Mistrzostwo!

 

xsw3

mal. Xavier Swolf (ur. 1942)

 

Słyszę, że lubicie malować akwarelą, Kochane Czytelniczki, więc w pełni rozumiejąc to przywiązanie (jest to i moja ulubiona technika) spieszę podzielić się z Wami najcenniejszym okazem z mojej starannie dobranej i wciąż wzbogacanej Internetowej Kolekcji. Powyższe dzieło  jest, jak uważam, skończoną doskonałością, pod każdym względem. Proszę oglądać i się zachwycać, zwracając przy tym uwagę na oszałamiającą technikę, jaką dysponuje ten współczesny malarz belgijski.

W internecie znaleźć można filmy, na których demonstruje on wszystkie swoje mistrzowskie sztuczki oraz kruczki i zapewniam Was, że wiele można się od pana Swolfa nauczyć. Subtelny kolor, nienaganna kompozycja, wyjątkowa precyzja i niezwykły dar widzenia, pewność ręki i oka, zupełna wirtuozeria wykonania! – wszystko to jest olśniewające i na najwyższym poziomie! Proszę popatrzeć, jak wspaniale namalowana jest woda! Te kamyczki na płytkim dnie przy samym brzegu – wiem, jak on to robi: zanurza płaski pędzel w  farbie, po czym przyciska go kciukiem i palcem wskazującym, pryskając kolorem na wybrane miejsce. A te drobniutkie brązowe zmarszczki na wodzie, przy samym brzegu, powstały przez śmiałe, lekkie przesunięcie szerokim, płaskim pędzlem po wysychającym już tle.

Jaka ta woda jest prawdziwa, jaka żywa, piękna i różnorodna, jak świeci i polśniewa, jak odbija i jak zasłania!

I spójrzcie, jakim spokojem, jakim majestatem tchnie ten obrazek.

Mogę na niego patrzeć bez końca, nigdy mi się nie znudzi.

Mistrzostwo!

 

Henry Wadsworth Longfellow

THE BUILDERS

 

All are architects of Fate,
Working in these walls of Time;
Some with massive deeds and great,
Some with ornaments of rhyme.

Nothing useless is, or low;
Each thing in its place is best;
And what seems but idle show
Strengthens and supports the rest.

For the structure that we raise,
Time is with materials filled;
Our to-days and yesterdays
Are the blocks with which we build.

Truly shape and fashion these;
Leave no yawning gaps between;
Think not, because no man sees,
Such things will remain unseen.

In the elder days of Art,
Builders wrought with greatest care
Each minute and unseen part;
For the Gods see everywhere.

Let us do our work as well,
Both the unseen and the seen;
Make the house, where Gods may dwell,
Beautiful, entire, and clean.

Else our lives are incomplete,
Standing in these walls of Time,
Broken stairways, where the feet
Stumble as they seek to climb.

Build to-day, then, strong and sure,
With a firm and ample base;
And ascending and secure
Shall to-morrow find its place.

Thus alone can we attain
To those turrets, where the eye
Sees the world as one vast plain,
And one boundless reach of sky.

 

 


					

146 przemyśleń nt. „Mistrzostwo!

  1. Dziękuję, DUA! Tak, już widzę, że książka jest dobra. Zaraz na początku zachwyciły mnie bardzo ciekawe opisy doznań noworodka. A jakie piękne rozważania w tle fabuły! Faktycznie chyba będzie krócej niż pół roku (chociaż mam też równolegle inne lektury). :-)

  2. Gio, mój „Jan Krzysztof”, kupiony przez kilkudziesięciu laty po prostu w księgarni, także miał, rzecz jasna, nierozcięte kartki.
    To bardzo dobra książka, wracałam do niej kilkakrotnie, z pełną zresztą wiarą, że zaglądam w duszę Beethovena.
    Miłego czytania! (będzie krócej niż pół roku, bo ciekawa to lektura!)

  3. O rety! Muszę o tym napisać. „Jana Krzysztofa” – tę wielką kobyłę (701 + 775 drobnym druczkiem, z ciasną interlinią!) właśnie zaczęłam. Kupiłam go ze dwa lata temu na bazarku charytatywnym, na którym wolontariuszkowała nasza Biedroncia, ale jakoś mnie do niego nie ciągnęło. Zalegał sobie gdzieś w kąciku. No i traf chciał, że wczoraj się za niego zabrałam. Pewnie, z racji objętości, będę go męczyć z pół roku. Ale już mi się podoba. Przekład Leopolda Staffa wydaje mi się znakomity. W dodatku książka pochodzi z tego samego roku co ja – moja rówieśniczka! :-) Co więcej: mam egzemplarz, którego nikt przede mną nie czytał – świadczą o tym nierozcięte kartki (tak zdarzyło mi się kiedyś z kupionym w antykwariacie „Pamiętnikiem Filipka”). Lubię takie niespodzianki. :-)

  4. Jeśli mogę… Co do mojego podejścia, czasami czytam biografie, ale nie twórców. W dzieciństwie ryłem w bibliotece rodziców, wybierając czasami książki biograficzne, ale czytałem biografie naukowców, podróżników itp, a nie osób, które bezpośrednio wyrażały się przez własną twórczość. Pamiętam jak duże wrażenie wywarła na mnie biografia Aleksandra Fleminga (autorstwa Maurois, o ile pamiętam). Ale zamiast biografii Rollanda wolałem przeczytać Colasa Breugnona albo Jana Krzysztofa, tę wielką kobyłę.

