
Camille Pissaro (1830-1903) Zrywanie jabłek
Robert Frost (1874-1963)
PO ZRYWANIU JABŁEK
Jeszcze drabina w niebo podwójnie wystrzela
Poprzez drzewa koronę
I stoją jeszcze u jej stóp nie napełnione
Kosze i jeszcze gałąź gdzieś z dwoma czy trzema
Jabłkami sama prawie do rąk mi je kładzie.
Ale na dzisiaj dość już mam roboty w sadzie.
Sen zimowy wieczorne niebo przyrumienia
Zapachem jabłek: senność przybliża się skrycie.
Nie mogę przetrzeć oczu z dziwności widzenia,
Którą się zaraziły, kiedy dzisiaj rano
Przez szybkę, zdjętą z wody w drewnianym korycie,
Spoglądały na trawę szronem obsypaną.
Lód zaczął topnieć, wymknął się, roztrzaskał. Ale
Było już dla mnie jasne
W chwili, gdy z rąk wypadał, że niebawem zasnę,
I moje własne
Sny ujrzałem zawczasu w tającym krysztale.
Wyolbrzymione jabłka płyną, wyraziste,
W oczach; widoczna jest każda drobina
Pyłu, ogonek, skaza skórki, uschły listek.
W obolałym podbiciu trwa ćmiąco i stale
Nacisk prężnego szczebla. Ciało czuje drżenie
Drabiny, chwiejność, kiedy gałąź się ugina.
A w uszach wciąż się piwnicznie panoszy
Głuche dudnienie
Jabłek, wysypywanych z przydźwiganych koszy.
Za dużo było dziś tego zrywania
Jabłek: tak, jestem przemęczony,
Choć sam liczyłem na obfite plony.
Te tysiące owoców, te ciągłe starania:
Ująć w dłoń, nie upuścić, złożyć na szczyt góry
Innych. Bo każdy, który
Upadł na ziemię, nawet całkiem zdrowy,
Nie otłuczony, nie nakłuty źdźbłem ,
Szedł na stertę odpadów o groszowej cenie,
Z których można wycisnąć tylko sok jabłkowy.
Wiem już zawczasu, jakie przywidzenie
Przetrwa pod powiekami, kiedy zasnę – wiem.
Gdyby nie zniknął w norze,
Jedyny chyba suseł potrafiłby orzec,
Czy zasnę jego długim snem, gdy się położę,
Czy tylko ludzkim snem.
(przełożył Stanisław Barańczak)








Pozdrawiam malutką! Kogucika też!
Piękny kościół. Zdolna młodzież. A posłuchać też można?
Dziś u nas wichura i przelotne ulewy. Kogucik w ramach obciążenia przeciwwichurowego przytaszczył po drodze ze szkoły kasztany w liczbie 118. Planuje sprzedaż w celach charytatywnych.
Meldujemy, że wczoraj świętowaliśmy chrzest naszego Pisklątka. :)
Piszę z rzadka, bo zwykle mam pełne ręce Małgorzaty.
W moim małym miasteczku również będzie można posłuchać czegoś „z Moniuszki” – jutro recital pieśni moniuszkowskich, m.in. ze „Strasznego dworu”.
I orkiestra symfoniczna też! ech, dusza rośnie jak się na nich patrzy i słucha. W tejże kolegiacie bywał prawdopodobnie sam Beethoven. Piękny barok, w całej krasie..
Znalazłam!
„Pueri claromontani” to ten skarb młodzieżowy?
Bardzo Was proszę, wpiszcie temat: „Moniuszkowski dzień na festiwalu beethovenowskim w Głogówku”
Powinny się pokazać dwa rodzaje skarbów: młodzieżowy i barokowy. Nacieszcie oczy!
Bardzo interesujący obraz ze św. Hieronimem. Wiele smakowitych szczegółów do kontemplacji i ten lew łagodny jak baranek. Obraz tchnie spokojem. Lubię i muszę pooglądać na większym ekranie.
Jakubie, dziękuję za tę ciekawą podpowiedź.
Prawda!
Lubię obrazy z książkami, swoją drogą.
A zbliża się św Hieronima, patrona bibliotekarzy, bardzo lubię obraz Colantonio na którym Hieronim otoczony jest książkami i wyciąga cierń z łapy lwa. Pozdrowienia dla wszystkich bibliotekarzy i nie zapominając o jabłkach.
O, dzień dobry, jak miło znów tu zajrzeć! Cieszy mnie wszystko, Dzień Jabłka, poezja Konopnickiej i Wasze refleksje :-) dobrze mieć takie miejsca, do których można zajrzeć, żeby przystanac w codziennym biegu :-)
Ha! A czy wiecie, że dzisiaj jest Światowy Dzień Jabłka?
Ależ utrafiłam z wpisem, co?
A ja się uśmiecham do Zuzi od rana!
Jakie to ładne, Zuziu. Miło,że się z nami podzieliłaś tym obrazkiem. Uśmiecham się do Ciebie i do wszystkich, którzy tu jeszcze zajrzą.
Dobranooooc…
Dobry wieczór!
Minęłam dziś kogoś z rodu Józefa i od razu pomyślałam, że KG spodoba się ten urywek codzienności.
