
mal. Gaetano Ballei (1857-1922)
Szanowne i Drogie Babcie!
Wszyscy, ale to wszyscy wiemy, że jesteście chodzącymi rezerwuarami miłości!
Na tym starym, a nawet może nieco przestarzałym obrazie, którego pewnie by nie powieszono dzisiaj w żadnej modnej galerii, włoski malarz (w którego życiu też z pewnością była kochająca La Nonna) potrafił ukazać to cudowne ciepło, które jest przymiotem Prawdziwej Babci.
Prawdziwa Babcia może być stara, może być całkiem jeszcze młoda, może być prosta i niewykształcona, a może być artystką, profesorką, kobietą biznesu czy nawet operatorem dźwigu budowlanego, a może też leżeć na kanapie i nic nie robić. Wszystko jedno. Kimkolwiek jest, cokolwiek robi w życiu, Prawdziwa Babcia przede wszystkim kocha, i to bezwarunkowo.
Widać też na tym obrazie, jak miłość starej kobiety odbierana jest przez jej wnuki, jakie to jest obustronne, jakie to jest zaraźliwe, widać, jak jedno stare serce potrafi nauczyć miłości wiele serc.
Potęga uczucia!
Dziękuję dziś mojej Babci, a także mojej Mamie, babci moich dzieci. Miłość i troska tych dwu kobiet zrobiła ze mnie człowieka. I teraz, kiedy obie już musiały odejść, wiem dobrze, jak być babcią!
Wiwat Babcie!
Życzę pięknego święta – i im, i ich wnukom. I światu!
MM








Pstrong.
A Pstrąg?
— Ach, co pan mówi? —jęknął Łokietek;
łzami w redakcji zalał serwetę.
Kryska na Matyska – to jedno, a Skumbrie w Tomacie Was nie zastanawiały?
Ach, doznałam olśnienia! W kresce historycznie była przecież samogłoska e ścieśniona! Dobrze ją wszak lwowiacy notowali, z akcentem, wymawiając niemal jak y (choć nie całkiem), nie poddając się reformom ortograficznym, które samogłoski ścieśnione kazały z druku usunąć już w XIX wieku (a nawet wcześniej). Kréska ostatecznie stała się w pisowni i w wymowie kreską, ale słuch w narodzie nie zginął i do Matyska rymuje czysto (no, czyściej).
Teraz mogę spać spokojnie, dobranoc!
„Pewna żaba była słaba „…
„A ja owszem, a ja tak”.
Piękna nasza Brzechwa cała.
I Przybora też.
Proszę, Madziu.
Nie jest jeszcze tak źle z moją pamięcią, bo znalazłam audycję, której słuchałam parę lat temu w Polskim Radio, w której Jeremi Przybora cudownie opowiada o swoim dzieciństwie i śpiewa „Matyska”. Tak mi ten Matysek zapadł w pamięć.
Link pewnie nie przejdzie:
Ale po tytule łatwo można znaleźć:
Jeremi Przybora o sobie samym: plik pierwszy „Jeremi Przybora o swoim dzieciństwie”
Jakie to ładne! – nie znałam w ogóle (choć, jak to mamoń, słuchałam swego czasu piosenek KSP w kółko). Raz jeszcze – dzięki!
Dobranoc panie, panowie! (dziś już tu nic nie opowiem)
„Już czas na sen…”
Sowo, kryska (= kreska, linia) ma we współczesnych słownikach kwalifikator „arch.” i „daw.”.
Jeremi Przybora! – jak najchętniej!
dzięki, Beatuszko!
Sprawdziłam Krzyżanowskiego (akurat mam). „Żył Matysek, chłop, przed laty” – to przywołany przez niego cytat z gawędy Władysława Syrokomli. Faktycznie: „Matysek – zdrobniała postać Matiasa czy Matiasza, często Matysem zwanego, to dokładnie to samo co Maciek”. Jako imiona typowo chłopskie, były używane także w funkcji wyrazu pospolitego, oznaczającego chłopa, zwłaszcza – uwaga! – „głupiego czy ‚grubego’, a więc prostaka, czy wreszcie draba. (…) Równocześnie obydwa te imiona, zwłaszcza zdrobniałe, stosowano do kotów”. Jako synonimy kota, pisane małą literą „maciuś, matysek”, występowały w przysłowiach.
