
Czytająca Maria – mal. Carl Larsson (1853-1919)

„Kiedy dzieci poszły spać” – mal. Carl Larsson
Cyceron (106 p.n.e. – 43 p.n.e.):
Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy.
*
William Somerset Maugham (1874-1965):
Przyzwyczaić się do czytania książek, to zbudować sobie schron przed większością przykrości życia codziennego.
*
Thomas Carlyle (1795-1881)
Książka – najczystsza istota ludzkiego ducha.
*
René Descartes (1596-1650):
Lektura dobrych książek jest jak najprzyjemniejsza i najbogatsza rozmowa z kimś mądrym.
*
François Mauriac (1885-1970):
Nie ma cierpienia, którego by nie złagodził kwadrans lektury.
*
Ludwik Andreas Feuerbach (1804-1872):
Im bardziej spoufalamy się z dobrymi książkami, tym mniejszy staje się krąg ludzi, których towarzystwo nas satysfakcjonuje.
*
Józef Ignacy Kraszewski (1812-1877):
W książce to tylko człowiek może znaleźć, co ma w sobie.
*
Janusz Korczak (1878-1942):
Ilekroć, odłożywszy książkę, snuć zaczniesz nić własnych myśli, tylekroć książka cel zamierzony osiąga.
*
Christopher Morley (1890-1952):
Właściwym celem książek jest zmusić umysł, żeby myślał po swojemu.
*
Witold Gombrowicz (1904-1969):
Nieprzeczytanie książki jest, rzecz jasna, jednym ze sposobów osądzenia jej.
(cyt. z książek: „Myślę, więc jestem” wyd. Antyk, 1991 i „Księga aforyzmów”, wyd. Videograf II, 2002)








Zerkam na stronę, co tam u MM, patrzę na obrazy czytających i widzę, że chyba tu jeszcze nie przywołano Petera Ilsteda, duńskiego malarza, który w przepiękny sposób portretował swoją rodzinę we wnętrzach domu – najczęściej czytające kobiety. Popatrzcie, warto! Niestety, wydano chyba tylko jeden album z reprodukcjami, ale można sporo znaleźć w internecie.
Proszę wybaczyć spóźnioną odpowiedź: tak, to niełatwy repertuar. Dobrze się jednak składa, że lubię wyzwania.
Ateno, ileż to powodów do wdzięczności dzięki zimie.
Ja dzisiaj dziękuję za Tatry (a tak, znowu tu jestem).
Wiersz o psiej duszy – poruszający.
A bo na Was tam dmucha od północy.
Ściskam gorąco, Bogini!
Wiosna tuż-tuż.
Czy wiosna kiedys do mnie zawita?
W zeszly poniedzialek, moj samolot byl opozniony o 5 godzin, (ilez mozna sie blakac po lotnisku). Wyladowalam o polnocy i jak zobaczylam moje auto zaklete w lod, po raz kolejny podziekowalam ze zyje. (Jak ten samolot wyladowal na padajacym z nieba lodowisku?) W sobote pojechalam do parku na spacer i nie stracilam zebow, to byl sukces (trzeba bylo lyzwy zabrac). Dzisiaj jadac do pracy nieodsniezonymi ulicami (chyba sie budzet wyczrpal), widzialam trzy zepsute samochody, prawdopodobnie peknieta os sadzac z horyzontalnego ulozenia kol.
Byle do wiosny. Cale szczescie ze mi fiolki na oknie kwitna.
Gio, uśmiecham się do Ciebie serdeczna istoto :) . Właściwie, to my codziennie dziękujemy Psinie za to, że do nas trafiła i daje nam więcej, niż my jej .
A za wiersz podziękujmy pani Borzymowskiej. Oj, musi ona znać bardzo dobrze psią duszę.
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Jakie to śliczne! Piętaszku, ja też dziękuję! Za ten wiersz i za dom dla Psiny!
Piętaszku, dziękuję – wiersz bardzo trafny i poruszający.
