Wiwat maj!

 

IMG_20200428_100209

Pięknego świętowania!

A czy znacie pełny tekst tego mazurka?

Oto on, w całej swej krasie:

 

Witaj majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie,
Uczcimy ciebie piosenką,
Która w całej Polsce słynie.

Witaj maj, piękny maj,
U Polaków błogi raj.

Witaj dniu trzeciego maja,
który wolność nam zwiastujesz.
Pierzchła już ciemiężców zgraja.
Polsko, dzisiaj tryumfujesz!

Witaj maj, piękny maj,
U Polaków błogi raj.

Nierząd braci naszych cisnął,
Gnuśność w ręku króla spała,
A wtem trzeci maj zabłysnął –
I nasza Polska powstała.

Witaj maj, piękny maj,
Wiwat wielki Kołłątaj!

Ale chytrości gadzina
Młot swój na nas gotowała,
Z piekła rodem Katarzyna
Moskalami nas zalała.

Chociaż kwitł piękny maj,
Rozszarpano biedny kraj.

Wtenczas Polak z łzą na oku
Smutkiem powlókł blade lice
Trzeciego maja co roku
Wspominał lubą rocznicę.

I wzdychał: Boże daj,
By zabłysnął trzeci maj!

Na ustroniu jest ruina,
W której Polak pamięć chował,
Tam za czasów Konstantyna
Szpieg na nasze łzy czatował.

I gdy wszedł trzeci maj
Kajdanami brzęczał kraj.

W piersiach rozpacz uwięziona
W listopadzie wstrząsła serce,
Wstaje Polska z grobów łona,
Pierzchają dumni morderce.

Błysnął znów trzeci maj
I już wolny błogi kraj!

Próżno, próżno, Mikołaju
Z paszcz ognistych w piersi godzisz,
Próżno rząd wolnego kraju
Nową przysięgą uwodzisz.

To nasz śpiew: wiwat maj!
Niech przepadnie Mikołaj!

O zorzo trzeciego maja!
My z twoimi promieniami
Przez armaty Mikołaja
Idziem w Litwę z bagnetami.

Wrogu, precz! Witaj maj
Polski i litewski kraj!

23 kwietnia 1831, Kałuszyn

 

 

 

130 przemyśleń nt. „Wiwat maj!

  1. Kochana DUA,
    właśnie skończyłam „Na Jowisza” i chociaż jestem bez granic zachwycona, to jednak brakuje mi, naprawdę dotkliwie, hasła o żarówce w ustach! Od lat powstrzymuję (skutecznie! skutecznie!) swoje potomstwo od doświadczenia na własnej skórze sławnego eksperymentu („usta są rozciągliwe, a żarówka gładka”). Miałam nadzieję, na jakieś napomknięcie, choćby najkrótsze, na ten temat. Skąd taki pomysł? Żeby wkładać żarówkę do ust?! I że taki jest opłakany skutek! Czegoś takiego nie można ot, tak po prostu wymyślić :0) Część druga „Na Jowisza” chyba jednak musi powstać :0)

  2. A ponadto cóż… św Małgorzata, z łopatą w jednej a książką w drugiej, jak Wam się to podoba? Taka wizja rozpościera się przed oczyma duszy mojej…

  3. Książka upragniona nadleci za 10 dni chyba, niestety…
    Ale jeśli chodzi o świętych to:
    Adam i Ewa wśród nich figurują, jak najbardziej. Św od ogrodów mogłaby być Róża z Limy, która cierpliwie w nim medytowała (nie wiem czy cokolwiek ponadto), nie uśmiercając ani jednego komarka, które, niestety nie mając respektu dla aureoli, cięły niemiłosiernie (nie pacnęła ani jednego nie ze względu na ascezę, ale miłość).

  4. Witaj, zacny Ludu! Miło sobie poczytać Wasze mądre, ciekawe refleksje i wspomnienia. Tu właśnie jest taki czarodziejski stół, przy którym przepływają myśli, natchnienia, słowa pociechy, żarty, polecanki i wspominki… A gościnna Gospodyni sprawuje dyskretną opiekę i nadaje barwy każdej dyskusji, sama będąc motorem wielu z nich. Cudownie jest być zaproszonym do tego stołu.