A „Przyszła kryska na matyska i oto dynda” – mówi mysz o kocie udającym wisielca w bajce Franciszka Morawskiego „Kot i szczur stary”.
.
To proszę jeszcze posłuchać:
Jeremi Przybora „Matysek” :-)
Kot źle skończył i u Kochanowskiego. Matysek Matyskiem, ale mnie teraz ta kreska/kryska męczy. Co było najpierw? U Doroszewskiego kryska niby starsza, ale u Lindego podane synonimicznie. Trzeba szukać w innych źródłach.
Ha! Wiedziałam, że to się nie wzięło znikąd.
Temat można by drążyć, zdaje się.
Szkoda, że nie mam odpowiedniego księgozbioru pod ręką, drążyłabym natychmiast.
dziękuję, Sowo :)
O, a w tłumaczeniu bajki Jeana de la Fontaine’a „Kot i szczur stary” z 1876 (Jan Noskowski) jest taki fragment:
„Hultaj z pułapu się zwiesza
Głową na dół, a pazury
Zaczepił za jakieś sznury.
Myszy w śmiech z Kota:
Pewnie kogo zadrapnął, w kuchni zrobił szkodę,
Skradł ser lub pieczeń, i za to, w nagrodę,
Wisi niecnota.
«Ha! łotrze, przyszła kreska i na ciebie!
Będziemy tańczyć na twoim pogrzebie!»”
Ślady tego i u Konopnickiej:
„Tylko jeden kot Matysek
Wciąż pogląda na półmisek;
Jakiś miły zapach czuje
I wąsiki oblizuje.
Kot Matysek z tego głośny,
Bo łakomiec jest nieznośny,
Więc też pani gospodyni
Taką nań zasadzkę czyni.
Przed talerzem nieboraka
Żywiutkiego stawia raka
Pod serwetą na półmisku.
— Na bok z noskiem, mój Matysku!
Matys – Maciej. Ale z Matyskiem (matyskiem) jest i inna hipoteza: matysek to kot, tak jak filip – zając. Julian Krzyżanowski „Mądrej głowie dość dwie słowie” (nie sprawdzałam, przeklejam).
Nie mam pod ręką słownika frazeologicznego, sprawdzałam wcześniej w Wikisłowniku, bez sensu zresztą, bo znaczenie i tak znałam od dziecka.
Nie wiedziałam natomiast, że Matysek to zdrobnienie – dziękuję za wyjaśnienie. :))
Kim był ów Maciej? I za co spadły na niego sankcje?
Czy to bohater jakiegoś podania?
Nie chcę szczególnie kłopotać Pani Małgosi – która poprawia „Na Jowisza” i pisze „Chucherko” – ale może ktoś z gości po prostu wie?
Ostatecznie, mogę w tym względzie potrwać w ignorancji (rzecz nie jest najwyższej wagi) lub dowiedzieć się kiedyś sama ;)
Słownik frazeologiczny rozstrzyga wątpliwości:
„Przyszła kryska na Matyska:
na kogoś spadły w końcu jakieś sankcje, dolegliwości, spotkała kogoś jakaś kara’; fraza, dawn. kryska to ‘koniec, kres’, a Matysek jest zdrobnieniem od imienia Maciej; Zoperowanie jej odkładałem na lepsze czasy, aż w końcu przyszła kryska na Matyska.”
Przepraszam, że jednak zapytam. Kryska na Matyska? – skąd to się wzięło? Kim był Matysek?
W dzieciństwie ze trzy lata zastanawiałam się, kto to jest ten cały Skobry. (Dzień dobry, jestem…)
Namyślałam się też, kim jest rycerz (z reklamy francuskich opon), którą to reklamę mój tato mijał pędem przejeżdżając przez ulicę, gdzie była usytuowana. Rodzice nie umieli mi wyjaśnić (przez ten pęd rzekomo; za późno artykułowałam pytanie).
Osobiście podejrzewałam, że to rycerz Krzykalski. Sprawa się wyjaśniła, gdy się nauczyłam szybciej czytać.
U Brzechwy wiele było takich „skrzydlatych słów”.
Na przykład: „we własnej osobie”.
och! cudownie!
taka wspólnota powiedzonkowa!
nasza kultura, nasze dziedzictwo.
i :) nasza Brzechwa ❤
Międzyczasie, dokładnie tak samo mówiło się u nas. Mama powiedziała:- Ładne rzeczy, ładne rzeczy!- a Staś, mój braciszek, dokończył.
