
(fot. MM, przed chwilą!)
Stanisław Baliński (1898-1984)
FIOŁKI
Fijołki u nas w lesie nie pachną tak mocno,
Jak te, co zakwitają na parmeńskich targach,
I zakochanych słowa pod niebem północnym
Nie drżą tak niecierpliwie, jak na cierpkich wargach
Łaskawego Południa, gdzie wszystko jest prostsze,
Gdzie oczy — wyznaniami, usta ciałem płoną,
Gdzie wszystkie, prócz zieleni, barwy są najsłodsze.
U nas właśnie inaczej. U nas jest zielono.
W chłodnej zieleni lasu błądzimy oboje,
Patrz, pierwsze fiołki kwitną w zamrożonej rosie,
Jeszcze lśnią w moich rękach a już gasną w twoich,
Gdy ci je na dzień dobry daję z drżeniem w głosie.
Dziękujesz, ale w głosie nie słyszę podzięki,
Uśmiechasz się, a smutkiem przyjaźni powiało,
I fiołki opadają na ścieżkę z twej ręki,
Jak słowa niepotrzebne… Tyle z nich zostało.
Ale głos wczesnej wiosny dotąd we mnie dźwięczy,
Jakbym dotąd nie wierzył, żem żądał zbyt wiele;
Taka już być musiała ta miłość młodzieńcza,
Gorzka jak zapach fiołków i chłodna jak zieleń.









A mi fiołki się z dwoma rzeczami kojarzą. Pierwsza rzecz to koszulka Baltony z „Pulpecji” z ręcznie malowanym fiołkiem i napisem „Fijoł”. A druga rzecz to wiersz (a raczej jego początek) Kazimierza Wierzyńskiego, bo czasem też mam wrażenie, że w mej głowie fiołki kwitną.
„Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną
na klombach mych myśli sadzone za młodu
Pod słońcem co dało mi duszę błękitną
i które mi świeci bez trosk i zachodu.
Rozdaję wokoło mój uśmiech, bukiety
rozdaję wokoło i jestem radosną
wichurą zachwytu i szczęścia poety
co zamiast człowiekiem powinien być wiosną!”
Lubie małe kwiatki w niebiesko-fioletowych kolorytach, fiołki, niezapominajki, barwinek, szafirki, dzwonki, chabry, frezje…
Dziękuję, miła Wiktorio!
Cieszę się, ze „Kłamczucha” rozbawiła Cię, i że łatwiej może jest Ci znieść rozstanie ze szkołą!
Będzie dobrze, nie martw się.
Przesyłam uściski!
Witam Panią serdecznie.
Chciałabym pochwalić się, że właśnie przeczytałam jedną z Pani książek pt. „Kłamczucha”. Książka ta bardzo mi się podobała, była bardzo zabawna, szkoda tylko, że nie będziemy jej omawiać w szkole. Szkoda, że nie chodzimy teraz do szkoły, jednak mam nadzieję, że jak będziemy wszyscy posłusznie zostawać w domu to wirus zniknie i wrócimy do normalnego życia. Bardzo Panią pozdrawiam i dziękuję, że napisała Pani tą książkę.
Pozdrawiam
W tej chwili parę sztuk jest na allegro, więc właśnie kupiłem jedną na zapas.
Dobry wieczór wszystkim!
Zaglądam tu nieustająco, pisze bardzo rzadko. Dziś coś mnie podkusiło, żeby się jednak odezwać:)
W skrócie. Telegraficznym.
Ulubiony wiersz „Kołysanka” K.K. Baczyńskiego
„Nie bój się nocy — ona zamyka
drzewa lecące i ptasie tony
w niedostrzegalnych, mrocznych muzykach,
w przestrzeni kute — złote demony,
które fosforem sypiąc wśród blasku
wznoszą się białe, modre, różowe,
wznoszą się w lejach żółtego piasku,
w chmurach rzeźbione unoszą głowy.
Nie bój się nocy. Jej puchu strzegą
kropla kosmosu, tabuny zwierząt;
oczy w nią otwórz, wtedy pod dłonią
uczujesz ptaki i ciche konie,
zrozumiesz kształty, które nie znane
przez ciebie idąc — tobą się staną.
