Od Justysi

P1120963-1

 

Kochana Czytelniczka Justysia, z którą od dawna miło sobie koresponduję  (wystarczy powiedzieć, że po raz pierwszy napisała do mnie mając lat 14, a obecnie sama jest mamą nastolatków!), mieszkała kiedyś  w Mielcu, a teraz – w Kanadzie. I oto, dokąd się wybrała:

Wszyscy kojarzą Lucy Maud Montgomery z Wyspą Księcia Edwarda, ale
mało kto wie, że 11 z 22 jej powieści zostało napisanych w innej
kanadyjskiej prowincji - Ontario, gdzie autorka mieszkała po wyjściu
za mąż. W miejscowości Leaksdale, około 80 km. na północny wschód
od Toronto znalazłam dom, w którym LMM przeżyła najszczęśliwsze
lata swojego życia. Tak napisała w swoich pamiętnikach. W 1911r.
zamieszkała tam wraz ze swoim mężem (Ewen Macdonald), który był
pastorem kościoła prezbiteriańskiego. W Leaksdale mieszkali przez 15
lat. Tam przyszli na świat ich synowie, Chester i Stuart. Dom w
Leaksdale nie był ich własnością, był to dom służbowy (po
angielsku manse), coś w rodzaju plebanii, tak więc gdy wyprowadzili
się stamtąd w 1926 roku, zabrali ze sobą wszystkie swoje rzeczy.
Dlatego nie ma tam - niestety - żadnej rzeczy oryginalnie należącej
do LMM.
Dom ten został jednak urządzony bardzo podobnie jak w czasie, gdy
autorka tam mieszkała. Zachowały się bowiem fotografie, które Maud
sama robiła (oprócz pisania bardzo interesowała ją fotografia) i
według nich odtworzono podobny wystrój domu.

A oto ciekawostki, których dowiedziałam się w muzeum:

1.Lucy Maud otrzymała imię po swojej prababce - Lucy i po angielskiej
księżniczce, córce królowej Wiktorii - Alice Maud Mary. Autorka nie
lubiła imienia Lucy, wolała, by mówiono do niej Maud. Nie
lubiła też, gdy przekręcano jej imię i pisano Maude zamiast Maud,
bardzo zwracała no to uwagę. Z tego samego względu główna bohaterka
jej książek ma na imię "Anne-with-an-E" i tak samo ważne dla niej
jest, by imię to pisane było poprawnie.

2.Skąd się wzięło nazwisko "Shirley"? Otóż niedługo przed
wykreowaniem Ani, Maud dostała bukiet maków, gatunku "Shirley Poppy" i
ta nazwa pozostała jej w pamięci, by potem stać się inspiracją do
nazwiska Ani.

3.Gdy pięciu kanadyjskich wydawców odrzuciło maszynopis "Ani", Maud
włożyła tekst do starego pudełka na kapelusze (autorka lubiła
nosić kapelusze i miała ich dużą kolekcję) i schowała w szafie,
myśląc by przerobić powieść na krótkie opowiadanie, podobne do
tych, które wcześniej publikowała w gazetach. Tak powieść o Ani
leżała w "hat box", zapomniana na kilka miesięcy. Po jakimś czasie
autorka, sortując rzeczy, odnalazła tekst, przeczytała jeszcze raz i
stwierdziła, że powieść jest całkiem dobra, po czym wysłała ją
tym razem do amerykańskiego wydawnictwa L.C. Page & Company. Wkrótce
otrzymała pozytywną odpowiedź, a 20 czerwca 1908r. LMM otrzymała
przesyłkę ze swoją pierwszą książką. Powieść natychmiast okazała się
bestsellerem, nie tylko wśród młodzieży ale i
dorosłych. Sam Mark Twain stał się fanem LMM i napisał do niej list.
Zanim "Ania z Zielonego Wzgórza" została wydana, wydawca naciskał, by
Maud napisała drugą powieść o Ani. Choć autorka lubiła Anię, to
jednak napisanie drugiej części przyszło jej z trudnością, gdyż
nie planowała tworzyć serii. Poza tym LMM musiała napisać tę
powieść szybko, by usatysfakcjonować wydawcę. Tak powstała "Ania z
Avonlea".

4.Po opublikowaniu "Ani" pierwsze honorarium LMM wynosiło $1730. W
tamtych czasach za te pieniądze można było kupić kilka domów na
Wyspie Księcia Edwarda. W 1910r, kiedy "Ania" została przetłumaczona na 
kilka języków,roczne honorarium autorki wynosiło ponad $7000. Dla porównania,
przeciętny pracownik na PEI zarabiał mniej niż $300 rocznie.

Ho, ho, ho!

Dziękujemy Justysi! Niestety, nie mogę tu pokazać wszystkich 36 zdjęć, które zrobiła jej córka,  dwunastoletnia Asia (bardzo miła i mądra osóbka!), więc pokazuję to najważniejsze – przedstawia ono Wymarzony Domek pisarki od frontu.

Na pozostałych widać, owszem, wnętrze domu, ale skoro nie ma tam oryginalnych mebli i książek LMM, nie musimy bardzo żałować – to przecież tylko rekonstrukcja.

Z całą pewnością jednak należał do LMM  ten oto stabilny obiekt i niewątpliwie niekiedy z niego korzystała, choć pewnie miała kucharkę:

 

Piec

 

Miło spojrzeć, prawda? Fajerki, czyli ruchome kręgi żeliwne, pozwalające regulować obwód otworu nad ogniem, popielnik (po lewej na dole), bardzo porządny piekarnik i  – chyba się nie mylę?- dwie tak zwane dochówki czyli duchówki (te z białymi drzwiczkami) do utrzymywania potraw w cieple.  Jest i kubełek na węgiel, po prawej na dole, a w kącie chyba stoi pogrzebacz?

Jakie ładne, solidne  i funkcjonalne są te stare przedmioty !

Asiu, piękne dzięki za fotoreportaż!

Ściskam mocno Mamę i Córkę!

MM

160 przemyśleń nt. „Od Justysi

  1. Czytam biografię LMM „The Gift of Wings” autorstwa Mary Henley Rubio i – jak obiecałam – dzielę się polskim akcentem jaki znalazłam w tej ponad 600 stronicowej książce. Nie, LMM nie była nigdy w Polsce, ale autorka książki tak. Oto co znalazłam już zaraz we wstępie, cytuję dosłownie.

    „In 1984, I travelled to Denmark and Poland with Elizabeth Waterston and Ruth Macdonald, Dr. Stuart Macdonald’s widow. We saw a command performance of Polish musical based on >>The Blue Castle<>Anne of Green Gables<< in Warsaw. When the audiences found out that we are from Canada, and represented their beloved L.M. Montgomery, we were mobbed in both theatres by autograph-seekers. The passion in Poland was astonishing. In 1992, my younger daughter and I retraced Maud's 1911 honeymoon path in Scotland and England. (…) As my contacts with other countries outside North America developed (Germany, Israel, China, Japan, Russia, Norway, Sweden, Spain, India) through the Internet, I was staggered by her worldwide appeal."

  2. O dziękuję za tę publikację, chyba powinnam tu częściej zaglądać. Smutne, że kilka lat temu nie mogłam się z Panią Małgorzatą spotkać w Lublinie, ciekawi mnie, czy pani lubi Montgomery? Jeśli tak to cieszę się, że moja ulubiona polska pisarka lubi też tak jak ja panią Maud ;) Przeczytałam wszystkie książki Montgomery(no ok, może nie wszystkie, bo ten ostatni dziewiąty tom Ani, który niedawno został wydany jakoś nie mogę przeczytać, nie podoba mi się to wydawnictwo.., które go wydało… Chyba Montgomery miała depresję jak go pisała i jakoś taki mroczniejszy się wydaje, samo to, że zaczyna go wiersz „Szczurołapa” jest złowieszcze…) i całą Jeżycjadę ;) i moim marzeniem jest kiedyś zobaczyć Poznań i odwiedzić Kanadę, więc dziękuję serdecznie za ten wpis Justysi i pani Małgorzacie ;) Czekam na 21 tom <3. Pozdrawiam.

  3. DUA, ja takoż za mięskiem nie przepadam( wyobraźnia). Gdy mężczyzn nie ma w domu, żywię się warzywami i makaronem , sery mile widziane. A w definicji urzekła mnie ta chuda żona ;))

  4. Ach, przecież jest immaculata!(niepokalana).
    Makuła to po prostu skaza, plama.
    Dzięki, Afrykandru!
    Zapraszam do Receptariusza.

  5. Myślę, że jednak nie jęczmień, DUA:

    „Z wielkiemi twymi zrównane przymioty,
    Blednieją kruszce i glans tracą złoty,
    Znają szmaragdy swe makuły
    I w świetności gasną karbunkuły.”
    (Wojciech Chróściński, Hymn o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny)

    „O, łaskiś pełna, boś grzechem Adama
    Niepokalana jedna tylko sama,
    Ni uczynkowe-ć grzechy nie przyzuły,
    Całaś prześliczna bez żadnej makuły.”
    (Konstancja Benisławska, Pozdrowienie anielskie na pieśni rozłożone)

    „Słowniki polszczyzny XV i XVI wieku notują następujące określenia związane z tematyką niepokalanego poczęcia: grzech pir(z)worodny, pi(e)rwy, przyrodzony, wnętrzny (także: zmaza, makuła, przestąpienie), niepokalana, niepokalona, niezmazana, bez grzechu (zmazy) poczęta.”
    (cytat ten i poprzednie za: Roman Mazurkiewicz, Z dawnej literatury maryjnej – zarysy i zbliżenia, Wydawnictwo Naukowe UP, Kraków 2011)

  6. Fluid Celestyny i Afrykandra: nic o tym nie wiedząc, w jednej nieomal chwili napisały o AniG.
    A czy makuła to nie jęczmień na przykład??

  7. Żeby było jasne – ja też nie mam nic przeciw wegetarianizmowi ani wegetarianom! Nawet fanatycznym. Co najwyżej mam wątpliwości czy niejedzenie mięsa jest tak do końca zdrowe dla organizmu człowieka. Natomiast lubię różne zabawne definicje, których nie odbieram jako obrazę. Np. definicję muzykologa jako osoby piszącej mnóstwo książek i artykułów, których nikt nigdy nie przeczyta :)

  8. Dręczyły mnie makuły w oczach. Pierwsze skojarzenie: plamka żółta (łac. macula): jeśli pojawia się jej zwyrodnienie, to będzie narastało niedowidzenie. Ale podrążyłam i okazuje się, że Wespazjan Kochowski pisał o Maryi: „wszystkaś piękna nad wszystkie ziomki i kolegi, w tobie nie było żadnej makuły i piegi”. Czyli makuły to będą raczej plamy w polu widzenia, może te farfocle pętające się po ciele szklistym. Ania.g na pewno wie!