I potem mieliśmy już takie porzekadło cytatowe.
Zresztą „po bułeczki do miasteczka” też się mawiało. I mawia!
a kiedyś mój mały synek rysował sobie cały zaangażowany na podłodze (to był okres rekinowy, zatem ryby – dużo ryb :),
a ja przeglądałam razem z mężem jakąś ofertę internetową i mówię:
-patrz, jakie ładne rzeczy!
a dziecko pod nosem, nie przerywając pracy:
-a koziołek tylko beczy
:D
wspaniale, że nie tylko ja tu jestem Mamoniem (: chociaż mi nie przeszkadza takie wyzwisko; kocham! :)
Masz rację, Gio kochana. Spojrzałam nieco przytomniej na wzmiankowane zdanie i niewątpliwie postarzyłam biedną Isię o ćwierć wieku. Tak to jest, jak się jest wyrodną matką. Wygląda na to, że z zasady najpierw coś robię, a dopiero potem myślę. Ale to drugie niekoniecznie.
Kréska, dla ścisłości.
Kamień z serca, Sowo.
Jeśli będę kiedyś chciała napisać, to poproszę żebyś Ty napisała pierwsza.
Bardzo dziękuję za odpowiedź :)
Mamo Isi, aha, aha. :-D Ale sama zobacz: „od tej chwili” (czepliwa jestem, wiem; skrzywienie zawodowe).
„Kreska” jest z 1922 roku. Wydana we Lwowie.
Magdo, wydaje mi się, że mam.
Sowo, w latach mojego dzieciństwa to była „Kryska na Matyska”. Komu to przeszkadzało, pytam?
Ech, za szybka jestem.
Masz ci los, Starosto kochany. A już myślałam, że będę miała świetny prezencik.
Gio kochana, miałam na myśli całokształt swojej działalności fotograficznej, a obejmuje on czasy przed-Isiowe;)
Pierwszy aparat fotograficzny marki Druh dostałam z okazji I Komunii, co oznacza, że dla odmiany siebie odmłodziłam;) To było więcej, niż pół wieku. Nb. aparat ten robił bardzo dobre zdjęcia.
Sowo, a mój też masz? ;)
Napisałam coś mądrego? Ee, pochwały na wyrost. Ale bardzo dziękuję Madziu, szalenie to miłe!
Blanko, „Złotą różdżkę” mamy, nawet w dwóch wydaniach, lecz boję się wyciągać jej z szafy. W tym zbiorku na Polonie (pod uroczym tytułem „Kreska na Matyska”) jest też makabryczny wierszyk o ciekawskiej dziewczynce wkręconej w maszynę do szycia. Niezjedzona zupa przy tym to nic!
À propos „Na straganie”, Sowiątku trafił się kiedyś egzemplarz z bykiem – „Nie bądź dla mnie taka wielka – odpowiada jaj brukselka”. Synek słabo jeszcze wtedy czytał, ale literówki nie przeoczył i z miejsca wykpił. W efekcie, do dziś nie umie recytować tego wiersza inaczej jak z tym błędem, jeszcze celowo go podkreślając. Bycie korektorem w wydawnictwie to duża odpowiedzialność…
Mamo Isi, mam chyba Twój adres mailowy. Wieczorem spróbuję napisać.
„Srebrne krzesło” to moja ulubiona narnijska opowieść, Błotowij i Janeczka – ulubione postaci.
Ale najbardziej zawsze mi było żal Zuzanny. Zuzanna zapomniała.
W istocie egzotyczna, ale bardzo dobroduszna. Pozwala nawet smarkatemu koziołkowi wskakiwać sobie na grzbiet i bawić się w króla na zamku.
I jeszcze coś ze skojarzeń związanych z KG. Wczoraj w kościele, kiedy usłyszałam pojedynczy dźwięk dzwonka, uśmiechnęłam się w duchu i pomyślałam: „Pierwsza!”. :-D
Dzień dobry!
Isiulku, jak miło czytać Twoje wpisy po dłuuuugiej przerwie!
Mamo Isi, za pozwoleniem, a czy Ty nieco nie postarzyłaś Isi? ;-)
Madziu, zdaje się, że format nieco większy.