Do szkoły wybieram dłuższą drogę. Wysiadam na wcześniejszej stacji metra i mijając łypiące zza szyby smakowite okładki na wystawie, skręcam do Parku Saskiego, aby przed rzuceniem się w szkolny wir, pamiętać zawsze, że jest jeszcze ta druga strona świata, w której można zbierać kasztany i chodzić tyłem po uśpionych alejkach. Dziś szłam tak znowu. We mgle i z szarą plamą nade mną. Uderzyło mnie, że choć uważa się, że w mieście jest hałas, ono milczy. Nikt nic nie mówi, zgrzyta coś tylko albo piszczy, może ktoś gra, ale nikt nic nie mówi. No może oprócz tej dwójki:
„Ach, ale piękna dziś pogoda!”
„Szaro i buro.”
„Nie! Popatrz tylko, jak cudownie!”
Obejrzałam się, rozjaśniona uśmiechem i zobaczyłam pana, równie promiennego, a wokół niego ciepłą aurę.
Ciekawe!
Pięknie pisze Konopnicka. Trwam w zachwycie… Ciekawe, czy wiedziała, jak o niej ładnie pisał Sienkiewicz?
Ech, poezja, poezja…
Aż strach pomyśleć, ilu wspaniałych wierszy bym nie znała gdyby nie Wy!!! A może – kto wie? – w ogóle nie obudziłaby się we mnie miłość do poezji?
Chciałabym Was kiedyś poznać!
O, Madziu! To będzie ten: ja też w nim słyszę odgłos ligawek pastuszych!:)
To jest jeszcze inny wiersz Marii Konopnickiej:
W GÓRACH.
I.
Przygrywka.
Maria Konopnicka (1842-1910)
Wkoło mnie otoczyły moje równie senne,
Pasmem jednakiem.
Ale ja sobie lecę w krainy odmienne, —
Umiem być ptakiem.
Błękitna przestrzeń mruga, zaprasza do siebie,
Skrzydeł nie nuży…
Pędzim sobie we trójkę: ja, obłok na niebie,
I listek róży. —
Listek najpierwszy upadł na wioskowym kopcu
Cudzej granicy,
Jak rzucone słóweczko drogiemu mi chłopcu
Mdłej obietnicy…
A obłok powiał dalej… pod słonko się stroi
W biel i we złoto,
Aż u chaty ostatniej, co w kraju mym stoi,
Zadrżał tęsknotą…
Wiatr szarpnął go za szatę, rozrzucił mu włosy,
Toż łzami leci
Na łączkę, gdzie pod gruszą siedzi dziaduś bosy
I kupka dzieci…
Nie chce odlecieć dalej! Z tej mgły urodzony,
Z oparów rzeki,
Gdzież mu zwiedzać świat obcy, inne jakieś strony
I kraj daleki?
Więc sama lecę… sama, choć serce mnie boli
I smutno wróży…
Czemuż nie chciał obłoczek podzielić mej doli,
Ni listek róży?
Z obłoczka jabym sobie wieczorem pod głowę
Zwiła posłanie;
A z listka zasię róży — toć czary gotowe
Na zakochanie.
Lecz sina dal pociąga, i wabi, i nęci,
Jak cud nieznany…
Ej! ujrzę raz na oczy insze sianożęci
Insze kurhany!
Ej! posłyszę ja przecież, jakto ludzie gwarzą
Obcym mi gwarem…
I wypatrzę miesiączek, z jaką wstaje twarzą
Nad cudzym jarem…
I dowiem się raz wreszcie, gdzie tęcza podziewa
Wstążek swych końce?
I jakie tam piosenki o zmroku rozbrzmiewa
Echo mdlejące.
U nas w wiosce znam wszystko… wszystkiegom już syta,
Aż do znudzenia…
Codzień zza tego wzgórza słońce rankiem świta,
Nic się nie zmienia.
Wiem, gdzie rosną dziewanny, a gdzie niezabudki
W przydrożnym rowie;
Wiem, gdzie szary słowiczek zwił domek malutki
W naszej dąbrowie;
Wiem, gdzie ojciec łan orze, gdzie matka wybiela
Cieniutkie płótna;
Wiem, jak w święto wieczorem grzmi wiejska kapela,
Jak fletnia smutna…
Lasek, cmentarz, kościołek, starego plebana,
Znam już z pamięci…
Tęskno mi! — ej, pociąga dal sina, nieznana,
Wabi i nęci!
Czytam, czytam. W tej chwili na pustej plaży, przy wtórze szumu fal, ze słonkiem grzejącym w plecy i niebieskim niebem pomazanym strzępami chmur. Pięknie jest.
I dalej Sienkiewicz:
„Cały ten tak poczynający się wstęp sam się śpiewa jak jakiś mazurek Szopena: ma własną dziwną nutę, w której słychać szmer świerków górskich, kosodrzewu – i odgłosy ligawek pastuszych. Jest tam echo zupełnie takie, jak w górach. Czytelnikowi chce się po przeczytaniu zawołać: Hop! Hoop! – i czekać bacznym uchem na echową odpowiedź ze skał”.
Jeszcze jest wiersz: „W górach. Noc.”
A mogą być i inne wersje, po prostu.
Widzę, że miło sobie czytasz sienkiewiczowską korespondencję, Wilku Morski!
Ciekawe, że nie ma w tym wierszu fragmentu cytowanego przez Sienkiewicza:
„Otoczyły mnie wkoło moje równie senne
Pasmem jednakiem,
Ale ja sobie w krainy odmienne:
Umiem być ptakiem”.
