Zimowe czytanie

johan gudmundsen-Holmgreen

Czytająca dziewczynka – mal.  Johan Gudmundsen-Holmgreen (1852-1912)

 

„Muszą gdzieś istnieć pisarze, których rodzice nie posiadali ani jednej książki i których przygarnęła pod opiekuńcze skrzydła sąsiadka, nauczycielka albo bibliotekarka, lecz ja takich nie znam. Moja córeczka ma siedem lat i czasami słyszę, jak rodzice innych drugoklasistów narzekają, że ich dzieci nie lubią czytać. Kiedy odwiedzam ich domy, pokoje dziecinne pękają w szwach od drogich książek, ale pokoje rodziców są puste. Te dzieci nigdy nie widzą swoich rodziców przy lekturze, jak ja oglądałam moich przez wszystkie dni dzieciństwa.

Kiedy zaś wchodzę do mieszkania z książkami na półkach, książkami przy łóżku, książkami na podłodze i książkami na rezerwuarze w toalecie, od razu wiem, co zobaczę, jeśli tworzę drzwi z napisem PRYWATNE – DOROSŁYM WSTĘP WZBRONIONY:  wyciągnięte na łóżku dziecko, zatopione w lekturze.”

Anne Fadiman, Ex Libris. Przekład: Hanna Pustuła

 

 

john-kennedy-jr-reading

Czytający John Kennedy Jr. – mal. Aaron Shikler (1922-2015)

 

193 przemyślenia nt. „Zimowe czytanie

  1. Droga Harenko -(wiad.pryw.) bardzo mi miło, że zdołałaś przemóc nieśmiałość i przemówić do mnie, w dodatku – tak ciepłymi słowami. Dziękuję za piękne podziękowania, a wierz mi, nie ma nic wspanialszego dla pracowitej pisarki, niż zapewnienie jej, że na coś ta cała ciężka praca się przydaje.
    Ładnie to napisałaś: „Pani książki przekonują, że indywidualizm nie musi stać na przeszkodzie do harmonijnego współżycia”- cieszę się, że to właśnie wyłuskałaś i podkreśliłaś.
    Niech żyje indywidualizm!- lecz nie ten aspołeczny, tylko ten, który, dzięki prawdziwej wolności ducha, każe nam się liczyć z uczuciami i potrzebami bliźnich.
    Dziękuję za długi komentarz i serdecznie Cię pozdrawiam, zachęcając zarazem do trwałego przełamania nieśmiałości (precz z nią!) – po prostu zostań tu z nami! Zapraszamy!

  2. Jesienna Ado, gratulacje! :)

    I jeszcze spóźnione gratulacje dla KokoszaNel.

    Co mi po feriach, jeśli muszę pisać jakiś idiotyczny konspekt? I to z EDB? Już bym wolała robić coś bardziej przydatnego. A do tego brat się mnie żartobliwie pyta, czy piszę na zapas pracę magisterską (do której mi jeszcze kilka lat zostało, oczywiście). Ehh, szkoła… Chociaż właściwie, to lubię wiedzieć. :)

  3. Anette, nie wiem, co to jest, ale wszelkie sagi rodzinne, zwłaszcza te, które obejmują duży okres czasu, działają wybitnie kojąco, krzepiąco i relaksująco.
    „Rodzinę Whiteoaków” słusznie więc poleciłaś.

    Jesienna Ado, gratulacje! I brawo dla syna! A córkę świetnie rozumiem, sama kochając słowniki.

  4. KokoszaNel też od razu pomyślałam o ” Mikołajku” i „Na plebanii w Haworth” też powinno się sprawdzić. U mnie czytanie dzieciom od najmłodszych lat, a właściwie ich miesięcy, przyniosło pyszne owoce. Syn dość długo chciał słuchać tylko wierszyków, dopiero w wieku 5 lat przełamał się po przeczytaniu (przeze mnie) Opowieści wigilijnej. Teraz czyta głównie książki historyczne. Tydzień temu obronił pracę inżynierską, jestem z niego dumna. Córcia zaś samodzielne czytanie zaczynała od słowników, wszelkich. Nie mam pojęcia skąd jej się to wzięło. Nawet podczas wizyt u znajomych i rodziny zawsze znalazła jakiś słownik (na szczęście).