  9. Jest to raczej księga. Już Adminka pstryknęła piękne zdjęcie, niebawem je pokażemy. Jabłecznika z pianką nie posiadam.
    Wegetarian nie obrażamy! Sama nie lubię mięsa („i jego przetworów”- jak pisano w PRL) a przepadam za roślinami.
    Co prawda nie lubię też ideologii (każdej), więc też nie jestem wegetarianką programową i fanatyczną, potępiającą w czambuł wszystkich mięsożerców.
    Generalnie – jestem za tolerancją i pogodą ducha wraz z dobrymi manierami.

  10. Justysiu, po polsku to się nazywa uprawa współrzędna. Odkąd Puchacz Pan obsadził czosnkiem krzaki porzeczki, mszyc zrobiło się jakby mniej. Przynajmniej on tak twierdzi, bo ja jestem sceptyczna – na to paskudztwo nic nie działa.

    Definicja wegetarian – genialna.

    Mam ochotę na jabłecznik z pianką. Znajdzie się nań przepis w notatniku kulinarnym DUY?

  11. Teraz też już wiem, że to mija. Najgorzej, gdy się nie wie, że to stan przejściowy. Ale u L.M.Montgomery to było bardzo trudne. Ja przezornie chodzę spac’ około 20, chyba, że mnie lektura wciągnie.

  12. Z polony, via Kuchnia Cyniczna, przepisane ;)
    „Wegetarjanie, ssaki roślinożerna o niewyrobionem podniebieniu. Obchodzą się bez jaj, mięs a nawet mleka- bez tego ostatniego zazwyczaj dopiero od drugiego roku życia. Dla zasady żenią się z kobietami bardzo chudemi. Życie ich jest wegetacją, ztąd pochodzi nazwa.”

    Definicja wegetarian z 1905 roku.

    Kazimierz Bartoszewicz, „Słownik prawdy i zdrowego rozsądku”:polona.pl

    PS. Luźne skojarzenie z Leonardem.

  13. Patyrycjo, życie JEST cudowne.
    Czasami tylko bywa nie do zniesienia. Ale to mija.
    „Pride and Prejudice” może nie być dobra na pierwszy ogień, że się tak wyrażę. Zaczęłabym od ” Pollyanny”.

  14. Plastyczka świetna! DUA to ma talent do opisywania śmiesznych sytuacji! Najbardziej mi się podobała ta początkowa historia z zemdloną Idą z Wnuczki. Cymes, sam miód. Po paru miesiącach ciągle się śmieję na samo wspomnienie. To mi przypomina wczesną DUĘ. Te pierwsze powieści były właśnie takie szalone… niestety z umiarem. Tak, w końcu dla młodzieży książka powinna byc pouczająca, wszystko ma jakieś granice. I dobrze, takie mi się podobają! Nie wiem, czy ktoś coś z tego zrozumiał (chyba najadłam się za dużo pokrzyw i mi język „skołowaciał”).

  15. Afrykandru, ryknęłam śmiechem, gdym tu zajrzała.

    Justysiu, wspaniałe rady! Zaraz posadzę czosnek wokół róż – chyba i ten ozdobny być może?
    Nawet i skórkę banana im wkopię, choć dostają nawóz Substral z potasem (tak, w granulkach).
    Na Louise O. warto poczekać. Piękna, wdzięczna, pachnąca róża staroświecka.

  16. Dzień dobry!
    Zapomniałam dodać, że w swej niecierpliwości postanowiłam upiec puchatkę szybciej niż Pani mi odpisała. Kierowana moją intuicją, której chyba zbyt wiele nie posiadam, piekłam ciasto w 175 stopniach. Na szczęście się udało. :)
    Mam od niedawna czytnik e-booków (Kindle). Długo zbierałam na niego pieniądze, więc postanowiłam zacząć z niego korzystać. Pościągałam z Amazonu za darmo(oczywiście legalnie) tytuły tj. „Pollyanna”, „The Golden Road”, „Pride and Prejudice”… Biorę się zaraz za czytanie. Aha, żeby było jasne: nadal jestem wielką fanką tradycyjnych książek, ale po prostu już nie mam miejsca na angielskie wydania.
    Cieszę się, że za poparciem Zuzi i Sowy zdecydowała się Pani pokazać przepiśnik. :))
    Jestem dziś całkowicie przepełniona uczuciem, że życie jest cudowne!
    Życzę wszystkim Księgowym i Pani, Pani Małgosiu, pięknego dnia.

  17. Zuziu12, żeby marchewki nie były robaczywe, to trzeba zastosować tzw. „companion planting” – nie wiem czy ten zwrot ma polskie określenie, bo Wikipedia nawet nie ma polskiej strony na ten temat – ale ogólnie chodzi o to, że jedne rośliny pomagają drugim gdy są posadzone blisko siebie. Pod hasłem „list of companion plants” piszą, że dla marchwi sprzyjająca jest cebula, szczypiorek, szałwia, rozmaryn. Robaki, które jedzą marchew chyba nie lubią zapachu tych roślin, a więc trzymają się z daleka od nich, i od marchwi.

    Ja nie próbowałam tego w praktyce, bo nie mam warzywnika (zajączki nie będą mieć sałaty – muszą sie zadowolić koniczyną). Skoro jednak większość książek ogrodniczych jakie mam wspomina o tym, to chyba coś w tym jest. Wypróbowałam „companion planting” jedynie na róży. Odkąd posadziłam czosnek i szczypiorek w pobliżu, to nie mam problemu z plamami na liściach róż. Róże mają też dużą potrzebę na potas, którą doskonale zaspokaja im skórka z banana pokrojona na drobne kawałki i wkopana na wiosnę dookoła krzaka.

    P.S. Nie mam w tym roku Louise Odier. Pomimo, że zamawiałam w listopadzie. Była już wyprzedana:(
    Muszę sprawdzać początkiem jesieni.

    A jaskółczym zielem naprawdę wyleczyłam sobie kurzajkę na palcu w dzieciństwie, w Polsce. Posmarowałam ją tym żółtym sokiem kilka razy i nawet nie zauważyłam, kiedy mi znikła i więcej się nie pojawiła.

    Pozdrawiam i ściskam ogrodniczo!

  18. Nie rozumiem. Działanie jaskółczego ziela jest niejasne. No to spędza te włosy czy je żółtymi czyni? Bo to są dwa przeciwstawne działania. Bałabym się jednak używać tego ziela.

  19. Zielnik Szymona Syreniusza (1613), cytowany w tejże książce dwojga autorów, podaje barwniejsze szczegóły na temat jaskółczego ziela:

    „Kolerę tak stolcem jako i moczem wywodzi jakimkolwiek obyczajem używana. Przeto żółtą niemoc wypędza, albowiem wątrobne żyły zatkane otwiera…
    Zimnicę leczy…Mleko w żołądku zsiadłe rozgrzewa i wywodzi… Zaćmionemu wzroku bardzo jest użyteczny… Makuły z oczu ściera. Czerwoność z oczu spędza….Włosy spędza z któregokolwiek miejsca. Włosy piękne żółte czyni. Liszaie goi. Zębne bóle uśmierza…Parchy na głowie spędza. Piegi i inne zmazy czarne na twarzy ściera…Brodawki wszelakie spędza…”.

    Kto ma makuły w oczach – do ogrodu, po glistnik!
    W lesie też rośnie.

  20. (c.d. Leonarda) A ja odwrotnie, rozczarowałam się. Przywykliśmy bowiem postrzegać geniuszy jako tych, co się żywią powietrzem lub ptasim mleczkiem, a najlepiej, żeby nie jedli mięsa wcale, bo to godne wyłącznie barbarzyńców ;) Do tego obrazu wizja Leonarda-oberżysty rzeczywiście nie przystaje, ale uważam, że jako prekursor kuchni wyrafinowanej, walczącej z obżarstwem i sztuki kulinarnej przez duże Sz, nie splamiłby swego honoru geniusza. W każdym razie byłby bliższy zwyczajnym śmiertelnikom, którzy gotować i jeść lubią, a nie tylko uważają jedzenie za przykrą konieczność fizjologiczną, niezbędną do przeżycia.
    Co ciekawe, powszechnie przyjęło się uważać, że Leonardo był wegetarianinem, ale na listach zakupów pozostawionych przez niego w notatkach oprócz produktów jarskich figuruje także mięso (obrońcy teorii mówią, że kupował je zapewne nie dla siebie albo że nawrócił się na wegetarianizm z wiekiem). Ponadto zachowały się projekty dwóch różnych mechanizmów poruszających rożen nad ogniem, w tym pierwowzór grilla. I świetny opis jak powinna być urządzona (architektonicznie) kuchnia, by była funkcjonalna (ale to już nie ma związku z mięsem).

    Też chciałabym zobaczyć notatnik kulinarny DUA.

  21. Uwaga!
    „Glistnik (jaskółcze ziele) można stosować wyłącznie pod kierunkiem lekarza! Świeża roślina jest bardzo toksyczna!”- przestrzegają wytłuszczonym drukiem autorzy B. Kuźnicka i M. Dziak.
    No, ale przecież Afrykander stosuje je pod kierunkiem lekarza. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

    „Jaskółcze ziele zawiera mieszaninę kilkunastu alkaloidów (…), flawonoidy, olejek lotny, aminy, kwas chelidonowy i saponinę. Przetwory działają rozkurczająco, żółciopędnie, uspokajająco, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo. (…) W lecznictwie ludowym świeży sok mleczny z glistnika używany jest do niszczenia kurzajek.”

  22. Cha, cha, i otóż właśnie podagry nie posiadam i nie posiądę.
    Dzięki, Afrykandru. Jestem bardzo zadowolona.

    Zuziu12, no to już chyba pokażę ten zeszyt.
    Pozdrawiam babcię! Ja już dawno doszłam do wniosku, że trzeba siać tylko kwiaty.

  23. Chwast to pojęcie umowne. Na SGGW uczą, że na polu pomidorów ogórek jest chwastem, a na polu ziemniaków chwastem będzie pomidor.

    Natomiast jaskółcze ziele jest bardzo pożyteczną roślinką. Zawsze pilnuję, żeby mieć jakąś kępkę pod ręką, sok jest genialny na różne skórne paskudztwa, nie tylko na kurzajki (nie ma sensu męczyć się z bobem ani z kotem).

    A dna moczanowa (czyli podagra, chiragra, gonagra vel omagra, zależy gdzie łupnie) to bardzo ciekawa choroba – niewłaściwa dieta jest tylko jednym z elementów sprzyjających. Natomiast czynnikiem ochronnym jest aktywność fizyczna. Może być w ogródku. Przy wyrywaniu chwastów.