Mamo Isi, wiem, o czym mowa, gdyż natychmiast po Twojej zapowiedzi poszukałam kartek Morrisa i kupiłam je sobie oraz przyjaciółce (w polskiej księgarni Libristo!). W istocie śliczne!
Co do zdjęć: przypuszczam, ze ta świnia była egzotyczna?
Isiu, miłe te Twoje czytelniczki!
Ależ nic nie szkodzi z tym mamoniem, po chwili się uśmiałam. Gdy wspomniałam dziś rano p. Emilkę dzieciom, to Zosia od razu, z zapałem, krzyknęła: „Tak, tak, „Srebrne krzesło”!” Po sekundzie konsternacji się poprawiła, ale śmiechu było co niemiara. Wczoraj w końcu Eustachy i Julia rozstali się z Narnią i pożegnaliśmy się z Błotowijem, więc „Srebrne krzesło” mamy niejako „na świeżo”.
A ze znakomitych zdjęć tutejszych przypomniało mi się zdjęcie Adminki i kosa – zerkających na siebie.
Doszły karty Williama Morrisa; księgarnia sprowadzała je z Anglii, więc trochę to trwało. Cuda! To jest dopiero herbarium!
Sowo, jak mam do Ciebie napisać, skoro nie mam adresu?
A ja tam czekam na nową książkę Adminki (cóż z tego, że się powtarzam) z ilustracjami Marcina Minora. Zapowiada się tak ładnie jak zwykle (lub ładniej).
A w jakim będzie formacie? Czy w takim jak „seria z błyskiem”?
Dobrego dnia. :)
(E-maila wysłałam jeszcze wczoraj, tym razem prokrastynacja nie zadziałała).
Wiewiórka siedzi na daszku karmnika stojącego na zewnętrznym parapecie, ogonem odwróciła się od zawiei i wcina. Od Isi i kotów dzieli ją tylko podwójna szyba, ale ma to w nosie. Po ponad pół wieku od tej chwili dalej uważam, że to najlepsze zdjęcie, jakie mi się udało.
Ale muszę też rzec, że przed dwoma tygodniami właśnie Isi udało się świetne zdjęcie: Asieńka siedzi niedbale bokiem na kucyku szetlandzkim i wpatruje się rozbawiona, jak wielka, czarna świnia z rozmarzonym wyrazem pyska obgryza kucykowi kantarek.
Cha, cha, Isiu! Rozumiem zdumienie. Pardon.
Nie, ja tylko próbowałam, jak międzyczasowy Mamoń brzmiałby jako wyzwisko.
Irys, dziękuję – kolorowe ilustracje też wytwarzam – patrz: seria książek Emilii Kiereś, córki, czyli trzytomowa „Seria z błyskiem”.
A w maju będzie książka „Na Jowisza!- uzupełniam Jeżycjadę”, zaś w niej – m.in. kolorowe portrety najważniejszych postaci „Kalamburki”. Plus inne niespodzianki.
Sowo, a Złotą różdżkę znacie? „Kto nie je zupy ten umrzeć musi” i inne makabreski.
Dzień dobry. Początkowo wzięłam wpis o mamoniu do siebie i się zdumiałam.
„Seria z błyskiem”, oczywiście, jak mogłam zapomnieć. Ha, więc jednak mamoń.
Uniechowski i Zieleniec , mistrzowie lekkiej kreski. Grabiański, zachwycający w swych swobodnych dotknięciach pędzla. Szancer pełen wdzięku. Dowcipny Butenko. Moi ukochani. Nadali każdej ilustrowanej książce niepowtarzany nastrój i klimat, pozostawiając przy tym przestrzeń dla wyobraźni. Jak dobrze, że Pani sama tworzy rysunki do swoich książek, bo choć czarno-białe dodają im swoistego, ciepłego kolorytu. Bardzo je lubię (dlatego brakowało mi ich w Kalamburce) i proszę o więcej:)
Ty mamoniu jeden.
Bardzo się cieszę, że „Seria z błyskiem” Emilkowa przypadła Isiątkom do gustu!
Aaa, to zdjęcie pamiętam doskonale!