  5. „Rodzinę Whiteoaków”, za pozwoleniem.

    Jolu P., w istocie „Kochane maleństwa” są nieosiągalne. Może na Allegro, lub w antykwariatach poszukaj?

    Karolino, dziękuję i pozdrawiam!

  6. KokoszaNel – polecam „Sagę rodu Whiteoaków”, wiele części i bardzo wciąga!

  7. Chętnie przeczytałabym „Kochane maleństwa”, ale są nie do zdobycia… Nawet w rzeszowskich bibliotekach nie ma tej książki. Chyba, że źle szukam.

  8. U nas właśnie piękny wschód Księżyca: cieniutka i długa, pomarańczowa niteczka.

  9. KokoszaNel, moja siostra czyta ostatnio „Przeminęło z wiatrem”, „Hrabiego Monte Christo” i mówi, że ma ochotę na „Wojnę i pokój” i „Annę Kareninę” – nie wiem czy to pod wpływem dzidziusia, ale tak to akurat u niej wygląda :)

  10. Jakie tu miłe rozmowy, jak zwykle zresztą. Zawsze „boję się” tu zaglądać, bo zawsze jakoś mam zaległości w czytaniu postów i komentarzy i nie daję rady nadrabiać ;) Ale przecież nie mogę tu nie zaglądać!
    Pozdrawiam bardzo serdecznie i życzę dużo słońca!

  11. Bo właśnie (myślę, że się zgodzisz Piegusko;) od głośnego czytania nawet zupełnym maluchom wszystko się zaczyna. A potem – to już samo leci.
    Wieść niesie (bo tego to już zupełnie nie pamiętam), że naukę mówienia pełnymi zdaniami zaczęłam od cytowania wierszy z „Co słonko widziało”, które znałam wówczas praktycznie na pamięć.
    Lubiłam też opowieści z historii rodzinnej, nawet powtarzane tysiące razy. Miałam taką babcię i ciocię, które tak chętnie opowiadały. („Ciociu, ale co było dalej? opowiedz jeszcze raz”).
    I w ogóle zauważyłam, że takie kilkuletnie maluchy chętnie wracają do książeczek znanych i lubianych. Co wieczór to samo, aż w końcu same „czytają” bezbłędnie, nie znając nawet literek lub poprawiają malutkie błędy czytającej osoby.

  12. Melduję, że właśnie zagłosowałam na nominowaną „Ciotkę Zgryzotkę” w plebiscycie serwisu „Lubimy czytać”. Dobrze, że są takie strony, wiele wspaniałych lektur odkryłam właśnie dzięki ludziom, którzy je tworzą.

  13. Dzięki serdecznie za czytelnicze polecanki, chętnie skorzystam :)
    Kiedy spodziewałam się Kogucika czytałam książki z „szufladkowego”spisu na tej stronie. Bardzo spodobał mi się „Zaklęty dwór” Łozińskiego. Połykałam też Twaina w dużych dawkach, może poniekąd dlatego Kogucik jest Markiem? :)

  14. I jeszcze „84 Charing Cross Road” Helene Hanff – książkę lub film polecałabym :)

  15. Może Herriot KokoszaNel? Zaś w niedzielne poranki z cyklu „Angielskie śniadanie”, na Kulturze leci serial „Wszystkie stworzenia duże i małe” sezon III . Dobry nastrój gwarantowany :). A do wspólnego czytania polecałabym niezawodnego „Mikołajka”.