  24. U mnie posiane zostały dzisiaj wszystkie wszelakie warzywka,ale babcia stwierdziła(tu cytuję):
    „Jak w tym roku marchewki znowu będą robaczywe, to ich więcej nie posieję!”

    Tak zobaczyć Pani zeszyt z przepisami-to jest coś,choć zadowoliłabym się nawet listą zakupów :D
    Dobry wieczór!
    Ładna pogoda do nas wraca,bo ostatnio to okropne chmurzyska się nad nami kłębiły(przynajmniej na Mazowszu)

  25. Zgredzie, czasem wydaje mi się, że ten cytat odnosi się do matek. Tzn one to te nieszczęsne, nie ludzie. Chociaż nastolatkom pewnie wydaje się na odwrót.
    Jas, acha, acha. Ja w wieku 6 lat lubilam ksiażkę „Nalle, wesoły niedzwiadek”.

  26. Zwłaszcza język.
    Zwłaszcza zdrętwiały.

    Patrycjo, no może kiedyś pokażę to cudo zabytkowe.
    Miło, że babeczki wyszły. To jest świetne ciasto, ta puchatka. Nawet na tort się nada.

  27. Dzień dobry!
    Rzeczywiście, puchatkowe babeczki z suszoną śliwką na wierzchu wyszły przepyszne. Wszyscy byli zachwyceni. Ach, jakże chciałabym zobaczyć Pani zeszyt z przepisami… :)
    Życząc dobrego wieczora oddalam się, ciesząc się perspektywą trzydniowej przerwy od szkoły(trzecie klasy piszą egzaminy).

  28. Pani Małgosiu,
    bardzo dziękuję! Odezwała się do nas Pani Córka- Pani Emilia, która także nam pomaga! Jak widać nie daleko pada jabłko od jabłoni :)
    Uśmiech nie schodzi nam z twarzy!
    Bardzo, bardzo, bardzo dziękujemy!
    Jesteśmy dumni, że takie zdolne i dobre serducha napędzają naszą tegoroczną Furę Szczęścia!

  29. Dęło się w mniszki, oj dęło! Ale to jak byłam małą sówką :)
    Z polskich chwastów jadalne jest niemal wszystko, moja mama dostała raz taką książkę pana, który przeszedł na żywienie chwaściane. Nie pamiętam jak się nazywa, ale pamiętam różne przepisy z użyciem wszystkiego co roślinne- korzonków, gotowanych
    żołędzi, liści i łodyg… Swoją drogą jaki to człowiek wybredny, zajada się płatkami róż i bzów, rukolą i roszponką, ale mlecz i podagrycznik już kłują go w zęby;) Mnie też kłują, dlatego stosuję tę samą technikę odgradzającą co Jas i od 5 lat podagrycznika w moim ogródku ziołowym nie ma.

    Tymczasem dałam się nocą wciągnąć w studiowanie związków Leonarda z kulinariami i odkryłam niestety, że fakt posiadania przezeń własnej restauracji z minimalistycznym menu jest literacką fikcją. Co prawda wiedziałam o jej istnieniu z innego źródła niż DeWitt, ale wydawało mi się ono godne zaufania. Ech, jak to jednak wszystko trzeba samemu sprawdzać…

  30. O, Celestyno, ta pani da się lubić, i to bardzo. Łagodna, urocza, troskliwa – zlatują się do niej wszystkie ptaszki z okolicznych pól i lasów. Kiedyś znalazła malutką sówkę i wykarmiła ją oraz odchowała do wieku dojrzałego.

    Jas, uwaga na język! „Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa: a czasem był jak piorun jasny, prędki, a czasem smutny jako pieśń stepowa.” (Słowacki).

    Pokrzywa może to utrudnić.

  31. :-D Jak Pani to slicznie opisala!
    Plastyczka, ktora toczy glodnym okiem po ogrodzie pelnym mniszka. Mniam!
    Chyba lubie te pania:-)

    Wyrazonkiem, ktore wraz z siostrami naduzywamy wrecz jest „zapuscic swoje wscibskie oko” (np.do cudzych szafek kuchennych)
    „Jejusiu, ale masz fajnie, stary – powiedziala Genowefa, ktora zapuscila tam wscibskie oko” Mowie z pamieci, bo Opium przebywa u kolezanki aktualnie.

    Pieknego dnia!
    Ide do lekarza, niestety. (Moze jakie zielsko by pomoglo? )Sprayow do nosa mam juz dosyc i zaczynam sie ich bac, a jedynie one pomagaja. No, ale trwa to za dlugo.

  32. Dałaś się nabrać.
    Wystarcza mi zwykła sałata.
    Ale mam tu przyjaciółkę – sąsiadkę, też plastyczkę, która wyjada co roku cały plon mniszkowy ze swego ogródka. Ja niezmordowanie usuwam mniszki z trawnika i rabat, ale mnożą się tak szybko, że zawsze jest ich pełno. A kiedy przyjaciółka przychodzi, toczy głodnym okiem po moim ogrodzie i mówi: – Ile ty ich jeszcze masz!!! Szczęśliwa!

  33. Mniszek ma łodyżkę „dętą” – to dla Sowy P.
    Pani naprawdę je dużo sałatek z tych ziół? Czy dałam się nabrac’?

  34. Z kwiatkami mniszka racja, tak czynić należy!
    Narzekać na chwasty też nie będziemy. Chyba trzeba zjadać je w sałatkach, może się przestraszą. Mlecz, pokrzywa, gwiazdnica…pyszności.

    Dobranoc!

    Anonimowym kropeczkom dziękuję za dobre słowo prywatne.

  35. Mam pomysł. Skoro u Pani nie ma podagrycznika, a jest gwiazdnica, to może ona nie lubi podagrycznika. Można by posadzić podagrycznik i poczekać, aż się rozpleni i może wtedy gwiazdnica zniknie.
    Pomysł z przegródkami podpatrzyłam w XIX wiecznym ogrodzie w Paryżu, tam była wmurowana w głąb ziemi przegroda minimum 50 cm. między ogrodami. Teraz to się przydaje, bo jest modny bambus i takie wysokie trawy, ale nie wszyscy chcą je mieć u siebie. Mocno się rozrastają, bardzo śmiecą, to znaczy zrzucają pełno liści przez cały rok, a w nocy bardzo szumią, szeleszczą twardymi liśćmi i nie można spać.
    Mój ojciec miał odwieczny problem z chwastami przechodzącymi od sąsiada, który nie wykopywał ich tylko kosił. Ojciec zdenerwował się i wkopał dość głęboko pasy linoleum i jak ręką odjął. Podpatrzył to ode mnie, jak zobaczył te kafelki. Chwasty wypuszczają korzenie tylko do pewnej głębokości. Do takiego twardego jasnego piachu, nie zagłębiają się w nieskończoność.
    Działkowcy na przykład chodzą i zrywają kwiaty mniszków, albo wyciągają te roślinki długim nożem. Gdy nie ma tej części rośliny z nasionami, jest ich mniej. Dobrze jest więc kosić teren dookoła, albo zrywać chociaż kwiaty.
    Chwasty są właściwie miłe, jest co robić, pielenie jest lepsze niż gimnastyka. Jest na co ponarzekać, bo na ludzi nie wypada.

  36. Az z ciekawosci sprawdzilam co to takiego boze drzewko. Tak, byl jeszcze jeden wpis, ale przepadl, a z nim przepadla pointa. ‚Ziola i ich stosowanie…’ chetnie zakupie skoro DUA poleca, mam ostatnio fiola na punkcie ziola ;). Wlasnie popijam dziurawiec na niestrawnosc i lepszy sen. Polecam i pozdrawiam! Dobranoc!

  37. Nie oprę się i zacytuję na dobranoc wiadomości o cebuli, wyjęte przez wspomnianych autorów ze słynnego herbarza Stefana Falimirza (1534):

    „Też gdy soku cebulnego wpuścisz w ucho z sokiem z bożego drzewka, albo samego, tedy ostrzy mdły słuch i piszczenie z uszu oddala…Też gdy tymi soki pomażesz głowę parchowatą, rości na niej włosy i takież na brodzie, gdy tymi soki będziesz pomazował miejsce gołe, albowiem dla swej ostrości otwiera dziureczki w brodzie i indziej, a tak czyni drogę włosom ku rychłemu roszczeniu, a to jest rzecz doświadczona…”.

    Chrobot by używał.

  38. Wypędzeni z raju, ale chociaż mamy tu Bożą aptekę.

    Zioła – wspaniała sprawa. Mam swoją ulubioną książkę i wciąż do niej zaglądam.B. Kuźnicka i M. Dziak – „Zioła i ich stosowanie – historia i współczesność” – Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, 1977. Nigdy już nie wydano lepszej! Świetnie napisana, szczegółowa, z dobrymi ilustracjami i mnóstwem wiadomości, także etnograficznych i historycznych. Liczne i zabawne cytaty z dzieł starożytnych, średniowiecznych, a nawet ze „Szczenięcych lat” Wańkowicza (o soku brzozowym).

    Syrenko, ależ jest Twój wpis o Chrobocie! Był jeszcze jakiś? Nie dotarł.

  39. Och, wcielo moj wczesniejszy wpis. :( Wyszukalam, ze gwiazdnica byla przed laty popularnym srodkiem na kaca, stad skojarzylo mi sie z Chrobotem :). A w ogole to zielsko ma mnostwo witamin i mikroelementow, dlatego bylo chetnie jedzone na przednowku, zwlaszcza w marcu. Kwietniowe jest juz za twarde na salatki, ale na wywary lecznicze dalej dobre, dziala korzystnie m. in na przeciazona toksynami watrobe. Glistnik jaskolcze ziele, a dokladnie zolty sok z lodyg jest najlepszym lekiem na kurzajki (autopsja). Jaka ta Matka Natura madra!

  40. Dziękuję, K8 miła! Ładnie sobie spacerujesz, hej!

    Syrenko, zaśmiałam się. Chrobot zwyczajnie czasu nie miał na zwalczanie chwastów. Zresztą, gdzie by mu miały przeszkadzać, w kapuście?

  41. Dzień dobry. W Ojcowskim PN znalazłam wczoraj całe „plantacje” zawilców i mnóstwo fiołków. Nawet śnieg ich nie wystraszył. Moje zawilce czekają jeszcze na ciepełko, za to fijoły przekwitły. Przedziwne. Ściskam ciepło życząc Staroście i Księgowym wiosennego słońca i ogrodniczych odkryć.