  5. Jakaz tu znowu uczta polecankowo- literacka! Pani Małgosiu, u Pani jak zwykle aż miło się rozgoscic;) czuje się chyba tak, jakbym się czuła u Borejkow przy stole :)

    Justyno, czuje dokładnie to samo! Czasem aż jestem zawstydzona własną ignorancją, gdy obserwuję takie dyskusje. Ale trzeba właśnie takiego optymistycznego podejścia;)

    Magdo Z., podzielam też Twoje zdanie w sprawie biografii. Też sięgam po nie po to, by przybliżyć sobie osobowość twórcy, realia jego życia i pracy. Lubię odnajdywac w kolejach losu sławnych ludzi odzwierciedlenia tego, co tworzyli. Tak, świetnie to ujęłas- to próba wejścia w ich świat, a przynajmniej szansa na zerknięcie przez uchylone drzwi, zaprzyjaznienie się.
    Sięgnęłam ostatnio po „Chopina” Adama Zamoyskiego i jestem pod wrażeniem swobodnej, płynnej narracji, powoływania się na wiele pewnych źródeł. Myślę, że właśnie dzieki temu udało mi się Chopina trochę „podpatrzec” i – po raz kolejny- się nim zadziwić;)

    Lubię także listy, z podobnych powyższym powodów!

  6. „Tajemnic wichrowych wzgórz” nie znam. I jakoś nie mam przekonania, że powinnam poznać. Trochę chyba bym się obawiała wtórności: że będzie tam to samo co w pierwszej książce, tylko inaczej podane (a zauważyłam, że Autor ma lekką skłonność do powtarzania się). Ale może się mylę. :-)

  7. Dzięki, Gio . To i pewnie „Tajemnicami Wichrowych Wzgórz ” tegoż autora należałoby się zainteresować :).

  8. Piętaszku, skoro Plebania w Haworth, to może „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” Eryka Ostrowskiego? Bardzo zajmująca lektura! I syntetyczna, i analityczna. Subiektywna – to nie ulega wątpliwości. Ale z mnóstwem ciekawych wątków, odniesień, starych i nowych tropów.
    Korzystając z okazji: Babciu Gąsko, dziękuję! ♥

  9. Niedawno powtarzano w teatrze TV ” Igraszki z diabłem” i „Zapomnianego diabła” Jana Drdy.

    Alku, czy ta magiczna książka z psem o dziwnym imieniu nie przypomina trochę ” Miasteczka Twin Peaks” ?

  10. Alku, może Cię rozśmieszę, a może pocieszę. Niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w otwartych próbach generalnych w naszej Filharmonii i było właśnie na odwrót. :-) Osoby w strojach niedbałych na widowni stanowiły zdecydowaną mniejszość. Za to skład obsadowy, z dyrygentem na czele, ooooo… panowała pełna dowolność. Oczywiście, to była jednak tylko próba, więc nie widzę w tym nic niestosownego. A samo doświadczenie – ciekawe.
    Co do Waszej „Pokraki” i historii zwierzęcych – przyjmijcie z M. moje wyrazy uznania, sympatii, empatii, solidarności, życzliwości itp.

  11. Oczywiście, że musi. W końcu w każdej chwili może się przytrafić zaproszenie od królowej angielskiej lub Nagroda Nobla. Chociaż w tym przypadku smoking raczej by nie wystarczył, wymagany jest żakiet lub frak.

  12. Ja też ich lubię, głównie z powodu Karela Čapka.
    W latach licealnych bardzo spodobała mi się powieść Jana Drdy „Miasteczko na dłoni”. Do dziś ją cenię.
    Tak, jest coś bardzo charakterystycznego i miłego w tej literaturze: liryzm, groteska, dobroduszność, swojskość i smak życia.

  13. Biografia Oty Pavla autorstwa Aleksandra Kaczorowskiego. „Śmierć pięknych saren” to jedna z książek, do której lubię wracać. Zawsze się przy niej trochę pośmieję ale i posmucę. Lubię braci Czechów :)

  14. Cóż, Ulubiona Autorko, pozostaje sięgnąć do Szekspira i skoro nie możemy ze spokojem mieścić się w ramach mody, bo ją chytrze zepsuto, możemy zawsze jeszcze być „mód twórcami, a wolność przywiązana do naszej godności zamknie usta cenzorom”. Nie sprzedam mojego smokinga z błahych powodów. Co to, to nie! Wolę spokojnie czekać, aż stanę się większością.

    Wracając do literatury: czytam dziś właśnie bezpretensjonalną książkę L.Simona „Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena”, którą kupiłem aby dowiedzieć się, co czują się ludzie, którym przemocą wciśnięto grube, koślawe, kompletnie głuche psisko starsze od Noego. Wiem już teraz, że możemy oboje z M. spodziewać się trupów, spadków i wielu niezwykłych wydarzeń. To trochę pociesza. Stworzenie, którym obdarzyła nas przyjaciółka (przeprowadzając się do Portugalii) nazywa się Kluska i wygląda kubek w kubek jak tytułowa bohaterka książki Alicji Herdan-Zuckmayer pt. „Pokraka”. Nam z M. zawsze przytrafiają sie takie literackie rzeczy, zwykle związane ze zwierzętami.

  15. ” Na plebanii.. ” mam na liście. Spodziewam się że pozwoli mi lepiej poznać okoliczności powstania np. „Wichrowych Wzgórz”, bo to chyba najbardziej kontrowersyjna z powieści sióstr Brontë.

  16. Też mam wspomnienie abonamentowe z Teatru Wielkiego w Warszawie: balkon II rząd 2 :)
    Z biografii bardzo lubię „Na plebanii w Haworth” Przedpełskiej-Trzeciakowskiej.

  17. Alku, zgadzam się w stu procentach.
    Dodam jednak, jako swego czasu stała bywalczyni (z braciszkiem) koncertów piątkowych w Filharmonii Poznańskiej, że w moim rodzinnym a konserwatywnym mieście obyczaj wytwornego odziewania się na tę okazję nie załamał się nawet w czasach tak zwanej demokracji ludowej.

