
„Grudnik (Schlumbergera), określany też jako Zygokaktus lub Kaktus Bożonarodzeniowy, jest popularną rośliną doniczkową, zakwitającą około Bożego Narodzenia” – aha, faktycznie. No, co też powiecie! U mnie zakwita w końcu października i utrzymuje kwiatki aż do teraz!
No i bardzo dobrze – przyjemnie się pracuje w takim towarzystwie.

Właśnie pod tym rozszalałym grudnikiem maluję i rysuję obrazki do książki „Na Jowisza!” (dla wydawnictwa Egmont) – to, co widać na stole, pod okularami i „Kalamburką”, to miał być portret Gizeli. I był całkiem niezły – ale go niestety popsułam, poprawiając go w dążeniu do perfekcji, malując zbyt długo i zbyt starannie. Zrobił się brzydki i ciężki, a taki być nie może, skoro książka będzie lekka i ładna.
No cóż, tak bywa. Niedobrze jest starać się za bardzo!
Dobrze się składa, że lubię malować. Zaraz sobie machnę drugi portret, lepszy.
Na niespokojne pytania o „Chucherko” odpowiadam niniejszym, że książka „Na Jowisza!” już jest w zasadzie napisana (jeszcze tylko parę hasełek), że pisało się ją szybko, wesoło i przyjemnie i że już w grudniu przystąpię do ponownego chucherkowania! – tylko jeszcze muszę zrobić komplet ilustracji do tego, co właśnie napisałam.
Sympatyczne perspektywy.
I tyle na razie!
Uściski!
Wasza – zapracowana z przyjemnością –
MM








Piękny Grudnik! Te z którymi miałam styczność nigdy nie kwitły tak obficie a tutaj prawie wiosna na oknie :) i tak pięknie kwitł w przeddzień narodzin mojej córeczki – Aurelii Zyty (tak, wiem, jestem wśród wielu Pani czytelniczek które nadają dzieciom imiona po bohaterach ulubionych książek. Ale jak już się ma syna Florka to i córka winna mieć oryginalne imie). Pozdrawiam gorąco
Małgorzato, imienniczko, dziękuję za te miłe słowa!
I mnie się lepiej na sercu zrobiło.
Dzień dobry :)
Stwierdziłam, że napiszę krótko… Czytam Pani „Frywolitki” i się wzruszam. Tyle ciepła, wiedzy, humoru… Teraz skończyłam rozdział o Andersenie. Piękny. Z serca dziękuję za Pani książki :) jakoś tak lepiej się robi człowiekowi na sercu, gdy przeczyta kilka stron.
Pozdrawiam i pogodnego weekendu życzę!
Czytałam „Światło między ocenami” po polsku – historia rzeczywiście poruszająca.
Witam wszystkich w ten zimny,deszczowy (u nas) dzien.Wlasnie skonczylam czytac ksiazke pt:”Swiatlo miedzy oceanami” Stedman.Piekna,chwytajaca za serce ksiazka .Naprawde godna polecenia. Ja czytalam w tlumaczeniu wloskim, ale mam nadzieje,ze w polskim przekladzie jest rownie piekna i wzruszajaca.
Dzień dobry, u nas niestety listopadowo – mwlancholijne przedpołudnie, ale mimo wszystko życzę wszystkim dobrej niedzieli
A mnie choróbsko jakieś dopadło i nie wstaję z łóżka, a co najgorsze – nawet czytać ciężko. Ech. Byle przetrwać.
Aaa! Co za piękny dzionek dzisiaj, serce rośnie!
Brawo Młodosto!:)
Oho-ho! Miło spojrzeć na Piętaszka, jak się zaczytał!
Ładne to.
A książka jest na Allegro, znalazłaam!
Oto, co na temat twórczości swojej ukochanej żony napisał, już niestety po jej śmierci Marc :
” Pisała tak, jak żyła, jak kochała, jak przyjmowała przyjaciół. Jej słowa, jej zdania – to leciutka kolorowa plama rzucona na płótno. Z kim ją porównać? Nie jest podobna do nikogo. (…) Sprawy, ludzie, krajobrazy, święta żydowskie, kwiaty – to jej świat, o tym nam opowiada. Jej zdania, długie czy krótkie, wyrzeźbione czy zaledwie naszkicowane, to nabierają oddechu, to znów się zacierają, podobnie jak znika w rysunku punkt czy kreska i można tylko odgadywać ich tajemne znaczenie”. ( Nowy Jork 1947r.)