    Czytam też Wasze refleksje nt. „Na Jowisza!”, czekając na swój egzemplarz:) mąż, chcąc mi zrobić niespodziankę, zamówił go dla mnie w sekrecie, jednak nie wytrzymał brzemienia tajemnicy i wszystko wyspiewal wczoraj :)

  5. Uśmiecham się do Ciebie, kochana Gio! O, mój mąż to prawdziwy Skarb!:-))))))
    A moja babcia często używała słów z gwary poznańskiej i jakoś te słowa weszły mi w krwiobieg. Niektórych używam na co dzień, do tego stopnia, że po mailu do przyjaciółki, okazało się, że bardzo ją tym rozbawiłam. Bo od lat już mieszka w Wielkopolsce, więc poznała te nasze specyficzne wyrażenia!
    I między innymi dzięki tym słowom babcia jest nadal ze mną.

  6. Alku, jeśli to było po 1983, to mogliśmy się gdzieś tam mijać w korytarzu popołudniami i wieczorami.

  7. A jednak trzeba było się z nim rozstać…
    Nie zmieścił się w nowym domku na wsi.

  8. Mnie się bardzo podobała historia stołu. Miło pomyśleć, że istniał naprawdę i jak u Borejków rodzina i przyjaciele przy nim siedzieli, jedli, pili, rozmawiali, śmiali się, płakali i byli razem. Przy stole rodzi się wspólnota. A ile taki stół zapamiętał!

  9. Tarzanie się z księciem w pluszu – bajeczne! :-)))))))))) Mięciutki plusz to coś absolutnie w sam raz dla motylków. :-D

  10. To prawda!
    Wspaniała rzecz.

    A „orymus” oczywiście znam, z gwary poznańskiej. Też z przyjemnością wyłapałam to w komentarzu Magpie.

  11. Jeszcze kilka słów: bardzo mi się podobały wczorajsze komentarze Magpie (a „orymusy” mnie rozbawiły – fajnie mieć takiego Ślubnego, prawda?). I to jest kolejna wspaniała rzecz: kontynuacja dialogu Autorka-czytelnicy. To, że mamy tutaj możliwość dzielić się wrażeniami z lektury, odczuciami, skojarzeniami. Że tworzy się cały kalejdoskop reakcji – znajdujemy w nim i podobne do naszych, i całkiem albo trochę inne. To takie ciekawe i ubogacające.

  12. Rysiu, sama szukałam, żeby wysłać synowi w Londynie; ale to drogo bardzo wypada. Poczekam, aż synuś przybędzie tutaj.

  13. Gio, ja przepadam za tym „tarzaniem się z księciem w pluszu”! Skąd się to dzieciakowi w ogóle wzięło?!

  14. Czytam tak sobie po trochu wiadomo jaką książkę i tak myślę o prawdopodobieństwach oraz ich braku. Dajmy na to Japończyk (pół), Jacek Tanaka. Jakie to dziwne, autorka wsadza swojej bohaterce jakiegoś egzotycznego kolegę, co za sztuczność i w ogóle. Jak tak można. Podeszwa, jeszcze, ale zaraz Tanaka? Otóż M. w czasach, gdy uczęszczała do liceum Zamoyskiego (o czym ja wtedy zupełnie nie wiedziałem, chodząc na treningi Akademickiego Klubu Karate, które odbywały się akurat w sali gimnastycznej tejże szkoły), a zatem ówczesna licealistka M. miała wtedy klasie kolegę nazwiskiem Kobayashi, a w sąsiedniej jeszcze takiego drugiego. Czyli znowu w książce jak w życiu.

  15. Tak, tak, DUA! Motylki Emilki prześliczne (też by mi się źle robiło, gdyby listonosz nie „muwił” inaczej, tylko rymami). ;-)))))))
    I piękna ta historia z maszynami do pisania.

  16. Dzień dobry, ja się po prostu rozchoruję chyba z tej niemożności pochwycenia w dłonie i zagłębienia się w „Na Jowisza”. Książka dotarła na mój polski adres już kilka dni temu, skromnie i cicho utknęła w przedpokoju (jak pewien absztyfikant, o czym się właśnie przed chwilą dowiedziałam), rodzina, podpytywana codziennie czy aby nie dotarła już do mnie owa wyczekiwana przesyłka, zgodnym chórem odpowiadała „nie”. Nikt nie skojarzył leżącej w przedpokoju paki z książką „bo to za duże i za ciężkie na książkę”. Dziś wreszcie paka została kolektywnie rozpakowana i kolektywnie zaanektowana. Zanim oni to przeczytają to ja uschnę z ciekawości. Pozostaje chyba zamówić jeszcze raz.