Choć pies będący w rękach nieodpowiedniego człowieka wyrządził kiedyś naszej rodzinie dużą krzywdę, to jednak na szczęście przeważają w naszym życiu te dobre doświadczenia z pieskami. Ukoronowaniem tych doświadczeń jest nasza kochana Psina że schroniska w Tomarynach, a miłe Panie, które je (schronisko) tak wspaniale prowadzą, zamieściły kiedyś na swojej stronie ten oto wiersz. I przyznam, że żaden jeszcze utwór o tej tematyce nie zrobił na mnie większego wrażenia:
To tylko pies…
To tylko pies, tak mówisz, tylko pies…
A ja ci powiem że pies to czasem
Więcej jest niż człowiek.
On nie ma duszy, mówisz…
Popatrz jeszcze raz.
Psia dusza większą jest od psa.
My mamy dusze kieszonkowe,
Maleńka dusza, wielki człowiek.
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie.
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba,
To niedaleko pies wyrusza.
Przecież przy tobie jest psie niebo –
Z tobą zostaje jego dusza.
Barbara Borzymowska
Tak, tak! Są na szczęście ludzie chętni do pomagania, i to nie tylko na pierwszej linii frontu, ale też na zapleczu, poprzez wsparcie finansowe czy udział w aukcjach na rzecz bezdomnych psiaków (DUA, tu ukłon w Pani stronę :-)) albo zaangażowanie w poszukiwanie domów adopcyjnych. Są też tzw. domy tymczasowe, oferujące opiekę do czasu znalezienia domu stałego. To bardzo, naprawdę bardzo cenna forma pomocy, zwłaszcza dla tych psiaków, które szczególnie ciężko reagują na schroniskową rzeczywistość, są wycofane, wymagają socjalizacji, no i dla znajdek oraz podrzutków – żeby nie musiały z tą rzeczywistością się zapoznawać. Tak że rzeczywiście idzie ku lepszemu! :-)
Bo jak tu nie przejmować się psią dolą.
„Nie zasługujemy na psy”- jak napisał ktoś na Twitterze, przy okazji zamieszczenia filmiku o wierności psów. Jej historia to często kronika ludzkiej niewdzięczności.
Jak to dobrze, że są też inni ludzie, i że jest ich jednak więcej.
Casciolino, dzięki – trudny repertuar, co?
Gio, kochana jesteś, dziękuję.
Bolało, boli i będzie bolało. Nie szkodzi.
Wiele osób przejmuje się tymi bidulami. Pani ze sklepiku zostawia dla nich wędzone pyszności, inni dbają o ciepło. Świat rozwija się jednak w dobrym kierunku.
Mahlera, cykl Kindertotenlieder i ostatnią część IV Symfonii.
O, mamy coś dla Nini: Akapit Press na Facebooku, wpis z 14 lutego.
140 i kilka polubień, a jakie miłe komentarze!
Casciolino, a co będziesz śpiewała? Powiedz, to sobie chociaż wyobrażę.
Kwestia gustu.
To tylko kwestia czasu.
Zgredzie, dziewczyna w piwnicy. Brr.
A nie, nie, nie w La Scali (jeszcze ;)
La Scala to chyba jedna z kilku najsłynniejszych scen świata opery.
Kobieta w komórce? Jakże prorocze.
Skoro o dzieciętach mowa: Asiu, wyrazy uznania i wsparcia dla Córki. Niech się trzyma dzielnie (bo serce pewnie nieraz ją zaboli – dobrze wiem, jak to jest). ♥
I nawet nie ma śniegu do przebijania.
Ja także widziałam dziś krokusy, i żółte, i fioletowe! I cudne kępki przebiśniegow. A ptaki od samego rana chyba poparły w jakieś zbiorowe wiosenne uniesienie i zafundowały nam miły koncert :) ech, serce rośnie, jak mówił poeta :) nawet ludzie jacyś jakby odnowieni, uśmiechają się częściej.
Będzie więcej, mój Zgredziku. Napisała 65 powieści detektywistycznych. Polecam „The Girl in the Cellar”.