  42. Chrobot zapewne miał dużo gwiazdnicy w ogródku – primo: z niedbalstwa, secundo: z przezorności ;)

  43. (…)”kolumnami były wielkie kiełbasy, wyglądające jak porfir.” Wygląda na to, że to były ustawione pionowo salcesony, bo nic innego (z wędlin) porfiru nie przypomina. I te biedne ptaszki. Groza.
    Co za szczęście, że skończyło się traktowanie drozdów, ortolanów, skowronków, kosów, czy choćby zwykłych wróbelków jako elementu jadalnego. Pamiętam, jak zmroziły mnie rozkoszne wspomnienia codziennego śniadanka małej Beaty Wolskiej (później Obertyńskiej), do którego koniecznie potrzebowała wróbla na grzance.
    Gdzieś u Dumas jest opis pasztetu; pasztetnik chwali się, ze jest w nim „fura skowronków”.

  44. Sowo P., marcepan z parmezanem to jeszcze nic, ale marcepan z kielbasami, albo zimna cielecina..:-)

    Pozdrawiam Pania Malgorzate i gosci, pozostajac, za Leonardem, w przekonaniu, ze im mniej i wymyslniej jemy, tym lepiej:)

  45. Cóż, wszak nie bez przyczyny mówi się, że renesans miał odrodzić ideały kultury klasycznej :) A Bractwo Kotła chciało parodiować wystawne uczty Medyceuszy. Zastanawiam się tylko czy ta konstrukcja była zjadliwa, bo jakoś marcepan z parmezanem nie wydaje mi się szczęśliwym połączeniem.

    Na przyszłą Wielkanoc planuję wykonać Jezioro Łabędzie z galarety. Nieco mniej popisowe niż florencka konstrukcja, ale w internecie wygląda ładnie.

  46. Ha! Polecam „Ucztę Trymalchiona”, opisaną przez Petroniusza (tak, tego samego)!
    Florenccy artyści poszli jego tropem.

    Zasady zdrowotne Leonarda – bez zarzutu, prawda?
    Geniusz.

  47. A jeszcze mam inny ciekawy cytat, tym razem z dedykacją dla Bernarda Ż. Uwaga, będzie nawiązanie do jednego z wpisów z tegorocznej Księgi Gości oraz drastyczna końcówka.

    Florencki rzeźbiarz Giovan Francesco Rustici, z którym Leonardo pomieszkiwał u tego samego mecenasa Piera de Braccio Martellego, założył akademię kulinarną zwaną Bractwo Kotła. Towarzystwo to urządzało specjalne uczty, na które każdy członek bractwa przyprowadzał cztery osoby oraz miał za zadanie zaprezentować jedno niezwykłe danie. Andrea del Sarto, jeden z uczestników biesady, przygotował „konstrukcję na planie ośmiokąta, podobną do Baptysterium we Florencji. Jej posadzka była wykonana z galarety, kolumnami były wielkie kiełbasy, wyglądające jak porfir, z podstawami i głowicami z parmezanu, natomiast trybuny zrobiono z marcepanu. (…) W środku znajdował się pulpit nutowy dla chóru wykonany z zimnej cielęciny, a na nim księga z lasagne, która miała litery i nuty z ziaren pieprzu, chór stanowiły drozdy ugotowane z otwartymi dziobkami przytrzymywane przez stroje podobne do sutann, wykonane z cienkich plasterków wieprzowiny, a za nimi, jako przeciwwaga, znajdowały się dwa duże gołębie z sześcioma skowronkami jako sopranami”. Op.cit.

    Miejsca ruinalne to tylko jedna z lokalizacji niecierpka, są i inne.

  48. Ależ ja nie mówię, że Leonardo był obżartuchem, tylko że lubił jeść. Co więcej, był zniesmaczony sposobem jedzenia swoich rodaków (polenta w dużej ilości) i próbował zaproponować coś bardziej wyszukanego, co niestety nie przypadło do gustu potencjalnym klientom – nikt nie chciał płacić dużo za mało jedzenia, jak bardzo by nie było artystycznie podane. Przykładowe menu Leonarda – udko żaby podane na liściu mniszka lekarskiego, dwie połówki ogórka na sałacie, jajko czajki, anchoa na plastrze rzepy… I to chyba nie były przystawki tylko dania główne.

    I jeszcze zacytuję przepis Leonarda na zdrowe życie, ułożony wierszem na 4 lata przed śmiercią, gdy już chorował. Nie wiem czy sam się do tego stosował ;). Podaję za wspomnianą przeze mnie książką DeWitta:

    „Jeśli chcesz być zdrowy, przestrzegaj tego trybu życia.
    Nie jedz, kiedy nie masz apetytu, i odżywiaj się lekko,
    Dobrze przeżuwaj i cokolwiek bierzesz do ust,
    Powinno być dobrze ugotowane i z prostych składników.
    Ci, którzy przyjmują lekarstwa, posłuchali złej rady.
    Wystrzegaj się gniewu i unikaj zatęchłego powietrza.
    Kiedy wstaniesz od posiłku, przez pewien czas nie siadaj.
    Nie kładź się spać w ciągu dnia.
    Mieszaj swoje wino z wodą, pij je po trochu,
    Nie między posiłkami i nie na pusty żołądek.
    Nie odwlekaj ani nie przedłużaj swoich wizyt w toalecie.
    Jeśli ćwiczysz, niech ćwiczenia nie będą zbyt forsowne.
    Nie kładź się żołądkiem do góry, a głową
    Na dół. Dobrze przykrywaj się w nocy,
    Wygodnie układaj głowę i zachowuj pogodny umysł.
    Unikaj rozwiązłości i pilnuj tej diety.”

  49. Ach więc to podagrycznik!? Paskud wszędobylski. Powinno się mówić zamiast: jak Feniks z popiołów – jak podagrycznik z gleby. Do ust bym go nie wzięła nawet na torturach, chyba że chorowałabym na podagrę.
    Na obronę podagryczników: znam starszego pana, który na to cierpi i wierzcie mi ani dużo nie je, ani dużo pija(ł). Za to bardzo pracowity.

  50. Ach, niecierpek! Ulubione zajęcie podczas spaceru naszym lasem jesienią to delikatne ujęcie w dwa palce takiego dojrzałego owocku; wtedy ono jak żywe stworzonko strzela nasionkiem:)
    Z tym, że nasz las jako zywo nie jest ruinalny! Co to, to nie!

  51. Każdy lubi jeść, ale nie każdy jest obżartuchem!
    Leonardo nie mógł nim być, to wykluczone.
    Natomiast czytam, że podagra występuje także u miłośników wina, którzy go nadużywają. I to już by mi bardziej pasowało.

    Niecierpek drobnokwiatowy? Nie, nie mam, widocznie dlatego, że miejsce moje jest nieruinalne. Ale w lasach widzę tego całe łany.

  52. Dzień dobry! :) Ho, ho! Ile zielska pod Regałem. Od samych rozmów o nim zielono wszędzie. W moim ogródku, a raczej mamy, chwastów brak. Nie ma możliwości, żeby były. Wszystko wygrzebane. Dosłownie. Tak to jest, jak wszędobylskie kurki wpadną znienacka. Odbija się to na mamie, bo kurki grzebią ze stoickim spokojem, a ona załamuje ręce. I pieszczotliwie nazywa je szarańczą. Tak, tak, uroki hodowli kur. Na wsi oczywiście. Ale jajecznica z jajek wiejskich najlepsza na świecie! :)

    P.S. Dziękuję za pomoc przy poszukiwaniach Leśmiana. Szkoda tylko, że nigdzie go nie ma.

  53. Leonardo da Vinci lubił jeść, pracował krótki czas jako kucharz czy kelner w tawernie Trzy Ślimaki, a potem założył wraz z Boticellim swoją własną, Trzy Żaby. Nie miała powodzenia ze względu na wyszukaność jej kuchni. Stworzył kilka wynalazków kuchennych, np. wyciskarkę do oliwek. POlecam książkę „Kuchnia Leonarda da Vinci” Dave DeWitta.

    A macie w ogrodach niecierpek drobnokwiatowy? Roślinka inwazyjna i też strzelająca. Jak podaje Wikipedia lubi porastać m.in. „miejsca ruinalne”,he he. W dojrzałym owocu ciśnienie sięga 25 atmosfer.

  54. Nowa strona! I jaka nowoczesna, taka jakby doroślejsza. Do tego niezapominajki pączkują (tak mi się jakoś kojarzą kolory grafiki nowej strony).
    Pozdrawiam, czytając najnowsze wieści.

  55. Czytam sobie dalej o myrmekochorach, bo temat fascynujący. Około 150 roślin Europy posiada elajosomy, dzięki którym nasiona mogą być transportowane przez mrówki na odległość nawet do 20–70 metrów. Są to np.:
    możylinek trójnerwowy (Moehringia trinervia),
    glistnik jaskółcze ziele (Chelidonium majus),
    kokorycz (Corydalis),
    serduszka (Dicentra),
    rącznik pospolity (Ricinus communis),
    czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum).

    A podagrycznik dosłużył się swej nazwy, bo niegdyś leczono nim podagrę zwaną „chorobą bogaczy”, ewentualnie „chorobą królów”, jako że chorowały na nią głównie wykwintne obżartuchy takie jak Henryk VIII, Leonardo da Vinci, sir Izaak Newton, Królowa Wiktoria, Aleksander Wielki, Michał Anioł, Karol Wielki, Ludwik XIV, Rubens, Marcin Luter, Casanova, Goethe, Karol Darwin, Winston Churchill, Franciszek Józef Strauss, Zygmunt III Waza i Jan I Kazimierz..

  56. Jeszcze o gwiazdnicy: „Na jednej roślinie dojrzewa kilka tysięcy nasion (do 25 tysięcy)”.
    To jest coś nie do wiary!
    Dobrze, że się tak łatwo nie załamuję.

  57. Aaa, Żuczku! Dzięki, po długim wpatrywaniu się ujrzałam literówkę.
    Byłam przekonana, że piszę crescit, a napisałam prescit. Poprawiam!

    Nauczycielka?! Jak to, już?
    Jak ten czas leci!

  58. Dzień dobry DUA i drodzy Księgowi! Ja dodałam miodu właśnie, ale więcej niż podali w przepisie, bo wyszły trochę za twarde. Ale i tak sa wspaniałe!

  59. (Owadzi łacinnik sfruwa na Pani ramię: literówka we wczorajszym późnowieczornym wpisie. Mala herba cito crescit. Swoją drogą, pożyteczne rośliny rosną może wolniej, ale wytrwale i oby na trwałe! Jako nauczycielka z ogromną przyjemnością obserwuję ten dobry wzrost.)