  16. A wracając do zimowych lektur, taki miły cytat na dobranoc:

    „A jeśli kiedy zastuka do waszych bram nosicielka myśli i piękna — KSIĄŻKA — przyjmijcie ją i, przewracając pieszczone karty, wczujcie się w duszę czcionek i wierszy, poznajcie prawdziwą istotę księgi. Niech nie będzie dla was martwym tylko przedmiotem; kochając książkę, odnajdziecie w niej istność głęboką, którą radaby przed wami odsłonić. Obcując z książką blisko i serdecznie, poznacie, że ta, która dąży ku wam w piękno przybrana, pięknem żyje, pięknem oddycha i jako odrodzona władczyni pragnie, by świat cały zrozumiał, że jedyną niezmienną wartością, która życie w świetlane blaski przystraja, jest — PIĘKNO”.

    Michał Arct – „Piękno w książce” (1926).

  17. Witajcie! Ależ arcyciekawe tematy, ależ smakowite historie, ależ interesujące opinie! Głośne czytanie to cudowny przywilej dzieciństwa. Albo nie tylko. Jedno z moich najpiękniejszych wspomnień związanych z Mamą to czytanie nam w chorobie, chyba do końca podstawówki. A później w liceum miałam z Mamą taki układ – Ona czytała mi na głos, a ja prasowałam (Mama nie lubiła prasować). Wspaniały czas.
    Zgadzam się z opinią, że dzisiejsza szkoła bardziej obciąża, mniej przy tym ucząc. Co za paskudny paradoks. „Za moich czasów” nie było informatyki i angielskiego od I klasy, tak jak teraz, a i młodsze klasy nie pisały np sprawdzianów semestralnych. Więcej było też luzu, bez tych wszystkich testów sprawdzających. Jakoś tak bardziej beztrosko i ludzko. Chyba, że mi się już zatarły różne drastyczne wspomnienia, jak to się dzieje w pewnym wieku, he he.

    P.S. Wymarzone miejsce do czytania – weranda.
    P.S. 2 Ulubione zajęcie czytającej Mamy – wyszukiwanie książek do przeczytania dla dzieci. (Podróż sentymentalna do własnych lektur, rozpacz z powodu braku dostępu do książek, których się nie wznawia)
    Dobranoc, DUA i Księgowi!

  18. Asiu (wiad.pryw.)- znakomita decyzja! To będzie bardzo potrzebne, jestem pewna. Gratuluję i życzę wielkiego powodzenia!

    Sowo, ach, po maturze – to jest dopiero miła edukacja!

  19. A co do kłótni. Czasem awanturka dla oczyszczenia atmosfery konieczna. Bylebyśmy jak zaleca Papież Franciszek umieli przed nocą się przytulić.

  20. Czas pokaże. Na szczęście na edukację domową nigdy nie jest za późno. Szczególnie dobrze sprawdza się po maturze :)

  21. Oczekuję! Dziękuję!

    A co do Buffy, to pewnie ma Pani rację. Przedobrzyłam.
    To może „Jajko i ja”? Albo książki Shirley Jackson? „Papierowy dom”? „Kochane maleństwa”? Connie Willis? „Chwała mojego ojca” Pagnola? Bruce Marshall?
    Ojej, nie wiem, czego KokoszaNel nie czytała lub co miałaby sobie ochotę przypomnieć. :)

  22. Wiem, wiem. Ale czasem życie jest jeszcze bardziej zaskakujące niż fikcja. A nawet częściej niż „czasem”.

  23. Buffa krwawy a ponury. Nie na stan błogosławiony, spędzany na przymusowym leżeniu.

    Madziu, merci – wiesz za co – i oczekuj poczty!

  24. KokoszaNel, dziękuję i pozdrawiam!
    A polecam Ci np. powieści Buffy, jeśli jeszcze nie czytałaś. I może rozmaite wywiady – rzeki? Jeśli lubisz!

  25. Sowo (15.14), bardzo rozsądne stanowisko. Oczywiście masz rację, bowiem wszystko jest po coś. Trudności hartują, przeciwności wyrabiają charakter, nawet szturchaniec od kolegi ma jakąś funkcję edukacyjną, że już nie wspomnę o systemie opresyjnym, który jednych uczy solidarności, innych zaś – wręcz przeciwnie. Samo życie.