No, Casciolino luba! No, no!
No nie wiem, Młodosto.
Przeczytałem 5 książek o Miss Silver i tylko w jednej z nich ktoś został uwięziony pod ziemią.
Zgredzie, „dziecię” będzie występować dopiero pod koniec maja, w Mediolanie. Jeśli są w tamtych okolicach jacyś Księgowi, to już teraz serdecznie zapraszam.
Justysiu, dotarła właśnie przesyłka zdjęciowa. No, nie!!! No, rzeczywiście!!!
Czy mogę je pokazać? – nie te osobiste, rzecz jasna.
Aha: świetna ta nowa fryzura, bardzo Ci w niej do twarzy.
Asia przemiła.
Ten portret widzę też w sieci pod tytułem „Moja starsza córka”.
Rozmarzyła się mile. Ciekawa jestem, co to za apetyczna książka przed nią leży, taka z lekka wyczytana. Zapewne powieść.
A Marię coś oderwało od lektury. Ciekawe, czy to może kot, który głośno dopomina się mleka z dzbanku? Albo rozmowa. O książce? Albo o portrecie, który za Marią? Czy to sama Maria, kiedy była młodsza?
;o)
Racja.
O rety, piękny fluid z Nini!
Patrycja W. najwyraźniej nie była tego świadoma.
Inna sprawa, że pewnie ślub braliby w ambasadzie brytyjskiej.
Może ślubu udzielał ambasador brytyjski? Znam ludzi, którzy w ten sposób zawarli związek w Wenezueli, co prawda, dopiero w tym tysiącleciu..
Internet twierdzi, że ślub cywilny w Polsce funkcjonuje dopiero od 1946 roku.
A ja dodaję, Krzysztofie, że „Mumio” bardzo jest śmieszne i wysoko dzierży sztandar pure-nonsensu.
Mili ludzie.
Iskro, nie sposób przełożyć epickiego dzieła na język innego gatunku, filmu czy musicalu, bez uproszczeń, chyba też nie chodzi tutaj o dosłowność. Kiedy przeczytam powieść (przed chwilą zamówiłem), to sobie porównam, czy duch został zachowany.
Scoiattolo, odnotowuję Twoje polecenie z wdzięcznością.
Ryśku, co za radosne wieści!
Hura!
Iskro, dziękuję.
Sowo, pewnie tylko cywilny.
Oj, jak bardzo chciałabym to zobaczyć!
Wreszcie i w Lublinie mamy wiosnę. Podobno na krótko, ale zawsze. Tyle, że my akurat jutro wyjeżdżamy w suwalskie, a tam jak zwykle najzimniej.
Krzysztofie, co za miły projekt! Polecam „Przyborę na 102” Mumio. Nie musical, ale śpiewany spektakl. Świetny! Duch Przybory i Kabaretu Starszych Panów zachowany, a przy tym dodany indywidualny, cudownie absurdalny rys Mumio. Uśmieliśmy się i wzruszyli.
Ach, Starosto, my eyes, my eyes!
Przeczytałam choć nie chciałam, co za spoiler. A przecież zamierzam kiedyś, na emeryturze może :), przeczytać wszystkie Patrycje.
No, może do emerytury zapomnę.
KrzysztOfie, pomyśleć, że wczoraj byliśmy w tym samym miejscu….
Cieszę się, że nasze białostockie przedstawienie podobało Ci się chociaż libretto tego musicalu jest ogromnym uproszczeniem książki.
Pani Małgosiu wielkie gratulacje przyciągnięcia do Jeżycjady tylu czytelników, dobro się rozdaje.
Będę się rozglądać za bocianami, wstyd, przyjezdni mnie ubiegli.
Miłej niedzieli.
Ślub w trzy dni?? A nauki przedślubne? A zapowiedzi??