    Czy ktoś z księgowych orientuje się może, które wysyłkowe księgarnie w UK posiadają w sprzedaży „Na Jowisza”?

  17. Miał rację Bobcio: życie jest piękne!
    Dzięki, Casciolino, za słuchany w tle koncert Chopina.

  18. Powiedzieć „uśmiechniesz” to powiedzieć o wiele za mało :)
    A „wyłapać” tu wszystko – niepodobna. Odkrywa się ciągle coś nowego i nowego – „Na Jowisza!” to prawdziwa przygoda. A pewnie jeszcze do każdego z Księgowych przemówi coś szczególnego, coś innego poruszy jakąś osobistą strunę…

    Figle i psoty Stanisława Barańczaka nie mogą się zdezaktualizować z definicji :) O Nim właśnie będę znów czytać, gdy odzyskam księgę. Teraz poszła w kolejne rodzinne ręce.

  19. Czółko, Alku.
    Jak to dobrze uzyskać potwierdzenie w kwestii łosi, i to z ust tak profesjonalnych!
    Dzięki. Od razu inaczej patrzę na świat.

  20. Ha, Bożenko moja! Mówiłam, że się uśmiechniesz!
    Ach, jak się cieszę, że wszystko „wyłapałaś”!
    Dziękuję za wypisanie tego, co Ci się podobało. Dzięki temu wiem na przykład, że figiel Stasia z „Boston Globe” wciąż żyje i śmieszy.
    I że portrety Gizeli oraz Stefanii trafione.

    Dziękuję i ściskam!- w swoim i Emilki imieniu (dziś jej tu nie ma).

  21. Witaj jutrzenko swobody. W kwestii łosi, i ile pamiętam, cwałowali na nich niejacy dzicy Litwini i bodaj czy nie Finowie również posługiwali się tym rodzajem wierzchowca. W każdym razie dało się, zwłaszcza w podmokłym terenie, a tego dobra na równinach środkowej i północno-wschodniej Europy w średniowieczu nie brakowało.

  22. Tak, Gio droga, rzeczywiście, w pewnym sensie odpowiedziałam na apele o wznowienie „Tym razem serio”, która to książka się zdezaktualizowała (życie, jak to ono, poszło naprzód). To znaczy, do tam opowiedzianych faktów dodałam nowe, albo te stare rozwinęłam. Dobrze, że trafiła się okazja.
    Miło mi, że odgadłaś ten dialog.
    Jowisz wydany jest przepięknie, elegancko i pomysłowo. Zasługa przede wszystkim obu pań Ann (Czech i Pol).
    Co do juveniliów: ja uwielbiam tę jednoaktówkę sześcioletniej Emilki. Prześmieszna i rozczulająca! A mam tych jej dzieł całe teczki!

    Dziękuję za te miłe uwagi, dobrze wiedzieć, że książka się podoba!

  23. Wypatrywałam, czekałam, wzdychałam. I mam! Nareszcie. Z najmilszą niespodzianką.

    Pani Małgosiu, Pani Emilko, książka jest piękna. I tą urodą zewnętrzną, która daje tyle przyjemności czytelnikowi biorącemu księgę w ręce, wertującemu jej karty, zatrzymującemu się nad zdjęciem, rysunkiem, detalem. I tą głęboką urodą wewnętrzną, płynącą z wielkiej afirmacji życia, pełnego rodzinnej miłości, twórczego ducha i niewzruszonego optymizmu. To książka radosna! Mądra. Wzruszająca.

    I cudownie się w niej buszuje :). Zachłannie pochłaniam rozkosznie napisane hasła-perełki; tyle tu odkryć i zaciekawień. Nie, nie czytam ich po kolei, to na razie niewykonalne, na spokojne smakowanie przyjdzie czas.

    Dużo tu uśmiechu i śmiechu najszczerszego. Przecudowna scena oświadczyn: absztyfikant wszedł z kwiatami, utknął w przedpokoju i tak sobie tam stał… Najdoskonalsze pointy:
    „- Ależ oczywiście! Wiem wszystko, zgadzam się i bądźcie szczęśliwi!
    No to byliśmy”.