Jakaś wcześniejsza wersja?
Maria Konopnicka
W GÓRACH
Pójdź, pójdź za mną w gór tych ciszę,
W chłód tych zdrojów, w cień tych lasów,
Będziem śpiewać stare pieśni,
Stare pieśni dawnych czasów.
— Ho! ho! echo z wiatrem leci.
Na swobodzie, w leśnej głuszy,
Pieśń zajmuje się płomieniem
I wybucha z głębi duszy.
Precz mi z pieśnią tą majową,
Ze słowiczą a miłosną!
Dla szczęśliwych tylko wiosna,
Dla szczęśliwych kwiaty wiosną…
Ty mi śpiewaj pieśń tę grzmiącą.
Co na orlich skrzydłach lata,
Lata, szuka, czy nie znajdzie
Gniazda swego wpośród świata.
Śpiewajże mi pieśń tę starą,
Chorągwianą pieśń ogromną,
Niech jej wtórzą wichry bujne,
Niech ją góry te przypomną…
— Hej! nie stało głosu tobie,
Wiatr pomieszał pieśni twoje!
Tylko sosny czarne szumią,
Tylko huczą górskie zdroje…
Z „Listów z podróży do Ameryki” Henryka Sienkiewicza:
>Co za śliczny wiersz w numerze dwudziestym dziewiątym „Tygodnika”, zatytułowany „W górach!”. Zacząłem go czytać z lekceważeniem, jak wszystkie takie ulotne poezyjki, a skończyłem zachwycony (…)
Pod wierszem znalazłem napis: „Maria Konopnicka”. Nie znam tej poetki (…)
W każdym razie ta pani lub panna ma prawdziwy talent, który przyświeca przez wiersze jak promienie świtu przez mgłę (…)
Chwalę otwarcie, wiem bowiem, że o ile nic tak nie szkodzi miernościom, jak pochwała, o tyle nic tak nie zachęca, nie podnieca i nie zagrzewa prawdziwego talentu, jak szczere pochwalne uznanie.<
A Adminki wybrały się do Bydgoszczy – opera tamtejsza dała piękny spektakl „Strasznego Dworu” – w prześlicznej scenografii autorstwa trzech młodych pań.
Niestety!- nie było finałowego mazura w pełnej krasie. I Adminiątko go nie poznało należycie.
Szkolenie w lesie dotyczyło bioróżnorodności a i tak oko uciekało mi w stronę ewentualnych grzybków.
Moniuszko (msza i litania do Matki Boskiej Ostrobramskiej) był cudowny. Jeszcze mi gdzieś w środku dalej gra ta muzyka ;)
A ja pamiętam coś zgoła innego…w dawnej formule tej strony.
Poemat był!
Ja nie mam rozmachu do form większych, niż bardzo krótkie.
A i z krótkich, to niewiele umiem.
Ach, jesień, jesień… ogień trzaska w kominku…
Mama Isi byłaby świetną pisarką, ale chciałabym też zobaczyć Zgreda w akcji.
Madziu Z, dziękuję za uroczą wiadomość prywatną. A zobaczysz dopiero, jak to będzie na żywo!
Radość, radość, tak jest!
I w związku z tym teraz właśnie sobie jej posłucham .
I ja bardzo lubię te i inne ulubione utwory Woody’ego Allena.Ten pierwszy zaś, rzeczywiście bardzo pogodny, przypomina mi zawsze muzykę z filmu o Arsenie Lupin.
Tak, to bardzo dobra muzyka na wrzesień.
Zbiorek Stevensona był wydany po polsku jako „Cudowny ogród wierszy”, w tłumaczeniu Ludmiły Marjańskiej i z ilustracjami Anny Stylo-Ginter. Też go lubię.
Mnie też się serduszko ociepla. Szczególnie kiedy tak czytam wasze przemyślenia do mnie skierowane wobec szkolnej rzeczywistości. Ile energii przybywa!
Dziękuję, Cassolino, że o mnie pomyślałaś i za polecenie tomiku. Może go naprawdę nabędę.
I jeszcze coś na ocieplenie, poszukajcie na YT : Woody Allen – Best Movie Soundtracks.
Rozkoszny jest ten pierwszy utwór: Sidney Bechet – Si tu vois ma mère (Midnight in Paris)! Człowiek musi się przy nim uśmiechać.
No, po prostu w kółko go dziś słucham!
Ocieplajmy, ocieplajmy!
Zimno, mokro i szaro jest.
Ale jakie piękne kolory liści!
Piętaszku, dziękuję, nawet nie wiesz, jak mi Twój komplement ocieplił serduszko (akurat dziś bardzo mi tego ocieplenia było trzeba). Służę nowinami w miarę możliwości.
Moliku, między innymi z myślą o Tobie zamieściłam tutaj ten wiersz. W ogóle polecam Ci cały tomik (A Child’s Garden of Verses), z którego pochodzi.
No, proszę!
Tak to się, Moliku, zaczyna.
Przed Tobą wielka przygoda!
Ładny wiersz Cassolino! O dziwo zrozumiałam.
Mamo Isi, mam nadzieję.
Klaudyno, takie Księgowe jak Ty, to prawdziwy skarb, dzięki któremu, nic co cenne nam nie umknie :)
Mamo Isi (wiad.pryw.)- oczywiście, kochana. Wiem, co czujesz.