I mnie także UA. A pani Tasha do tego stopnia nie zgadzała się na współczesny świat, iż wybrała sobie epokę , w której chciałaby żyć. Była to połowa XIX wieku. Tak urządziła swój dom, ogród, a także takie szyła sobie stroje. Była właściwie samowystarczalna. Otoczona ukochanymi zwierzętami sama z własnych produktów robiła zapasy a zima była jej niestraszna, ponieważ pracując w domu mogła z tego co zgromadziła przeżyć i kilka miesięcy. Pinterest ujmująco pokazuje piękno tego niezwykłego miejsca :)
To musi być u Patrycji taki sekretny pociąg do lochów i tajnych przejść podziemnych; znam to osobiście.
W związku z powyższym chyba zafundujemy sobie loch podziemny; będzie się ciągnął pod jezdnią i następną posesją, a otwierał w lesie między korzeniami dębu. No i oczywiście będzie zupełnie tajny, bo zezwolenia budowlanego na loch nie dostaniemy w życiu. W tych urzędach to za grosz nie mają fantazji.
Dzień dobry!
Zakwitły krokusy (na razie bladożółte, fioletowych na razie mikroskopijne listki wystają z ziemi).
Pietaszku, ten rodzaj eskapizmu bardzo mi odpowiada.
Tak, pamiętam, Mamo Isi. „Red Stefan” jednak w całości dzieje się w Rosji, zaś bohater tytułowy miał rodziców Anglików, a następnie ojczyma – jak twierdzi autorka – Rosjanina, choć nazywał się on Paul Darenski i miał wielką posiadłość tuż przy granicy z Polską (wygląda na Białoruś).
W tej powieści realizm opisu całej sytuacji w ówczesnej Rosji posunięty jest bardzo daleko, autorka demonstruje autentyczną wiedzę, a wszystko trzyma zaskakująco wysoki poziom – do połowy, kiedy to nagle lądujemy w awanturniczym romansie, z nieuniknionym u Patrycji lochem oraz tunelem podziemnym.
Lecz w finale oddychamy z ulgą:
” – We get married in Warsaw. I should think it would take about three days.
Then, before she could speak, the stone pivoted and he was swinging himself through the opening. A sharp piercing air brought down a flurry of snow. Stephen took her under the arms and lifted her up and out. The stone fell back into its place.
It was late dusk. The sky was dark overhead. Black formless shapes of ruined arch and falled pillar were about them. A glimmering snowfield stretched away on every side.
– Poland!- said Stephen.”
.
Zdradzam zakończenie, ale przecież i tak wiadomo, że u Patrycji musi być dobre.
A! Więc to miłe, poranne – to kos.
Dzięki Mamo Isi.
A swego czasu Adminka zamieściła zdjęcie tego ptaszka . Idę do lasu szukać.
Pięknie jest.
To znaczy, oczywiście, nie przyznaje się do faktu pobytu w Rosji Sowieckiej główny bohater, a nie Patrycja.
Patrycja już raz umieściła głównego bohatera w Sowietach, do czego z nieznanych przyczyn nie przyznaje się. Udał się tam z kolegą, aby uratować małżonkę tego ostatniego, Rosjankę wsadzoną do obozu. Bo wiadomo, do Rosji Sowieckiej to każdy przedostawał się bezproblemowo, a jeszcze łatwiej stamtąd się wydostawał. A już szczególnie łatwo nie znający języka i realiów Anglik.
Nie, Zgredzie, dziecię nie występowało, to tylko taki nasz rodzinny projekt „Musicale na wyjeździe”. Wczorajsze przedstawienie podobało mnie się, warto było przyjechać. Teraz poczytam program, na zmianę z Sienkiewiczem i „Córką Robrojka”.
„Rezygnując z oglądania TV fundujemy sobie lepsze samopoczucie i spokój. Wiele złego dzieje się na świecie, ale czy musimy o tym wszystkim wiedzieć? I tak niewiele zaradzimy. Poprawę świata najlepiej zacząć od siebie, od swojego otoczenia, środowiska, rodziny. Zastanów się ile dobra można w ten sposób posłać światu w przeciwieństwie do bezsensownego pochłaniania niepotrzebnych i frustrujących informacji? ”
Tę i wiele innych wspaniałych, mądrych rzeczy powiedziała Tasha Tudor (1915 – 2008) ilustratorka książek dla dzieci i mama czwórki własnych. Cudna pani, żyjąca w zgodzie z naturą, a przede wszystkim w zgodzie ze sobą.