    Angielski serwis. Brawurowa akcja zdobywania biletów na „Tron we krwi” – tego nie wymyśliłby nikt. Choć kiedyś i ja – dla Kurosawy – niemal wszystko :)
    Kolejne jeżycjadowe odsłony. „Zdecydowała się wyjść za niego, chociaż na pewno widziała, że ma on złamane serce. Ale ponieważ go pokochała, postanowiła go poślubić mimo wszystko”. Bardzo to ładnie ujęte, dziękuję, wraz z rysunkiem uroczej flecistki domyka mi smutny wątek.
    Portrety Gizeli i Stefanii Majewskiej, ptaszki na s. 49, zdjęcie na s. 158.

    Wiele wzruszeń. Najlepsza Mama Planety. Potem Babi :) Tort na pół wieku przyjaźni. „The Boston Globe” i „jeszcze lepszy” Brat. Laury na skroniach i wizytówkach.
    Otwarte zakończenie całości.

    Jest i nieprawdopodobny, osobisty prezent. Czytam raz, drugi, trzeci – i nie znika! :). Radość i niedowierzanie.
    Dziękuję!!!

  24. Dzieńdobry, dzieńdobry!
    Czytam sobie „Na Jowisza!” małymi partiami i cieszę się, że ta książka powstała. Jaki to jest cudowny dialog! Widać, że DUA bezbłędnie odgadła, o co czytelnicy chcieli (chcieliby) zapytać. Dla mnie jest to w pewnym sensie spełnienie próśb o wznowienie „Tym razem serio”, i to z nawiązką. Bo DUA odpowiada, opowiada i uchyla rąbka tajemnicy, nie żałując wiadomej przyprawy rosołkowej.
    Na dodatek ta książka to organoleptyczne źródło rozkoszy. Jak ona pięknie pachnie (obwąchuję prawie każdą kartkę)! :-D I jaka jest miła w dotyku! I jaki ten Bobcio na okładce kochany!
    Jestem na razie w połowie lektury (sama sobie nakazałam: żadnego łapczywego łykania!), ale już chętnie przyłączę się do głosów upraszających o następne tomy. No, co poradzić, nam maniakom ciągle mało, mało i mało. ;-)

    PS Juwenilia mnie rozczuliły („Teraz inny papielek mi dać!”).
    PSS Uważam, że „Na Jowisza!” to dobry lek na rozchwiawkę.

  25. Miła Olu Michalak, zamieściłaś komentarz pod poprzednim wpisem i tam też Ci odpowiedziałam! Pozdrawiam serdecznie!

  26. W wychowaniu w wolności najtrudniej jest znaleźć sposób, by dziecko rozumiało wolność jako wolność zadaną, a nie przyzwolenie na brak samodyscypliny. Miło jest poczytać i posłuchać, jak sobie z tym radzą (radzili) inni.

  27. Mamo Isi, łoś nie jest koniem, ale przeczytałem kiedyś, że w średniowieczu istniały zakazy jazdy na łosiach, wynikłe z tego, że używali ich przestępcy dla ich biegłości w poruszaniu się po bardzo podmokłym gruncie, gdzie owi przestępcy mogli mieć kryjówki.

    Łopata u świętego, czy zwłaszcza – świętej, mogła mieć negatywne konotacje, więc mogła być pomijana.

  28. W Warszawie jest kino Iluzjon, małe, stareńkie, o bardzo ciekawej architekturze.

  29. O, ja też lubiłam te małe kina! Była w Poznaniu „Warta” i „Muza” i „Gwiazda”. Ach, i „Tęcza”!- wszystkie na zaledwie kilkanaście rzędów foteli.
    Cóż za filmy tam się poznawało! W „Gwieździe” był przez pewien czas znakomity DKF i cała nasza pobliska szkoła plastyczna urywała się z zajęć, by zobaczyć, na przykład, „Siódmą pieczęć” Bergmana.
    To były wyspy wolności na Morzu Czerwonym.