    My z braciszkiem ubrani byliśmy zawsze w szkolne stroje galowe, choć miejsca (abonamentowe) mieliśmy na balkonie i w zasadzie nikt nas nie oglądał.
    Ha! Ale za to my mieliśmy wspaniałe widoki, bowiem wybraliśmy sobie sam koniec balkonu, pierwszy rząd, tuż nad orkiestrą (a konkretnie: nad wiolonczelami i basami).

  18. Dzień dobry, czytając Wasze polecanki, stwierdzam, że mam ogromne zaległości. Chyba, że spojrzeć na to w bardziej optymistyczny sposób i stwierdzić, że wiele jeszcze przede mną. Wszystko zależy od punktu widzenia. Spokojnego dnia

  19. Magdo, dziękuję że mi przypomniałaś o tych książkach bo są smaczne jak sądzę :)

    Blanko, istotnie ” Listy do brata ” to wspaniała lektura, ale nie mam jej na własność. Właśnie się rozglądam i są do zdobycia :)Kocham Vincenta od zawsze. No, ale kto by go nie kochał.
    Przy okazji natknęłam się na śliczną filiżankę ze spodkiem, z motywem „Kwitnących galęzi migdałowca” . Opakowanie też bardzo ładne.

  20. Dobrze, Piętaszku, wezmę „Historię koloru”. Z braku lepszej oferty ograniczę się do starszego wydania, bez ilustracji. Swoją drogą, jakie to kuriozalne czasy były, że książkę o historii koloru wydano bez ani jednej ilustracji barwnej! Bezbarwnej zresztą też nie dali. Dobrze, że czasy smutnej reglamentacji wszystkiego minęły bezpowrotnie.

    Magdo, á propos przybywających w postępie geometrycznym lektur: chciałabym nabyć umiejętności uważnej kontemplacji obrazu. Takiej, by wchodząc do galerii sztuki, zapaść w fotelu przed wybranym arcydziełem i studiować go centymetr po centymetrze albo odwrotnie – chłonąć jego geniusz w całości. Smakować każdy detal jak „Ciacconę” Schmelzera. Nie przejmować się, że nie obejrzałam tysiąca pozostałych dzieł, bo spędziłam przy tym jednym godzinę albo dwie. Z pożytkiem duchowym! Z muzyką tak potrafię, z malarstwem jeszcze nie.

  21. Dzień dobry obecnym w ten jakże piękny poranek. Dzień dobry Ulubiona Autorko. Co pewien czas martwi mnie (czy może zastanawia) pewna rzecz. Wczoraj z M. byliśmy w filharmonii na wieczornym koncercie, zasadniczo beethovenowskim. I tak sobie myślę, jak to jest, że jedynymi mężczyznami ubranymi w zgodzie z okazją byli członkowie orkiestry, niżej podpisany, oraz pewien młody człowiek (który jednak miał muszkę bordo, co jest nieco proleckie)? Wiem, że to wpływ rewolucji kulturalnej która zaszła po 1945 roku, ale skoro od 30 lat jesteśmy na powrót w głównym nurcie cywilizacji, spodziewałbym się jakiejś kontrrewolucji w zakresie strojów formalnych.

  22. A propos Komedy, wprawdzie nie biografię, lecz film pt. Czas Komedy serdecznie polecam. Dostępny na youtube.

  23. Prawda, Piętaszku.
    Tak oto zresztą, prosząc o polecankę dla siebie, sama mi coś poleciłaś. Tej biografii Szymborskiej jeszcze nie znam. Choć ostatnio czytałam Listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. I ostrzę ząbki na „Inne pozytywne uczucia też wchodzą w grę” oraz „Tak wygląda prawdziwa poetka, podciągnij się” (Listy z Joanną Kulmową).
    Dlaczego czasu na czytanie nie ma więcej? A moje oczy nie są bardziej wytrzymałe? Etc. , ech.

  24. Niestety, ach niestety, moja ulubiona autobiografia nie może być wznowiona.
    Na szczęście ją mam.

  25. Kusiło mnie Magdo, aby nabyć książkę Magdaleny Grzebałkowskiej o Krzysztofie Komedzie, ponieważ autorka bardzo interesująco o jej powstawaniu opowiadała, ale jeszcze jej nie mam. Chyba się skuszę.

    Mówisz , że niektórzy biografowie nie zawsze w korzystnym świetle przedstawiają swoich bohaterów. Zgadzam się i chyba wiem co się za tym kryje, ale zostawmy to :)

    Zaś z pewnością takie pozycje jak Stefanii Grodzieńskiej „Wspomnienia chalturzystki” czy „Już nic nie muszę”, albo Joanny Olczak – Ronikier „Piotr” (rzecz o Piotrze Skrzyneckim), czy „Pamiątkowe rupiecie – biografię Wisławy Szymborskiej” autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej czyta się bardzo przyjemnie prawda?

  26. O, przepraszam, Piętaszku, nie zauważyłam.
    To znaczy; przeczytałam, a potem zapomniałam. Że przeczytałam.

  27. Magdo, pisząc o książkach I. Stone’a, miałam na myśli także „Pasję życia” :)

  28. I – jeszcze w temacie – czytałam kilka biografii napisanych przez Angelikę Kuźniak, na przykład tę o Zofii Stryjeńskiej. Siostry moje o tym nie wiedziały, ale kupiły mi w prezencie urodzinowym piękny album z pracami tej artystki. Lektura z albumem pięknie się dopełniają.
    Mogę też podpowiedzieć – o ile nie sięgnęłaś wcześniej, Piętaszku – książki Magdaleny Grzebałkowskiej.
    Zresztą pewnie bym coś jeszcze powymyślała lub znalazła wręcz w prywatnym spisie książek przeczytanych, bo w ogóle lubię non-fiction, przy czym pasjami – literaturę wspomnieniową: choć nie musi to być koniecznie literatura typowo (auto)biogrficzna, że się tak nieprecyzyjnie i niefachowo wyrażę.