Zgredziku (wiad.pryw.)- no dobrze, skorygowałam, po czym poszłam w szerszą korektę, a na koniec skorygowałam też samą siebie. „Red Stefan” po połowie stracił nieco literackich walorów, które uprzednio z pewną pochopnością zachwalałam. I dość wyraźnie skierował się w stronę kobiecą ręką pisanego romansu przygodowego. Dziwne. Tak jakby dwie różne osoby pisały tę powieść. I może tak naprawdę było? Bo jakim cudem dama, urodzona w Indiach i mieszkająca w Anglii, miałaby tak bezbłędnie i z taką jasnością oceniać (i znać!!!) realia porewolucyjnej Rosji? (Mogła zatrudnić jakiegoś konsultanta – emigranta…)
Ale czyta się bez tchu, trzeba przyznać. Już jestem blisko finału.
Bohaterowie uciekają do Polski!
Justysiu (wiad.pryw.)- dziękuję więc i ściskam Cię serdecznie!
A propos Ikei, ostatnio w kinie bardzo rozbawiła mnie reklama zupełnie innej firmy, która pokazywała, jak w średniowieczu składano katapulty kupione w Ikei. Bomba!
U nas pełno żurawi. Ale nie lecą. Stoją.
KrzysztOfie, a to dziecię w Białymstoku występuje?
Rozumiem.:)
I jeszcze dodam, że nie chodzi mi o ślepe naśladownictwo, ale raczej o relację mistrz – uczeń, gdzie uczeń przejmuje pewne umiejętności od mistrza, ale tworzy swój własny styl i wzbogaca go o nowe spostrzeżenia. Przy czym zjawisko to, jak wiadomo dotyczy nie tylko sztuk plastycznych, ale sztuki w ogóle. Nie znam historii Larssona, ale co do Wyspiańskiego, to o ile mi wiadomo sporo podróżował po Europie, poznając ówczesne prądy artystyczne i przenosząc różne fascynacje na rodzimy grunt. No i miał odpowiednią do tego wrażliwość.
Tak, tak, wiem o tym UA .
Ależ proszę, bardzo mi miło, Mimi.
Kasztanowłosa, a żebyś wiedziała! Cudowne chwile życia. Natura je zapewnia niezawodnie!
No i rower. Jak żyć bez niego?
Dziękuję, Pani Małgosiu (mogę tak się zwracać?), za wydobycie i okrojenie mnie :-) ach, a ja się tak zastanawiałam, skąd skojarzenie tych wnętrz Larssonow z prostym, białym pokoikiem małej Lisy z Bullerbyn :) teraz mi się rozjasnilo!
Wiosna!
Właśnie wróciłam z długiej przejażdżki rowerowej. Przez błoto po kolana nie było łatwo (już chciałam zawracać – cóż za głupi pomysł), ale udało mi się dotoczyć do lasu i to mi wynagrodziło wszystkie trudy. Siadłyśmy z koleżanką na starej drabinie od ambony i patrzyłyśmy na oświetlone słońcem pole i las. I po prostu tak siedziałyśmy (ja nawet na boso – buty i tak były całe oblepione błotem). Nawet nie rozmawiałyśmy, to było po prostu trwanie w jedności z naturą… Piękne…
Najlepszy dzień od początku roku.
Życzę wszystkim takich wspaniałych chwil. :)
Do Białegostoku!!!
Musical!!!
Klan Wilka Morskiego nie przestaje mnie zadziwiać.
I jeszcze bociana wykryli!
Fluid z „Doktorem Żywago”, jedziemy właśnie z Puchałką do Białegostoku na musical według tej powieści. Przy okazji, może ktoś miejscowy też chciałby zobaczyć – mam do oddania dwa bilety na dzisiejszy wieczór.
A po drodze widzieliśmy bociana.