Otóż to, Mamo Isi!
Uch, zrobiłam sobie prasówkę i się zniechęciłam do życia. Chyba muszę się leczyć z tego nałogu.
Ale są i sympatyczne nałogi, ot choćby Vivaldi.
I miłe książki.
Zgredzie (wiad.pryw.)- OK. to ja tylko pomyślę.
Wójciku, co za miły fluid.
Tak, racja, wszystko robię długimi seriami…
A Vivaldi, jak się okazuje, jest bezbrzeżny.
Krzysztofie, tak jest. Właśnie tak!
Oho, Starosta się zafiksował na Vivaldim, już ja znam Starostę i te jego miłe zafiksowania kulturalne. Oznajmiam, że tkwię we fluidzie pod względem Vivaldiego. Wspaniały, prawda?
Fragment „Płonących świec” także kuszący, chociaż konserwatywnie nie mogę wciąż zaakceptować mody na narrację w czasie teraźniejszym, jakoś mnie to irytuje. Wedle dawnych zasad, czasu teraźniejszego używano jedynie dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji, aby osiągnąć efekt pewnego napięcia.
„Zbliżam się do niej jak do starej krewnej. Dotykam jej. Niskie, szerokie nogi szafy jęczą.” Czytam i mam wrażenie, że z tej szafy zaraz wypadnie trup lub coś równie stresującego.
A mógłby to być taki ładny opis.
Bardzo się cieszę i życzę aby się udało :)
William Blake:
„To see a World in a Grain of Sand
And a Heaven in a Wild Flower
Hold Infinity in the palm of your hand
And Eternity in an hour”
Dobrze pamiętasz, Piętaszku!
A słowa Belli pięknie brzmią. Zazdroszczę Ci tej książki, chyba zaraz sama zacznę jej szukać!
Rzeczywiście, mimo ulewy, a może właśnie dlatego, ogród wciąż zielony, co bardzo ładnie się komponuje z pomarańczowością modrzewia płonącego teraz najintensywniej przed zrzuceniem igieł. O ile pamiętam, pięknie o tym napisał K. Wierzyński.
” Biblioteka to jedyny dawny mebel, jaki pozostał w salonie. Zawsze stała tu, w kącie przy drzwiach. Zapewne była zbyt ciężka, by można ją było przestawić.
Pogrążona w swoich książkach szafa, stoi tutaj milcząca, jakby zupełnie nie związana z ruchem całego domu.
Zbliżam się do niej jak do starej krewnej. Dotykam jej. Niskie, szerokie nogi szafy jęczą. Ciężko im utrzymać taki ciężar. Rzucam spojrzenie przez oszklone drzwi. Półki umieszczone jedna nad drugą, każda z nich to sanktuarium „.
Bella Chagall ” Płonące świece”
Właśnie, Mimi.
Nawet dziś, w pogodę mroczną i mokrą, ponurą i chłodną, życie wiejskie jest kuszące i miłe.
Jesienny ogród za oknem wciąż jeszcze zielony, kwitnie ostatnia róża, a ptaki już podskakują coraz bliżej domu.
Niebawem ruszymy z dokarmianiem.
Ponadto – weszłam w fazę Vivaldiego – dużo nieznanych mi perełek znajduję na YT. Jaki blask!- w sam raz na listopad.
I ja się zgadzam co do tego ideału, DUA :)
Bardzo dziękuję. Oj, czuję że nockę zarwę. Cóż, nie pierwszy to raz i nie ostatni. Książkę czyta się wspaniale!
Miłego czytania upragnionej książki! (Ach, piękne to chwile…)
Racja, Piętaszku!
Z tym że… im dłużej się mieszka na wsi, tym mniejszą ma się ochotę odwiedzać te ulubione miejsca w mieście.
Ergo: życie na wsi to ideał.
O, jak miło sobie gawędzicie pod tym pięknym różowym kwieciem, które to kwiecie nawet nie wie, jak mu do twarzy z zielonymi zasłonkami. I jak tu pracowicie – na lądzie i na morzu.
Ja nie mogłam się doczekać wieczoru , bo po pierwsze synuś jedzie z Krakowa, a po drugie czeka na mnie rarytas czytelniczy w postaci „Płonących świec” Belli Chagall. Wstyd przyznać, ale do tej pory nie udało mi się zdobyć tej upragnionej przeze mnie książki. A teraz ją nareszcie mam! Przyjechała do mnie z toruńskiego antykwariatu, choć nie przy Podmurnej, ale też bardzo przyjemnie wyglądającego.