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę
ten żywy strumień przeobrażenie,
duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.
Ułóż wezbrane oczy w kołysce,
ciało na skrzydłach jasnych demonów,
wtedy przepłyniesz we mnie jak listek
opadły w ciepły tygrysi pomruk.”
Wiersz, który zawsze mnie krzepi, idealny na tę porę.
Pióra wieczne. Mam dwa. Schaeffera, którym pisałam maturę – prezent od Mamy. I Mont Blanc – prezent od Ukochanego. Oba zepsute. Parę lat temu zmarł p. Marian Grega, którego punkt „Specjalistyczny Zakład Naprawy Wiecznych Piór” przy ul. Szpitalnej 7 w Krakowie znali wszyscy miłośnicy wiecznych piór i nie tylko oni. Kiedyś pół żartem, pół serio zapytałam pana Mariana, czy mogę zostać jego czeladnikiem. Odpowiedział: proszę spojrzeć na moje ręce. Tego nie da się zmyć. Dziś trochę żałuję, że nie terminowałam u Mistrza. Moje pióra leżą w szufladzie i nie ma ich kto uzdrowić.
I również wygrałam Karaluchy! Jako mama super kreatywnego Staśka lat 7, cieszę się podwójnie:)
Cieszę się też na „Na Jowisza”! Na, na, na;)
Dobrej nocy!
Dag
Ja też!
A ja zdobyłam.
I przeczytałam.
A jeśli „Trzej panowie” i Jerome, to również „Nie licząc psa” i Willis. Książka ciesząca się wśród Ludu pewną popularnością, choć trudna do zdobycia.
O, więcej niż zacne!
Dzięki, Wilku Morski!
Książkowe polecanki z GN:
„Jeśli obecnie brakuje Wam dawki dobrego humoru i włączacie się w akcję #zostańwdomu, to polecam trzy książki: „Pan raczy żartować, Panie Feynman” Richarda P. Feynmana, „Frywolitki” Małgorzaty Musierowicz i „Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jeromego K. Jeromego. Śmiech gwarantowany”.
Towarzystwo, przyznać trzeba, zacne.
Stary pan Andersson, znany pod pseudonimem „Dziadziuś”, jeśli się nie mylę?
Sowo P. – Kleksa uwielbiałam jako dziecko…. do dziś podczytuję czasami, przyznam :)
Alku, dokładnie tak. Wczoraj pomyślałam „ulubiony wiersz” i od razu nasunęła mi się właśnie La Belle Dame…, dzisiaj, kiedy zajrzałam tu rano, pomyślałam ponownie „ulubiony wiersz” i tym razem pierwsze co mi błysnęło w głowie to „Licho” i cudowna Iłła. A juutro będzie to pewnie zupełnie inny wiersz… Dobry wieczór :)
„Licho” Kazimiera Iłłakowiczówna
Nie trzeba mnie wyganiać, nie trzeba mnie odpychać!
Obejmę jabłoń za szyję, zacznę z jabłonią usychać,
zapłaczę nad agrestem, przejdę się malinami,
będą skurczone liście, jagody z czarnymi plamami.
Nie trzeba mnie wyganiać! Szparagi wyginą suche,
do grząd cienistych truskawek namówię ciotkę ropuchę.
W stajni rozplotę włosy, zakręcę znów do góry,
i przyjdą z ziem indyjskich olbrzymie rogate szczury.
Trzeba mnie wziąć do domu, przy stole dębowym posadzić,
trzeba mnie długo pieścić, po zimnych stopach gładzić,
a kiedy sen mnie zmoże albo zaleję się łzami
– długo po czole miedzianym ciepłymi wodzić ustami.
Ho, ho, tak, tak, Alku!
Zgredzie, ja też posłużyłem się tym pustym naczyniem :-) Dobrze, że łeb jeszcze działa, chociaż dziwnie lepiej w stosunku do rzeczy dawno zapamiętanych, niż do wydarzeń z wczoraj.
Janusz St. Pasierb
czekaj
nie mów językiem Kanaanu
nie bierz ich słów
tego głosu nie będziesz miał
przede mną
wypluj strzępy brudnego papieru
co oblepiły ci język
milcz
milcz wytrwale
czekaj aż w twoim ciele
pocznie się słowo
(18.6.84 – a jakie aktualne!)