Gio kochana, Sowo , Moliku, no to mam zagospodarowany gryplan na najbliższe ćwierćwiecze z przyległościami;)
Piękny wiersz, Casciolino :) Eco miał rację mówiąc, że książki że sobą rozmawiają;) wiersze też:*
In the other gardens
And all up the vale,
From the autumn bonfires
See the smoke trail!
Pleasant summer over
And all the summer flowers,
The red fire blazes,
The grey smoke towers.
Sing a song of seasons!
Something bright in all!
Flowers in the summer,
Fires in the fall!
R.L. Stevenson
Zauważyłam, Moliku! :-)
Fluid z Kalem Amburką, Gio!
Dzień dobry!
Dzisiaj niebo ma piękny, chlodnoblekitny odcień, poprzerzynany pasmami bieli. Wygląda, jakby przebijalo się przez cienki woal mgły, lub – jak kto woli – zostało namalowane przez utalentowanego akwareliste.
W samym słowie „wrzesien” mieści się paleta najpiękniejszych barw, a końcowe spolgloski brzmia w nim tak aksamitnie miekko, ze aż chce się przytulać! :) więc przytulam wszystkich mentalnie- wrzesniowo :)
Muzyko, a to szkolenie w lesie dotyczy Moniuszki, czy grzyboznawstwa?
Klaudyno, dziękujemy za wiadomość!
Bardzo miłe ujawnienie.
Opowiadać umiała, tego jej nie ujmuję, ale tych ideologicznych wynurzeń różnych rewolucjonistów nie dawało się czytać. Patrycja powinna się była trzymać tego, co znała – starej, dobrej Anglii. Szczególnie rewelacje w temacie Rosji Sowieckiej budzą jeno śmiech pusty.
Dzień dobry!
W najnowszym dostępnym numerze kwartalnika „Guliwer” (4/2018) Izabela Sobczak i Aleksandra Wieczorkiewicz przeprowadzają długaśny (dziesięciostronicowy!) wywiad z Emilką Kiereś pt. „Czego nie widać”. Z przemiłej (a uczonej) tej rozmowy możemy się dowiedzieć co nieco o polskim przekładzie baśni George’a MacDonalda, o baśniowości we własnych książkach, miłości do Mickiewicza, tematach „dorosłych” w literaturze dziecięcej, wyemancypowanych mężatkach i szalonych podróżnikach w kapciach oraz o książkach „w pisaniu” – mam nadzieję, że nie ujawniłam za dużo, za to zachęciłam do przeczytania!
Czytając Wasze komentarze staram się przekonać do jesieni ale chyba jednak nie da rady. Jutro sobie osłodzę bo trwa festiwal L.v. Beethovena w Głogówku i w jego ramach jadę na koncert…moniuszkowski. Pojutrze zaś na szkolenie do lasu gdzie może i jaki grzybek się znajdzie. Zbieranie grzybów to jedyna dla mnie zaleta jesieni ale za to jaka!
Ach, niestety, niestety! Patrycja W. skopała finał.
A tak się świetnie książka zapowiadała!
No, ale czytało się bez tchu, przyznaj, Mamo Isi. Ona naprawdę umie opowiadać.
A propos kryminału – przeczytałam „A Marriage Under The Terror” i wolę swoje zakończenie. Co to za obyczaje, żeby kryminał kończyć niemal natychmiast po wyciągnięciu narzeczonej spod ostrza gilotyny! Fi donc!
Może faktycznie ze szkoły. Już nie pamiętam.
Uważam, że mama Isi chyba naprawdę najlepiej by odnalazła się w sztukach teatralnych. Niczym Kal Amburka… Zresztą, przynajmniej połowa Księgowych mogłaby zacząć pisać. Tak świetnie się Was czyta!
Mamo Isi, włączam się w tę presję społeczną, podoba mi się zwłaszcza pomysł sztuki teatralnej/sztuk teatralnych. Wyobrażam sobie te owacje na stojąco i publiczność skandującą: „Au-tor! Au-tor!”.
No, może trochę zaszalałam z tą wizją… przypuszczam, że akurat taka perspektywa prędzej Cię odwiedzie od pisania, niż do niego zachęci… ;-)
Sowo, Kal Amburka. ;-)
Ha, racja!
Kryminały spod jej ręki wychodziłyby zabawne i miłe.
Obok wspomnień, na półce postawiłabym też jakiś kryminał pióra mamy Isi albo sztukę teatralną.
Asiu, tłumaczenia literackie to dawne czasy; teraz od przypadku do przypadku tłumaczę jakieś listy dialogowe, czy opisy techniczne;)
Z całego serca dziękuję za zachęty i pochwały; obiecuję, że naprawdę się postaram, jak tylko znajdę kawałek czasu;)
Błotwijku, dziękuję :)
Żadnej z tych książek nie czytałam i czym prędzej biegnę do biblioteki. Tłumaczenia muszą być świetne.
Kochani!
Witajcie jesienią! Przylaczam się do zachwytów nad cudami jesieni: jabłkami, ogniskami, zapachem chłodnego wieczornego powietrza, babim latem. W zeszłym roku po raz pierwszy zobaczyłam nitki babiego lata zdobne poranną rosą. Swarovski niech się schowa…
Czekam też bardzo na jesienne mgły, które ogromnie lubię.