  29. Współcześni biografowie bardzo często, mam wrażenie, poświęcają sporo miejsca na szukanie „dziury w całym” i wskazywanie wad tudzież mankamentów oraz ciemnych stron opisywanych przez siebie postaci. Co niekoniecznie mi się podoba.
    Choć z drugiej strony, trudno się chyba nie zgodzić, wszyscy miewamy wady.

  30. To ciekawe, jeżeli chodzi o Chopina, to w zupełności wystarczą mi jego kompozycje. Nie mam więcej pytań. Wszystko, co chciałabym o nim wiedzieć, słyszę w jego muzyce.

  31. Z innej beczki, ale też o książkach historycznych: rozważam zakup „Historii koloru w dziejach malarstwa europejskiego” Marii Rzepińskiej. Rozważam, bo książka ta wydaje mi się być mocno naukowym dziełem, a ja bym chciała przeczytać coś łatwiejszego w odbiorze. Czy możecie polecić mi, co jeszcze warto przeczytać w temacie malarstwa pod kątem koloru?

  32. Dzięki, Sowo :) Widzę że w większości się zgadzamy. Co do biografii zbeletryzowanej, to w moim przypadku w grę wchodzi tylko taka życzliwa twórcy i traktuję ją raczej jako kolejną ciekawą powieść. Nie lubię natomiast uprawiania totalnej biograficznej hochsztaplerki, a więc snucia niepopartych rzetelnymi badaniami dywagacji na temat dawno nieżyjącego już artysty lub znaczenia jego dzieła. Przykład – „Kod Leonarda da Vinci” D. Browna.
    Ciekawe moim zdaniem i poparte badaniami naukowymi, ale nie ograniczające się do suchych faktów biografie pisze Maria Bogucka.

  33. Ja również mam biografię Mozarta napisaną przez Einsteina, dzięki rekomendacji Pani Małgorzaty.

  34. Też nie przepadam za biografiami beletryzowanymi, a już najmniej za filmami biograficznymi, bo trudno mi się później uwolnić od wymyślonej wizji artysty (a szczególnie jego wyglądu). Lubię natomiast biografie skupiające się na przekazaniu faktografii, trochę analizie dzieła, ale jednak napisane żywiej niż suche hasło encyklopedyczne. Przede wszystkim cenię sobie takie biografie, po których lekturze (albo w jej trakcie) mam ochotę sięgnąć natychmiast po dzieła opisywanego twórcy. Napisane przez autora zafascynowanego twórczością artysty, życzliwego mu, najlepiej przyjaciela. Wspomnienia – najulubieńsze.
    Zwykło się mówić, że dzieło sztuki jest autonomiczne, oderwane od życiorysu artysty, jednak ja w to nie wierzę. Sztuka zawsze coś wyraża – uczucia, emocje, przemyślenia, filozofie, przeżycia… Przekazuje jakąś ideę, jakieś wartości albo antywartości. Nie zawsze da się je rozpoznać po samym dziele. Dlatego lubię poznać tło ich powstawania, wtedy stają mi się one (jeszcze) bliższe lub odwrotnie – tracę nimi zainteresowanie. Oczywiście, by je poznać, najlepiej jest sięgnąć bezpośrednio do źródeł, ale „zwykły czytelnik” nie zawsze ma taką możliwość: listy, zdjęcia, notatki pochowane gdzieś w prywatnych archiwach, wspomnienia najbiższych… Nieraz bez pracy biografów nigdy byśmy ich nie poznali. Biografia jest niestety przesiąknięta cudzymi opiniami, no ale listy i dzienniki artystów bywają jeszcze jedną kreacją artystyczną…
    Piętaszku, właściwie dawno już nie czytałam żadnej biografii sensu stricto, więc nie wiem, jaką Ci polecić. Podobały mi się te o Tolkienie i Inklingach napisane przez Carpentera.

  35. To prawda. Też tak prawdę mówiąc pomyślałam pisząc o autobiografiach :) Teraz już wiem, że słusznie.
    Ale biografie, czy też autobiografie zawierają często takie urocze drobiazgi, które pozwalają bardziej jeszcze zrozumieć i docenić twórczość artysty. Mnie zawsze ujmuje najbardziej to, w jaki sposób artysta przeklada różne swoje doświadczenia na twórczość. Zastanawiam się wtedy, czy ja zrobiłabym podobnie, czy zupełnie inaczej. Samo dzieło bez tego biograficznego chociażby zarysu często bywa niepełne, niezrozumiałe.

  36. No cóż, nawet autobiografia może być jak mi się zdaje nieco subiektywna, a to wtedy gdy autor tejże pominie co nieco i zechce się podzielić tylko niektórymi zdarzeniami i przemyśleniami dotyczącymi swojego życia. Jak np. uczyniła A. Christie w swojej „Autobiografii”. Ale to nie przeszkadza wcale (przynajmniej mnie),aby panią Agathę lubić. Wcale nie muszę o niej wiedzieć wszystkiego i nawet nie chcę. O niej i innych bliskich mi autorach pragnę po prostu wiedzieć troszkę więcej, poczuć w ten sposób jakąś dodatkową duchową więź i skoro nie można inaczej, to choćby tak się z nimi zaprzyjaźnić.
    To nie są moje wszystkie przemyślenia na temat, ale przepraszam – właśnie piekę ciasto. Zgłoszę się później jeśli można :)