Porteczek nawet nie zauważyłam.
a bo ja jestem jak inżynier Mamoń (ten z Rejsu), który lubi tylko te melodie, które już słyszał,
i pamięta tylko te rzeczy, które pamięta :D (a i te nie całkiem dobrze, hhyhy)
Całusy przekazane! Dziękujemy za miłe słowa. Asia i Zosia były pod wielkim wrażeniem, że to sama Autorka „Hihoptera” je przesyła. Jutro im jeszcze przypomnę, że to mama jednej z ich ulubionych autorek (seria z błyskiem przeczytana na głos i samodzielnie, ulubione fragmenty zwłaszcza – bardzo bardzo lubiana).
Co do porteczek – wydaje mi się, że chodzi tu o fotografię umieszczoną w którymś Wpisie Szóstkowym, na której widnieję ja w wieku mniej więcej pięciu lat, w porteczkach od piżamy i swetrze, obok mnie dwa koty z przechylonymi łebkami. Wszyscy siedzimy na parapecie i wyglądamy za okno, gdzie na krzaku krategusa siedzi wiewiórka. W tle opady śniegu.
Przebóg, nie pamiętam sprawy porteczek!
A swoją drogą, też mnie zdumiewa, jak te Isiątka błyskawicznie ewoluują.
Sowo, Madzia mi tu pisze w wiadomości prywatnej miłe słowa o Tobie (że jesteś mądra głowa i że ładnie piszesz o ilustratorach), więc sygnalizuję, że takie padły.
Co do reszty obu wiad.pryw., Madziu, zajrzę na stronę Krosna i popatrzę. Nie rób sobie ze mną kłopotu, proszę.
Z antykwariuszem niezły układ, brawo!
myślałam ostatnio o Isi i porteczkach Jego!! :)
bo Mama Isi przybyła do nas, na Wyspę zaraz za nimi (tymi porteczkami :) ,prawda?
o ile mnie pamięć nie myli, bo dawne to dzieje.
(czy Pani Małgosia pamięta fotkę Isi w porteczkach? pochwaliła Pani wtedy osobę (Mamę Isi), która zadbała o cieple ubranie dla tego dziecka z rozczulającej fotografii).
a tu proszę, juz Córeczki Isi prawie się z domu wyprowadzają?
ależ mnie tu dawno nie było, świat sie kończy :D
„lecz ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” :))
Zgredzie, ha, ha, tego nie wiem, ale mają salę eksperymentów doktora Paj-Chi-Wo.
Jak Sowiątko będzie szło na swoje, to też się będzie wykłócać o książki – ze mną. Bo Królika mu nie oddam;).
I brawo dla Mimi, za wpajanie dziecku Marka Grechuty. Świetna ścieżka kultury.
Isiu, dobry wieczór!
Jak miło mi to czytać! – jak to wspaniale, że wychowujecie dziewczynki na książkowe mole!
Porównywanie przekładów!- co za rozwijające zajęcie! Dziękuję za ten obrazek.
Tak, kupuj po dwa wydania, jasne. Żeby nie było kłótni, kiedy dorosną i będą się wyprowadzać – każda „na swoje”.
Przesyłam im całusy!- a Wam wyrazy uznania.
Dobry wieczór, Pani Małgosiu, dobry wieczór Wszystkim. Wychylam się po latach spod regału dając znać, że Asia i Zosia również zwracają uwagę na ilustratorów, tłumaczy (np. Irena Szuch – Wyszomirska!), a nawet na układ tekstu. Bardzo cenią i lubią powiastki B. Potter w tłumaczeniu Ulubionej Autorki. W ogóle, na tym przykładzie widzę, że są zalety zachowania otrzymanego w prezencie nieudanego przekładu książki, bo natychmiast zaczęły dostrzegać i doceniać ww. pracę tłumacza. Lubią ułożyć obok siebie dwa wydania i porównywać, nawet ilość tekstu na stronie . Chyba cieszy je też książka jako taka. Są z obu mole książkowe i jest to pierwsza rzecz, po którą sięgają rano. Będę im musiała kupować po dwa wydania tego samego, bo już zdarza im się kłócić („Ja chciałam to poczytać, pierwsza wzięłam!” „Ale ja wczoraj zaczęłam i już się wciągnęłam!”). Asia po przeczytaniu ostatnio „Hihoptera” (po raz któryś) powiedziała mi, że ma wrażenie, jakby miała lekcję (mają teraz rok nauczania domowego, więc lekcja to dla nich coś ciekawego) i powiedziała mi dokładnie, jakich dobrych rzeczy się nauczyła. A co do naszych starań, żeby było adekwatnie do wieku: Czytają po nas „Opowieści z Narnii”, które mamy też „w czytaniu” wieczornym i ostatnio Asia mi powiedziała: „Już wiem, jakie rzeczy omijaliście, ale one mnie nie straszą”.