Przytaczam z głowy, czyli z niczego:
Janusz Stanisław Pasierb
Na obraz Anonima Bolońskiego przedstawiający Kupidyna, w Prado
to nie eros swawolny czy słodki amorek
ten łucznik muskularny z ciężkimi skrzydłami
co nieruchomym szumem zwiastują tragedię
naprężona cięciwa brzmi jak struna w basie
na niej dwie strzały, żadna nie ominie celu
jeśli nie wierzysz, spójrz strzelcowi w oczy
biada nieszczęśnikom do których tak starannie mierzy
wielka prawdziwa miłość nie kończy się dobrze
już jej prolog poraża tak jak wyrok śmierci
Tak było. „…where Alph the sacred river run, through caverns measureless to man, down to a sunless seas”. Tamten fragment jest z czyjegoś wolnego tłumaczenia, które kiedyś czytałem.
Nie żebym czytał taką literaturę, ale to było motto pewnej czytanki w podręczniku do angielskiego Metodystów.
Ateno, no popatrz, myślałem, że pióro Tosi nie było wieczne, ale przecież unieśmiertelniła je autorka Plastusiowego Pamiętnika.
Alku, moja słaba pamięć mówi mi, że w oryginale było: „In Xanadu did Khubla Khan a great pleasure dome decree”. Ale pewnie było inaczej.
A jeszcze podpowiem coś KokoszaNel, która pytała kilka wpisów temu o narzędzia do nauki kaligrafii. Nie w sprawie stalówek, bo swój zestaw, który dostałam dawno temu w prezencie gdzieś posiałam, ani atramentu – bo, tak jak Atenie, wysechł na wiór zanim go użyłam, ale mogę polecić kilka książek. Przede wszystkim seria „Piękne litery” Ewy Landowskiej i Barbary Bodziony (Wydawnictwo Benedyktynów w Tyńcu) oraz „Copperplate. Kaligrafia od podstaw”. Dla dzieci i osób podchodzących do kaligrafii trochę mniej poważnie niezła może być „Kaligrafia” Grzegorza Barasińskiego. W ogóle sporo sprzętu i materiałów można nabyć w krakowskim sklepie calligraphers kropka eu. W tym piękną książkę, przed której zakupem chyba się nie oprę – „The Book of Kells: An Illustrated Introduction to the Manuscript in Trinity College Dublin”. I jeszcze koniecznie zakupię „The Art of Pen” („Sztuka pióra – kaligrafia na dworze cesarza Rudolfa II”). Dla samej uciechy oka.
To jeszcze „ulubiony wiersz”.
Stanisław Barańczak
Co mam powiedzieć
Który to świat, czy ten? Nie w takt, niespodziewane
targnięcia wiatru szarpią rozespanym niebem.
Co mam powiedzieć, wie, że będzie powiedziane.
Furkot wróbla. Filc piłki uderza o ścianę
garażu. Szum z odległych szos. Znów, po raz nie wiem
który: to świat, czytelne „tak”, niespodziewane
przybicie stempla słońca na kolejny ranek,
którego mogło nie być, a jest, cały jeden.
Co mam powiedzieć? „Wierzę”? Będzie powiedziane
tak wiele słów, a żadne nie złożą się w zdanie
proste oznajmujące o Wiedzącym Niemym,
który, osiadłszy w tętnie, tka niespodziewane
skrzyżowania przypadków na tej jednej z planet,
w jednym z ciał, między jednym a następnym mgnieniem.
Co nam w powiewie, w wietrze będzie powiedziane
na ucho, to się może w głębi krtani stanie
słowem, uwięzłym między podziwem a gniewem,
które poświadczy, będzie trwać, niespodziewane.
Co mam powiedzieć – wierzę – będzie powiedziane.
„W Xanadu Kubla-Chan wspaniały pałac snów zbudować rozkazał, gdzie Alf, święta rzeka toczy swe wody przez groty ludziom niedostępne […]”
W regule któregoś z zakonów żebraczych jest wciąż zasada, aby raz na jakiś czas wynieść wszelkie posiadane rzeczy z celi (a potem je wnieść). Trochę to się wpisuje w wiersz Stanisława Barańczaka.
