I precz z wyrzeczeniami! Oraz z ascezą w kwestiach literackich.

  14. O, Kocimiętko, ładna historia o koncercie na metalowe pręty i Stworzynia Boże!
    Wyobrażam sobie te różne tonacje.

  15. A! Jeszcze najserdeczniejsze życzenia dla wszystkich Bibliotekarek i Bibliotekarzy :) Nieco opóźnione ale są.

  16. Nasze koty też zjadają chrabąszcze. I pająki. A rodzina (wraz ze mną) się śmieje, że to są takie czipsy i frytki. (Chrabąszcze chrupią przy zjadaniu). A że żołądek koci z reguły chityny nie trawi, znajdujemy potem w różnych miejscach takie zwrócone owadzie odpadki. Brrr. Rok temu, jeszcze zanim założyliśmy na ogrodzenie rodzaj ciemnozielonego materiału (sprawiło to, że ogród wydaje się mniejszy i przytulniejszy, bo roślinki nie są na tyle duże żeby takie poczucie dawać) majowymi wieczorami Stworzynia Boże z rozpędu uderzały o metalowe pręty wytwarzając serie brzdęków o różnych wysokościach. Wysokość zależała zapewne od miejsca uderzenia. Przedziwny koncert. :)

  17. Tak też miałam zrobić – od razu zamówić jeden z dodatkowych zestawów kart do gry. Postanowiłam jednak zaczekać z tym do pierwszych rozgrywek, jeśli nas wciągną nie będę się zastanawiać.

  18. U nas deszczyk pada aż miło. Ziemia pachnie i bzy na cmentarzyku na górce białe i fioletowe, i konwalie. Opodal ławeczki, tam gdzie trawnik wyłysiał najbardziej, zrobiłam okrągły klombik. Wędrują tam rośliny, które same się wysiały w niefortunnych miejscach, w ogrodzie. Miło też popatrzeć, jak powoli nabiera kształtu i barw różany zakątek przy bocznym tarasie, gdzie postanowiliśmy chronić się przed głośnymi sąsiadami. Na szczęście mamy taką alternatywę.
    Tylko dlaczego akurat teraz postanowiła zepsuć się pralka ?!

  19. Karolino, w mojej rodzinie gra „Wsiąść do pociągu” cieszy się ogromnym uznaniem – mnie nie zachwyca, ale to pewnie dlatego, że nie lubię podróży. W ogóle, nie lubię gier, w których trzeba ścibolić punkty, podliczać, zdobywać tereny czy finanse.
    A natomiast za grą „Dixit” przepadam, daje ogromne pole wyobraźni, zdolnościom kojarzenia, poczuciu abstrakcji i przede wszystkim – poczuciu humoru. Cudowna zabawa!- dobrze jednak jest zaopatrzyć się w kolejne wydania kart do gry, bo ich komplet podstawowy dość szybko powszednieje.

  20. Przy okazji, dziękuję za porady w sprawie gry. Czekam na kuriera z „Dixit”. Chciałam też zamówić „Wsiąść do pociągu”, ale wersja „Europa” była niedostępna, a na początek wydawała mi się najlepsza. Mam nadzieję, że obdarowany będzie zadowolony.

  21. U mnie biblioteka też otwarta od dzisiaj. Nie żebym nie miała co czytać, tak ciężko powstrzymać się przed kolejnymi zakupami, a i każda wizyta w bibliotece kończy się zabraniem kilku ciekawych egzemplarzy ze stolika opatrzonego tabliczką „Do zabrania”, a jednak czuję się bezpieczniej.
    Widząc w jakim tempie zniknął cały nakład „Na Jowisza”, cieszę się że złożyłam zamówienie jeszcze na długo przed premierą. Gratuluję DUA Pani i Córce sukcesu!

  22. Mimi, ludzie którzy już na starcie są na tyle prymitywni, że piwo przed sklepem przesłania im resztę możliwości, osiągną nic albo niewiele. W najlepszym wypadku będą zarządzać czymś na najniższym poziomie złożoności, co nawet jeśli schrzanią, to szkody nie będą duże. Uczestnictwa w wyborach nie licząc. Natomiast jest wiele osób, które zaczynały dobrze, z zapleczem intelektualnym i moralnym, można by sądzić, że wystarczającym. I te osoby w pewnym momencie życia postanowiły zacząć robić z tego zły użytek. Oni nie wypiją piwa przed sklepem, nawet nie proponuj. Tacy ludzie często zachodzą wysoko (bo nawet jakie-takie zaplecze intelektualne pomaga, a i brak skrupułów ma tu swój udział), zaś szkody przez nich wyrządzane są ogromne. Niekiedy katastrofalne. Ci pierwsi mogą budzić najwyżej niesmak, chyba że nauczą się równo ciąć deski, albo będą handlować czymś tam na allegro nie oszukując nabywców, wtedy proszę bardzo. Miejsca jest dosyć, szerokiej drogi. Natomiast ci drudzy będą demolować, gdy tylko dojdą do możliwości, odpowiadających ich ambicjom.

  23. Tak, pan Wołodyjowski też wydal mi się podobny. I Helena Kurcewiczówna. Nawet Baśka!
    Zagłoba zupełnie nie.

    Mimi M., dzięki za mądre słowa. Tak, miejmy nadzieję, że życie, wraz z jego zawiłościami, nieuchronnym cierpieniem, ciągłą koniecznością dokonywania wyborów, nauczy czegoś Igora i jemu podobnych.

  24. Wydaje mi się , że obok buzujacych hormonów, prawdziwym nieszczęściem Igora Bogatki było lenistwo. Z tego wypływają jego pozostałe wady. Ponadto kombinatorstwo i chodzenie na łatwiznę. Niestety, wielu jest ludzi w typie Bogatki. Sama znałam kilka takich osób z moich czasów szkolnych i zastanawiam się czasami, jak się im ułożyło życie. Czy udało im się wyrosnac choć trochę z głupoty i prymitywizmu? Mam nadzieję, że tak, bo czasami dorosłe życie weryfikuje nasze zachowania i sposób myślenia. Poza tym, wszyscy przeciez jakoś dojrzewamy.
    Na szczęście, ludzi pracowitych, dzielnych, mądrych też nie brakuje. Emanuja dobrem i rozsiewaja je wokół siebie.
    Ma Pani rację, twierdząc w jednym z wcześniejszych wpisów, że największym nieszczęściem człowieka jest lenistwo właśnie. Praca, również ta nad sobą samym, potrafi przynieść zaskakująco wiele dobrego.

  25. Ależ piękne portrety kobiet malował Piotr Stachiewicz! Jestem pod wrażeniem. A te sienkiewiczowskie, wcale nie takie znów odległe od moich wyobrażeń, muszę przyznać. Przynajmniej niektóre – Bohun podobny, Michał Wołodyjowski też. Natomiast Zagłoba nie bardzo, a Oleńka całkiem nie.