  37. O, a to ciekawe, Piętasiu.
    Nie przepadam bowiem za biografiami, zwłaszcza beletryzowanymi. Dlaczego? – zastanawiam się.
    Pewnie dlatego, że z zasady są nieprawdziwe. Czy można poznać drugiego człowieka tak dogłębnie, by odważyć się napisać jego biografię? Ta znajomość MUSI być niepełna i ograniczona, a nawet błędna. Więcej, biograf zazwyczaj lubi oceniać obiekt swojego zainteresowania własną miarą, przydawać mu własnych swoich cech i – często – ściągać ów obiekt w dół, do swojego poziomu.
    To już wolę suchą notkę encyklopedyczną.
    Lepiej też, niż biografie, oceniam tomy wspomnień o kimś (mam takie, o Gałczyńskim i o Tuwimie). Kiedy człowieka wspomina wiele osób, można wierzyć, że z tych ułamków układa się w miarę prawdziwy portret, choć i tak niepełny.
    Myślę, że najwięcej dowiemy się o artyście, oglądając jego obrazy, czytając jego książki, słuchając jego muzyki. On jest w tej twórczości, najprawdziwszy. Cała reszta informacji jest zbędna.
    Właściwie jedną tylko biografię w pełni szanuję: to jest książka Alfreda Einsteina „Mozart- człowiek i dzieło” (Polskie Wydawnictwo Muzyczne 1975). Przynosi, poza informacjami biograficznymi, także szczegółową analizę utworów, powiązaną z etapami życia artysty, i wszystko zamyka klamrą pokornego zachwytu. Piękna książka.

  38. Na przykład jaką Sowo byś zaproponowała?Bo również lubię dość ten gatunek literacki, o ile dobrze napisany. Mogą być także dobre biografie zbeletryzowane. Coś w rodzaju książek I. Stone’a, a także autobiografie :)

  39. No to tym razem Poczta Polska się spisała i dostarczyła przesyłkę ekspresowo. Cieszę się Sowo, że Ty się cieszysz :)

  40. KrzysztOfie, pewnie że źródła są najlepsze. Ale dobrze napisaną biografię też lubię przeczytać.
    Lavinia Meijer pięknie gra, to fakt.

  41. Ha, a ja też dzisiaj dostałam prezent!! Od Aleksandry!! Przepiękną porte-tarte haftowaną w dynię i jabłuszka!!! Aleksandro, nawet nie wyobrażasz sobie, jaką radość mi sprawiłaś! Dziękuję Ci z całego serca! I Sowiątko bardzo dziękuję, za prześliczny suplement. Niebawem odezwę się do Ciebie :)

  42. Kochana Autorko,
    ten prezent to tylko taka nieporadna, polna stokrotka.
    skromna, ale o zakochanych oczach :)
    byłabym zaszczycona, gdyby się mógł do czegoś przydać.

  43. Dostałam też prezent pd Kris: kolejną książkę, przetłumaczoną przez nią z włoskiego! Dziękuję i biję brawo!

  44. Międzyczasie, moja różyczko, dziękuję Ci za wzruszający prezent!
    Bardzo się ucieszyłam. Napiszę w tym zeszycie coś wyjątkowego (o ile się odważę…)!

  45. nie wiem, co bardziej lubię:
    sam obraz, komentarz Pani Małgosi, czy Wasze przemyślenia jego dotyczące;
    i jeszcze te mgły parujące lubię, mgły spowijające ten klasztor w oddali.

    oj tak, bez tych Mgieł, ten obraz nie byłby już taki sam..

  46. Nutko, podsunęłaś mi pomysł na prezent dla Syna. Dzięki za polecenie „Pana Lodowego Ogrodu” :).

  47. A teraz słuchałem pieśni „Athina” wykonywanej przez Melinę Mercouri do muzyki Vangelisa. A wcześniej jej oryginalnej greckiej wersji „Dzieci Pireusu”. Mercouri to był wielki człowiek.

  48. Przepiękny obraz – tak musi wyglądać cisza.
    Jest w nim też coś, co mi się kojarzy z „Panem Lodowego Ogrodu” albo książkami Tomasza Kołodziejczaka.
    Natomiast zmarszczki na wodzie jak linie papilarne. Cudo.

  49. Alku, bardzo dziękuję.
    Gdyby coś Ci jeszcze przyszło do głowy, to nie wahaj się rekomendować.
    Jestem zawsze zachwycona Twoimi „polecankami”.

  50. I do tego jeszcze kiedy niekiedy – kaptur.
    Po prostu – od dziecka mam niską odporność. Chuchro takie, ot co.

  51. Bezwzględnie, Pani Małgosiu!
    Noszę piękną i ciepłą wełnianą chustę (od Magpie) i – w tym roku – żółty berecik.

  52. Ale Brassens to był łobuz i w dodatku palił fajkę. Natomiast nie wyobrażam sobie, żeby kogoś nie wprawiła w rozkoszny nastój wersja Tu Vuo’ Fa’ L’Americano wykonywana przez Hetty & the Jazzato Band. Na youtube jest przepiękne nagranie w czerni i bieli. Sam smak i radość.

  53. MagdoZ, żeby też się ciebie uczepiło? Ha! Ostatnio słuchałem po raz kolejny piosenek Georgesa Brassensa w wykonaniu „Zespołu Reprezentacyjnego”, ale nie wiem, czy można polecić je każdemu. Ale wracając z kolei do oryginału (albo czegoś blisko oryginału), „Fernande” wykonywane przez Carlę Bruni to doprawdy zjawisko jedyne w swoim rodzaju.

  54. He he, Droga Autorko, alez by to musiał być widok ;))) czemu mi się tu Bułhakow kojarzy? ;)

  55. Niestety (klasyka) znów przyplątała mi się infekcyjka górnych dróg oddechowych.
    Mam cale trzy dni niezasłużonego urlopu. Mogę czytać (i słuchać) do woli.

  56. A ja tymczasem przez cały weekend słuchałam piosenki Zaz & Gerarda Lenorman (chyba z 15 razy; lub więcej).
    Alku, czy mógłbyś polecić coś jeszcze?