A trochę też dopełnia go wiersz Gałczyńskiego (Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich):
„Tak modliłem się:
żeby — w razie ostatecznej katastrofy — Matka Boska przemieniła mnie w małą płaskorzeźbę z XII wieku, która przedstawia „Daniela w jaskini lwów”;
żebym w każdej chwili umiał się rozstać z pewnym abażurem, na którym jest wyobrażona bezsensowna ryba;
żebym natychmiast ofiarował moją kanapę, moją pozłacaną kanapę, właścicielce bankrutującego baru, która skarżyła mi się, że po prostu nie ma na czym siedzieć;(…)”
Podam, bo może nie wszystkim wiadomo.
Mój Braciszek.
Autora nie podaję, bo i tak wiadomo:
„Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat
Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?”
*Steinbeck
„Plastusiowy pamiętnik” – to pierwsza książka, którą przeczytałam w szkolnej bibliotece w pierwszych dniach września, nieco przerażony sześcioletni pierwszak (rok wcześniej zaczynający edukację). Przerażona tym tumultem na korytarzu powędrowałam drugiego dnia nauki do pani z biblioteki i poprosiłam o coś do czytania. Najpierw czytałam na przerwach, a potem pani wyjęła kartę i mnie po prostu zapisała, pożyczając książkę do domu. W ten sposób wyprzedziłam o cały semestr kolegów i koleżanki z klasy.
Nigdy nie zapomnę Plastusia (no może niektóre szczegóły).
„Pióro contra flamaster” – Szarlota Pawel.
Ateno, teraz pisze atramentem Parker Penman Sapphire, ale trudno go polecać, bo jest już praktycznie nie do kupienia. Sądzę, że Iroshizuku asa-gao byłby przyjemnym zamiennikiem, kiedyś spróbuję. Bardzo dobra jakość (produkuje go Pilot) i podobnie piękny odcień niebieskiego.
„La Belle Dame Sans Merci ma cię oto w swej mocy” i tak dalej – tak, również cenię. A w ogóle pojęcie „ulubiony wiersz” jest mylące. Ulubiony o której godzinie? O jakiej porze roku? Z jakiego powodu…? Ile sytuacji, tyle wierszy. Lubię prozaików, którzy sięgają po twórczość poetów, aby zwrócić uwagę na wymowę swoich tekstów. Przywołana przeze mnie książka „Słuchacze” Gunna jest pełna cytatów i odniesień do poezji i w ogóle literatury. A poezję Kiplinga, w Polsce praktycznie nieznaną, w większej dawce poznałem dzięki książkom Johna Ringo (który sam będąc emerytowanym Marine napisał gdzieś, że każdy żołnierz, którego zdarzyło mu się poznać bliżej, znał i cenił wiersze tego autora). W jednej ze swoich książek Ringo rozbił wiersz „Recessional” na motta do poszczególnych rozdziałów. Co polski tłumacz jego książek sumiennie przełożył.
Mamo Isi, mamy identyczne krasnoludkowe skojarzenia. ! :) Tylko u mnie taki dźwięk wydawał malutki kotek Imbirek. Ledwo słyszalne to było i urocze jak on cały.
Wiersz na dzisiaj Stefek Burczymucha.
Skoro już dosiadłam się do półki z książkami dla dzieci.
Plastusiowy Pamiętnik – pióra, kałamarze i kleksy.
Nie dowiedziałam się jakimi piórami pisał Steinback.
Znalazłam natomiast jakieś forum na którym przedyskutowano ten temat, bez wniosków.
Wygrzebałam moje pióra. Najlepiej mi się pisało Hero, do ulubionego i Parkera nie mam naboi.
Eleganckie, które dostałam jest „ zimne” w uchwycie.
Atrament Pelikan wysechł na wiór, zarówno w kałamarzu jak i piórach.
Polecam atrament Parkera.
Teraz mam ręce pierwszoklasistki.
Brawo! Piórem pisał także pilot Pirx.