Przyłączam się do ogonka, który stoi już pod drzwiami księgarni w oczekiwaniu na wspomnienia Mamy Isi. Uwielbiam takie piękne wspomnienia pięknych ludzi…
Mamo Isi, z Twoim stylem nie pisać nie wypada :)
Asiu, i jeszcze książki F.H. Burnett: „Mali wędrowcy”, „Sekret markizy”, „Tajemnica dworu w Stornham”. Tłumaczyła Mama Isi.
Moliku, może znasz ten wiersz ze szkoły?
Dziękuję, dziękuję kochana Gio :)
Chyba znam skądś wiersz przytoczony tu przez Krzysztofa. Nie umieściła go Pani czasem na stronie zeszłej jesieni?
Moje wspomnienia się dopiero tworzą. Ciekawe, jak będą wyglądały…
O, jakże czekałam na ten jesienny wpis!
Obraz bardzo mi się podoba. Jest trochę… elegancki. I świetnie pasuje do wiersza. A wiersz taki klimatyczny i mądry, choć wydawał mi się na początku niepozorny. Przeczytałam go także w oryginale (dobra okazja do podszkolenia języka!). Wtedy polubiłam go jeszcze bardziej.
Asiu, „Ta przyziemna magia” Mary Stewart. Znajdziesz na allegro. :-)
Popieram.:) Warto przeczytać.
Dzień dobry!
Tyle się tu pisze o pięknych wspomnieniach. Może mogłabym polecić książkę ” Marianna i róże” Joanny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej,napisaną na podstawie odnalezionych wspomnień wielkopolskiej ziemianki żyjącej na przełomie XIX i XXX wieku. Są to spisane przez matkę dla dzieci i wnuków tradycje i obyczaje rodzinne w ówczesnej Wielkopolsce. Czyta się z wielką przyjemnością!
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie
Dzień dobry!
Charlotka ciocią, a Agaja babcią!
Co za miłe jesienne nowiny o plonach!
Pozdrawiamy śpiącego młodzieńca, niech rośnie zdrowo!
Pozdrawiam serdecznie z babim latem i… siostrzeńcem Charlotki, który właśnie zasnął pod moją (jakże czułą!) opieką.
Z opóźnieniem chciałabym napisać jak bardzo przypadł mi do serca portret p. Hanny Borejkowej. Dostrzegam w nim też pewne podobieństwo do Autorki…
To jest bardzo ciekawe jak rozmaite skojarzenia w nas drzemią – mówiąc „jesień” ciągle widzę w wyobraźni rude (boimka dwurzędowa i sit!) stoki Tatr Zachodnich i Malej Fatry. I (w Tatrach) rude kozice na tych trawach pod skałami…
Śle wiele ciepła
Ależ miłe i piękne klimaty tutaj…sady, pola, wykopki, mgły, radosne świnki w kąpieli, koguty, ptaki szykujące się do ciepłych krain… Hania Banaszak. Sama poezja.
Mamo Isi, chcę mieć na półce Twoje wspomnienia i basta.
O tak, Mamo Isi, pisz!
Ale w tej chwili to bardziej chciałbym przeczytać coś co przetłumaczyłaś. Co to może być zachodzę w głowę o tej nocnej porze.
Piszemy, piszemy!
Praca wre!
Dziękuję, Starosto kochany. Na razie jakoś przerzuciłam się na czytanie :) Toteż z niecierpliwością czekam na ” Na Jowisza”, bo to, co już się ukazało po uchyleniu rąbka tajemnicy, wygląda tak smakowicie i zachęcająco, że nie wiem.
A nasz Wójcik także pięknie pisze.:)
I też się go miło czyta.
Parę zdanek dziennie, Wójcie kochany! Pamiętaj!
Przyłączam się do chóru mobilizującego Mamę Isi. Od dawna mówię i powtarzam: Mamo Isi, pisz! Bo wielce przyjemnie się Ciebie czyta. Parę zdanek dziennie? To jest bardzo dobry kierunek myślenia:)
Ten piękny obraz i równie piękny wiersz wyciągnęły mnie z otchłani spraw szkolnych, w których nurzam się od dwóch tygodni. Jaka tu miła jesienno – wspomnieniowa atmosfera. Pachnie jabłkami i dymem, i życzliwością jak zwykle. I ja, i ja uczyłam się skręcać powrósła. Teraz myślę, że dorośli w swej mądrości, uczyli nas tej sztuki, głównie po to, abyśmy my dzieci, nie plątały się pod nogami i nie przeszkadzały. Ale jakież to było pedagogicznie słuszne posunięcie! Do tej pory pamiętam poczucie ważności mojej pracy, że te powrósła są takie konieczne i bez nich to an i rusz. A potem jadło się drugie śniadanie: chleb z masłem posypany solą bądź cukrem, wedle uznania. Ja wolałam z cukrem. Teraz wybrałabym z solą.
Pyszności!
Mimi M, bardzo lubię dym z jesiennych ognisk.
Ale z wiosennych – jeszcze bardziej!
Tak i to był właśnie mój codzienny obiad i nikt mi przynajmniej nie mówił ze umrę, bo mięsa nie jem.
Jesień mojego dzieciństwa i młodych lat to charakterystyczny, rzesko-ostry zapach ziemi, wykopki (z przerwą na pyszne bułki przygotowane przez Mame), jak u Anette pełne rozmów i śmiechu, a po nich palenie lodyg ziemniaczanych, które cudownie pachniały, babie lato, zrywanie jabłek w sadzie …
Mamo Isi, przekuj lemiesze na stalówki.