  26. Dzień dobry, Julio i Emilio!
    Urodziłam się w roku 1945, czyli w roku zakończenia wojny. Pamiętam więc z czasów wojennych akurat tyle, co Wy.
    Jednak na wszystkie te pytania znajdziecie odpowiedzi w podręcznikach historii, albo w książkach wspomnieniowych. Bywają bardzo ciekawe!- polecam!

  27. Dzień dobry pani Musierowicz,

    Jestem w klasy ósmej w Polskiej szkole w Francji ,
    I Mam dla pani małe pytanie dotyczące Polski w czasach powojennych:
    Jak i skąd ludzie brali materiały aby odbudować miasta które zostały zrujnowane podczas II wojny światowej ?

    Dowidzenia

  28. Mamo Isi, ja już dawno dałam sobie spokój z sałatą, na rzecz rukoli. Rukola nie smakuje ślimakom, a mnie owszem i nawet bardziej niż sałata.

  29. Dzien Dobry Pani Musierowicz
    Jestem w klasie osmej w polskiej szkole we Francji, i mam takie pytanie : Gdzie ludzie zyjacy w czasach drugiej wojny swiatowej uciekali gdy ich domy zostawaly zniszczone, zbombordowane i nie mogli juz w nich zamieszkiwac ?
    Pozdrawiam

  30. Mamo Isi, dziękuję za wiadomość prywatną. A więc to tak!!! Ho, ho.

    Krzysztofie, jak smacznie to opisałeś! Tak, stanowczo, w bibliotece musi być porządek, inaczej to nie biblioteka jest, tylko chaotyczny i nieużyteczny zbiór.

  31. O bibliotece. Dzięki pannie Annie z domu Kwarant zdołałem po wielu, wielu latach półkowego bałaganu uporządkować swój księgozbiór. Zostały ujawnione braki spowodowane nadmiarem dobroci w kwestii tzw. pożyczania, w zamian dokonano kilku ciekawych odkryć, a dobre kilkaset książek wywędrowało z domu tworząc zalążek przyszłej biblioteki przy przyszłym centrum kultury, które kiedyś się zbuduje. Teraz siedzę i podziwiam.

  32. Ta dębowa beczułka emanująca na ogród aromatem bordeaux mnie kusi, ale po pierwsze i tak deszczówkę odprowadzamy na ogród, a po drugie cenę ma ciut zaporową, choć niewątpliwie okazyjną, jak na takie cudo.

  33. Tak, wiemy, wiemy! Już nam mówiłeś, o czym to będzie.
    Miłego pisania, Alku!

  34. Isi-maman, są szkielety i szkielety. Szkielet niedokładnie objedzony mógłby faktycznie być poważnym wyzwaniem. Dzień dobry wszystkim, dzień dobry UA. Zawiadamiam, że moja ogrodowa beczułka świetnie się sprawdza i w świetle poranka wygląda imponująco. Cieszę się bardzo, że nie poszliśmy w plastik. A teraz idę popracować, piszę teraz nieduże dzieło o piskach nornic.

  35. Bożenko, dzięki za cenne uwagi.
    Tak jest, Lonia w „Jowiszu” to już jest ta po przemianie, a nawet później: ma już siwe włosy, jak w „Ciotce Zgryzotce”, a nie sztucznie rude, jak w latach 80-tych, w „Kalamburce”.
    (Muszę pilnować nawet tego, w jaki sposób i kiedy mi się bohaterowie starzeją).

  36. Dzień dobry!
    Mamo Isi, powiedz mi, proszę, czy ten dystrakt od szkieletu makreli to był nasz wspólny znajomy, profesor?

    Mimi, zdecydowanie mniej groźne. Jeszcze będzie pożytecznym trybikiem w wielkiej machinie życia społecznego. Bogatka małe ma szanse, chyba że mu się hormony znacznie uspokoją.

    Ateno, tak jest! To wielka prawda i właśnie miałam to powiedzieć.

  37. Czy ja wiem, Piętaszku? Sama nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby ktoś mi oddał książkę założoną niezbyt starannie objedzonym szkieletem wędzonej makreli. Ale podejrzewam, że poczucie humoru też nie byłoby tym, co by się wybijało.

  38. Kochany Starosto, mogą być cekiny w melodramacie sauté – wszystko pożrę.

  39. Czytam komentarze w temacie, jak bym podjadała hors d’œuvre i wprost czuję, jak apetyt mi rośnie!

    Coroczna wojna za ślimakami rozpoczęta – sałaty jak by nigdy nie było. W odwecie kilogram ślimaków w lesie. Dzikom bardzo smakują.

  40. Alku, kawał dobrej prozy!

    Swoją drogą, ja także Rubaszną z Plecakiem wyobrażałam sobie w innym typie. Bardziej niechlujnym (nie tylko gramatycznie), że tak powiem. A tu wyszło dziewczę w stylu Barbie, rozmiarowo wszak nieco ponad obowiazujący owe laleczki standard 90-60-90 :) Co jednak otwiera kolejne konteksty i pozwala lokalizować dziewczę w podobnej sobie grupie nastolatek, Kochana Autorko ;) miłe toto może i sympatyczne, choć bez polotu, stworzenie. Chyba mniej groźne dla społeczeństwa niż taki Bogatka, dajmy na to.

  41. A to Starosta zaintrygował: „niezwykłej starszej pani”. Ale pasuje, jak ulał – wystarczy przekreślić „nie”. I to byłby osobiście, własnoręcznie wykonany przez Autorkę element dezelowania.

    Nasz nowy kot (jak zawsze z odzysku) łowi chrabąszcze majowe. I je zjada chrupiąc. Muchy też łowi, ale mu nie smakują, więc walające się tu i ówdzie zwłoki trzeba sprzątać. Kocica patrzy na te jego kulinarne fanaberie z obrzydzeniem.

    Niestety żaden z psów (też z odzysku) nie interesuje się ślimakami, mimo że zasadniczo są wszystkożerne – ostatnio zeżarły ćwikłę z chrzanem z salaterki.
    Trudno, nie można mieć wszystkiego.
    Czy w „Na Jowisza” jest portret Bobka – psa jadającego ślimaki?

  42. Pani wicedyrektor jest zatem żywym przykładem zasady, wedle której w pewnym wieku, każdy ma taką twarz na jaką sobie zasłużył.

  43. Siła obrazu! Zauważam, że moja wyobraźnia, mimo żywych od lat własnych konkretyzacji postaci Jeżycjady, szybko wchłania nowy ich obraz. Zwłaszcza że w tle ilustracji dopełniają się fabuły; np. wspominana tu Lonia – zaskoczył mnie jej wizerunek, ale zaraz pojawiło się uznanie dla jej przemiany; widać, że pracowała nad sobą, nabrała pewności siebie, co akceptuję z uznaniem dalekim od przerażenia :) Najsilniej zderza się z moim wyobrażeniem doktor, ojciec Czekoladki, ale większość portretów – z każdym ponownym smakowaniem „Na Jowisza!” – będzie się zapewne w wyobraźni coraz mocniej zakorzeniać.