  30. Dzień dobry, powoli czytam „Na Jowisza” i odkrywaam różne ciekawostki. Dziś na przykład czytając o kinie Rialto, wspominałam sobie brodnickie kino Świt, które już od wielu lat nie funkcjonuje. Też były niewygodne fotele i skrzypiąca podłoga. I pod koniec tynk sypał się ze ścian. Ale jakże przyjemnie oglądało się w nim filmy. To nie to samo co wielkie multiwitaminy. …

    Dziś mieszkam dokładnie naprzeciwko dawnego kina, w którym obecnie jest sala zabaw i żałuję, że nie ma już tego nastrojowego miejsca…

  31. Beatuszko, o Polenlieder i ich kontekście historycznym ukazuje się coraz więcej materiałów. W sieci jest jeszcze jeden ciekawy artykuł Marii Cieśli-Korytowskiej „Raz tylko… Polenlieder”. Rocznik Komparatystyczny – Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego 6 (2015).

    Są też książki:

    Andrzej Szczepaniak- „Zapomniane Polenlieder. Niemieckie wiersze i pieśni o polskich żołnierzach z okresu I wojny światowej. Neue Polenlieder 1914–1915”, Warszawa 2011 (do kupienia).

    „Polenlieder. Niemieckie wiersze o powstaniu listopadowym”.
    Antologia w opracowaniu Piotra Roguskiego, Pułtusk – Warszawa 2012

  32. Zośko (wiad.pryw.)- jasne, przesyłaj, ale może za czas jakiś, OK? Teraz są kłopoty z pocztą, więc nieprędko bym odesłała.
    Mieszkanie, o którym piszesz, znam oczywiście, Jordiego Savalla też. Ale opis tego sylwestra to dla mnie nowość – rzeczywiście, musiał być pamiętny!

  33. Witaj majowa jutrzenko!
    Dzień dobry, miłego świętowania, Kochani!

    Sowo niezwykła i wspaniała, dziękuję!
    Poczytałam znalezione przez Ciebie polskie źródła („Polenlieder” wśród niemieckich pieśni ludowych W. Steinitza i Cz. Hernasa).
    Wychodzi na to, że melodia polska, a słowa wersji z kwietnia 1831 roku napisał Rajnold Suchodolski.
    Masz rację, ucieszyłby się pan Ilešič i może też trochę Alek, bo tam sporo napisano o sympatii społeczeństwa niemieckiego dla polskich powstańców, a kolejną omawianą pieśnią jest właśnie ta o „tysiącu walecznych”.

  34. Bibliofilka z polskiego Wybrzeża
    Nieustannie horyzont poszerza.
    To kryminał pochłonie,
    To znów trudzi swe dłonie,
    Gdy ze szpadlem swój ogród przemierza.

  35. Pewna dama z okolic Poznania
    Na zebrania chodzić się wzbrania.
    Mówi: w moim ogrodzie
    Mam roboty dość co dzień
    I z łopatą po ogrodzie wciąż gania.

  36. Swięta Dorota patronką ogrodów jest jak najbardziej, ale wśród atrybutów nie ma łopaty. Żadna ze świętych patronek ogrodów jej nie ma wśród atrybutów.
    Zgredzie, łoś niewątpliwie ma łopaty, ale czy jest łysym koniem?

  37. Pieszczota pian, ha! Moja M. mówi zwięźle: właź do balii. Jak ktoś się naczytał Astrid Lindgren, to potem są skutki.

  38. Nie w pianie. W pieszczocie pian.
    Wrzeszczało się to przez drzwi łazienki, kiedy ktoś z rodziny za długo się delektował kąpielą. Koegzystencja sześcioosobowej komórki społecznej wymaga jednak dyscypliny, choćby tej czasowej.
    Zgredzie, cenię sobie Twoje spostrzeżenia po lekturze. Dobrze jest wiedzieć, że ktoś mądry – zauważył i zrozumiał.
    Cieszę się.

  39. Jeśli to nie jest niedyskrecja, to także nie wiem, w jakiej sytuacji w życiu domowym można użyć cytatu z KSP o kąpieli w pianie. No chyba, że abstrakcyjnie.

  40. Dla mnie bardzo ważne były te fragmenty Jowisza, które dotyczyły wychowania.

    I uderzył mnie także ten, kiedy mowa o tym, że przyszła kolej i że się przydało.

    No i fajnie było się dowiedzieć więcej o Bruderchen.