Lubię Twoje wspomnienia.
Co za piękny wpis tu widzę! Śliczny obraz, wspaniały wiersz. Bardzo cenię Roberta Frosta; aż łza się w oku kręci w tym miejscu, gdzie jest mowa o ostrożności, z jaką zbiera się dojrzałe jabłka. Mam wrażenie, że dziś coraz mniej ludzi docenia wartość pracy rolnika, sadownika… wspaniale, że tutaj można spotkać takich mądrych, wrażliwych ludzi- chyba to już powtarzam do znudzenia.
Milesale, a ucałuj ode mnie dziewczątka! Pewnie już nieźle urosły, co?
To tak szybko – zbyt szybko!- idzie!
U nas gęsi tłumnie przelatujà nad domem, tylko chyba im się kierunki pokiełbasiły, bo zmierzajà na północ.
Pièkne jesienne klimaty tutaj.
My wybieramy się do Polski w październiku, aby dziewczynki poznały polská część rodziny. Bardzo liczę na złotá polskà jesień, ale zobaczymy.
Nie mogę się doczekać, szczególnie, że wracać będę z pakietem prezentowym zamówionym już w maju.
Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
I masełkiem!
I z koperkiem!
Ach, Ateno, to mleko było takie marmurkowe, jakby pokryte niebieskimi żyłkami i rzeczywiście się je jadło, a nie piło. Z młodymi, wiejskimi ziemniaczkami – pycha!
Dziękuję w imieniu swoim i Emilki, Ateno!
Piękna jest ta jej oprawa graficzna, pomysł tej serii limitowanej też od niej wyszedł.
Kwaśne mleko! No właśnie, masz prawo wspominać je z nostalgią: przecież w Stanach go nie ma. Wylewają, jak im przypadkiem skwaśnieje.
Obudziłam się z uśmiechem na twarzy, bo mam już piękny komplet w domu.
Cudo, książki dobrze się trzyma w rękach, pięknie, idealne na prezent. Dziękuje.
Mamo Isi, pisz, ale tez wydawaj, możesz pozbierać swoje wpisy stad i już będzie ładny materiał do pracy.
Chowałam się w najciemniejszy kąt, jak babcia rozdawała ciepłe mleko. Natomiast jak już skwaśniało to zupełnie inna bajka. Nie zapomnę tego cierpkiego, szczypiącego w język smaku skwasnialego mleka.
Ile było radości kiedy udało się w jednym kawałku wrzucić go do kubka.
Dziękuję za pozdrowienia!
Oczywiście, będąc tutaj, nieustannie o Pani myślę :)
Pozdrawiam serdecznie!
Aka, przesyłam prosto ze wsi pozdrowienia dla Ciebie i Jeżyc!
Dziś tu tematy wiejskie, a ja sobie spaceruję po Jeżycach, czekając na wieczorny recital Hanny Banaszak :)
Kubek mleka z pianką prosto od krowy pamiętam i ja :)
Spróbuję choć parę zdań dziennie, bo z czasem kiepsko.
Aż mi uszy płoną od tylu komplementów. Dziękuję:)
O, tak! Mamo Isi, idzie zima i robota w ogrodzie się skończy, więc do roboty! Bardzo chciałabym poczytać Twoje opowieści nie tylko w małych porcjach jak tutaj.
Pozdrowienia wczesno jesienne :)
I do tego – Mamo Isi – masz inklinację do takiej ślicznej, stylowej (i niezłośliwej) ironii.
Tak, tak, nie zakopuj talentów i światła nie chowaj pod korcem.
Cóż by to była za lektura! – gdybyś tylko znalazła czas.
Tak jest, Madziu!
Świetne pióro, doskonałe oko, mądry i miły człowiek. Będzie pyszna książka!
Mamo Isi, nie zakopuj talentów!
Mamo Isi, KONIECZNIE!
Weź przykład z mojej Babci i Mamy: obie zostawiły po sobie tomy wspomnień i kronik zarazem. Potomni będą wiedzieli, skąd ich ród i jaki to świat
odszedł w przeszłość.
Mamo Isi, dziękuję.
O, gdyby takie wspomnienia zostały przez Ciebie napisane, to ja je bym tak chętnie przeczytała!
Ładne jest to, co piszesz – i tak dobrze się czyta. :)
Piętaszku, a to nowina o tych podróżach pajęczych!
Tak, piękny dziś dzień. U nas w ogrodzie ptasi rejwach: wyjadane są resztki winigron, towarzystwo szykuje się tłumnie do odlotu.
Tak pięknego babiego lata jak dziś, nie widziałam jeszcze nigdy. Pajęcze nitki wznoszą się wysoko nad sosnami i w oślepiającym blasku słońca lecą sobie powoli na zachód. Podobno potrafią się wznieść wraz z pasażerami do wysokości 1500 metrów i przemierzyć do kilkuset kilometrów. Niezwykłe. Do tego odgłos odlatujących żurawi i dokazujących srok oraz sójek. Takie pożegnanie lata, to rozumiem.
Mamo Isi dziękuję za piękne obrazki.
Miło mi to słyszeć. Zbliżam się do wieku, kiedy wypadałoby napisać jakieś wspomnienia z czasów, które wydają się być tak odległe, jak dynastia Ming;)
Nic już z tego nie przetrwało, tylko tych parę grobów bliskich na wiejskim cmentarzyku.