  57. A propos księżyca, jechałem jemu wczoraj. Do Łazienek jechałem, gdzie z koleżanką nazywającą się absolutnie wspaniale Thor (tak, ten bohater filmowy z brodą blond) wieczorem ustawiliśmy automatyczne detektory, które miały wykryć, czy w najzimniejszym miesiącu polskiej zimy nietoperze latają w ramach ocieplenia klimatu. Zdjęliśmy sprzęt o siódmej rano i już teraz mogę powiedzieć, że latają licznie. Taki mamy klimat.

  58. Och, przepraszam że późno odpowiadam. Zgredzie drogi, to co mnie rąbnęło to był kiciuś. Wynik nieporozumienia. Ale już prawie odzyskałem sprawność, choć trochę jeszcze łapa sztywna.

  59. Jakaż bajeczna jest ta płyta Lavinii, o której pisze KrzysztO! Oczarowała mnie. Tyle skarbów znaleźć można tylko tu, w KG…

  60. No i znowu nie wiem, czy komentarz się przedostał, ciągle kłopoty z dostępem do sieci.

    Sowo droga, tej biografii nie znam, ale chętnie się zapoznam, chociaż myślę, że najwięcej o Tolkienie mówią jego listy, w nich można dotknąć prawdziwego człowieka. Biograf, cóż – jeżeli pominiemy oczywistą warstwę faktograficzną, to wyraża jedynie swoją opinię, nic więcej. Co też może być ciekawe, rzecz jasna.
    Z innej beczki – ucieszyło mnie, że polecałaś ostatnio Lavinię Meiyer, bardzo lubię jej płytę „The Glass Effect” z nagraniami utworów Glassa.

  61. Sowo, reklama dźwignią handlu :-). Niemniej chętnie się z tą biografią zapoznam, chociaż myślę, że i tak najlepiej Tolkiena można poznać z jego listów, z biografii – poza oczywistą faktografią – dowiemy się jedynie, co biograf o nim sądzi. Ale to też może być ciekawe.

  62. KrzysztOfie, widziałam w księgarni zapowiedź polskiego wydania książki Johna Gartha „Tolkien i pierwsza wojna światowa. U progu Śródziemia”. Czytałeś ją już może? Bo ciekawa jestem, czy rzeczywiście jest warta swojej reklamy jako najlepszej biografii Tolkiena jaką widział świat…

  63. Fale są, rzekłbym, umiarkowane, a to dzięki temu, że od zachodu zasłania nas niedaleki szkocki ląd, więc nie mają miejsca, by się rozbudować. Wiatrom to jednak nie przeszkadza.
    Dziękuję za dobre słowo.

  64. Akurat się internet zawiesił i chyba odpowiedź przepadła w jego czeluściach, więc powtórzę, że ciągle na morzu, niestety. Czekam na „convenient port” do zmiany.

  65. To ta sama, Krzysztofie.
    W Wielkopolsce tez narozrabiała. A Ty jeszcze na morzu, czy już na lądzie gniesz się od wiatru?

  66. Zachwycająca akwarela. Lubię oglądać w internecie, jak powstają takie dzieła. Iluż utalentowanych ludzi jest na tym świecie!

  67. Ach, okoliczności… A niech je!… zwykle są niesprzyjające.
    Dobranoc, Ludu. Już nad nami szaleje wichura „Sabina”, dom aż huczy, w kominie wyje. Na pewno zaraz nam wysiądzie prąd i internet.
    Idę naszykować świece, zapałki i latarki oraz lampkę namiotową na bateryjki.

  68. Pewnie, że dziś to dziecinnie proste, Sowo. W swoich czasach Morris dopiero wymyślał taki precyzyjny druk wielobarwny. Zdumiewający twórca!
    Wiedziałam, Mamo Isi, że Ci się bardzo spodoba ten filmik.

  69. Nie, nie, nie zamierzam sadzić czegokolwiek w lutym! Na razie idą prace sprzątające, planowane wycinki etc.

    I ten warsztat z ogromnym magazynem bloków z wzorami! I kolejne nakładanie rzeźbionych drewnianych bloków, a potrafiło ich być i trzydzieści dla jednego wzoru tapety! Istne szaleństwo!

    Pełnia wciąż taka, że w lesie ostre cienie się kładą na ziemi.

  70. Puenta jest oczywiście najlepsza, ale bez środka słabo się klei z początkiem:

    „I see the long procession
    Still passing to and fro,
    The young heart hot and restless,
    And the old subdued and slow!

    And forever and forever,
    As long as the river flows,
    As long as the heart has passions,
    As long as life has woes;

    The moon and its broken reflection
    And its shadows shall appear,
    As the symbol of love in heaven,
    And its wavering image here”.

    Z tapetami Morrisa zastanawiałam się, czy współcześnie drukując je maszynowo nie osiągnęliby podobnego efektu, a szybciej (i taniej).
    Ale zamiast takiej tapety i tak wolałabym arras, bo wypukłość wzoru dodaje mu głębi, że tak głupio się wyrażę.

  71. Księżyc lubi wodę.
    A woda – księżyc.
    Dzięki, Sowo. Poszukam sobie całości, wiersz z pewnością ma puentę.

    Mamo Isi, prawda? Podziwu godne. Rzemiosła zawsze mnie zachwycały, a już te artystyczne najbardziej.
    Nie sadź jeszcze róż. Mogą jeszcze przyjść niespodziewane mrozy.

  72. Dzisiejsza pełnia jeszcze pełniejsza!

    Mam drugiego aluzyjnego Longfellowa, tym razem księżycowo-wodnego. Za długi jest niestety, by go tu wpisać, to tylko początkowy fragment, na zachętę:

    THE BRIDGE

    I stood on the bridge at midnight,
    As the clocks were striking the hour,
    And the moon rose o’er the city,
    Behind the dark church-tower.

    I saw her bright reflection
    In the waters under me,
    Like a golden goblet falling
    And sinking into the sea.