    Dobrej nocy!

  44. „Trzepot bibliotecznych skrzydełek towarzyszy całemu życiu” – bardzo ładne.

    Użyczając sobie określenia Bogny rzeknę, że wszystkie tutejsze kierowane do bibliotekarzy pozdrowienia i uśmiechy, ciepłe wspomnienia osób i bibliotek to miód na moje serce :).

    Dzięki, Zgredzie :). Zośko, pozdrawiam!

  45. Sowo, pani wicedyrektor ma po prostu wiele zmarszczek mimicznych, wynikających z wrodzonej nieżyczliwości oraz nabytej zgryźliwości, plus niechętna władczość. I to ją postarza. Dobrze jej tak.
    Co do owej niezgodności: tak, jasne, bywa tak i nie ma w tym niczego zaskakującego. Sama miałam kiedyś to wrażenie: gdy po raz pierwszy obejrzałam portrety bohaterów „Trylogii”, narysowane (wspaniale!) przez Piotra Stachiewicza.(Węglem, ołówkiem i sangwiną)
    Polecam je, swoją drogą, są gdzieś w sieci.

  46. W mojej wyobraźni pani Dąbek-Nowacka była (jest) postawną blondynką i do tego znacznie młodszą z urody. Ale taka też jest niezła, znam kilka podobnych pań. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że właściwie żadna ilustracja nie odpowiada mojej wyobraźni – to zabawne, na jak wiele sposobów można w głowie interpretować słowo pisane. Bardzo mnie zauroczyła mała Mila z warkoczykami – typ lindgrenowski.

  47. Alku, co za mila niespodzianka!
    Dziękuję za osobisty, cenny przegląd ilustracji, z jakże uroczym i nastrojowym zakończeniem z innej, że tak rzekę, beczki. Aż chciałoby się posiedzieć z Wami na tym tarasie! (Miłe pozdrowienia dla Szydełkującej, przy okazji).
    Bardzo trafne Twoje uwagi co do obrazków. Ja również nie jestem zadowolona z uszatego Tolka. Mogłam była bardziej się przyłożyć, ale cóż, czas naglił, jak to on zwykle. Co do Izabelli – oczka ma, moim zdaniem, w porządku, twarde spojrzenie etc, aleć powinna być tłuściejsza.
    Co do pani wicedyrektor – wybacz maleńką cenzurę, osobę pani polityk niech sobie każdy wstawi w miejsce kropek, jaką zechce, w duchu pluralizmu światopoglądowego; sapienti sat!- taką i tylko taką ją widzę. Włos barwiony henną.
    Tak jest, pan Maciołka za łagodny, zgadzam się absolutnie. Ten rysunek robiłam trzy razy, a wciąż nie dosięgłam ideału. Miał być taki, jak w mojej wyobraźni: chudziutki, żylasty, histeryk o ostrych rysach. Ale narysował mi się taki charakterystyczny, udany brzuszek i na tym z zadowoleniem poprzestałam.
    Zmysław z kolei miał być jeszcze bardziej macho, ale chyba dobrze, że go nie przegrzałam.

    Wielce zobowiązana za cenne uwagi, przesyłam miłe „Dobranoc” i idę czytać „The Circular Study”.

    Niestety, Mamo Isi, po obiecującym początku z czarnymi cekinami, wszystko potoczyło się w niewłaściwym kierunku, a mianowicie w otchłań rodzinnego melodramatu z pomstą w tle. Jestem zawiedziona. Stereotypowe.

  48. Skoro już o obrazach postaci: Bingo jest niezły, wygląda jak ktoś, kto raz w dzieciństwie niestarannie ogolił się brzytwą. Gburek akurat tak obleśny, jak go sobie wyobrażałem, tylko włos, chyba przez skojarzenie z Presley’em, ma ciemniejszy. Wyobrażałem go sobie z bardziej blond plerezą. Ale te nabrzmiałe usteczka stworzone do nieautoryzowanych pocałunków to cały on. Pani Dąbek-Nowacka, tutaj pojawiły się wątpliwości. Widziałem raczej z fryzurą rozjaśnioną i całą taką trochę w typie znanej polityk (…). Pan Maciołka jest sobą, owszem, może za łagodny, ale włos ma właściwy, wyobrażam go sobie jeszcze z rozwianą pożyczką, pięciowłosową. Znałem kiedyś profesora z pożyczką podwójną. Gdy powiał wiatr, wyglądał jak spaniel z powiewającymi uszami. Rzadki widok. Ale Izabella ze szklanymi guziczkami zawiodła mnie, gdzie wypuczone gałki? Flecistka urocza, Robrojek miał gust, ruda bestia. Gizela jak się należy, pogromczyni serc na plaży w Międzyzdrojach, czy gdzie tam to było. Istna cesarzowa. Lonia – ta bizneswoman mnie przeraża. Marysia Ogorzałkówna: popieram. Młode toto, płoche, ale będzie z tego jeszcze ktoś fajny. Ogorzałka (Pan Piotruś) – jak żywy. Wszyscy wtedy tak wyglądali, żyłem już wtedy, to wiem. Stefania Majewska, cóż dodać. Smutek stuleci. Kto tam był dalej… Aha, Zdobysław Żołędny z jego usteczkami i szczęką jakże męską i pokrytą donżuanowskim cieniem przypomina samego siebie. Prawdziwy typ. Za to uszaty Tolek… Tu poczułem się wstrząśnięty: Tolek miał być z jednej strony nieco komiczny, a z drugiej stanowczy. A ja tu widzę jakiegoś poetę jezior. Jak to jest z tym człowiekiem, czy to Julia go tak załatwiła? Kolejna postać, pan Wiśniak. Tutaj nie mogę pozostać bezstronny, bo człowiek przypomina mego belgijskiego kolegę, Luca De Bruyna. Tylko Luc ma jeszcze dłuższe, puszczone luzem pierze zwisające po bokach z tonsury. Kolejna postać: pani Zajączek patrząca na szwagiera, no cóż, właśnie tak wygląda. Wrosła w ziemię żona Lota. Komplet do pani Sznytek. Miałem wychowawczynię w tym typie, w liceum. Uff, zmęczyłem się. Teraz mogę napisać, że instalowałem dzisiaj tę beczkę (po Jimie Beamie konkretnie), zapach z wnętrza był bardzo ciekawy jak na pojemnik na wodę. Wywierciłem w niej dwa otwory, zamontowałem kran i wstawiłem całość tam, gdzie trzeba. Pół godziny później zaczęło padać. Cały ogródek otula obecnie delikatny aromat gorzelni, łączący się z zapachem kwiatów i wilgotnej ziemi. Siedzimy teraz na tarasie jak bohaterowie Caldwella, gdzieś głęboko w Tennessee. M. szydełkuje, ja rychtuję dwururkę na sąsiada. Słowik śpiewa. Pada dżdż.