Życie wiejskie z możliwością odwiedzania ulubionych miejsc w mieście, to ideał .
Domyślam się.:)
Nie dziwię się. Wiem z praktyki.:)
Sowo, zdziwiłabyś się, wiedząc ile jest takich możliwości!
Wiem z praktyki.
O, to przykre, Wilku Morski.
Z drugiej strony – zajęcie sprawi, że czas rejsu szybko minie.
Czy prawidłowo użyłam słowa ‚rejs” w odniesieniu do Twojej jednostki pływającej?
Na szczęście na wsi też można zorganizować niezłą kulturę. Grunt to mieć dobry pomysł.
Stosik zabrałem spory (prześlę zdjęcie), a teraz pusty śmiech mnie ogarnia, gdy na niego patrzę, bo targałem te kilogramy w dużej mierze na próżno – czasu dla siebie mam tak mało, że niewiele z tego przeczytam.
A co też zabrałeś sobie do czytania, jeśli wolno spytać?
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi…
Prawda. Ani lądu, ani metropolii tym bardziej. Gdybym miał wybierać, natura czy kultura, wygrałaby ta druga. Na szczęście nie muszę, można tak sobie życie zorganizować, aby było miejsce na obie.
Szetlandy!
Zimno i surowo, co? (widziałam film).
To teraz długo, długo nie zobaczysz lądu, prawda?
Zośko, jasne, że nie ma lekko. Ale dziesięciu sprawiedliwych pewnie się znajdzie…
Hm, licząc od wczorajszego wieczoru, to kawał Morza Północnego, od Skagen w kierunku Szetlandów. Ładnie dziś słońce zachodziło.
Dobry wieczór!
No jak tam, Wilku Morski? Dokąd dopłynąłeś w czasie, gdym ja pisała kolejne rozdziałki?
Jeśli pozwolicie, to jeszcze „troszkę” (1:30!) Jakuba Józefa. Na YT: ”Anima Sacra” – 2018 (Heinichen, Corelli, Vivaldi). Jak dobrze pracuje mi się w jego towarzystwie! :)
Casciolino, to dobra wiadomość, ta o Schollu. Mam kilka jego płyt i lubię go słuchać jak mnie już życie w wielkiej metropolii znuży (Sowo, w dużych miastach, pomimo niewątpliwych ich zalet, nie jest lekko ;)).
Dzień dobry wszystkim zza lady!
O, bardzo to ładne! Przyswoję sobie.:)
Dzięki, Wilku Morski!
Innymi słowy: jak Bóg da.
:-)
Formułka używana w korespondencji.
A wykłada się to: All Goes Well, Weather Permitted.
Za dwa tygodnie – co?…
Za dwa tygodnie AGW WP
Och, wyobrażam sobie!…!
To ci musi być akcent.
Za to na pewno Chińczyk nadrabia uprzejmością.
A do brzegów Ameryki kiedy dotrzesz, Krzysztofie?
Za to bandera portugalska.
Po angielsku oczywiście mówią wszyscy, choć z różnym skutkiem, jednego z Chińczyków nijak zrozumieć nie mogę.
Zośko, Scholl zdaje się jest wciąż aktywny. W maju tego roku śpiewał (razem z JJ Orlińskim zresztą) w „Rodelindzie” Haendla we Frankfurcie.
Sowo, niechętnie przyznaję, że i metropolie mają swoje zalety.
Nie ma Portugalczyka Osculati!
Krzysztofie, a to masz ciekawie.
Czy wszyscy mówią po angielsku?
Bez związku z poprzednimi refleksjami, ale się podzielę.
Niemal od początku mojej pracy na morzu przebywam w towarzystwie wielonarodowym, tak jednak jeszcze nie miałem. Otóż jest nas na statku dwudziestu czterech, a w tym: dziesięciu Lankijczyków, trzech Ukraińców, dwóch Bułgarów, dwóch Peruwiańczyków, dwóch Chińczyków, dwóch Hindusów, jeden Sikh, jeden Rosjanin. No i ja.
„Przygody Piotrusia Pana ” bajka muzyczna – nie pomyliłam się.
Jo ho ho ho.