Sowo, też jestem krótkowidzem (strasznym), ale takich przejawów u siebie nie widzę. ;)
Asiu- dziękuję. :)
U nas też cudowna pogoda. Tymczasem tkwię w pracy.
Piętaszku, nie to, że „garściami brali”. To po prostu duch czasu wytworzył nowy styl w sztuce. Coś takiego po prostu ogarnia i porywa twórców, i to na całym świecie.
O, Wójciku, rozumiesz mnie!
O, cieszę się iż nie studiując internetu z miejsca dopatrzyłam się analogii w twórczości panów – Larssona i Wyspiańskiego, a oni znów garściami brali chyba od pana Muchy (te draperie i piękny rysunek).
Z ikeą od razu skojarzył mi się ten okrągły stół na krzyżaku.
Zaspanym jeszcze okiem dojrzałam dziś na nieboskłonie pierwszego żurawia w tym roku. Mam nadzieję, że on wiosnę już czyni;)
Pogoda rzeczywiście piękna, a na kręgosłup dobrze robią kije. Idę.
Przypomniany przez Asię Herriot woła mnie z pakamery. Mam ochotę wrócić na wieś angielską i do tego miłego angielskiego humoru. Ale na półce czekają nowe książki. Odwieczny dylemat: wracać do starych dobrych przyjaciół czy poznawać nowych? I to kusi i to kusi.
A biedny Starosta stoi na skrzyżowaniu nawet trzech dróg: czytać stare, czytać nowe, czy pisać?
Bardzo lubię styl Ikea, chociaż przeszkadza mi trochę, że jest wszędzie. Ale te ich korzenie wspaniałe, jeśli to prawda.
A Astrid Lindgren zainspirowana Larssonami podarowała Lisie pokój na urodziny i tkane chodniczki. U Larssonów bywała też Selma Lagerlöf. W co trudno uwierzyć, to uzdolnione małżeństwo wykreowało nawet modę na jedzenie na dworze i na połowy raków.
Niewazmożno!
Udziwitielno!
Tak, tak, też to widziałam. Chyba to jest prawda, Mimi. Larssonowie inspirowali się w znacznej mierze szwedzką sztuką ludową i ludowym rękodziełem. Pani Karin zajmowała się szczególnie tkaniną artystyczną i projektowaniem mebli.
IKEA czerpie z ich dorobku całymi garściami! I mebluje cały świat morzem owych prostych ław, stołów i komód oraz kredensików.
Triumf pośmiertny, można powiedzieć.
Fajna sprawa.
Pardon, ale linków tu zamieszczać nie można, formularz ich nie dopuszcza. Wrzucił Cię do spamu, alem Cię wydobyła i okroiła.
Mimi, i to jest bardzo miłe. Nowych czytelniczek przybywa, lecz starszych bynajmniej nie ubywa!
Chyba muszę odłożyć tego Rudego Stefana i popracować nad „Chucherkiem”. Sumienie mi to właśnie powiedziało.
Larssonowie prekursorami stylu Ikei? Oto, na co się natknęłam, przeglądając Internet ;)
Ach, wszystko ulega zapomnieniu.
Przypominajmy więc, ile sił!
Nie podśmiewam się, Asiu! Spacerek? Może to i jest myśl. Pogoda cudna! Ale właśnie zaczęłam czytać (skończywszy z Miss Silver) powieść Patrycji Wentworth „Red Stefan”.
Magdo Z., co do Twoich wcześniejszych słów, faktycznie Jezycjada podnosi na duchu :) przed premierą „Ciotki…” obie z dawną koleżanka że szkolnej ławki sprawdzalysmy księgarnie, czy już się pojawiła:) smiałyśmy się, że jesteśmy chyba bardziej gorliwe niż nastolatki, choć niedługo stuknie nam 30tka ;-)
No proszę, a ja tu właśnie płynnie przeszłam od studiowania Larssonów do Warsztatów Krakowskich i zastanawiam się, czemu to jest tak zapomniany temat.