  49. DUA, dzięki, ależ cuda są do klęczenia, siedzenia, w celu pielenia, wkopywania się, dołkowania itd., tylko wybierać :)

  50. Każda bibliotekarka zasługuje na swojego Eastwooda! Alku, wielkie dzięki :)
    Pani Małgorzato, zawsze do usług! Jutro otwieramy.

  51. Zgredzie, widzę, że problem dezelowania egz. autorskich urasta w niektórych umysłach do rozmiarów niepokojących.
    Wyjaśniam: poczta zdezelowała. Egzemplarz, zadedykowany pewnej niezwykłej starszej pani, wrócił do mnie z adnotacją „Błędny adres”, w dodatku w transporcie obtłuczono mu prawy dolny narożnik okładki. Zręcznie przerobiwszy dedykację, prześlę książkę spragnionej Mamie Isi.
    O morszczuku mowy nie ma.

  52. Jeśli chodzi o ptaki, to przede wszystkim Wilga. PZL-Wilga. Wiele medali mistrzostw świata w lataniu precyzyjnym dla Polski. No i jeszcze Gawron.

  53. Przez chwilę myślałem, że taki zdezelowany egzemplarz mógłby pachnieć morszczukiem.
    Ale – nie! Nie trzeba być detektywem Hippolitem Kwassem, żeby z całą pewnością stwierdzić,
    że jeżeli czujemy zapach przypalonego morszczuka, to absolutnie nie mógł być Starosta i dezelować musiał ktoś inny.

  54. Chciałabym dorzucić, że oprócz majowej aromaterapii ogród mój wieczorami funduje nam olbrzymią ilość chrabąszczy, latających z hukiem i chrzęstem i obijających się o przeszkody. Wyjątkowo dużo tych stworzyń bożych w tym roku. Oj, będzie inwazja pędraków!

  55. Bogno, polecam Ci stołeczkoklęcznik ogrodniczy – sama dostałam go w prezencie od przyjaciółki, kiedy mi na dobre wysiadł kręgosłup.
    To jest mebelek dwustronny, dwufunkcyjny: ma mocne żelazne nóżki, które po odwróceniu stołeczka służą za wsporniki, pomagające w zwinnym wstawaniu, podczas gdy siedzisko (sprężysty, gruby plastik) zamienia się w podstawę klęcznika.
    Bardzo proste, a zmyślne urządzenie! Odkąd je mam, znów mogę wszystko robić w ogrodzie (no, z wyjątkiem dźwigania worków z czarnoziemem).

  56. O!!!
    Cenna wiadomość jowiszowa, Alku!
    Dziękuję.

    Co do bibliotek i perspektywy ich dziedziczenia: dobrze jest mieć grono wnucząt.

  57. Ach, jak to miło mieć tu niewielkie zaległości w czytaniu, czeka wtedy smakowita ilość komentarzy i można się napawać.
    Biblioteki i bibliotekarze to miód na moje serce; pamiętam nawet swój krótki epizod w roli pomocy bibliotekarskiej w szkolnej bibliotece na przerwach lekcyjnych, z pełną powagą odbierałam książki, w karcie bibliotecznej odnotowywałam zwrot, na karcie książki również i czasem podpowiadałam koleżankom co trzeba koniecznie wypożyczyć.
    Mój kręgosłup tez protestuje – ostatnio kilkadziesiąt bratków przesadzałam z miejsc priorytetowych na te pośledniejsze, zastępując je (bratki) pelargoniami, begoniami, milionami dzwonków, lawendą, ufff.
    I jak się cieszę, z „Na Jowisza” że nie czekałam już na Bonito, skąd nagle znikła oferta, tylko szybko zarezerwowałam w moim nieulubionym Empiku, i już jutro „Jowiszowi” zakończę kwarantannę.
    Alku, dezelowanie ma jak widać nieograniczone możliwości, o czym wspomniała tez
    mamo Isi – ależ przygoda z zadomowiona sroką :)
    Aleksandro – ileż to wrażeń mnie czeka :)

  58. Jesteśmy wszyscy otoczeni molami, trzepot bibliotecznych skrzydełek towarzyszy całemu życiu. Szalenie jestem ciekaw co zrobi mój spadkobierca, który naturalną koleją rzeczy najpierw odziedziczy bibliotekę dziadków, jakieś 3-5 tysięcy książek, a potem, cóż, moją z M., czyli spokojnie drugie tyle. Na dzisiaj, a zamierzam jeszcze trochę pożyć i pokupować. Chyba założy bibliotekę, biedny człowiek. Mam tylko nadzieję, że nie odziedziczy wszystkich kotów, bo łącznie z dorobkiem rodziców wychodzi ich osiem, jak by nie liczyć. Przy okazji, moje bibliofilskie koty pozdrawiają nawzajem te drugie bibliofilskie koty, Ann.
    Wracając do „Jowisza”, ja również lubię obrazek Tej z Grubymi Kolanami, ale ja ją w ogóle lubię. Od początku wydała mi się miła, chociaż ograniczona leksykalnie. Ale słownik można rozwinąć, natomiast charakter, cóż, różnie.

  59. Nini, Egmont właśnie zawiadamia na Instagramie, że zaraz będzie dodruk.

    Ateno, trzy mole naraz, to mi dopiero wynik!

  60. Tak zrobiły. Trzy mole wyhodowały.
    Lata później siostra pojawiła w tej samej bibliotece, pani tylko zapytała czy ma siostrę i brata… biblioteka była do jej dyspozycji.
    (Ciekawam tylko które z nas zobaczyła w M.)

  61. Bibliotekarki.. najmilsze stworzenia! Niech żyją!
    Jedna z tych cudownych istot chciała mi niedawno przywieźć książki do domu.

    Rozczarowanym wyczerpanym nakładem Jowisza – dostępne są jeszcze w niewielu salonach Empiku, w niektórych to już ostatnie egzemplarze, plus albo minus: trzeba się pofatygować osobiście.

  62. Uśmiecham się ciepło do bibliotekarek.
    One to pozwalały ( w szkolnej bibliotece) sobie pomagać. Nauczyły, ze książek absolutnie nie traktuje się taśma samoprzylepną. Uśmiechały się pobłażliwie, kiedy pożyczałam książkę na siebie, ale dla brata, który był za poważny na „ Głowę na tranzystorach” w szóstej klasie. Same dobre wspomnienia…

  63. Dobry wieczor, wlasnie kupilam „Na Jowisza” i „Przepowiednie” na allegro. (Balam sie, ze nie uda mi sie ich dostac!)
    Nie wiem, kiedy ksiazki do mnie dotra, ale bardzo sie na nie ciesze!