Ale ci nasi wspaniali śpiewacy trwają zdaje się w dużych miastach? To i owo dobrego uchowa się i w metropoliach.
A propos omawianych listów, widziałam też zapowiedź korespondencji Wisławy Szymborskiej i Joanny Kulmowej (będzie w grudniu). Zaczynam powoli zastanawiać się, czym by tu zapełnić mikołajowy wór.
No popatrz, Zgredziku.:)
Kiedy czytałem „Inne pozytywne uczucia też wchodzą w grę” (jeszcze nie skończyłem), jakoś tak skojarzył mi się tytuł „Genezis z Ducha”.
Sowo :)
Otóż aromat migdałowy musi być naturalny, nie syntetyczny. Można taki prawdziwy dostać w sklepach internetowych. Jest, jest różnica!
Można też dostać tzw mąkę migdałową, czyli po prostu mielone migdały. Używa się ich obok, a nawet i zamiast mąki w słodkich ciastach. Plus ten naturalny aromat (kropelka) – o, wspaniale.
„Bo kto rozsądny ten przyzna, że ciasto, gdy świeże, jo ho ho ho, najgorsza jest to trucizna!” .
On był z białym makiem, z orzechami też, ale z całkiem nietajemnym aromatem migdałowym. Dobrze, że chociaż bez orzeszków ziemnych.
Zośko :)
:) :) :)
PS – rogale marcińskie MUSZĄ być świeże. Najlepiej jeszcze ciepłe.
Tylko dla młodych i zdrowych oczywiście. Inni ich nie strawią prawidłowo, zwłaszcza na ciepło.
Zytko, można spróbować z tym autografem…;)
Zośko, dzień dobry! Ładny fluid z Sową.
Posłucham sobie i Scholla.
Sowo, nie jedz podróbek! Bo Ci się gust wypaczy!
Prawdziwe rogale marcińskie tylko w Poznaniu, a i to w nielicznych cukierniach!
Najlepsze są i tak w naszym miasteczku. Cudowne, leciutkie, z warstwowym ciastem drożdżowym i nadzieniem z białego (to ważne!) maku z mielonymi orzechami i innymi tajemniczymi ingrediencjami.
Zdaje mi się, że to, co prawdziwe i dobre, ma szansę przetrwać tylko w pewnej (jak największej) odległości od wielkich miast.
Dotyczy to nie tylko cukiernictwa, ale każdej właściwie dziedziny życia.
A Andreas Scholl? To z kolei mój ulubiony. Chyba już zakończył karierę sceniczną. Dysponuje głosem o ciemniejszej barwie a jego wykonania odznaczają się niemiecką precyzję, swoją karierę zaczynał od śpiewania w chórach (jak wielu śpiewaków). Ale Orlińskiego też bardzo lubię, pierwszy raz usłyszałam o nim kiedy to Zu opowiadała o koncercie dyplomowym kuzyna niejakiego Jakuba Józefa :)
Już chwilę tu nie zaglądałam, a że dopadł mnie spleen jesienny, pomyślałam że przyjdę tu niczym do Borejkowej kuchni zaczerpnąć uśmiechu w znajomych kątach… i proszę! Grudnik! Zerknęłam jak się miewa mój na parapecie i okazało się, że ma pąki! Bardzo mnie ich widok ucieszył! :) Dziękuję!
A może będzie Zytka w „Chucherku”? Mogłaby się tam zaplątać… i zostać na wieki w Jeżycjadzie, niczym najwspanialszy autograf… :) Pozdrowienia, Pani Małgosiu!
Jaroussky, o tak, najlepszy. A jak on śpiewa Monteverdiego! Scholla jeszcze lubię. I Stabat Mater Vivaldiego.
Zjadłam właśnie Podroba Marcińskiego (za dużo sztucznego aromatu). No i wciąż nie wierzę w istnienie Prawdziwego Rogala.
Powiadają, że w czerwcu, a może wcześniej, zobaczymy.
Słucham właśnie tego Fago – ach, piękne.
Od jakiegoś czasu ta kobiecość głosu Jaroussky’ego zaczęła mnie męczyć, bo jednak wolę w tym wypadku dobry sopran kobiecy, o choćby Angeli Vallone. Natomiast barwa głosu Orlińskiego jest unikalna!
Kochany Starosto, to kiedy jest szansa na „Na Jowisza!”? Określ, proszę, tak pi razy drzwi, żeby się człowiek mógł zacząć cieszyć i zacząć czekać.