    (…)

  73. Dopiero dziś udało mi się obejrzeć filmik o tworzeniu tapety ze wzorem Williama Morrisa. Ten zapodany z Muzeum Victorii i Alberta nie otwierał mi się, niestety. Pod hasłem: Block-printing a William Morris wallpaper design. To się nazywa mrówcza praca. Ale co za efekt!

    Cieszę się, Sowo P., że różyczka dotarła! I dziękuję bardzo za polecankę muzyczną z motywem plusku fal:)

    A propos róż – akurat dziś zgłosiła się szkółka róż, że już je sprzedają! Ale bym już chętnie zaczęła prace ogrodowe!

  74. O akwarelach zaś mogę powiedzieć tyle, że funkcjonują one w mojej świadomości na zasadzie – ale kiedyś się wezmę . Mam ich trochę, ale niewiele :) Dawniej malowałam głównie olejami, pastelami , a teraz ciągle jeszcze nie znudziły mi się akryle.

    Obraz powyżej godny jest podziwu i wspaniale nadaje się do kontemplacji. Słusznie – nie nudzi – jak ulubiony widok.

    Najbardziej lubię akwarele wykonane przez mojego Tatę.

  75. I połączenie natury i architektury , w oddali moje ukochane opactwo Mont Saint Michel

  76. U nas jest bardzo podobnie :) Ale mamy także kawał przestrzeni płaskiej jak step i tam właśnie najlepiej patrzy się w niebo. Dziś księżyc przyćmił wszystkie gwiazdozbiory. Przebiła się tylko Wenus.

  77. Komu ty jedziesz? Jadę księżycowi,
    Aby się w konia przeglądał kopytach,
    Wonnemu jadę na stepach kwiatowi,
    Dziewannom, które w złotych stoją kitach;
    Anioł mię srebrny, jasny w skrzydła łowi
    I leci za mną jak sen po błękitach,
    Na koniu stojąc rycerskim jak sława
    I goni mię w kurhany.

    (Juliusz Słowacki, „Beniowski”)

  78. Kocimiętko, ależ wszystko jest zaplanowane. Każda kropelka wody.
    Że już nie wspomnę o księżyca blasku.

    Ciekawe, jak dzisiaj będziemy spać. I co nam się przyśni.

  79. Tak, Mimi, nagranie jest piękne i wzruszające. Jest w opakowaniu i druga płyta: „Miłosz czyta Miłosza”. Ale właśnie wolę to z Mickiewiczem.

  80. Tak, dziś właśnie Księżyc Śnieżny;) rzeczywiście, jest bardziej bialosrebrzysty niż kiedykolwiek;) A czy zwrociliscie uwagę, że u Longfellowa księżyc jest płci żeńskiej? :)
    Skojarzenie z Mickiewiczem ważne i konieczne. Pani Małgosiu, obudziła Pani moja wyobraźnię tym Miłoszem recytujacym Mickiewicza. To musi być przeżycie, słuchać jak wielki poeta czyta utwory wielkiego rodaka.

  81. Piętaszku, zgadza się, Administracja opowiadała, że jasno było na polach jak w dzień!
    U nas te „pola” to spory obszar otwartej przestrzeni za cmentarzykiem, na skraju lasu – malowniczo pofalowany (teren po-morenowy). Jak się wejdzie na wzgórze, widok jest piękny i rozległy.
    Szkoda, że też nie poszłam (zajęta byłam fotografowaniem księżyca z okna, a i tak średnio mi zdjęcia wyszły).
    No, ale teraz wciąż go mogę podziwiać z ogrodu.

  82. Ooo, Bożenko, Ty to masz dobrze! Nie dość, że mówią do Ciebie romantycznie, to jeszcze fachowo!

  83. Spacer po lesie, polach i łąkach przy śnieżnym księżycu był super. Latarka okazała się zupełnie zbędna. Pozdrawiam Administrację :)

  84. Mamo Isi, specjalnie dla Ciebie, muzyka na dobranoc:

    Jacques Ibert – Six Pièces: V. „Reflets dans l’eau”.
    Lavinia Meijer.

    Dziękuję pięknie za różę Morrisa!

  85. O tak, spokój i majestat. Jakby tchnienie wieczności.

    I mnie ten obraz skierował do Mickiewicza. Jakżeby inaczej :) Woda, ta materia macierzysta wyobraźni Poety, symbol wieczności – i przemiany, Mickiewiczowa ikona transcendencji, jest tutaj właśnie taka.

    A Księżyc Śnieżny przepiękny. „… przy świętym księżyca blasku…”…
    Szkoda, że Pustelnik dziś daleko. Chętnie posłuchałabym nocną porą o tajemnych obliczach akwatycznej wyobraźni – i księżycu.

  86. Obraz cudny. Od kiedy pamietam wielką przyjemność sprawia mi stanie na brzegu morza, oddychanie wilgotnym, czystym powietrzem pełnym jodu. Dotyk chłodnego, mokrego piasku pod stopami i nawoływania mew. Lubię sobie tak stanąć i nic nie robić. Patrzeć tylko w wzburzone lub spokojne morze. Bez względu na jego stan zawsze tchnie harmonią, jakby te wszystkie podmuchy wiatru układające misterne fale lub tylko pieszczące lekko wodę, były zaplanowane przez Stwórcę. (myślę że są).

  87. Och, chciałabym to usłyszeć!
    W mojej głowie ten wiersz jest prawie od zawsze umuzyczniony, za sprawą pieśni Ignacego Jana Paderewskiego, którą miałam okazję śpiewać. To taka burzliwa, dramatyczna muzyka. W samym wierszu jest natomiast więcej spokoju i przestrzeni. Jak w tej cudownej akwareli.