  64. Aleksandro, bardzo dziękuję za to, że chciało Ci się przekazać nam swoje wrażenia. Ważne to dla mnie i pouczające – na przykład, sprawa odbioru ilustracji. To, co napisałaś („Doprecyzowanie na papierze doprecyzowało wyobrażenie, tym bardziej, że zgadza się w najdrobniejszych detalach z opisem słownym.”) daje mi do myślenia na przyszłość i bardzo cieszy zarazem.
    Duża radość! Doceniłaś Rubaszną z plecakiem! – jestem bardzo zadowolona z tego portreciku i żałuję, że nie zmieścił się w większej skali.

    I zauważyłaś, jak piękne zdjęcia Jeżyc zrobiła Emilia! Ich kolory trochę „siadły” w druku – w oryginale zdjęcia były żywe i barwne, wysmakowane kolorystycznie. Ale i tak widać, że wypatrzyła niezwykłe detale architektury.
    Dziękuję za to pilne a życzliwe oko, za cały wpis – i serdecznie pozdrawiam!

  65. Mimo starań, żeby czytać jak najwolniej już skończyłam („Na Jowisza!”, rzecz jasna).
    Pierwsze co przychodzi mi na myśl po lekturze to: „Dziękuję”, a zaraz potem: „Tyle piękna na raz”. Bo to tak pięknie wydane (zieleń, tylko zieleń, cierpnę na myśl, że mogłaby to być czerwień), tyle pięknych portretów namalowanych farbami, piórkiem (?) i zwłaszcza słowami, tylu pięknych (przede wszystkim pięknem wewnętrznym) ludzi przewija się na kartach tej książki, tyle pięknych wspomnień (ta warstwa jest ogromnie wzruszająca – dziękuję Pani Małgosiu, że pozwoliła nam Pani zajrzeć na chwilkę do Pani domu), tyle pięknych zdjęć (te detale architektoniczne Jeżyc – trzeba mieć oko, żeby je dojrzeć i sfotografować).
    Z tych barwnych portretów szczególnie ujęła mnie Stefania Majewska. W jej oczach wyraźnie widać, ile tragicznych chwil przeżyła, ale widać też ogromną siłę ducha i dobroć. Ujmująca jest pani Hanna Borejkowa (podobieństwo rodzinne z synem i prawnukiem subtelne, ale wyraźne), dojrzałym pięknem przykuwa uwagę Lonia. Świetne są portreciki postaci drugo- i trzecioplanowych (Rubaszna z plecakiem, Staruszka z jajkami, Przekupka z Rynku Jeżyckiego, Państwo Maciołkowie, Babcia Czekoladki, Tata Kłamczuchy, Spartanka – uśmiech w stronę pana Musierowicza;). Ciekawa rzecz – gdzieś w wyobraźni miałam niejasny obraz tych osób. Przy pierwszym rzucie oka na ich portrety wydawało mi się, że wyglądali troszkę inaczej, ale to była tylko chwila. Doprecyzowanie na papierze doprecyzowało wyobrażenie, tym bardziej, że zgadza się w najdrobniejszych detalach z opisem słownym. Jak to bywa z każdym tomem „Jeżycjady” i „Frywolitek”, będę na pewno nie raz wracała do „Na Jowisza”, odkrywała nowe szczegóły i chłonęła całe to ciepło obecne na każdej stronie. I będę myślała o tych niewykorzystanych hasłach, które się nie zmieściły w książce, mając nadzieję, że powstanie kolejny tom (skoro „Chucherko” musi się zaadaptować do nowej rzeczywistości, to może warto sięgnąć do notatek Emilii i rozwinąć kolejne pomysły :)
    Kochana Pani Małgosiu, Kochana Emilio – jeszcze raz serdeczne dzięki!
    Ściskam mocno :)

  66. DUA, dziękuję za dobre myśli!
    Mamo Isi, wygląda na to, że mamy nową pomarańczową alternatywę w wersji bio, rozpanoszony gang niesfornych nagietków. To lubię. I odwzajemniam siostrzane pozdrowienia :-)
    Alku, moje koty pozdrawiają Twoje koty.
    I życzę wszystkim dobrego, spokojnego wieczoru.

  67. Zgadzam się, mama Isi i Alek mają bardzo dobre pióra i ogromny polot! I Wasze wpisy czyta się z przyjemnością :-)

  68. Tak, można posłuchać. Dodam tylko, że sójki o ile mi wiadomo posiłkują się miauczeniem kota głównie po to, aby zmylić siebie nawzajem i pozbyć konkurencji.

  69. To szpaki. Ale sikorki też są niezłe, mają ponoć dwieście różnych zaśpiewów.

  70. Mama Isi! – ta to ma pióra, hej! A Alek w istocie też ma świetne, Artefakcie.
    Wilga: ona też ma niezłe. Piękny odcień koloru żółtego, w zasadzie nie do namalowania akwarelką (próbowałam). Ale najbardziej lubię jej słodki, donośny, fletowy głos.
    Naprawdę zupełnie nie znałam sójek od tej strony, Mamo Isi. Muszę poczytać u Sokołowskiego, czy naprawdę mają zdolność naśladowania głosów.
    Pamiętam, że o którymś z ptaków opowiadał, iż potrafi on udatnie naśladować dzwonek telefonu, a nawet klakson samochodowy.

  71. O tak, one nie tylko miauczą, ale wiedzą, kogo naśladują. Kiedyś wołałam naszego kociaka, kiedy nagle usłyszałam z najgęstszych krzaków rozpaczliwe miauczenie. Próbowałam się przedrzeć do domniemanego kociaka, który sądząc z dźwięków, właśnie dogorywał, ale nie byłam w stanie go dojrzeć. Po czym z krzaków wyleciały z ochrypłym rechotem dwie sójki i miaucząc poleciały. Pewnie miały ze mnie ubaw po pachy, wredoty.

  72. UA, a ja przez chwilę miałam wrażenie, że to sroka i sójka mają świetne pióra. Dziś podczas porannego spaceru widziałam wilgę (pierwszy raz w życiu), dołączyły do niej dwie kolejne. Do tej pory znałam tylko wilży śpiew.

  73. Mnie początkowo również, ale miauczenie było dość bojowe, a zwykle kot który tak miauczy prędzej czy później się ujawnia, gdy się w kierunku tego miauczenia spogląda. A tu nic, tylko sójka z gałęzi na gałąź przeskakuje. Później przeczytałam, że sójki potrafią świetnie naśladować i od tej pory uśmiecham się , gdy słyszę rzeczoną sójkę, a sąsiadka mówi do męża w ich ogrodzie o „jakimś” nowym kocie w okolicy.