Tak, Wójciku, właśnie z tego okresu będzie portrecik.
Cieszę się, że znalazłaś drogę do najpiękniejszej muzyki. To jest okno do wieczności.
Szczęśliwi muzycy! Zazdroszczę im, zarazem podziwiając.
Powiem Ci, Mamo Isi, że ten Jaroussky jest jeszcze lepszy. Oczywiście, występuje od wielu lat, technikę ma opracowaną perfekcyjnie, a nasz dopiero wchodzi na tę drogę. No, ale nasz ma zupełnie wyjątkową barwę głosu, to jest naprawdę wysoki tenor, podczas gdy Jaroussky ma głos zupełnie kobiecy.
Odkryłam na YT wiele cudownych utworów wokalnych Vivaldiego i słucham, pisząc „Na Jowisza” – udaje się, bo to nie powieść. Przy powieści muszę być maksymalnie skupiona, ani dźwięku wokół.
Polecam: Salve Regina RV 618 Philippe Jaroussky (countertenor)
Vivaldi! Odkąd zaczęłam ( dzięki Wam) słuchać muzyki klasycznej ( czyli od zaledwie paru lat) to mój ulubiony kompozytor. No i jeszcze Bach. Mozart, ale nie wszystko. O! Czajkowski bardzo. Nie mam niestety wyrobionego ucha do klasyki i pewnie moje wybory są schematyczne, ale wciąż słucham i staram się.
Gizela. A z jakiego okresu jest ten portrecik? Moim zdaniem gdzieś około wczasów nad morzem. A może trochę później? Mila jest jeszcze dzieckiem, czy już nastolatką? Ciekawie też byłoby zobaczyć Gizelę młodą. Mam ją w głowie jako dojrzałą kobietę ( pretty much jak na portreciku) i także starszą, ale młodej jakoś nie mogę sobie dobrze wyobrazić.
Dziękuję:)
Ostatnio nie mogę się nasłuchać Fago – Alla gente a Dio diletta – w wykonaniu Orlińskiego, oczywiście.
Dziękuję :)
Mamo Isi, miłego czytania!
Ach, Rysiu, ty już o pierniczkach!!!
No, ale prawda, jeszcze tylko listopad i pieczemy!
Dobry wieczór. Brr zimno na dworze i dżdżysto i słotnie…dlatego wpadłam na herbatkę i nie mogę uwierzyć, że przegapiłam całe to wiewiórkowe, liryczne poruszenie. Oj jak ja nie mogę się doczekać, i książek nowych i zimy, która już pachnie w powietrzu, i pieczenia pierniczków i 1 grudnia. Od 1 grudnia zostaje ze mnie oficjalnie zdjęty, narzucony mi przez rodzinę, zakaz wyśpiewywania wszelkich kolęd, pastorałek i innych świątecznych pieśni – wyśpiewuję je bowiem bez opamiętania, jak rok długi, w 4 językach. Przyjemny to zakaz jednakże, dobrze mieć na co czekać, i cieszyć się, kiedy wreszcie nadejdzie to, na co czekamy. A kaktus proszę Państwa pozazdrościł tuszom kolorów, śmiem podejrzewać, stąd to obfite, urokliwe kwiecie tak wcześnie.
Doszła przesyłka! hip, hip, hurra!
O, to, to!
Właśnie tak mi się wydawało – miarę jest trudno znaleźć w staraniach ze względu na dążenie do doskonałości.
Ale chyba pani rację, ona się wyrabia podczas wielokrotnego przedobrzenia.
Zupełnie nie pojmuję, że Vivaldi mógł popaść w zapomnienie na prawie 200 lat. To czego ci ludzie przez te 200 lat słuchali?
Wielkie, wielkie dzięki za wysyłkę; stoję w oknie i wyglądam jej, jak ta przysłowiowa kania. Z tym, że dżdż już i tak kapie. A swoją drogą, po co kani deszcz?
Oczywiście.
Z czasem wyrabia się człowiekowi poczucie miary.
Ale nawet i wtedy jeszcze czasem przesoli i przedobrzy.
Jedyna metoda: nie żałować trudu, pracować, od nowa, jeszcze raz – już samo dążenie do doskonałości to jest, swoją drogą, czysta satysfakcja, .
Powyższe uwagi, Zuziu, nie dotyczą tylko malarstwa, rzecz jasna.