  60. Około 200 stopni, Patrycjo!
    Puchatka jest pyszna i łatwa.

    Ale z ciebie zuch! Dzięki za poranne uściski.

    Justysiu, no, ładne rzeczy! Teraz musisz posiać naprawdę duuuuużo sałaty.

  61. Dzień dobry!
    Dzisiaj przychodzą goście i zamierzam upiec puchatkę Pani przepisu(dlatego, że akurat mam wszystkie składniki). Piec ją trzeba pewnie do zrumienienia. A w ilu stopniach? Ściskam Panią krzepiąco i serdecznie.

  62. Witam i pieknie się kłaniam.
    Ogrodniczo wczoraj (dla mnie dziś) tu było. Podagrycznik – aż sobie poszukałam co to takiego, bo nie znam polskich nazw wielu roślin, a już szczególnie chwastów. Tu mówią na to „goutweed”. Nie miałam, dopóki przez płot od sąsiada nie przyszedł, a teraz tępię już przez 3 lata. Dobry pomysł Jas, będę budować murek.

    Gwiazdnicę nazywają u nas „chickweed”. Niby jednoroczna, ale gdy zima jest łagodna z tempraturą nie niższą -10C to przeżyje. Tutaj gwiazdnica nie jest taka agresywna i da się kontrolować, pewnie za sprawą porządnych zim. A nazwa „chickweed” pochodzi stąd, że roślinę tę podawano jako pierwszy pokarm dla małych kurczątek. Natomiast jej nasiona, które zawiązują się wcześnie, gdy jest jeszcze zimno, są cennym pożywieniem dla ptaków.

    No i jeszcze wiadomość dnia – jak przypuszczałam, zając naprawdę u nas mieszka, na grządce, obok Gojiberry, które przykryłam na zimę liśćmi i słomą (Goji mam pierwszą zimę i nie wiedziałam jak przetrzyma, wolałam okryć). Chciałam zdjąć ściółkę, ale zostawiłąm, gdy zobaczyłam norkę a w niej 5 malutkich zajączków, jeszcze z zamkniętymi oczkami. Jaka radość, że akurat u nas zamieszkały.

  63. Chesterko (wiad. pryw.), tak, bardzo głęboko.
    Tak głęboko, że nie widać.
    Dziękuję za dobre słowa.
    Jest lepiej z wiosną.

  64. Przebóg! Gwiazdnica!
    „Nasiona zachowują zdolność kiełkowania przez 20 lat. Kiełkuje przez cały rok, także pod śniegiem”.
    Szaleństwo!
    Ale można – jak twierdzi Wikipedia – robić z tego sałatki. No, jest to jakieś rozwiązanie.
    Beato, dziękuję za tę wiadomość. Zawsze lepiej wiedzieć, co się zwalcza. No i – co się zjada w sałatce.
    Tak, wyrywać, póki młode!
    Pozdrawiam Małżonka. Jaki miły!

    Mamo Isi, dziękuję za wiadomość. Zawsze się zastanawiałam, jak te fiołki to robią, że tak mi wędrują po ogrodzie i wyłażą w nieoczekiwanych miejscach. Już wiem. A lubię wiedzieć.

  65. Witam serdecznie!
    Prawdopodobnie to ten chwast DUA. Kopiuję:
    Gwiazdnica pospolita (Stellaria Media)
    Znajomy widok w ogrodach i na terenach uprawnych? Prawdopodobnie najpospolitszy obecnie chwast. Gwiazdnica pospolita (stellaria media) może dojrzeć i wytworzyć nasiona w 5 do 6 tygodni, rozprzestrzeniając się po ogrodzie. Tworzy niską, gęstą matę z białymi kwiatami i jasnożółtymi liśćmi, może szybko zahamować wzrost innych roślin w pobliżu. Mimo że jest względnie łatwa do usunięcia z powierzchni, wyciąganie opornych korzeni może być bardzo trudne.

    Usunąć z korzeniami!

  66. Podagrycznik jest jadalny, można z niego robić sałatki. Tylko ile by ich trzeba zjeść w jednym sezonie, uch! Pocieszam się, że i tak łatwiej się go usuwa niż nawłoć-mimozę. To białe, strzelające paskudztwo też mam.

    Szperając w necie też odkryłam, że dwa tomy pamiętników LMM zostały wydane po polsku, sama się sobie dziwię, że przegapiłam ten fakt. Zabawne, bo jako pierwszy wyskoczył mi w przeglądarce cytat zamieszczony na Płaszczu Zabójcy o pracy LMM jako organistki! A jednak nie znosiła tego zajęcia, nie czuła się uzdolniona muzycznie i w ogóle strasznie narzekała :D. Te pamiętniki są tłumaczeniem pierwszych dwóch z pięciu tomów „The Selected Journals” w edycji pani Rubio, a niedawno ukazała się po angielsku nowsza, kompletna wersja z lat 1900-1911, ze zdęciami autorstwa LMM. Ech, może kiedyś się szarpnę, ale teraz poszukam w antykwariatach tej polskiej, niepełnej wersji.

  67. Właśnie się doczytałam, że rośliny, których owoce są rozsiewane przez mrówki są nazywane m y r m e k o c h o r y. Owoce tych roślin mają specjalne wyrostki, tzw. elajosomy, zawierające ciała tłuszczowe, chętnie spożywane przez mrówki. Rośliny te dojrzewają późną wiosną gdy przypada okres intensywnych zbiorów pożywienia przez mrowki. Przykładowo tak są rozsiewane fiołki, kokorycz pusta, przylaszczka oraz to małe, zielone paskudztwo z białymi kwiatuszkami. Myrmekochor jeden! Może jakby mu to powiedzieć głośno prosto w oczy to by się obraził i sobie poszedł?

  68. Aleksandro, pod koniec jesieni wyczyściłam wszystkie rabaty z zielska, toteż teraz jeszcze to maluśkie zielone się nie pojawiło. No, może tu i ówdzie po troszku. Natychmiast wyrywać!
    Dowiedziałam się, jakim cudem jaskółcze ziele rozsiewa się bez końca po kątach ogrodu, całymi pasmami. Otóż nasionka tej rośliny uwielbiane są przez mrówki! I to one roznoszą to zielsko wzdłuż swoich tras.
    Mala herba cito crescit (złe ziele szybko rośnie). Tępić w zarodku!

  69. Dobry wieczór!
    Też mam to maluśkie zielone z białymi kwiatuszkami. Rzeczywiście rozsiewa się błyskawicznie. Wczoraj starałam się jak najwięcej wyrwać, ale za chwilę będzie znowu. Cóż, na tym polega urok ogrodnictwa ;) A jeśli chodzi o podagrycznik to wydawało mi się, że mam spokój. Kiedyś było go mnóstwo, a ostatnimi laty jakby odpuścił. Do czasu. W tym roku rozpoczyna inwazję. Pozdrawiam Wszystkie Ogrodniczki :)

  70. Kapucynko, już wiem, już wiem! Internet na wszystko odpowie!
    Ciasteczka ANZAC pieczone były przez żony żołnierzy australijskich i nowozelandzkich, którzy walczyli podczas I Wojny Światowej w Europie. Miały przetrwać długą podróż! Nazwa pochodzi od Australian and New Zealand Army Corps (ANZAC). Ciasteczka są podobno pyszne, chrupiące, a przechowywane w zamkniętym naczyniu zachowują długo świeżość.
    A na obrazkach widzę po prostu moje ulubione ciastka z płatków owsianych, wiórków kokosowych, złotego syropu (ja daję melasę albo miód), masła i mąki. Plus soda.
    Nawet nie wiedziałam, że to ciasteczka z legendą!

  71. Nie mam ani odrobinki podagrycznika! Ciekawe!
    Za to mam wiecznie to maluśkie, zielone, słabe, z drobnymi listeczkami, białymi kwiatkami, nawet nie wiem, jak się zwie. A szaleje po całym ogrodzie! Dywanami!
    W ogrodnictwie też nie wiedzą, jak się to zielsko nazywa. Wiadomo tylko, że dawniej tego w Polsce nie było, ale jak się zaczął przywóz roślin z Holandii – przyjechał i ten chwaścik. Jego sekret polega na tym, że strzela nasionkami nawet na kilka metrów!

    Kasiu252214, dziękuję za dobre słowo.

    PatrycjoF, rzecz jest pewna: czyta się w obcym języku najpierw to, co nas bardzo, bardzo ciekawi i wciąga!

  72. Mily wpis, bardzo lubie odwiedzac miejsca literackie za waszym posrednictwem. Dzieki Justysiu i Asiu. ( o Staroscie nie wspomne :)).
    Jadac dzisiaj na rolkach (zdradliwe to, w jedna strone pedzillam pchana wiatrem, cieszac sie swietna kondycja po zimie, do czasu kiedy sie odwrocilam, myslalam ze do domu nie dojade) nad jeziorem, w piekna sloneczna pogode, poczulam sie nad ogromnym jeziorem jak na wakacjach, mimo ze mieszkam w miescie.

  73. Podagrycznik jest męczący jak podagra. Najlepiej wydłubać wszystkie, nawet najmniejsze korzonki i otoczyć murkiem, wpuszczonym w głąb ziemi. Ja sobie zrobiłam to z kafelków, bo miałam za dużo, ale można kupić takie plastikowe przegrody. Na jakieś parę lat pomaga.

  74. Sto razy bardziej wolałabym mieszkać na wsi, lecz nie było mi to dane. Chciałabym w niektórych aspektach powrócić do czasów średniowiecznych. Tam by było wspaniale! Ale stolicę trzeba znać!

  75. Dziękuję Pani Małgosiu! Przydatna rada. Próbowałam już czytać po angielsku, ale na tym się skończyło. Już wiem dlaczego- po prostu mnie to nie ciekawiło. Zacznę raz jeszcze.
    Ach, Zuziu zazdroszczę, że mieszkasz na wsi. Marzę żeby wyjechać z miasta chociaż na wakacje, a nie bardzo mam do kogo. :-)
    Uściski!

  76. Dziękuję za radę z „Poczytaj mi mamo”! Lista fajnych książeczek dla dzieci też nie jest aż tak długa.
    Jak to jest z autografami, czy przysyła się wszystkie książki jakie się posiada?
    To by było ponad 20. Nie, chyba tego się nie robi… .
    Na pewno nie przyślę „Kluseczek”, mogą gdzieś po drodze zginąc, a to moja ulubiona dla dzieci, wznowienia nie widziałam. „Kluseczki” są kochane.
    Pomyślałam, że mogłabym córce poczytac wiersze, ale nie tylko te dla dzieci. Może te opiewające przyrodę. Poszukam w starych wpisach, tak, to było piękne!