Piętnastakami Stryjkowie zwali ułożone na krzyż piętnaście snopków – z tym że piętnasty był nasadzany na zworniku i chronił kłosy przed deszczem.
Pięknie pisze ta nasza Mama Isi. Smakowicie i obrazowo.
Sianożęć też jest niezła do Literaków.
Krzysztofie, dziękuję za piękny wiersz. Poruszający.
Tak, to były najpiękniejsze wakacje mojego życia. A przed domkiem Stryjków rosły piwonie – olbrzymy. Ogromne kule kwiatów wchodziły do okien. Co to był za zapach! Budziłam się słysząc codzienne poranne walki młodych kogutków, które tłukły się zawzięcie i uspokajające pogdakiwanie kur moszczących się w piaszczystych jamkach w słońcu. A czasami triumfalne pianie starego koguta.
A co to jest piętnastak?
Piękne!!!
Ach, zapachy ziem w widłach Huczwy i Bugu – prawdziwych, pszenicznych lesów. Kiedy deszcz padał w dolinkach między pagórkami robiły się płytkie stawki i potem, jak wracało słońce, zdążały tam kaczki i gęsi. Kiedyś świnie przepchnęły się przez uchyloną furtkę i pognały do bajora świńskim truchtem. Śmieszne były, takie łaciate i włochate – bardzo łagodne. Jak one się cieszyły kąpielą!
A na dojenie mleka zgłaszałam się z kubkiem do obórki punktualnie, mimo że zegarkiem nikt się tam nie posługiwał. A razem ze mną zgłaszała się kocica. Ta kocica wiedziała też, kiedy zaczyna się zwózka snopów do stodoły i wtedy sznurowała za wozem i odławiała błyskawicznie wszystkie nornice, które w międzyczasie zdążyły się pod każdym piętnastakiem zadomowić.
Mamo Isi, jakie ładne wspomnienie.
Mam podobne!
A zapach ścierniska w słońcu – pamiętasz?
A tu, dla przypomnienia –
Beata Obertyńska
OTAWA
Drugi pokos tej samej łąki oto święcę…
Po raz wtóry w tej samej kosę nurzam trawie…
Płaskich łuków szeroko zarzucone smugi
poszły w brzegi jak koła na trąconym stawie…
Nie ma przy mnie szelestów pierwszej sianożęci.
Ani motyl się żaden nie wznosi ni kłoni…
Miast suchego tętnienia sypkich pasikoni
ostry świst mokrej kosy – i cisza po cięciu.
Ani kwiatom już siostro, ani matko strąkom,
łąko moja uboga, późna moja łąko!
Kłoń pokornie pokosy, ros chłodem opite,
śniąc, że się źdźbeł strzelistość latu kłania przy tem…
…A ta niska, ta zimna, ta zielona trawa
To nasz jesienny pokos. To nasza – otawa.
.
Madziu, dzięki za miłą wiadomość prywatną!
Cieszy!
Co do otawy: używszy tego słowa w finale trudnej rozgrywki na „Literakach”, wygrałam, bo przeciwnik go nie znał i zakwestionował, wskutek czego stracił ruch. He, he.
Dziękuję za piękny, piękny wiersz, Krzysztofie!
To był taki dobry poeta, Jerzy Liebert.
Żniwa za czasów mojego dzieciństwa – to już tylko obserwowanie kombajnowania.
Wykopki – tak.
Grabienie siana. Ale co to jest otawa, dowiedziałam się dopiero tutaj. Dzięki Beacie Obertyńskiej i wierszom porannym.
Jerzy Liebert, POCZĄTEK JESIENI (1930)
Jabłka na drzewach tańczą.
Szum wznosi się i odchodzi.
Słońce nagle przygrzeje,
Wiatr się zerwie — ochłodzi.
Uśmiecham się. W uśmiechu
Jest cała prawda smutku.
Ale nikt, nikt nie widzi,
Jak płaczę po cichutku.
I tylko popętane
Na wielkich łąkach konie
Też troskę mają w oczach
I liżą moje dłonie.
Przestrzenie, o przestrzenie!
Jesieni niepojęta —
Owoce i obłoki,
Samotność i zwierzęta.
Też wiązałam snopki, ale dopiero jak Stryjenia nauczyła mnie, jak robić powrósła ze słomy. Ach, jaka byłam z siebie dumna, jak mi się wreszcie ta sztuka udała. Ech, gdzie te czasy. kiedy potrafiłam biegać po ściernisku na bosaka! Próbowałam też miesić ciasto na chleb, ale to nie było na moje siły (miałam wtedy pięć lat). A w sionce stały garnce z kwaśnym mlekiem, a na nim gruba warstwa śmietany, którą się zbierało do maślnicy.
A wieczorem świeciła się naftowa lampa i żarzył ogień pod płytą kuchenną.
No widzisz, Zgredziku.
A ja wspominam raczej czytanie tego tłumaczenia, kiedy się ukazało.
Więc poniekąd zetknięcie z tą samą osobą.
A ja wspominam wakacje na wsi i ceremoniał ŻNIW!
Wiązaliśmy z bratem snopki.