Chciałabym mieć wieczne pióro z tzw. stalówką muzyczną, bo tak ładnie pisze się nią nuty: cienkie laseczki, grube belki i cieniowane chorągiewki. Ale trzymałabym je głównie w szufladzie, bo do pisania nut używam teraz głównie komputera, a ręcznie tylko ołówka (nawyk szkolny). Poza tym takie pióra są obrzydliwie drogie. Niemniej miło jest mieć na półce galerię przedmiotów cudownie bezużytecznych.
Faktycznie.
Dziękuję za odświeżenie pamięci.
Co mówiąc, oddalam się, by czytać (ponownie) 451 st. Fahrenheita.
Też już co nieco zdążyłam zapomnieć.
Zgreduchna zgadł!
Orwell.
Och, lista ulubionych wierszy… ileż ich!
1984?
Mam ochotę zrobić listę ulubionych wierszy.
Podam, podam, tylko skończę smażyć omlety.
Skrzypiący drzwiami krasnoludek – jakie to śliczne porównanie.
Sowo, w sprawie zapodanego cytatu: coś mi zdecydowanie dzwoni, ale jeszcze nie wiem gdzie.
Czy mogłabyś rzucić jakieś koło ratunkowe (niekoniecznie betonowe), to znaczy kolejny cytat, o ile Pani Małgosia pozwoli?
Bardzom ciekawa, a nie chcę się jeszcze łamać i tak całkiem poddawać.
(Dobrze jest czymś zająć głowę).
I razem uściskajmy ElkęM, uważając przy tym na jej kręgi.
Odwzajemniam uściski:)
Jesienna Ado, przesyłam wyrazy podziwu i zazdrości zarazem (bo ja już zapełniłam areał i nie mam gdzie posadzić drzewka… a tak bym jeszcze chciała!).
U nas słonecznie, ale zimno, jeden stopień o tej porze. Chyba w nocy był przymrozek.
Tak, Sowo, ślicznie powiedziane i pomyślane. Przyłączam się do uścisków dla Mamy Isi.
Dziękuję za piękne wiersze!
Tak, Bożenko, to też jeden z moich ulubionych.
Biedroneczko, jaki fluid z Dickinson i tłumaczem!
Mamo Isi, ściskam Cię wirtualnie za ten dźwięk krasnoludkowych drzwiczek!! „Śpiew” gila to jeden z naszych ulubionych dźwięków, mimo że nigdy nie słyszany w naturze. Zaraz powiem o tym Sowiątku.
Przyleciały gile! Siedzą na kwitnącej śliwce japońskiej, obdziobują pączki i wydają takie dźwięki, jakby krasnoludek skrzypiał malutkimi drzwiczkami.
Ciekawe kto to tłumaczył i jak mu wyszło.
Polski przekład poezji Waltera de la Mere jest w antologii „Poeci języka angielskiego” (tom 3, z 1974) – niestety, nie mam go.
Before I got my eye put out –
I liked as well to see
As other creatures, that have eyes –
And know no other way –
But were it told to me, Today,
That I might have the Sky
For mine, I tell you that my Heart
Would split, for size of me –
The Meadows – mine –
The Mountains – mine –
All Forests – Stintless stars –
As much of noon, as I could take –
Between my finite eyes –
The Motions of the Dipping Birds –
The Morning’s Amber Road –
For mine – to look at when I liked,
The news would strike me dead –
So safer – guess – with just my soul
Upon the window pane
Where other creatures put their eyes –
Incautious – of the Sun –
Zanim straciłam wzrok – ceniłam
Ten zmysl jak każde Stworzenie –
Które ma Oczy i nie myślii
Nawet – że mogłoby nie mieć –
Lecz gdyby ktoś mi Dziś powiedział –
Że mogę mieć niebo całe
Dla siebie – Serce by mi pękło
Pod tak radosnym ciężarem –
Łąki – na własność –
Góry – Lasy –
Gwiazdy – bez Ograniczeń –
Tyle Dnia, ile zmieszczę między
Dwie skończone źrenice –
Ruch Skrzydeł Ptaka, gdy Lot Zniża –
Bursztynowy Gościniec
Poranku – dla mnie – dla mych oczu –
Ta Wieść zabiłaby mnie –
Bezpieczniejsze chyba – próby duszy
Przez Szybę przenikającej
Domysłem – jak Inni – okiem
Niebacznie wpatrzonym – w Słońce –
Emily Dickinson (tł. St. Barańczak)
Ha, i dla mnie reprint. Może jest dla wszystkich uczestników :)
Zabawa rzeczywiście przednia, dzięki!