Rosną więc Czytelniczki na schwał! A mamusia dumna!
Moja Córeczka spiewa: „Będziesz moja dama”, „Nie dokazuj” i „Niebo z moich stron” :-)
„Captains of Illustration” bardzo mi się spodobała, na pierwszy rzut oka:* warto mieć na półce, na pewno! A konesera dobrej książki taki prezent na pewno by zachwycił.
Dobra wiadomość, Ryśku!
Sowo, chapeau bas. A na Polonę zawsze warto zaglądać!
Dzień dobry!
Mimo braku śniegu zakwitły przebiśniegi :)
Errata: Hanna Czajkowska w książce oczywiście jest. Zwracam honor.
Swoją drogą, prawdą jest to, co pisze autorka – że nazwiska ilustratorów pozostają zwykle poza świadomością dziecięcych czytelników. Ech, dobrze, że czytelnik mądrzeje z wiekiem. Dlatego też Sowiątku staram się konsekwentnie przemycać i tę wiedzę, jak również nazwiska dobrych tłumaczy. Niech wie od małego, że wszystkim twórcom dobrej książki należy się szacunek.
A wczoraj spędziliśmy miłe popołudnie na oglądaniu działu „literatura dziecięca” na Polonie. Ileż tam rozkosznych opowiastek dydaktycznych sprzed wojny! Zaśmiewaliśmy się z wierszyka o brudasie, co miał tak czarną twarz, że chciano wiosną siać na niej rzeżuchę.
Ciekawe, czy będzie tam sala imienia inżyniera Kopcia.
Te pokusy książkowe są okrutne, ale się nie poddaję.
O, jak dobrze.
Tak, nadmiar materiału również nie służy leksykonom.
Ale bardzo się cieszę, że jest ostatnio taki ruch w kwestii przywracania pamięci mistrzom książkowej ilustracji, ileż dzięki temu książek już wznowiono! Łącznie z reprintami dzieł przedwojennych. Przy okazji wydania albumu biograficznego o Szancerze, była w poznańskim radiu audycja-rozmowa z wydawcami (można znaleźć w sieci). Panowie planują wznowić prawie wszystko, co Szancer zilustrował, ma także powstać w Poznaniu fundacja i muzeum Szancera. I jak tu się nie cieszyć! A w Katowicach otwarto niedawno nowoczesne centrum edukacyjne Pana Kleksa.
No i przewidywana a nieprzekraczalna objętość!
Musi być eliminacja, trudno. Miałyśmy ten problem przy „Na Jowisza”; wywalałyśmy, aż furczało.
Kiedy tworzy się leksykon, kryteria doboru zawartości zawsze są niejasne i podważalne. A motywem pominięcia tego czy owego jest zwykle brak czasu lub źródeł.
Co do świątecznych pokus – racja. Dlatego należy czynić zakupy na bieżąco. Z myślą o Gwiazdce, rzecz jasna.
Zwłaszcza Uniechowski i Zieleniec. Jak mogli się nie znaleźć w tej książce?
Ach, Sowo, do Gwiazdki znajdzie się jeszcze i sto innych pokus.
Polecam botaniczne kartki pocztowe Kew Gardens w księgarni Libristo. W ślicznym pudełeczku!
Ach, bo ja mam właśnie niedosyt. „Ilustratorki…” dopraszają się drugiego, trzeciego i czwartego tomu! Bo gdzie Fijałkowska, Imielska-Gebethner, Czajkowska, Karwowska, Orlińska, Stylo-Ginter, Majchrzak, Lenica, Lengren, Lutczyn, Uniechowski i Zieleniec? I wielu, wielu innych! Autorka ma zapewnioną robotę na dwadzieścia pięć lat.
A w tej nowej książce, „Captains of Illustration”, ciekawam, kto w indeksie twórców kryje się pod literą M… :). Podobno mają tę książkę wydać też po polsku (za rok), będzie jak znalazł na przyszłą Gwiazdkę.