  41. Koń z łopatami to łoś, Mamo Isi.

    W wywiadzie padło, zdaje się, że chłopaki czasem nie chcieli się uczyć.
    To pocieszające.
    Co prawda, bardziej pocieszające byłoby stwierdzenie, że chłopaki czasem chcieli się uczyć, ale jak widać nie można mieć wszystkiego.

  42. A jutro wszak jeszcze ważniejsze święto!
    Z tej okazji pozwalam sobie poinformować Księgowych, że na stronie (YT) Instytutu Fryderyka Chopina, o godzinie 15, odbędzie się koncert transmitowany w wersji live, prosto z Żelazowej Woli.

  43. A św. Dorota? Patronka ogrodników, kwiaciarzy, botaników, położnych, piwowarów, górników, panien i młodych par;
    atrybuty: anioł z trzema jabłkami i trzema różami w koszyku, róża, wieniec z róż;

  44. Mamo Isi, wg Bibliotheca Sanctorum są.

    Rysiu, mnie wyćwiczyło własne dziecko. Nie po to ktoś pisze czternaście zwrotek, by ich nie śpiewać.

  45. Najwyraźniej święte unikały szpadla. Ze szpadlem w charakterze atrybutu występuje jeszcze św. Maur – ale jest patronem tragarzy, krawców, szewców i kowali miedzi, a nie ogrodników, więc odpada.
    Jeszcze patronami ogrodników są wespół w zespół Adam i Ewa – i to w dodatku z atrybutem w postaci szpadla – no ale nie są świętymi.

  46. O, co za fluid, trzymałam się dzielnie czas jakiś żeby tu nie zaglądać i nie narażać się na zbyt wiele przecieków z „Na Jowisza”, ale dziś wreszcie nie wytrzymałam i co mnie tu na powitanie spotkało? Otóż maj, który wiwatowałam wczoraj cały dzień, wyśpiewując tę to pieśń właśnie. A raczej wyśpiewując pierwszą zwrotkę plus refren.

    Sowo P. ten współczesny trend zainspirował mnie do stworzenia jakiś czas temu zabawy, która stała się obecnie naszą rodzinną tradycją wigilijną. Podzieleni na drużyny losujemy tytuły kolęd, które następnie odśpiewujemy grupowo. Im więcej zwrotek pamiętamy tym więcej punktów.

    A propos poprzedniego wpisu. Jakie piękne i dobre te dwie twarze na zdjęciu. Zabawna rzecz, za każdym razem kiedy widzę gdzieś zdjęcie Pani Emilii mam nieodparte wrażenie, że znam tę twarz. Zastanawiałam się niejednokrotnie skąd to wrażenie i myślę, że wreszcie mam odpowiedź. Bo takie miłe, sympatyczne twarze chciałoby się znać. Chciałoby się mieć takie twarze w otoczeniu, wśród bliskich znajomych i przyjaciół. To taka tęsknota za dobrymi ludźmi, których rzecz jasna spotykamy dookoła ale zawsze potrzeba ich więcej.

    Niech żyje 2 maja i wszyscy polonijni księgowi! Dobry wieczór :)

  47. Dobry wieczór, miła Charlotko!

    Mamo Isi, a świętej ze szpadlem nie było?

  48. św. Fiakriusz
    patron: ogrodników, kwiaciarzy, taksówkarzy, garncarzy, dekarzy, sprzedawców bielizny
    atrybuty: szpadel, bukiet kwiatów

    I tym sposobem my, kobiety z łopatą, dorobiłyśmy się patrona.

  49. Pozdrawiam serdecznie i bardzo mi wstyd, że po tak długiej przerwie…
    Gratuluję książki, już zamówiona i nie mogę się doczekać!
    Życzę pięknego wieczoru!

  50. Dziękuje :)
    Mamo Isi:))))
    Łopaty nie mam ale w ziemi grzebię, właśnie zakupiłam pierwsze rośliny na moje patio (ulitowałam się nad petuniami, bo wyglądały tak, ze ich nikt inny ich nie kupi, a ja je przywrócę do życia).
    Mam za to deski ze starych półek na książki i właśnie kombinuje jak tu z nich zrobić skrzynki na paprocie.

  51. Być może pan Axer sam nigdy nie kopał i nie siał, więc nie poznał tej przyjemności?

    Beatuszko, aha.