  77. I jak co roku zaczynam walkę z podagrycznikiem; cóż to za okropna, namolna roślina.
    Skansen w Lednogórze równie dobrze mógłby znajdować się na Księżycu – jest tak samo dla mnie nieosiągalny. Jeżeli uda mi się raz na jakiś czas wygospodarować dla siebie kilka godzin, jestem szczęśliwa;) Ale piec stryjków zapamiętałam na cały życie, bo podczas tych wakacji miałam szansę docenić , ile funkcji pełnił. To było prawdziwe serce domu.

  78. Rozmarynie czytałam „Krajobraz dzieciństwa”. Cudowna jest też biografia L.M.M Mollie Gillen „Maud z Wyspy Księcia Edwarda”.

  79. Och,Pani Małgosiu nie dziwię się Pani ,że jest Pani dobrze na wsi.Ja też mieszkam na takiej mniej więcej wsi.Kiedyś za czasów mojego taty i dziadka-to była prawdziwa wieś,ale wiadomo jak się mieszka ok.25 km od Warszawy to musi się rozbudować i niestety(ale pola jeszcze trochę są).Od zawsze chciałam mieszkać na takiej prawdziwej wsi z krowami,końmi , na takiej co się wszyscy znają,ale i tak jestem uradowana,że nie mieszkam w mieście!Choć zawsze z bratem jeździmy na wakacje do pradziadków na prawdziwą wieś,on (mój brat) to by tylko na traktorze,polu i tak dalej,ale nie dziwię mu się , uwielbiam patrzeć jak się kosi pole!
    Ale się rozpisałam,niepotrzebnie.
    PS Przyniosłam sobie gałązki wiśni (taki małe) do pokoju i cieszę oczy , gdy patrzę na malutkie listki!:)

  80. Wczoraj zrobiliśmy sobie spacer wieczorową porą. Maleńkimi uliczkami Ostrowa Tumskiego dreptał dziarsko jeżyk. Mam nadzieję, że odnalazł drogę do Ogrodu Botanicznego.

    Na polu obok naszego domu pięknie kwitnie rzepak. Co za widok.

    Fajnie jest żyć! Miłego wieczoru Kochani:)

  81. A propos duchówki: w moim mieście Łodzi używano innego określenia na tę część pieca – szabaśnik. Nazwa wzięła się stąd, że gospodynie z rodzin żydowskich (których w naszym mieście było sporo przed II wojną światową) przynosiły do polskich sąsiadek tradycyjne potrawy, przygotowane zawczasu przed szabatem (czyli cotygodniowym czasem świętym trwającym od piątkowego wieczoru przez całą sobotę), aby „doszły” w cieple przy piecu. Ortodoksyjna religia żydowska zakazywała bowiem wszelkiej pracy w czas święty, również gotowania.
    Te różne tradycje koegzystowały w Polsce przez długie lata… Do czasu…

    Chciałabym dołączyć się też do rozmowy o LMM. Z Jej pamiętników z czasów młodości wydanych w Polsce pt. „Krajobraz dzieciństwa” i „Uwięziona dusza” można wyczytać, jak trudno Jej się żyło, zanim „Ania” odniosła sukces. Wiodła smutne samotne życie, a Ania była Jej ucieczką od złej rzeczywistości. Trudy i tragedie życia są często podłożem dla wspaniałej twórczości. Często twórczość nas ratuje. Bądźmy twórczy!

  82. Tak było w przypadku Krzysia Milne.
    U nas też szaro i chłodno, ale lubię taką pogodę, kiedy zaczynają kwitnąć pierwsze mirabelki, śliwy i brzoskwinie. Te różowe i białe chmury kwiatów na tle ciemnoszarych chmur na niebie – i jeszcze wszędzie żółte kleksy forsycji! Znacznie ładniej to wygląda niż na tle niebieskim jak farbka.

    Celestyno, aha, a ja od razu pomyślałam, że zachowam Twoją wiadomość dla siebie.
    Kapucynko, ciasteczek nie znam, życzę miłej wycieczki, o której informujesz w wiad. pryw.

    Osobiście nie przepadam za współczesnymi miastami w ogóle. Jeśli podróżować, to tylko po wsiach i małych, zacisznych miasteczkach świata, albo wręcz po pustyni lub puszczy.
    Nie masz pojęcia, jak mi dobrze na wsi!
    PS. W lesie, z którego wracam, pełno już zawilców – całe białe dywany.
    A na cmentarzyku pod lasem, gdzie jest grób naszej Mamy, była sarna. Zostawiła ślady na piasku i zjadła bratki oraz kolorowe, ozdobne jaskry z doniczek.
    Mąż wrócił z psem ze spaceru leśnego – widzieli piękne, biegnące stado łań.
    Wiosna!

  83. Ależ dziś chłodny dzień! Napaliłam rano w piecu i od razu zrobiło się milej :)

    Wątek polski u LMM interesujący, zaintrygowała mnie tez informacja, że LMM grała na organach i prowadziła chór w parafii. W ogóle ileż różnorodnych zajęć miała! A przy tym znajdowała jeszcze czas na pisanie. Istny tytan pracy. I jeszcze jak potrafiła przetworzyć swoje niewesołe dzieciństwo w tak optymistyczną książkę jak Ania! Naszła mnie też refleksja, jak to czasem dziwnie bywa, że autorzy genialnych książek dla dzieci nie zawsze potrafią poradzić sobie z własnymi dziećmi. Albo czasem nie potrafią im okazać należytej czułości. Może dlatego, że sami jej nie zaznali? Zastanawiam się też jak trudno musiało być synom LMM wychowywać się w cieniu depresji obojga rodziców…

    Ciekawe, czy biografia autorstwa pani Rubio doczeka się polskiego tłumaczenia, też bym ją chętnie przeczytała.

  84. Upiekłam wczoraj australijskie ciasteczka Anzac. Sa pyszne, tylko zastanawia mnie ich nazwa. Może ktoś z Was wie skad się wzięła i co oznacza?

  85. Kochana Zuziu, na pewno pomogła sama chęć pomocy! Dziękuję w imieniu Klaudynki.
    Ale to nie to. Wydawcą książki, którą wskazałaś, jest Państwowy Instytut Wydawniczy z Warszawy. A Klaudynka poszukuje określonego wydania toruńskiego.
    Ściskam czule!

  86. Patrycjo, na razie poczytaj serię (po polsku) o bracie Cadfaelu.
    A jak już polubisz Ellis Peters (trudno jej nie polubić!), to sięgnij po angielskie teksty. Sympatia będzie motywacją do pokonywania pierwszych trudności. Ale wiedz, że jej książki czyta się gładko, styl EP jest prosty, choć zarazem wykwintny. Tak, wiem, mówię o tzw. kryminałach, ale pamiętajmy, że w każdym gatunku literackim można pokazać klasę.

    Justysiu niezastąpiona, polski trop i mnie zaciekawił. Bądź tak dobra i poinformuj nas koniecznie, co tam wyczytałaś.

  87. Dzień dobry,Klaudyno nie wiem czy to to ,ale znalazłam jakieś Poezje Zebrane na stronie empik.com.

    Mam nadzieję,że pomogłam
    Aha, na Lubimy czytać są rozpisane gdzie można kupić:)
    Pozdrawiam

  88. Dzień dobry!
    Justysiu, dziękuję za ten piękny reportaż.
    Coś czuję, że zamówię Ellis Peters na E-bay. Co prawda mój angielski jest na poziomie raczej średnim, ale co tam, spróbuję. Co poleciłaby mi Pani na początek, Pani Małgosiu?
    Idę czytać „Dumę i uprzedzenie”.
    Pozdrowienia dla wszystkich Księgowych!

  89. Jas, mną też wstrząsnęły informacje o ostatnich latach życia LMM. Nie wiedziałam o nich, gdy byłam w Leaksdale, dopiero później przeczytałam. W domu/muzeum wspomniano tylko, że LMM była załamana psychicznie w ostatnich latach życia z powodu wojny.

    Oprócz Leaksdale byłam też w Norval, kolejnym miejscu gdzie LMM mieszkała. To już rzut beretem ode mnie, jakieś 15-20km, ale dom można zobaczyć tylko z zewnątrz, bo teraz jakiś inny pastor z rodziną tam mieszka, a na podjeździe stoi Toyota Rav4.

    Sowo P., na biografię Mary Rubio czekam cierpliwie w kolejce mojej biblioteki i chyba już w przyszłym tygodniu będę mieć. Ciekawi mnie jakiż to polski trop tam znajdę, bo opis książki na stronie biblioteki wygląda tak – „Extensive interviews with people who knew Montgomery – her son, maids, friends, relatives, all now deceased – are only part of the material gathered in a journey to understand Montgomery that took Rubio to Poland and the highlands of Scotland.” Domyślam się, że chodzi o fakt, iż „Błękitny Zamek” został wystawiony w Krakowie w 1982 roku i odniósł wielki sukces jako sztuka teatralna.

    Wszystkim Dzień Dobry, a sobie Dobranoc, bo minęła północ. Rano trzeba wstać, by dziecko do polskiej sobotniej szkoły zawieźć, 35 km. Ma być spotkanie z autorką Ewą Stachniak (czy ktoś czytał?).

  90. Klaudynko, przykro mi, nie mam takiego Leśmiana. Jakaś rzadkość, jak się zdaje?
    A spróbuj poszukać przez antykwarioosz.pl

  91. Jas, rzeczywiście świadomość o długoletniej depresji LMM jest przygnębiająca. Ciekawe, że zazwyczaj wydaje nam się, że wielcy pisarze wiodą życie szczęśliwe jak w bajce, a bardzo często jest całkiem odwrotnie – zmagają się nie tylko z trudną rzeczywistością, ale i z samymi sobą.

    Czy ktoś czytał może biografię LMM pióra Mary Henley Rubio?

  92. Dobry wieczór! Wpis wspaniały (jak zwykle zresztą). :) Jak ja lubię takie ciekawostki z życia pisarzy. Ale tak po prawdzie to muszę się przyznać, że wpadłam tu dzisiaj z prywatą. Poszukuję pilnie pewnej książki, a mianowicie ,,Poezji zebranych” Bolesława Leśmiana, koniecznie wydanych w Toruniu przez wydawnictwo Algo. Może ktoś, coś? Książka niezbędna mi jest do napisania pracy rocznej z tekstologii. Ratujcie Drodzy Księgowi biedną studentkę! Przepraszam za prywatę (biję się w piersi i wołam: ,,Winnam!”), ale do kogo mam się zwrócić, jak nie do Was? Będę wdzięczna za każdy przejaw pomocy. ;)

  93. Jak milo przeniesc sie do Kanady i poznac dom wspanialej LMM… Piecyk z duchowkami/dochowkami mnie zachwycil, jaki solidny i pieknie zaprojektowany!