I może jeszcze:
Wisława Szymborska
Vermeer
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.
I zaraz muszę zajrzeć, jakiż to świetny quiz nam Sowa poleca.
Wiersz mój najulubieńszy, w najdoskonalszym z możliwych przekładzie Stanisława Barańczaka:
Emily Dickinson
Miłość – jest wcześniej niż Życie –
Trwa dłużej niż Śmierć – jest Stworzenia
Pierwszym Aktem – głównym Aktorem
Na scenie, jaką jest Ziemia –
p.s. Gdyby potrzebne było tłumaczenie, to chętnie służę.
Aha, ulubiony wiersz? A to proszę bardzo:
„La Belle Dame Sans Merci” John Keats
O what can ail thee, knight-at-arms,
Alone and palely loitering?
The sedge has withered from the lake,
And no birds sing.
O what can ail thee, knight-at-arms,
So haggard and so woe-begone?
The squirrel’s granary is full,
And the harvest’s done.
I see a lily on thy brow,
With anguish moist and fever-dew,
And on thy cheeks a fading rose
Fast withereth too.
I met a lady in the meads,
Full beautiful—a faery’s child,
Her hair was long, her foot was light,
And her eyes were wild.
I made a garland for her head,
And bracelets too, and fragrant zone;
She looked at me as she did love,
And made sweet moan
I set her on my pacing steed,
And nothing else saw all day long,
For sidelong would she bend, and sing
A faery’s song.
She found me roots of relish sweet,
And honey wild, and manna-dew,
And sure in language strange she said—
‘I love thee true’.
She took me to her Elfin grot,
And there she wept and sighed full sore,
And there I shut her wild wild eyes
With kisses four.
And there she lullèd me asleep,
And there I dreamed—Ah! woe betide!—
The latest dream I ever dreamt
On the cold hill side.
I saw pale kings and princes too,
Pale warriors, death-pale were they all;
They cried—‘La Belle Dame sans Merci
Thee hath in thrall!’
I saw their starved lips in the gloam,
With horrid warning gapèd wide,
And I awoke and found me here,
On the cold hill’s side.
And this is why I sojourn here,
Alone and palely loitering,
Though the sedge is withered from the lake,
And no birds sing.
To nie literówka, drzewek jest 100, posadzę je w odległości około 30m od domu. Miejsca dookoła domu mam sporo, już zacieram rączki na sadzenie.
Kochani, pojawiam się po miesiącach nieobecności tutaj, zmotywowana historiami o piórach wiecznych (spoczywałam na łożu boleści, łamiąc co jakiś czas kolejny krąg).
Obecnie używam do pisania głównie klawiatury, ewentualnie ulubionych cienkopisów, ale okres szkoły średniej i studiów to była era piór. I atramentów! W klasie maturalnej dostałam od przyjaciółki przepiękny ciemnofioletowy atrament (z Białorusi, słowo daję!), potem pisałam głównie czarnym. W czasie studiów używałam ukochanego srebrnego Wattermanna, niestety przepadł gdzieś przed magisterium i już nigdy więcej nie miałam czegoś równie szlachetnego. Natomiast pamiętam, że mój tata przez wiele lat używał opisanego tu przez kogoś korpusu pióra w wąskie zielone paseczki jako igielnika! Kiedyś to ludzie byli kreatywni!
A czy pamiętacie śledztwo w sprawie zaginięcia wiecznego pióra w”Szatanie z siódmej klasy”? Jest tam też coś i o atramencie..