Dzięki, Madziu, nie zauważyłam. Już przeklejam:
Międzyczasie, dziękuję za wiad.pryw.- cudny!!!
Kochany chłopczyk, naprawdę.
A właśnie mi starsza córka przypomniała, jak byłyśmy z malutką Emilką w kościele. Dzyń-dzyń!- zadzwonił ministrant, a malutka na to, głośno i rzeczowo: – Druga!
Ojej!
Przeze mnie Pani odpowiedź dla Międzyczasa wpadła pod wpis „Święty Mikołaj”.
Czy może korekta?
I tu miał rację.
ha ha :))
tez sie uśmiałam z powiedzonek Waszych dzieci. uwielbiam!
mój synek kiedyś, relacjonując wycieczkę szkolną, wymieniał zwierzynę, którą miał okazje widzieć na farmie:
„i były tam krowy, kury, gęsi… była nawet świnia we własnej osobie.”
(swobodne nawiązanie do wiersza Brzechwy, kto wie – ten wie :)
a jak był mały jak okruszek, to śpiewał piosenkę: „miłość ci wszystko wybaczy” :)
Obywatelko Warszawy, zachęciłaś mnie do tego filmu!
Obejrzę sobie.
Sowo, dzięki za cynk. Zawsze coś ciekawego wypatrzysz!
Zgredziku, co za miła reakcja.
Kto ma niedosyt po lekturze „Ilustratorek, ilustratorów” Barbary Gawryluk, to polecam uwadze książkę „Captains of Illustration. 100 Years of Children’s Books from Poland” (Instytut A. Mickiewicza i Dwie Siostry). Cenę ma kosmiczną, więc to raczej książka na prezent, ale z drugiej strony, jak zejdzie do drugiego obiegu, to już będzie całkiem nieosiągalna.
Dzień dobry (…)!
Pokazywałem dziecku moją ulubioną „Wieczerzę w Emaus” Caravaggia.
Powiedziałem, że kiedy Piotr rozpoznał Jezusa po łamaniu chleba,
„przypomniał sobie to, co zapomniał”.
Reakcją u dziecka był żywiołowy śmiech porozumienia.
Ooo, a to świetne, Bajko Zimowa :) „Mam tę moc!” :-)
A u nas nadal słoneczny, piękny dzień – pogoda się utrzymuje.
Tkwię za komputerem w pracy.
Podczas gdy w domu czeka „Orfeusz…” Wittlina – zdobyłam go wreszcie.
Dzień dobry,
W Warszawie dziś szaro, więc dziękuję za słoneczne fluidy.
Oglądałam wczoraj z mamą piękny film pt. „Żyj dwa razy, kochaj raz”. Brzmi jak jakiś melodramat, ale nie oceniajmy książki po okładce. Poważny temat podany z humorem. Można się pośmiać i porozmyślać.
Pozdrawiam wszystkich i życzę dobrego dnia!
O, a to piękne!
Dziękuję!
Uśmiałam się, a to zawsze dobrze człowiekowi robi.
Szary dzisiaj dzień, ponury, a tu taki promyczek.
Dzień dobry wszystkim :-) Czytam, co dzieci potrafią i przed oczami pojawia się obrazek sprzed wielu lat.
W kościele, córeczka na słowa „zmiłuj się”, zareagowała natychmiast, recytując: „zmiłuj się waćpan, poluj ciszej nieco”.
Na szczęście nie dysponowała tubalnym głosem :-)
Żółciowy…
A moja młodzież to i malapropizmów używa.
Na przykład: kamień fizjologiczny.
Wczoraj oglądałam na Twitterze filmik, na którym dzieciaczek chyba dwu- a najwyżej trzyletni recytował z pamięci całego „Pawła i Gawła” Fredry. I to z aktorskim zacięciem, z emfazą – widocznie naśladując mamę, która mu wiersz ten czytała, na pewno wiele razy. „Co waćpan łobis? Łyby sobie uowię! Ależ mospanie, mnie kapie po guowie!”
Dziecko potrafi!
Zna ten wiersz na pamięć. I jeszcze „Lenia” :)
A to feler westchnął seler!
Nasze ferie też mają się ku końcowi a Kogucik złapał bakcyla i szaleje ze stryjem na nartach. Może i my wapniaki też kiedyś złapiemy?