    Ale, tez bardzo lubie Werone i jezioro Garda (choc tylko raz nad nim bylam, ale udalo mi sie poplywac, co za widoki!).

    Milego wieczoru!

  94. „Poczytaj mi, mamo!” Naszej Księgarni będzie jak znalazł, Jas! – to właśnie na ten wiek. Wyszło już parę antologii tych dawnych „Poczytajek”, cieszą się wielkim powodzeniem.
    Tak, prześlij książkę do Akapit Press ze stosownym liścikiem, koperta zwrotna z adresem i znaczkiem jak najmilej widziana. U nas tu trudno o znaczki, trzeba jechać na pocztę do miasteczka.

    Zuziu12, cieszę się, że reportaż Justysi i jej córki Asi spodobał Ci się tak bardzo! Poszukaj w dawnych wpisach, w archiwum, jest tam gdzieś taki reportaż z Wyspy Księcia Edwarda – wszystko jak w powieściach.

  95. Trochę mną wstrząsnęła informacja o psychicznej kondycji L.M. Montgomery. Znalazłam stronę z fotografiami ludzi i miejsc z nią związanych.

  96. Jak córeczka była mała, to usypialiśmy ją przy powieściach DUA i innych. Tak nam było wesoło i „nienudno”. Teraz jest inaczej, bo dziecko wiele rozumie i dobieramy jej książki. Nie wiem, co czyta się 6-latkom. Doktora Dolittle, książki Astrid Lindgren, czytaliśmy po kilka razy, Andersen, Opowieści z Narnii, stara klasyka. Trudno się czyta niektóre współczesne książki, a Miejska Biblioteka jest nimi zapchana. Na urodziny koleżanek rozdajemy „Hihoptery”. Wreszcie też mamy własny egzemplarz, „szewc bez butów chodził”. Chyba go wyślę z prośbą o autograf. Czy książki przesyła się ze zwrotną kopertą?

  97. Dobry wieczór,
    po pierwsze chcę podziękować Justysi za bardzo interesujące ciekawostki.Nie widziałam,że LMM zamieszkała w Leaksdale!A to ciekawe!
    Ja przeczytałam Anię (a właściwie to czytała mi mama i babcia , ja tylko trochę)w wieku 6 lat,później oczywiście też,jakże by inaczej,ale od razu się w niej zakochałam.
    Może jestem dziwna , ale ja UWIELBIAM opisy,bez nich książka to nie to samo,z tego co wiem to nie wiele jest takich osób :)

    Jaka ta strona jest fenomenalna, tu można o wszystkim i z wszystkimi porozmawiać, w czerwcu minie rok jak się tu pierwszy raz wpisałam!
    Najgoręcej pozdrawiam i dziękuję,że jest taka strona oraz za „reportaż” Justysi:)

  98. Przyznam, że mnie pierwsza lektura Ani w wieku lat-około-siedmiu na długi czas zniechęciła do książek LMM. Jako tak małe dziecko Anię odebrałam jako męcząco egzaltowaną i zbytnio skupioną na opisywaniu przyrody. Nie dobrnęłam nawet do połowy książki. Wyraźnie musiałam do niej dorosnąć – ponowna lektura po kilku latach zdobyła moje serce na dobre.

  99. Jeśli chodzi o dochówkę, to może chowało się jedzenie „do chówka”, by nie wystygło. Moja znajoma piekła tam jabłka. Poznałam niedawno panią w moim wieku, która zrobiła sobie letnią kuchnię, a w niej taki duży piec w którym piecze chleby, pasztety, wędzi itd. Przez to ma chłodniej w domu w lecie.
    Jeśli chodzi o fotografię kuchni to nad popielnikiem chyba nie znajduje się duchówka, ale palenisko, potem duży piekarnik, a na końcu mała duchóweczka. Zorganizowaliśmy sobie z mężem westwalkę. Uszczelnimy ją szamotową gliną.

  100. Nawet niemowlęciu można czytać Horacego.
    Inna rzecz, czy cokolwiek zrozumie.
    Ale nawet jeśli nie – może chociaż dziecina zaśnie, ukojona.

  101. W jakim wieku można czytac dziecku powieści L.L.M.? 6 lat to odpowiedni wiek? Przepraszam, ale wysiadło mi „c” z kreską w klawiaturze.

  102. Najbardziej poruszający jest ostatnia część tych 6 artykułów, oto link:
    Lucy Maud Montgomery – Postscriptum
    Pozdrawiam.

  103. Ooo, to ja się znów dorzucę, bo ostatnio mój internet hula aż miło i mogę sobie czytać miłe komentarze do woli. Muszę przyznać, że ta nowa odsłona wymiany opinii na stronie DUA przyciąga mnie bardziej niż poprzednia Księga Gości – łatwiej się czyta. Gratulacje dla Adminków.
    Brawo dla Justysi i Asi za piękny fotoreportaż.
    U nas, w Afryce (jak to brzmi ;-)) nie używa się żelazek na duszę, tylko jeszcze starszej odmiany – na węgiel drzewny. Moje studentki doskonale sobie z nim radzą, ale ja wolę chodzić pognieciona albo poczekać na moment, kiedy będzie prąd.

  104. Witam,
    w WIKIPEDII już na samym końcu są linki o L.M. Montgomery. Szczególnie ciekawy jest ostatni link, który zawiera cykl opowieści o Autorce. Bardzo poruszające jest Postscriptum…

    Pozdrawiam

  105. Dzień Dobry.
    Skoro o piecach mowa, to przypomniał mi się piec u mojej babci w podmieleckiej wsi. Nie był on taki nowoczesny jak ten. Nie miał piekarnika, ale można było w nim piec chleb, bo z boku miał taki otwór z drzwiczkami. A zamiast duchówek miał brandurę, która pełniła taką samą funkcję. Czy w innych cześciach Polski spotkaliście się z takim określeniem – brandura?

  106. Ależ zazdroszczę! Niby byłam niedaleko, a przynajmniej bliżej niż dalej, ale o takiej wycieczce nie było mowy. Może kiedyś jeszcze się uda?

    A ciekawostki są arcyciekawe! Pamiętam jak bardzo mnie kiedyś zmartwiło, że L. M. Montgomery czuła ogromną niechęć do Ani. Mam nadzieję, że aż tak się z nią nie męczyła, mimo wszystko.

    Dziś w trakcie porządków na strychu przesuwałyśmy westfalkę, która zapewne jeszcze się przyda. A jak nie, to i tak jest niezwykle urocza i musi pozostać z nami. Następnie odkryłam to zdjęcie i mama natychmiast orzekła, zerkając wprawnym okiem, że to jakiś zagraniczny cud. Na pewno raczej starszy niż młodszy, bo z uchwytem. Podobne uchwyty były i w naszych starszych egzemplarzach, a na przykład mazurki wieszały na nich przepiękne, haftowane ściereczki. Przy czym przypomniała sobie od razu, że i ona miała starszy egzemplarz, ale niestety oddała go. Za to mamy mnóstwo żelazek na dyszę, każdego zebranego możemy obradować :) Tylko zastanawiam się teraz czy to poprawne określenie. Dusze czy dyszę?

    Dziękuję ślicznie za zdjęcia i ciekawostki! I pozdrawiam wszystkich miłośników Maud i Ani.

  107. Ja bym siwka nie opiekała. ;)
    Ale urok te piece mają, nie zaprzeczę. Tak, odgłos trzaskającego w ogniu drewna! Wolę gazową kuchenkę, ale kominek mam i często w nim palę.

    Mamo Isi, piękne piece bielone z zapieckami ujrzysz w skansenie wielkopolskiego budownictwa wiejskiego w Lednogórze, tuż przed Gnieznem. Cudowna , wielka kolekcja starych domów, wyposażonych w stare wiejskie meble, jest i kuźnia, i kościółek drewniany. Latem w obejściach łażą sobie kózki i owce. a w ogródkach przed płotami kwitną wsiowe kwiatki w pięknych kompozycjach. I można kupić pyszny chleb w wielkich, okrągłych bochnach!

    Karambolu, tak jest, dąż!

  108. Dzień dobry,uważam że kuchnie kaflowe mają swój urok (ten dźwięk trzaskającego pod blachą drewna) .Opiekane na blasze ziemniaki , siwki lub maślaki – do dziś mi ślinka cieknie na samą myśl .

  109. Lubię Anię z Zielonego Wzgórza, dlatego miło było przeczytać ciekawostki od Justysi! Domek rzeczywiście wymarzony. Aha, muszę powiedzieć, że Pani ostatnia rada bardzo mi pomogła. Napisałam tak, jak czułam i choć czuję niedosyt, to będę dążyć do coraz lepszych wyników. Pozdrawiam.

  110. Tak naprawde to jezioro Garda, znajdujace sie w poblizu Verony (region Veneto) bylo moim miejscem w czasach postudenckich, kiedy mieszkalam w Veronie. Obecnie mieszkam w regionie Piemont, okolice Turynu:-)
    Jeszcze raz najserdeczniejsze usciski:-)

  111. Męczy mnie okrutnie, z czego te dwa cytaty z duchówką?
    Oczywiście , że duchówka nie jest piekarnikiem; w Wilnopedii coś im się pomieszało.
    Własnie, w piecu w domku prababci poza duchówką był też piec chlebowy. Ale nie było zapiecka, który dla odmiany pamiętam z domu stryjków; ponieważ zawsze było tam ciepło, sypiała tam mama stryjeni. W ogóle taki porządny, bielony przed każdą Wielkanocą piec z dawnych czasów to było dopiero! A takie wygodne, podgrzewane miejsce dla osób starszych, które zawsze marzną – ile w tym było serdecznego pomyślunku o bliźnich.

  112. Z kuchenką gazową racja, DUA. Ale przyzna Pani, że kuchenka gazowa nie robi takiej atmosfery w kuchni jak piec, w którym się napali o poranku. Od razu w domu robi się jeszcze bardziej domowo. Dlatego niektórzy mają w kuchni i kuchenkę i piec :)

  113. Cześć, Ale! No, piękne te Twoje strony, jezioro lśni cudownym szafirem, pod wieczór nabierając barwy, którą tak Ellis Peters określa: ” rich but subdued purple of a good amethyst”. Strasznie gorąco.
    Czworo moich młodych bohaterów (studenci) opuściło już duszny autobus. Są zdenerwowani, bo stwierdzili właśnie, że w podróży ktoś zdołał im przegrzebać zawartość plecaków. Jakby czegoś szukał!
    No i śledzi ich smukły pan w szarym garniturze.
    Mniam.