Tym razem łatwa zagadka:
„Teraz zabierał się do pisania pamiętnika. Nie było to zakazane (nic nie było zakazane, gdyż wszelkie prawa dawno już zniesiono), ale nie wątpił, że jeśli go nakryją, dostanie karę śmierci lub przynajmniej dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Włożył do obsadki stalówkę i possał przez
chwilę, żeby ją oczyścić. Pióra, archaicznego narzędzia, rzadko używano nawet do składania
podpisów, ale zdobył je – potajemnie i z pewnym trudem – ponieważ uznał, że piękny kremowy papier zasługuje na coś lepszego niż drapanie kopiowym ołówkiem. Prawdę mówiąc, nie nawykł do ręcznego pisania”.
A James Gunn wybrał wersy z tego utworu jako motta kolejnych rozdziałów swojej książki „Słuchacze” (przełożył Marek Marszał):
„Jest tam kto? — Wędrowiec zastukał do blaskiem księżyca zalanych wrót
…
– a widmowy słuchaczy tłum w domu żyjący cudzym
stał w martwym blasku miesiąca i słuchał tego głosu ze świata ludzi
…
– Słuchając, jak targa powietrzem Samotnego wędrowca krzyk
…
Że na darmo przybyłem, powiedz im, Że dotrzymałem słowa — rzekł…
…
I nawet nie drgnął ze słuchaczy nikt, Choć każde z jego słów
Echem dudniło w pomroce zamilkłego domu
…
ich obcość czuł w sercu swoim, ich niemą odpowiedź na swój krzyk
…
…i milczenie wracało falą”
Dziękuję, Alku!
Walter de la Mare
„The Listeners”
Is there anybody there?’ said the Traveller,
Knocking on the moonlit door;
And his horse in the silence champed the grasses
Of the forest’s ferny floor:
And a bird flew up out of the turret,
Above the Traveller’s head:
And he smote upon the door again a second time;
‘Is there anybody there?’ he said.
But no one descended to the Traveller;
No head from the leaf-fringed sill
Leaned over and looked into his grey eyes,
Where he stood perplexed and still.
But only a host of phantom listeners
That dwelt in the lone house then
Stood listening in the quiet of the moonlight
To that voice from the world of men:
Stood thronging the faint moonbeams on the dark stair,
That goes down to the empty hall,
Hearkening in an air stirred and shaken
By the lonely Traveller’s call.
And he felt in his heart their strangeness,
Their stillness answering his cry,
While his horse moved, cropping the dark turf,
’Neath the starred and leafy sky;
For he suddenly smote on the door, even
Louder, and lifted his head:—
‘Tell them I came, and no one answered,
That I kept my word,’ he said.
Never the least stir made the listeners,
Though every word he spake
Fell echoing through the shadowiness of the still house
From the one man left awake:
Ay, they heard his foot upon the stirrup,
And the sound of iron on stone,
And how the silence surged softly backward,
When the plunging hoofs were gone.
(widziałem raz tłumaczenie tego wiersza, ale nie udało mi się go odnaleźć teraz).
O, dzięki, Wilku Morski!
To dobre na zakończenie Dnia.
Na Światowy Dzień Poezji:
„Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?
Czy z napisanej wody pić,
która jej pyszczek odbije jak kalka?
Dlaczego łeb podnosi, czy coś słyszy?
Na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta
spod moich palców uchem strzyże.
Cisza – ten wyraz tez szeleści po papierze i rozgarnia
spowodowane slowem „las” gałęzie.
Nad białą kartką czają się do skoku
litery, które mogą ułożyć się źle,
zdania osaczające,
przed którymi nie będzie ratunku.
Jest w kropli atramentu spory zapas
myśliwych z przymrużonym okiem,
gotowych zbiec po stromym piórze w dół,
otoczyc sarnę, złożyć się do strzału.
Zapominają, że tu nie jest życie.
Inne, czarno na białym, panują tu prawa.
Okamgnienie trwać będzie tak długo, jak zechce,
pozwoli się podzielić na małe wieczności
pełne wstrzymanych w locie kul.
Na zawsze, jesli każę, nic się tu nie stanie.
Bez mojej woli nawet liść nie spadnie
ani źdźbło się nie ugnie pod kropką kopytka.
Jest więc taki świat,
nad ktorym los sprawuje niezależny?
Czas, ktory wiąże łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?
Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.”
(Wisława Szymborska, RADOŚĆ PISANIA)
O, Madziu, poniekąd fluid!
Dobre i to, Mamo Isi. ;)
Zawsze to coś!