Mnie jesień dzieciństwa kojarzy się z kopaniem i zbieraniem ziemniaków, ogniskiem, zapachem dymu i ziemi. Zbierała się cała rodzina, Tato dyrygował wszystkimi, Mama dbała, żeby każdy spragniony miał wodę do picia, rozmowy z Siostrą, Ciociami (siostrami Taty)…..
Tak, Jakubie! Piękny to zwyczaj!
Dodajmy (bo sądzę, że już mogę, po tych klonach ujawnionych), że chodzi o Kanadę.
Casciolino, Mareczek będzie miał fiołkowy garaż dla samochodzików.:)
W moich okolicach właściciele udostępniają, za opłatą oczywiście, swoje sady. Można nazbierać w pięknej okolicy, szczególnie gdy sad jest położony na stoku góry, kilka koszyków dla siebie. Bardzo piękny zwyczaj bo często rodziny w ten sposób spędzają wolne popołudnie np w soboty.
To jedna z tradycji, druga to degustacje gotowanej kukurydzy w końcu sierpnia i na początku września.
Pozdrawiam serdecznie czekając aż klony staną się czerwone
U mnie przebogate plony: właśnie odebrałam smakowitą przesyłkę z edycją limitowaną Jeżycjady! Mareczek zaanektował karton, a ja delektuję się widokiem 22 pastelowych tomów!
O, istotnie ! Muszę zmienić okulary, to pewne :)
Piętaszku, to Sowa podziwia, zamiast pracować…
Malowanie, to też praca i to ciężka Sowo, mnóstwo energii pochłania. Ciągle nie doceniana, niestety :)
Tak, strącanie jest absolutnie niewskazane. Patrz: wiersz.
Pięknie malował pan Pissarro. Zamiast pracować, podziwiam!
Nie o ilość chodzi, tylko o strącanie.
Cydr jest doskonałym towarzystwem dla zapiekanki Kopciuszka. Polecam.
Ci z obrazu zbierają chyba dla siebie, ot, dwa koszyki na zimę. Ułożą jabłka na strychu, na słomie.
A z reszty zrobią cydr.
Obawiam się, że zbieracze z obrazu zarobią grosze.
Piękny wiersz, nostalgią powiało.
Monik tez mam takie miłe wspomnienia.
Muszę się wkrótce wybrać do wielkiego jabłkowego sadu.
No, to wszystko OK. Dobranoc!
Ależ oczywiście, że rozpoznałam! To właśnie te malinówki tak mnie wzruszają. Są jednak i inne (ananasy berżenickie na Rynku Jeżyckim) stąd napisałam o jabłkach. Chciałam też uniknąć bliskiego powtórzenia ;) (dalsze niestety się wkradło; było nieuniknione).
Jabłka! Ależ tam są wręcz Twoje malinówki, Aleksandro! Nie poznałaś ich? Tak, to te same!
Drabina jeszcze w garażu, puste skrzynki (zamiast koszy) w piwnicy, na gałęziach znacznie więcej niż po dwa, trzy jabłka, ale już niedługo. Potrzeba jeszcze paru słonecznych dni, by malinówki nabrały pełni aromatu. Szukanie wytchnienia w „Ciotce” zakończyło się pełnym sukcesem, a wszechobecne w niej jabłka powodowały nieodmiennie wzruszenie.
Przepiękny wiersz!!!
Pozdrowienia wieczorową porą :)
Tak przypuszczałam – że sprawdzi Pani w tomie z wierszami Frosta i że będzie tam odpowiedź.
Dlatego szybciutko spytałam.
Choć mogłam sama jednak dokonać wysiłku. :)
„55 wierszy” Frosta nie ma w żadnej z moich bibliotek.
Chyba sobie kupię. Lubię wydania dwujęzyczne.
Dziękuję. I cieszę się.
I przepraszam za nieprzemyślane pytanie. :)
Fluid.
Ja sprawdziłam w tomiku „55 wierszy”, wydawnictwo Arka, 1992. Biblioteczka poetów języka angielskiego.
Madziu, wiersz pochodzi z tomu „North of Boston”, wydanego w roku 1914.
Jakie to miłe, że od razu zgłębiasz temat!
Dumna jestem z takich Czytelniczek.
No, nie było to trudne, sprawdziłam.
Wikipedia pomogła.
„Early work” – ok. 1914 roku.
Chciałam sobie posłuchać wiersza w języku, w którym został napisany. I posłuchałam – na youtube w wykonaniu, wiekowego już chyba, autora. Udało mi się także trafić na półgodzinny wywiad z Robertem Frostem z 1952 roku. Na pytanie dziennikarza, które z różnych zajęć, jakimi się parał poeta w młodości, miało największy wpływ na jego twórczość, odpowiada artysta: „Well, I suppose farming did most for me. I was a farmer all the time, when I was doing other things. I always had a farm in the backyard in San Francisco even”.
A czy wie Pani może, kiedy został napisany wiersz? Jeśli nie, to postaram się sama sprawdzić. :)
Miłe wspomnienie, Monik!
I ja mam podobne.
obraz i wiersz chwyciły mnie za serce, bo przywołały wspomnienia z maciupeńkiego sadu babci, i, od razu, z pola z ziemniakami, wykopki, mgła wieczorna nad stawem, wieczorne szykowanie koszy na grzyby, rozmowy, kto jutro wstanie, kto idzie na gąski, kto na podgrzybki, kto na maślaki…
jutro robię ciasto na rozchwiałkę, obowiązkowo.
Pozdrawiam serdecznie Wszystkich