    Swoją drogą Mamo Isi, pani bibliotekarka bez poczucia humoru zupełnie :)

  74. Oboje mają świetne pióra, prawda?

    Piętaszku, miaucząca sójka?! – to mi się nie mieści w głowie.

  75. Mamo Isi, cudeńko! Ptaki bywają takie zabawne. My mamy tutaj sójkę, która broniąc swojego terytorium miauczy .

  76. Swoją drogą, trzy dni po premierze, a książka już zdezelowana? Hm, hm, czyżby domownicy wyrywali ją sobie z rąk? He, he, he…
    Mamo Isi, to jest dopiero Historia! I po co masz pisać kryminały, powinnaś pisać gawędy. A Alek eseje.

  77. Cha, cha! Pyszne, pyszniutkie!
    Jak zwykle życie przerasta fikcję.
    Pięknie opowiedziane, Mamo Isi.

  78. A propos zdezelowanych egzemplarzy – przyjaciele hodowali srokę odebraną kotu. Ptak został się właściwie za członka rodziny, jeno nieco męczącego, bo kradł wszystko, co jadalne, a resztki zostawiał gdzie popadnie. Pan domu – typowy dystrakt – oddawał kiedyś pożyczoną książkę do biblioteki uniwersyteckiej i bibliotekarka zwróciła mu uwagę, żeby nie zakładał książki szkieletem po wędzonej makreli. Pan spłonął rumieńcem i zupełnie nie wiedział, co by rzec. Że to sroka? Przecież bibliotekarka uzna, że to dziecinne tłumaczenie, albo że zwariował. Uiścił kwotę za zniszczony egzemplarz i speszony dłuższy czas unikał tej biblioteki.

  79. Rozważę to, Alku!
    Zwłaszcza ta czekolada bardzo mi się podoba, a to ze względu na dwustopniowość abstrakcji.
    Dobranoc tymczasem.

  80. Tak sobie pomyślałem, ze UA mogła jeszcze trochę dodatkowo ten egzemplarz podezelować, żeby Isi-maman była w pełni usatysfakcjonowana. Ale chyba lepiej nie ciągnąć tego tematu, bo zaraz czytelnicy zaczną wysyłać swoje egzemplarze, żeby im autorka też podezelowała… A ja wczoraj to nawet wylałem kawę, ale nie na egzemplarz, tylko na klawiaturę, li i jedynie. Ale wyobraźmy sobie taki egzemplarz z legendą: to zielone to obtarte pod drzewem, z którego spadła Dorota. Pofałdowane kartki od zamoczenia w jeziorze, gdzie pławił się krótko strzyżony wieśniak, obserwowany przez Pulpę. Brązowa plama od czekolady, którą chrzaniła Kreska. Rozgnieciona wiśnia – aluzja do kolczyków Agnieszki, i tu i ówdzie pozagniatane miedzy stronami nieco makaronu z pewnego tytułowego rosołu. Ogólny wygląd takiej książki mógłby być nawet nieco unapetitlich, ale wartość – nieoszacowana, zwłaszcza jeśli autorską ręką.

  81. Ja także pragnę się przyłączyć do serdecznych życzeń dla wszystkich bibliotekarzy i bibliotekarek. Kochani, jesteście tak cenni i ważni!

    Świąt bez bibliotek bylby jakiś niekompletny, prawda? Dziekujmy, że są!

  82. A na dobranoc:

    „Appalachia Waltz” – Yo-Yo Ma, Mark O’Connor, Edgar Meyer.

  83. Kolkwicję znam. Niestety na krzewy i drzewa nie mam już miejsca, bo ogród jest gęsto nasadzony. Zegar kwietny to jest dobry pomysł, ale ogólnie to denerwuje mnie, że wszystkie kwiaty nie kwitną jednocześnie i przez cały sezon. Co chwilę zakwita inny rejon ogrodu, a ja marzę o tym, by kwitł cały i ciągle. Ziemię mam zasadową, tylko pod iglakami 5.5.

    Mamo Isi, zdarzyło mi się kiedyś zakupić jedną planszówkę, której nakład wyczerpał się miesiąc przed premierą. Nawet jeszcze nie dotarła do hurtowni.

  84. Ann (wiad.pryw.) – a ja żałuję, że nie dostałam więcej egz. autorskich. Byłabym Ci wysłała.
    Trzymaj ciepło kręgosłupek. Dobranoc!

  85. Sowo, z krzewów gorąco polecam kolkwicję. Nieprawdopodobnie szybko rośnie, odporna na suszę, dzielna, tworzy wielkie, dekoracyjne kępy, Moja lada chwila obsypię się różowym kwieciem, są już pączki.
    Zrobię zdjęcie i pokażę.

  86. Nagietki? O tej porze?
    Coś takiego!
    U mnie piwonie też już mają spore pąki kwiatowe, zresztą róże również.

  87. No, właśnie.
    Wszystko piękne i kochane.
    Ale roboty z tym coraz więcej, sił zaś jakby mniej.
    O, żeby to naprawdę było samoobsługowe, Ann!
    Nota bene, barwinka dosadziłam tej wiosny i mam już 100 krzaczków. Śliczny dywan szafirowy!

  88. A na wieczór dzisiejszy kolorowy widoczek – obok strzelistych fioletowych i purpurowych irysów oraz porcelanowych konwalii niespodziewanie zakwitły szalone nagietki, nie wymarzły zimą i teraz się popisują.

  89. A tulipany, przylaszczki, zawilce, miesiącznica roczna (srebrniki Judasza), nasturcje, onętki siarkowe, nagietki, groszki pachnące, maciejka, maczki kalifornijskie i maki wschodnie?

  90. Fiołki! Barwinek! Łubin! Wszystko samoobsługowe. A teraz w czasie bzowym czeka się już na piwonie, pierwsze najwcześniejsze mają już spore ciemnoróżowe pączuszki.

  91. Pewnie masz zasadową ziemię?
    Moja Mama lubiła opowiadać o ogrodzie przy jakimś pałacu , widziała go w młodości. Zaprowadził ten ogród jakiś niemiecki fachowiec, a krzewy i drzewa kwitły tam od wczesnej wiosny do późnej jesieni, po kolei. Taki zegar kwiatowy.
    Zawsze coś kwitło, krótko mówiąc.
    To się da zrobić.

  92. Mamo Isi, już spakowałam zdezelowanego, ale kiedy wysłać się uda i dzięki komu, jeszcze nie wiem.

  93. Sęk w tym, że drzewa i krzewy kwitną za krótko. Kwiaty zresztą też. Piwonie i róże mam, hortensje nie udają mi się. Dlatego wracam do ideału starego wiejskiego ogrodu: kwiaty wieloletnie, samosiejki i wypełnienie dziur w trawie.