To proponuję spacerek. Dla równowagi. Ale Pani się ze „mnie podśmiewa”, jak to mówi moja Babcia, bo Pani dobrze wie, że umiar najważniejszy. :)
Przed chwilą widziałam pierwszy klucz ptaków wracających z ciepłych krajów!
Przebiśniegi też kwitną.
A kos śpiewa o świcie.
Wiosna niedaleko.
Sowo, merci.
Zdajmy sobie sprawę, że państwo Larssonowie i państwo Wyspiańscy znajdowali się na tej Ziemi w tym samym czasie.
Cóż to był za niezwykły czas!
I ile piękna pozostawili po sobie!
Wiadomość o przebiśniegach bulwersująca.
Asiu, przeczytałam: „miłej roboty”. To już chyba jest jakiś objaw.
Dziękuję za miłe słowa!
Fascynujące, prawda. Magdo, to dlatego, że jestem krótkowidzem. ;)
U mnie kwitną trzy przebiśniegi i dwa ranniki, a termometr po nasłonecznionej stronie domu pokazuje 24 stopnie. To chyba już wiosna, prawda?
Gratulujemy sprzedażowego sukcesu!
Madziu, to ja też trzymam kciuki! Za Twoje plany- jakiekolwiek:)
Mamy wiosnę za pasem, o czym donosi ptaszek, który od kilu dni pięknie sobie ” treluje ” w godzinach porannych tzn. około 6- ej. Ciekawe jak się zwie, muszę się tego dowiedzieć u jakiegoś ornitologicznego pasjonata.
A książkowo towarzyszy mi ostatnio Pan Herriot, bo Córcia rozpoczęła wolontariat w schronisku dla bezdomnych psiaków więc to mi jakoś współgra z życiem.
Co do wcześniejszego wpisu. Pani wytworna strasznie spięta a Pani w kuchni: oaza spokoju, jest na swoim miejscu.
Pani Małgosiu, cieszę się, że zauważono Pani sukces. Miłej soboty.
Ach, pamiętam takie czytanie – i u własnych małych dzieci, i u wnuków!
Jaka to radość – patrzeć, jak książki zaczynają „mówić” do takich malutkich istot.
Dziękuję za kciuki. :))
O, tak, zwłaszcza te dwie ostatnie pozycje silnie wpłynęły na rozwój mojej dziecięcej wyobraźni… pamiętam, jak później w wolnym czasie układałam swoje własne opowiadania, mocno ugruntowane na ulubionych Autorkach :) myślę, że te książki, przeczytane w dzieciństwie, polozyly solidny fundament pod późniejszą wrażliwość czytelnicza. A teraz z dumą i radością patrzę na moja niespełna dwuletnia Corcie, która, zadowolona niesamowicie, „czyta” swoje ukochane książeczki, a tam, gdzie jeszcze słów jej brakuje, dopomaga sobie całym ciałem! To jest dopiero „czytanie globalne”! :)
Madziu (wiad.pryw.) – same nieobecne wezwałaś, jak widzę.
OK, potrzymam kciuki.
Wiem, Pani Małgosiu! Tak sobie tylko tęsknię. :)
Dziękuję, miła Mimi! Cieszę się, także z tego dobrego towarzystwa!
Madziu, zagadki były możliwe na tamtej, starej stronie. Ale tu, kiedy każdy komentarz trzeba zatwierdzać – trudno byłoby.
Myśl W.S.Maughama- oj, coś w tym jest! :) dla mnie takim „schronem” jest poezja Leśmiana, „Pan Tadeusz” i cykl o Ani z Zielonego Wzgórza. No i oczywiście, „Jezycjada” ! :)
Bieganie w kurtce do regału jest w istocie wielce niewygodne. Dlatego ja sobie, Wójciku, wymyśliłam wtedy własny sposób na przyspieszenie zwojów mózgowych.
Mieszkając w wynajmowanym pokoiku studenckim, miałam na półce 5 książek na krzyż (potrzebnych głównie do pisania pracy), a że sporo czytałam wtedy także pod zagad