  114. A wiecie co?
    Poprawiam na duchówkę! Co mi tam!
    Ale piekarnik to to nie jest. Tylko dochowuje się w cieple obiadki lub kolacje. W tej duchówce.
    Proszę też zwrócić uwagę na lśniący okap ponad paleniskiem : u LMM nie pachniało kalafiorem w całym domu (jak u pani Stawskiej w „Lalce”).

  115. Dzien dobry Wszystkim.
    Oj Pani Malgorzato toz to obraca sie Pani w realiach bardzo dobrze mi znanych:Turyn, jezioro Garda…

    Pozdrawiam Wszystkich serdecznie.

  116. Na Podkarpaciu, w domu mojej prababci używało się określenia: duchówka. Żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęcia pieca w domku prababci; był wspaniały, ogromny i duchówkę, oczywiście, miał.
    W Słowniku Języka Polskiego jest duchówka! Dali nawet dwa przykłady użycia:
    … bardzo zręcznie skrył się za piec chlebowy. Tu odnalazł w duchówce obiad: omszały sadzą sagan pełen zupy zwanej „łotyską”.

    – Właśnie, zatracony Hieronim. Wczoraj wieczerzę wstawiłam do duchówki, nie zjechali. Tera znowu obiad, a ich nie ma.

    Zaś w Wilnopedii mamy dwa warianty równoprawne:
    Dochówka, duchówka
    Inaczej piekarnik.

  117. Na wschodzie Polski zawsze spotykałam się z nazwą duchówka i sądziłam, że to dlatego, że w środku jest duszno (nie, nie wsadzałam głowy na trzy zdrowaśki). I Doroszewski podobno podaje „duchówka”. Może to kolejny pantałyk?

  118. Prawda, Chesterko, Kochane Czytelniczki rozjechały się po calutkim globie!
    Uwaga: nie wolno dać się przytłoczyć złu. Trzymajmy się, nie dajmy się!

    Co do pieca: rozkoszny, niewątpliwie, ale pozwolę sobie na drastyczny brak romantyzmu: wolę moją nowoczesną kuchenkę gazową. Zdecydowanie.

    Idę czytać o zatłoczonym autobusie, w upale zmierzającym w stronę jeziora Garda. Ellis Peters, naturalnie. Co za opisy! Jakie kolory!
    Wczoraj czytałam do trzeciej. Coś groźnego się wydarzyło we włoskim przedziale kolejowym. Ciekawe, co będzie w autobusie.
    Dobranoc!

  119. DUA jak prawdziwa agencja informacyjna! Korespondenci rozsiani niemal po calym świecie! Z ta różnica, że czlowiek zamiast pognębiony i przytloczony zlem, wchodzi w nowy dzień pokrzepiony. Taki piec pamiętam z dzieciństwa. Jakie cudowne rozwazanie dla zlatujacych do gniazda o rożnych porach czlonków rodziny! Te do(u)chówki!

  120. Dobry wieczór. Cóż za uroczy reportaż. Justysia jest naszą korespondentką kanadyjską ;))
    A na Podlasiu, skąd pochodzi rodzina Taty, też się mówiło duchówka, stąd moje osłupienie na widok dochówki i pierwsza myśl: literówka. Ta kuchnia to istne dzieło sztuki: ładna, funkcjonalna, wykonana z trwałych i szlachetnych materiałów, taka na całe życie. W epoce przedmiotów jednorazowych budzi prawdziwy zachwyt.

  121. Tak się składa, że właśnie czytam „Dzban ciotki Becky” LMM! Ciekawostki jak to ciekawostki sa bardzo ciekawe. Miło dowiedzieć się czegoś więcej o jednym z ulubionych autorów. Pozdrawiam znad podręczników od biologii!

  122. Pani Małgosiu…
    Jak nazywa się w końcu Genowefa z książki „Opium w rosole”? Zastanawiam się, bo tak czytam i czytam i w książce występują dwa nazwiska! Lompke i Sztompke! To jak? Jakie jest jej nazwisko? ;)

    Pozdrawiam ;)

  123. Witam wiosennie! Na moim balkonie kolorowo od frezji, zakwitl jasmin, ktorego zapach uwielbiam.
    Milo bylo sie przeniesc dzieki Justysi w kraine Lucy Maud Montgomery. Wrocily wspomnienia z dziecinstwa, te ksiazki pochlonelam! Duza w tym zasluga mojej cioci bibliotekarki, ktora podsuwala mi wlasciwe lektury :)
    Przesylam Wam duzo slonecznych usmiechow z Italii, a szczegolnie dla mojej imienniczki w Kanadzie! Bravissima!

  124. Pani Małgosiu,
    Piszę w imieniu Studentów specjalności Komunikacja w Biznesie Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. W ramach zajęć przygotowujemy projekt charytatywny Fura Szczęścia. W tegorocznej edycji naszym celem jest wsparcie świetlicy „Słoneczny Fyrtel”, która zapobiega rozwarstwieniu społecznemu Jeżyc poprzez zapewnienie dzieciom równych szans rozwojowych z ich rówieśnikami. Świetlica ta prowadzona jest tylko przez wolontariuszy, którzy pomagają im w odrabianiu lekcji oraz organizowaniu wolnego czasu. Chcąc pomóc dzieciom organizujemy aukcje internetowe oraz eventy, z których wszystkie uzyskane środki zostaną przekazane świetlicy. Każda pomoc jest mile widziana.
    Piszę do Pani jako Ambasadorki Jeżyc w nadziei na współpracę w tym szczytnym celu. Jeśli jest Pani zainteresowana współpracą, proszę o kontakt.

    Dziękuję
    Lidka

    PS Przepraszam, że w publikuję inf w takim miejscu. Nie pogniewam się, jeśli Pani usunie komentarz.
    PS2 Pozdrowienia dla Justysi i jej nastolatków. Życzę wielu spokojnych, pięknych chwil przepełnionych ciepłymi wspominkami o ojczyźnie :)

  125. Jakie piękne zdjęcia, jakie interesujące ciekawostki. LMM ukochana zawsze i wszędzie. Dzięki Starosto, dzięki Justysiu, dzięki Asiu! Wiosennie pozdrawiam Wszystkich, choć za oknem aura mało wiosenna. Mimo to w ogrodzie, jak zawsze o tej porze roku dzieją się cuda :)

  126. Ojej, Duśka, naprawdę?
    Tyle lat mieszkałyśmy pewnie gdzieś niedaleko siebie i dopiero tu „na wyspie” się spotkałyśmy. Jakie to miłe!
    Dzień Dobry! Mamy tu śliczny dzień dzisiaj.

  127. Czy Starosta czytał!
    Jasne. I to kilkakrotnie.
    Moja ulubiona postać: chiński służący Li i jego kwiecisty a celny sposób wyrażania myśli. A scena, w której piekł ciastka z poziomkami (z jednego nadzienie wykipiało i przypiekło się, wypełniając całą kuchnię gorzkawo-słodkim zapachem) najmocniej zapadła mi w pamięć.

  128. Dzień dobry
    Ja też lubię nowe wpisy.
    Pozdrawiam Asię – zgadła kiedyś moją marynatkę :D
    Miłego dnia!

  129. Kochana DUA, serdeczne dzięki (piszę w malignie;)). A oczekując na przesyłki z e-bay (tanie jak barszcz!), muszę się zadowolić „Na wschód od Edenu”. Ciekawe, czy Starosta czytał…:).

  130. Dzięki, Żuczku, już poprawiłam!
    Duśko, zapomniałam powiedzieć, że życzę Ci pokonania kataru!

  131. Jakże miło zajrzeć na stronę i ujrzeć nowy wpis! Serdeczne dzięki dla Kochanych Czytelniczek za ich relację i dla Starosty – za publikację! Przyznam, że w pierwszej chwili domek nie bardzo mnie zachwycił: ot, budynek, jakich wiele. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, jak wyjątkowym miejscem musi być dom, w którym spędziła tyle lat osoba tak nietuzinkowa jak L.M. Montgomery, i jak cudowne historie mógłby nam on opowiedzieć. Jego ściany pamiętają niejedną łzę, niejeden szept, niejeden wybuch śmiechu. Choć wnętrza są tylko rekonstrukcją, to przecież w powietrzu mogą się jeszcze unosić dawne marzenia i zachwyty…
    Dziękuję wszystkim Staroście, Adminkom i Księgowym za to, że ta strona jest miejscem, które pobudza do miłego rozmyślania. Niech Wam się darzy!

    PS. W pierwszym punkcie ciekawostek zagubiła się literka: „Autorka NIE lubiła imienia Lucy”.

  132. Dzień dobry!
    Zabawna rzecz: te dochówki w Wielkopolsce nazywano duchówkami. Najwyraźniej błędnie, bo nie chodzi o ducha, tylko o dochowanie. A zwróciła mi na to uwagę, dawno temu, mama mojego męża, świetna polonistka, Halina Musierowicz (przybyła z Wilna).
    Takie węglowe piece kuchenne (no, może mniej ładne) widywałam w dzieciństwie nie raz. Hej, jakie na tych fajerkach smażono konfitury! A na stygnącej przez noc płycie kuchennej suszyło się jabłka i śliwki.

    Tak, żelazko „na duszę”, to był wynalazek! Też jeszcze, jako dziecko, widywałam takie w akcji, na letnich, wiejskich wakacjach.

    Duśko, pobuszuj. Ellis jest wspaniała! Uzależniłam się całkowicie od jej książek. Urok jej osobowości ogarnia człowieka ciepłem, czuje się, jak ona prawdziwie lubi ludzi. Ale jest więcej: świetny warsztat, apetyczne charakterystyki, żywa myśl, ogromna wiedza, pióro realistki.
    Zwykłe kryminały?! Gdzie tam! To pyszne powieści obyczajowe!
    EP ma wyjątkową umiejętność stwarzania wiarygodnych, pełnych światów; najlepszym przykładem jest jej unikalna, „średniowieczna” seria o Cadfaelu.
    Polecam z zapałem!

  133. Och DUA, co za piękny reportaż o ulubionej LMM! W sam na koszmarne kwietniowe (!) przeziębienie. Justysiu, serdeczne dzięki za śliczną historię:). To mi przypomina, że Laura czytała „Emilkę ze Srebrnego Nowiu” chyba w „Dziecku Piątku”:).
    DUA, Pani tak smacznie pisze o tej pani Peters, że nic tylko buszować na e-bay;).

  134. A to niespodzainka! Miło nam bardzo i to my dziękujemy!

    Tak, to są dochówki (zaglądałyśmy do środka), choć nie wiedziałam, że tak się nazywają. Natomiast Asi spodobało się żelazko na duszę, które stoi na płycie kuchenki, bardzo ciężkie.

Dodaj komentarz