  94. I pierwiosnki, Ann.
    Kocimiętka też ładnie wygląda w takiej dużej, rozległej kępie.
    Ech, racjonalne wybory.

  95. A to ci heca! Jaki był nakład? Ciekawe, czy z dodrukiem zmieszczą się do Bożego Narodzenia? Gdyby nie nadzieja na egzemplarz autorski pewnie bym popadła w prostrację i się co najmniej zbulwersowała, o ile nie wyalienowała po takich wieściach, bo skoro tak, wizja egzemplarza nabytego w przedsprzedaży oddala się w bliżej (a raczej dalej) nieokreśloną przyszłość.
    Skoro tak, będę jak kania dżdżu wyczekiwać egzemplarza zdezelowanego osobiście (choć tylko w pewnym sensie) przez samą Autorkę, a wdzięczność moja będzie kochanego Starostę ścigać.

  96. I irysy. I konwalie. I orliki. Tak racjonalnie, ale w tych sprawach nie działam racjonalnie ;-)
    Odściskuję!

  97. Pewnie tak.
    Sowo, w sprawie ogrodu: dziś właśnie myślałam sobie, leżąc plackiem pod bzami, że najbardziej racjonalny wybór to jednak nie kwiatki, z którymi jest stale pełno roboty, tylko krzewy kwitnące i drzewa. Z kwiatów: piwonie, róże i hortensje. Wystarczy.
    Niezapominajki wysieją się same.

  98. Mamo Isi, a więc jesteś skazana wyłącznie na egz. defektowany. Właśnie mi współautorka dała znać, że na stronie Egmontu ogłaszają, że „Na Jowisza” już nie ma. To nie fatum więc, to tylko nakład wyczerpany. (No, no, panie dziejaszku! Trzy dni po oficjalnej premierze?!)

  99. Artefakcie (wiad.pryw.)- no widzisz, siedem lat minęło i nadal nic nie wiadomo. Ech, życie.

  100. Biedronko, coś jest na rzeczy. To z pewnością ten sam typ psychofizyczny.
    Jestem wobec niego sceptyczna.

  101. Najmilsze kwiatki i najmilsze słowa! „Przyjaciele książek, czytelników i pisarzy”…
    Poczuwając się do przynależności do tak pięknie zdefiniowanego grona – dziękuję, DUA!

    Alku, też uważam, że Clint Eastwood to właściwy kierunek :)

    Rodzina pozbawiła mnie „Na Jowisza!”. To nie fair. Spróbuję pertraktować.

  102. A to jeśli można, chiałabym jeszcze zapytać:
    czy to właściwa intuicja, że odnajduję podobieństwo w rysach Gburka i Zmysława? W każdym razie, pamiętam, że już podczas lektury ‚Kalamburki’  prozaiczny Zbysław przywoływał wspomnienie Gburka, chodziło zapewne o tę umysłową ociężałość.

    I teraz nie wiem, czy sobie to ilustracyjne podobieństwo wmawiam czy też rzeczywiście ono istnieje…?

  103. Areał, dobrą glebę i właściwe nasłonecznienie. Próbuje tak zorganizować przestrzeń, żeby kwitła przez całe lato, najlepiej bez nadmiernych zabiegów z mojej strony. Kombinuję teraz z roślinkami okrywowymi.

  104. Ach, bo takie obszerne głosy to, zdaje mi się, lepiej żeby były prywatne. :)

  105. Biedroneczko (wiad.pryw.- dlaczego?!), odpowiadam po kolei:
    Po pierwsze, dziękuję za ten obszerny głos. Bardzo mnie ciekawi recepcja poszczególnych haseł, a zawsze cenne – ze względów warsztatowych – są Wasze informacje o tym, co Was rozbawiło.
    Po drugie: Zumbaba istnieje. Ale wolałam się w ten temat zbytnio nie zagłębiać.
    Mozart: o, rzecz do rozważenia! – Jeśli miałby być kolejny tom, rzecz jasna. A o tym nic nie wiemy, gdyż, jak wiadomo, nigdy nic nie wiadomo.
    Wspaniale, że zdobyłaś cenną książkę Einsteina. Zazdroszczę podróży!
    Ciesz się nią i wykorzystaj do maksimum. Młodość jest krótka!

  106. Kocham egzemplarze zdezelowane! Czy mogę mieć nadzieję, że to sam Starosta ów egzemplarz dezelował?

    A swoją drogą ciekawa jestem, kiedy dojdzie ten egzemplarz obciążony fatum; mam nadzieję, że przed Bożym Narodzeniem zdążą się wyguzdrać. No chyba że to jest firma krzak i do tego czasu zbankrutują i wyjadą na Bahamy, chociaż przez allegro zazwyczaj się starają. Nigdy dotychczas coś takiego mnie nie spotkało, więc obserwuję sytuację z pewną taką nieśmiałością.

  107. Mamo Isi, fatum mnie irytuje, stąd ma akcja.
    Uwaga: nie spodziewaj się zbyt wiele, wyślę Ci egzemplarz zdezelowany. Innych nie mam (dostałam ich stanowczo za mało).

  108. Artefakcie (wiad.pryw.)- zachęcam Cię do udostępniania swych wypowiedzi PT Ludowi, są ciekawe i mądre. Czemuż ja tylko mam się nimi cieszyć?
    Co do Twego pytania: profesor nie sprecyzował. Muszę przez resztę życia snuć domysły.

  109. Mamo Isi, a Lei Desandre posłuchałaś, jak polecałam?

    Zamówiłam właśnie dziesięć tysięcy nasion, z czego wysieję pewnie jedną paczkę.

  110. Mój kręgosłup zasyła najserdeczniejsze pozdrowienia bratnim (siostrzanym) kręgosłupom.

  111. Obejrzałam „Prząśniczkę” i uważam, że Orliński powinien zgolić wąsiki. Póki co będę go słuchać nie oglądający.

  112. Zatrzasnęłam z samego wrażenia;) Starosta chce walczyć z fatum!
    Posadziłam dziś sałat 25 sadzonek, ogórków 12 i pomidorów 6, nieco popieliłam, poporządkowałam co popadnie, wpadłam na cmentarz, zrobiłam zakupy i ledwo żyję. Isiątka ćwiczą jazdę na rolkach. Mają na sobie komplet ochraniaczy, ale i tak najczęściej obijają sobie cztery litery, na których ochraniaczy nie mają.

  113. Ann (wiad,pryw.)- jasne, że się uśmiechnęłam!
    Dziękują za miłą wiadomość i raz jeszcze ściskam serdecznie!
    Kręgosłupowe pozdrowienia!

  114. Rysiu, jaka szkoda, że poczta międzynarodowa wciąż nie działa. Miałabym sporo książek dla Twojej biblioteki!

  115. Dzika Różo, witam Cię i dziękuję za ten entuzjastyczny okrzyk.
    Ściskam Cię najserdeczniej! – a dla Twej nauczycielki przesyłam wiele miłych pozdrowień.