Przydatne są w każdej dziedzinie życia.
Zawsze mnie fascynowało udzielanie tej rady, bo choć chyba każdy dochodzi do takich wniosków, jak już lepsze stanie się wrogiem dobrego, to jak starać się mniej?! Jakim sposobem? Skąd wiadomo, że to mniej niż pełnia albo że to już górna granica? To się wie tylko po fakcie.
Już rano z wielką przyjemnością posłuchałam Vivaldiego.
Jak pomyślę, że zagubiono 2/3 jego oper, źle mi się robi. Dwadzieścia na pięćdziesiąt!
Ottone in villa (1713 Vicenza)
Orlando finto pazzo (1714 Wenecja)
Nerone fatto Cesare (1715 Wenecja,zagubiona)
La costanza trionfante degl’amori e de gl’odii (1716 Wenecja)
Arsilda Regina di Ponto (1716 Wenecja)
L’incoronazione di Dario (1716 Wenecja)
Tieteberga (1717 Wenecja)
Scanderbeg (1718 Florencja,zagubiona)…
etc, etc – (Mamo Isi, tu MM, wszystkie się nie zmieściły)
Mamo Isi, i Tobie polecam na pokrzepienie:
Philippe Jaroussky – „Sovente il Sole” – Vivaldi.
MaryMeg, wielka racja. Trudne doświadczenia budują nas, czy się to nam podoba, czy nie!
Celestyno, Gizela nie miała dotąd portretu.
Tak, ta na zdjęciu jest ciężkawa. Zrobię nową!
Cieszę się, żeś się wreszcie odezwała.
No i nie skąp nam siebie, proszę! Rozgaduj się ile wlezie! Bo ciekawie gadasz.
Mamo Isi!11
No, bardzo, bardzo dziękujemy obie!
A wczoraj wysłałam Ci paczkę z Patrycją.
Wczoraj wieczorową porą, kiedy już straciłam nadzieję i poszłam na spacer z psami, kurier wreszcie podrzucił „Miedziany listek”. Nie mogłam się oderwać, póki nie zobaczyłam ostatniej strony – śliczna rzecz! A ilustracje! A portret sroczki! Dziękuję Autorce! Dziękuję Autorce ilustracji! Z całego serca dziękuję!
Dzien dobry!
Czy Gizela miala juz swoj portret? Po otworzeniu tego wpisu, najpierw powiekszylam sobie zdjecia, zeby szczegoliki obejrzec, i natychmiast pomyslalam, ze to musi byc Gizela. Tak wlasnie sobie ja wyobrazalam. Owszem, jest – jak na Pani lekki styl- dosc mocno dopracowana, ale to jest ona:)
Bardzo serdecznie Pania pozdrawiam! Zawsze tu zagladam, wszystko czytam, lecz tylko sila powstrzymuje sie, zeby czegos nie wpisac. Mam tendencje do rozgadywania sie:-)
I jeszcze słucham :) Przede wszystkim z pomocą serca… Temu chyba też służą te nasze rozmaite, trudne doświadczenia. Pozwalają zrozumieć drugiego. I oto znów dochodzimy do tej prawdy, która niejeden raz tu już wybrzmiała: wszystko jest po coś. Byle nie zabrakło ufności, czego sobie i Wszystkim na różne życiowe zmagania serdecznie życzę!
Aniu K, nie, surfinia nie zgoła. Grudnik – ciekawa roślina – pochodzi z lasów tropikalnych, zwykle bytuje wysoko nad ziemią, w koronach drzew.
Inna jego nazwa to zygokaktus, i istotnie kwiaty jego przypominają te z różnych odmian kaktusowych.
Paczko Chusteczek, ze spotkań raczej nici. Kręgosłup mój tego nie lubi, głupek jeden.
Ale co tam, każda kolejna książka to przecież spotkanie – prawda?
A więc wysłuchałaś Vivaldiego!
Cieszę się.
Tak jest, zrozumienie to dar. To tego wszyscy szukamy. Czy jednak zrozumienie tylko z pomocą umysłu? Nie, chodzi też o zrozumienie z pomocą serca.
O, tak! Przepiękne! Jak balsam, jak przytulenie przez bliską osobę… Z serca dziękuję. I za te dobre słowa, za zrozumienie. Zrozumienie to taki dar, który dodaje sił i otuchy.
Dobrego dnia Wszystkim!