  88. Fluid, Casciolino.
    Kiedy zamieszczałam wpis, przez chwilę miałam ochotę dodać ten właśnie wiersz. :)
    Mnie też on ciągle się przypomina. A słyszeliście może, jak go recytuje Czesław Miłosz? Mam unikalne nagranie, całą płytę: „Miłosz czyta Mickiewicza”.
    Mickiewicz – jak twierdzą badacze romantyzmu – tak samo „zaciągał”, jak Miłosz.

  89. „Tę wodę widzę dokoła
    I wszystko wiernie odbijam”

    Mistrzostwo, tak.
    Do niego trzeba dążyć.
    Żeby życie stawało się dziełem sztuki.

  90. Piękny obraz. Emanuje spokojem i harmonia, a te ptaki zrywajace się do lotu potęgują wrażenie, że wszystko jest tu na właściwym miejscu. Ile satysfakcji musi dawać tworzenie takich dzieł!
    A wiersz Longfellowa poznałam właśnie przez „Anię z Avonlea” ;) ma Pani rację, Pani Małgosiu, że w oryginale brzmi on najlepiej. Mocno, dzwięcznie, ale subtelnie. Bardzo lubię czytać w jezyku angielskim :)

  91. W dawnych dniach architektury
    Budowano z równą troską
    Widoczne i skryte mury
    Licząc się z wszechwiedzą boską.

    In the elder days of Art,
    Builders wrought with greatest care
    Each minute and unseen part;
    For the Gods see everywhere.

    Pojęcia nie mam, czyje to tłumaczenie piątej zwrotki. Znam je z „Ani z Zielonego Wzgórza” i bardzo lubię.

  92. To jeszcze jeden ładny Longfellow:

    DAYLIGHT AND MOONLIGHT

    In broad daylight, and at noon,
    Yesterday I saw the moon
    Sailing high, but faint and white,
    As a school-boy’s paper kite.

    In broad daylight, yesterday,
    I read a Poet’s mystic lay;
    And it seemed to me at most
    As a phantom, or a ghost.

    But at length the feverish day
    Like a passion died away,
    And the night, serene and still,
    Fell on village, vale, and hill.

    Then the moon, in all her pride,
    Like a spirit glorified,
    Filled and overflowed the night
    With revelations of her light.

    And the Poet’s song again
    Passed like music through my brain;
    Night interpreted to me
    All its grace and mystery.

    .

  93. Dopiero teraz widzę trochę lepiej.
    Przez cały dzień piękny, słoneczny odbijały mi się światło i moja własna głowa w monitorze.
    Wiosna w lutym, panie dzieju!

  94. Widzę pełnię, widzę! Właśnie próbuję zrobić jej zdjęcie.
    Adminki z Adminiątkiem wrócili właśnie szczęśliwie z Krakowa i zaraz idą na spacer z gończym, będą podziwiać pełnię na polach, gdzie jest fantastyczna widoczność.
    A ja mam pełnię w oknie, widoczną poprzez gałęzie sosen. Cudo!

  95. Rzeczywiście można patrzyć bez końca. Największe wrażenie zrobił na mnie piasek. Od pierwszego wejrzenia.
    Malowanie jest dla mnie kompletnie nieosiągalną sztuką, tym bardziej podziwiam tych, którzy potrafią to robić.
    Sowo, dzięki za kontakt. Odezwę się wkrótce :)

  96. Widzicie tę wschodzącą pełnię?? Coś pięknego! Podobno zwie się Śnieżną.
    A w moim ogrodzie kwitną już ranniki i cebulice…

  97. Rzeczywiście przepiękny obraz! Ja nigdy nie próbowałam malować akwarelą jak już to kredkami akwarelowymi ale jestem ciekawa tej techniki pani Małgorzato.

  98. To ja jeszcze dorzucę całość do wpisu.
    W oryginale, bo idealnego przekładu tego wiersza jeszcze nie spotkałam.

  99. Sto procent racji, Sowo!
    Swoją drogą, o pewność ręki najtrudniej jest chyba w muzyce.

  100. Też tak uważam, Zgredzie. To o dawnej Sztuce jest oczywiście tylko fragmentem wiersza. Bardzo lubię go w całości, szczególnie dwie pierwsze strofy:

    „Wszyscy są losu budownikami,
    Co koło ścian czasu robią,
    Ci mur wielkimi wznoszą czynami,
    A ci swym rymem go zdobią.

    Nic bezpotrzebnem, nic nie jest niskiem,
    Każdą rzecz miejsce uzacnia,
    Co się wydaje próżnym połyskiem,
    To całość wspiera i wzmacnia”.

    Każdy z nas ma do spełnienia równie ważne zadanie w życiu. A dbałość o sumienne budowanie własnego życia potrzebna jest i nam, i innym.

    W akwareli najtrudniejsza do opanowania zdaje mi się właśnie ta pewność ręki. Jak we wszystkim, zresztą.

  101. Ależ to ładne, piękna tonacja, lekkość i wdzięk. I choć słychać daleki szum nawoływań skrzydlatych panuje delikatna cisza. To wymarzona technika do ukazania ulotności.
    Też tak odebrałam ten wiersz Zgredzie, to się samo narzuca.

  102. Masz z pewnością rację, Zgredziku.
    Bardzo trafna ta analogia (z życiem i akwarelą).

  103. Ja jeszcze w sprawie wiersza Longfellowa z poprzedniego wpisu: my jesteśmy tym domem.
    Dla niego i jego czytelników było to oczywiste odniesienie do znanego fragmentu Biblii.

    Nie znam się na malowaniu, ale pewnie obrazuje ono (a chyba zwłaszcza dotyczy to akwareli) życie: nie każde pociągnięcie pędzla da się poprawić, nie wszystko da się zamalować.

    Alku, czy to był jadowity nietoperz, niedźwiedź, wilkołak, czy może, co gorsza, fanatyk zabijania zwierząt?

Dodaj komentarz