Dziękuję, kochany Starosto:)
W nocy z 29 na 30 marca mamy zmianę czasu i o godzinę krócej posiedzimy w domu.
Uśmiechajmy się więc!
Dziękuję. Uśmiech przyda się w tych ciężkich czasach :)
Marysiu, Obywatelko Warszawy! Dziękuję za wiadomość prywatną. Fiołki w Warszawie, na ulicy, pomiędzy płytami chodnikowymi!
A to ci zuchy!
Tak, stoicki spokój ducha jest zalecany. Zawsze, pamiętaj.
Cieszę się, że lubisz tu zaglądać!
Przesyłam uśmiech!
E, będzie dobrze:). A tulipanki mądralki cały dzień dziś miały zamknięte główki. Wiedza, ze przy takim wietrze i tak żadna pszczoła ani bak nie przylecą, wiec nie warto było marznąć. Zapomniałam o bratkach i ostrozkach – pierwsze kwitną, a drugie wypuściły już ładne listeczki. Róże tez obudziły się na dobre i maja coraz więcej liści. Nie ma to jak wiosna w ogródku przydomowym.
Tulipanki, Sondelani! Jak miło!
No, żeby nam tylko te przymrozki nie dokuczyły!
DUA, dziękuję za ten link od Sowy :) Ależ zabawa, z wpadkami, ale też wygrałam – jakież to krzepiące. A mały Staś bardzo zdolny.
Niektórzy lubią poezję.
Ha, tez zagrałam i wygrałam! Świetna zabawa!
Mam tez wspomnienie z piórem. Ale nie wiecznym, tylko gęsim. Miałam pewnie z piec lat, bo wtedy właśnie zaczęłam czytać, a zaraz potem rwać się do pisania, gdy mój Tata zrobił mi taki prezent.
Nie pamietam, dlaczego nie dal mi po prostu ołówka do kreślenia krzywych kulfonkow. Za to pamietam bardzo dokładnie, jak najpierw obciął końcówkę pióra, a potem z wielkim skupieniem przecinał ja żyletka, żeby w końcu pokazać mi, jak to cudo pisze. Czułam się jak Koszałek Opalek, gdy stawiałam pierwsze literki tym wspaniałym narzędziem.
W naszym ogrodzie zakwitły już wczesne czerwone tulipanki, prawie kończą się krokusy, za to ciagle grają kolorami żonkile, prymulki i szafirki. Wystawiły główki peonie i hosty, i tylko patrzeć, gdy rozwiną się w pełni forsycje.
Pozdrawiam serdecznie i wiosennie *** Sondelani Optymistka
Mam coś w sam raz na okazję: przepis na wiersz (to specjalnie dla Mamy Isi):
Beata Obertyńska
MÓJ PRZEPIS
Pomysł łapie się w locie jak skrzącą libellę.
Potem w butli, co w słońcu fermentuje tęczą,
na dwie się, trzy czy cztery zostawia niedziele.
Tam pomysły złapane mrowią się i chrzęszczą,
mrą i rosną – marnieją – stroszą skrzydeł siatki,
by mienić się pod światło turkusem i miedzią…
Cały zaś tłum owadzi suchy, sypki, gładki
prze w górę, w dusznym cieple, słoja gołoledzią,
na zbocz szklaną ruszając w brzękoskrzydłej masie.
Tego wreszcie, co pierwszy o brzeg szkła zahaczy,
zimnym sensu eterem – bo trudno inaczej –
po cichu i łagodnie zakrapia się na śmierć…
I dopiero, gdy skrzydeł suchy dreszcz zagaśnie,
taką się ćmę czy jętkę, ważkę czy motyla
słowami do papieru ostrożnie przyszpila…
I ja zagrałam i wygrałam! :-)
Ach, właśnie do mnie dotarło, że dziś jest Dzień Poezji!
Zaraz Wam znajdę coś ładnego, a i Was zachęcam do wpisywania tu ulubionych wierszy!
Warunek: muszą być przynajmniej niezłe.
O, producent ołówków buja. Steinbeck pisał piórem a nawet, jak wynika z tekstu na brainpicking, zmieniał pióra i eksperymentował.