  116. Alku, oto pytanie. Masz rację, to częsty motyw w filmach amerykańskich. Bibliotekarka jest w ich nieodmiennie wzorem wszelkich cnót i zalet, busolą moralną etc.
    Coś w tym musi być!

  117. Dobrywieczorku, dziękuję za docenienie dyktand! I w ogóle- za dobre słowo!
    Cieszę się i bardzo jestem wdzięczna.

  118. Dzięki, Piętasiu!

    Artefakcie (wiad,pryw.)- to bardzo dobra wiadomość (że ukazał się nowy przekład „Dramatów „Czechowa) – pozwól, że ją upublicznię. Przekład ten jest dziełem Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej (Officyna, Łódź 2019). – pisze mi Artefakt i dodaje: „Nowe tłumaczenia często nie zachwycają (zwłaszcza, gdy lubi się te wcześniejsze), ale w tym przypadku jest inaczej.”

    To może tylko cieszyć!

  119. Anette, dziękuję i wzajemnie :), ale musisz przyznać, że powyższa opowiastka naszej DUA, to jest dopiero COŚ.

  120. Usiłuję sobie przypomnieć, który superbohater zadał się z fertyczną bibliotekarką w amerykańskim filmie akcji. Tzn. oni w co drugim filmie lecą na jakąś bibliotekarkę, która zwykle ma około trzydziestki, figurę Lollobrigidy i szałowe okulary, ale był taki konkretny film, gdzie nasz lekko przechodzony heros (Eastwood może?) nawiązał głęboki związek uczuciowy z siostrą kumpla z wojska, bibliotekarką właśnie. I to jest właściwy kierunek, uważam, że każda bibliotekarka zasługuje na swojego Eastwooda. A bibliotekarz przynajmniej na kogoś w typie oczytanej Poli Raksy. Czego im serdecznie w ten dzień życzę. O!

  121. Lubię bibliotekarzy, a zwłaszcza bibliotekarki – w dzieciństwie moim marzeniem była praca w bibliotece :-)
    DUA, czytam i czytam – dziękuję! Dziękuję Admince! Dziękuję za uchylenie drzwi – zawsze czułam, że Pani bohaterki mają sporo wspólnego z prawdziwym życiem.
    Coup de foudre – oszałamiający w swojej mocy i długotrwałości. To dodaje nadziei młodym – przecież jest możliwe stworzenie na tym świecie czegoś trwałego i pięknego!
    Piękne, wzruszające i zabawne opowieści.
    Dyktanda – cudne! Mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy je będą pisać we współczesnej szkole.
    Pozdrawiam wiosennie.

  122. Ach, jakież „Na Jowisza” jest wspaniałą książką! Dostałam nieco wcześniej, bo moja nauczycielka robiła jej zdjęcia prasowe czy coś. Dziękuję, pani Małgorzato, bardzo dziękuję!

  123. Jakieś fatum ciąży albo nade mną, albo nad książką, albo nad nami obiema; właśnie zawiadomiono mnie, że „niestety otrzymaliśmy informację, że dostawca prawdopodobnie nie dostarczy nam pozycji, aktualnie staramy się domówić książki u innego dostawcy. Zamówienie zostanie wysłane z opóźnieniem, bardzo przepraszamy.” Zbieram resztki chrześcijańskich uczuć, żeby nie zionąć ogniem piekielnym z paszczy.

  124. Od trzech dni wisi na YT domowe nagranie „Prząśniczki” w wykonaniu J.J.Orlińskiego. Warto posłuchać.

  125. Och jak ja okrutnie zazdroszczę wszystkim czytającym już „Na Jowisza”. Kilka dni temu znalazłam zapowiedź książki w jednej z angielskich księgarni internetowych, niestety moja chwila szczęścia trwała bardzo krótko – post zniknął, więc podejrzewam, że nie będzie możliwości zakupu. :(

    Z innej zupełnie beczki – czy może ktoś z Księgowych ma sprawdzony przepis na domowy chleb? Wypróbowałam już kilka przepisów ale wciąż czegoś mi w smaku brakuje. Pamiętam do dzisiaj czeski przepis na pierniczki, którym podzieliła się kilka lat temu jedna z Księgowych i były to najlepsze pierniczki jakie zrobiłam, więc w kwestii chleba czuję, że też warto Wam zaufać :)

    A jeśli o bibliotekarzach mowa to z całego serca chciałabym pozdrowić Bibliotekę Wojewódzką z Krakowa, która kiedyś zorganizowała zbiórkę książek dla mojej polskiej szkoły. Dzięki pomocy biblioteki oraz kilku zaangażowanych osób nasze puste półki zapełniły się książkami w ciągu kilku zaledwie tygodni. Książki przybywały do nas z Polski worami! Wielkimi, jutowymi worami. Siła ludzkiej życzliwości jest ogromna.

    Dzień dobry:)

  126. Piętaszku, pięknie powiedziane! I o książkach jako największych przyjaciołach (zgadzam się!) i o bibliotekarzach :) Niech nam żyją! Moją bibliotekę z dzieciństwa (najpierw w starym Wiejskim Domu Kultury a potem w sali przy kościele) i Panią Renię-Bibliotekarkę będę wspominać do końca życia – jakie wspaniałe skarby tam się odkrywało :)

  127. Wyspa Szalejących Bzów. Czy nie tak nazywałaby to miejsce Ania Shirley?

  128. Właśnie idę się zaszywać. Usiądę sobie pod parasolem, w sąsiedztwie wyspy szalejących bzów i niezapominajek. Co za piękny dzień!

  129. Niezapominajki królują teraz i w moim ogrodzie. Bardzo ładnie współgrają z kwitnącymi masowo poziomkami , a gdzie indziej bratkami :) Bzy dopiero nieśmiało ruszają.
    Niedawno śniła mi się biblioteka , wypełniona po brzegi książkami w ciepłych kolorach. Przez okno wpadały promienie słoneczne, w których poruszały się spokojnie drobinki kurzu. Było tam cicho, spokojnie i bezpiecznie.
    Tak, ulubione książki to najlepsi przyjaciele, na których zawsze można liczyć. Nigdy nie zawiodą. Bibliotekarze zaś, to prawdziwi czarodzieje rozdający skarby, dzięki którym możemy odbywać pasjonujące podróże nie ruszając się z miejsca. Dzięki im za to.
    U nas biblioteka już czynna, ale niestety nie można jeszcze samemu buszować wśród regałów.
    Miłego zaszycia się w zieleni z książką.

  130. Niech żyją bibliotekarze! Bez nich mole książkowe mogłyby wyginąć.

  131. W Brodnicy już otworzyli. Co prawda nie można jeszcze samemu penetrować półek z książkami, ale wypożyczać można…

  132. Jakie cudne kwiaty dla Bibliotekatrzy! Należą im się bez dwóch zdań. Tęsknię już za moją zamkniętą biblioteką…

Możliwość komentowania jest wyłączona.