  52. Też jestem kobietą z łopatą i co można na to zrobić. No chyba że akurat jesteśmy z Ateną łysymi końmi. Czy można być łysym koniem z łopatą?
    Wzajemnie całuję w dzióbek i głaszczę po samodzielnie przystrzyżonych piórkach.

  53. Sowo (wiad.pryw.) – tak, pierwowzór istnieje, też ma tak na imię. Ale już nie jest chudy.
    Nie wiem też, czy jeszcze śpiewa.

  54. A czy przypadkiem Księgowi mieszkający poza Polską nie mają dziś swojego dnia? Wszystkiego dobrego.

  55. ,,BŁAGAM. Proszę nie słuchać Czesława Miłosza”. Pękam ze śmiechu !!

  56. Oj, tak, Adamie, już to nasz pan Karel kochany umiał nazwać rzeczy po imieniu!

  57. Ojej uśmiałem się. U nas też kobieta z łopatą. Beata tak lubi kopać, że nie chcę jej odbierać tej przyjemności. A ja wzorem pana Čapka lubię te wszystkie ogrodnicze zajęcia, lubię „przerywać, spulchniać, wyrównywać, podlewać, rozmnażać, podcinać gałązki, preparować, przesadzać, podwiązywać, kropić, gnoić, pleć, wysiewać, czyścić, ciąć, odpędzać wróble i kosy, wąchać ziemię, wygrzebywać z niej palcem kiełki, radować się kwitnącymi przebiśniegami, ocierać pot z czoła, rozprostowywać plecy…” i doceniam jego słowa „Tu z pokorą sobie uświadamiasz bezsilność człowieka; zrozumiesz, że cierpliwość jest matką mądrości”.

  58. Nie, nie chrypialy tak bardzo! Postaram sie jeszcze dzis wysluchac druga czesc wywiadu, ciekawa jestem :)

  59. Kochana Pani Malgosiu, wlasnie wysluchalam pierwsza czesc wywiadu radiowego, jak milo uslyszec Pania i Emilke! Bardzo ciekawy wywiad, tyle w nim ciepla. Juz sie ciesze na druga czesc, a przede wszystkim – na lekture „Na Jowisza”. Pozdrawiam majowo!

  60. Miło jest wrócić pamięcią go czasu studiów – więc nie ma za co. :-)

    A mój mąż jest ze mnie dumny, że potrafię machać łopatą! Bo pracujemy zgodnie, ramię w ramię – gdy trzeba, w ogrodzie. Choć niejeden raz już dostałam „orymus”, że sama, sama sadziłam jakieś badyle. A powinnam zaczekać na Ślubnego i pozwolić się wyręczyć w ciężkich pracach. :-)
    To idę do ogrodu, bo popadało.

  61. O, można poczytać też po polsku: Wolfgang Steinitz, Czesław Hernas „‚Polenlieder’ wśród niemieckich pieśni ludowych”, Pamiętnik Literacki 52/4 (1961), dostępny w całości w sieci. Opisany jest kontekst przenikania tych pieśni (w obie strony) i wszystkie ich warianty. Kompozycję pieśni majowej przypisywano nawet Chopinowi, ale podobno się wyparł.

  62. Alku, to przypadkowa zbieżność. Niejeden garbaty nos na świecie!- a prototyp Agi chodził po Krakowie.
    Cieszę się, że już masz książkę. Polecam rozdział „Rozrywki umysłowe”.
    Aha, szukaj nietoperza, jest uroczy.

  63. Śpiewałam, szczególnie te nieznane zwrotki. Czasem akcenty tekstu kłócą się trochę z tymi muzycznymi, ale co tam. :)

  64. Adamie, to wspaniale wiadomości. Szczęśliwy ten, kto może uprawiać ziemię.
    Ja to kocham.
    Ha! Przypomniało mi się, jak kiedyś Erwin Axer, wielki reżyser, dżentelmen i znawca kobiecości, odwiedził mnie tu, na wsi, wraz z Ewą Starowieyską (która była znakomitą scenografką). Ona chodziła po moim ogrodzie i wydawała okrzyki zachwytu, a on spytał, kto to wszystko posiał i posadził. Kiedy z dumą odparłam, że ja, najpierw spytał, zszokowany:- Osobiście?! – a po uzyskaniu potwierdzenia skrzywił się lekko i rzucił potępiająco:- Kobieta? Z łopatą?! … To straszne.