  26. Kasztanowłosa – dziękuję za ogromną i ciekawą wiadomość prywatną. Cieszę się bardzo z Twoich słów. To miło, że książki moje się przydają. Pamiętaj jednak, że to fikcja! W życiu oczywiście może być całkiem inaczej…
    Ale Ty to świetnie wiesz, prawda?
    Pozdrawiam całą Rodzinę czytelniczą!

  27. Wszystko, jak leci, byle spokojne, KokoszaNel.:) Najlepiej „Sagę rodu Forsyte’ów”.
    Trzymaj się!

  28. Magdo Z. – mądra i krzepiąca wypowiedź na temat szkoły – dziękuję.
    Trzeba wspierać dobrych nauczycieli – ja miałam szczęście, wybitna większość nauczycieli trafiła mi się dobrych. Kogucik też miał szczęście dostać się do klasy pani pedagog, bardzo ją szanuję.
    Muszę teraz leżeć, bo dzidziusia tego żąda – co czytać by nie zwariować? Kto podpowie?

  29. Dobry wieczor.Potwierdzam Zgredzie,program nauczania jest teraz o wiele bardziej przeladowany,niz w „naszych czasach”, a u nas tutaj dzieci we wszystkie soboty do szkoly chodza.

  30. Dzień dobry!
    Nie chcę rozkręcać dyskusji, zresztą nie mam od dawna kontaktu ze szkołą (pomimo wykształcenia, szkoda), trudno mi więc powiedzieć na pewno, „jak jest teraz”, ale słówko napiszę.
    Myślę, że wszyscy chcielibyśmy, żeby szkoła była nie tylko kopalnią wiedzy, kuźnią talentów, ale też miejscem, które rozwija kompetencje społeczne i wiele innych. Tymczasem bywa różnie. Szkoła czasem uśrednia (np. przez system oceniania), a nawet czasem pognębia jednostki (i to zarówno te najbardziej, jak i najmniej zdolne).
    Ale naszła mnie ostatnio taka refleksja, że tak jak my dorośli nie jesteśmy w stanie stworzyć idealnego, utopistycznego społeczeństwa, tak i szkoła nie może być miejscem idealnym. Zresztą dzieci muszą się przygotować do życia w świecie niedoskonałym. A przecież trzeba próbować stwarzać im jak najlepsze warunki rozwoju, próbować zawsze i wciąż od nowa. Wierzę, że są nauczyciele, którzy tak właśnie próbują. :)

  31. Materiał nauczania zmienił się, to prawda. Ale greckie polis wyparły pewnie inne zagadnienia, bo przecież godzin nauczania nie przybyło, a w soboty też już lekcji nie ma. Natomiast zmieniło się bardzo podejście do nauczania, w efekcie raczej na gorsze.

    W temat edukacji domowej jestem wdrożona, ale raczej się nie zdecyduję na nią, z powodu minusa, o którym Pani mówi. Wprawdzie towarzystwo szkolne nie gwarantuje, że się nie będzie indywidualistą, ale wspólnota pewnych przeżyć też jest ważna. System opresyjny też jednoczy :D. Grunt, żeby nie stracić ciekawości świata.

  32. Dzień dobry. Przychylam się do apelu Ulubionej- Miejmy serce dla kręgosłupa. Chwytliwe.
    Ateno, szezlong czyli łoże tortur nie sprawdził się. Miałam być czytającą romantyczną nimfą (jak na obrazie) ale kręgosłup odmówił współpracy. He, he.
    Za to wyszukana w internecie idealna lampa do czytania jest… Idealna.

  33. Dziękuję, Piętaszku!

    Zgredzie, tak, tylko łacina, a i to w nielicznych szkołach, i to jako wybór, nie obowiązek.

  34. Dzień dobry Ulubiona Autorko. Proszę i ode mnie przyjąć serdeczne gratulacje :).

    Bożenko, dziękuję za miłe słowo. Nie wiem czy wiesz, ale uwielbiam Twoje wpisy, a Twój Mąż z opowiadaniami bardzo podobny do mojego :)

  35. No tak, tylko że systemowi nauki łaciny z greką podlegała tylko elita – pewnie mniej niż jeden procent społeczeństwa. Wydaje mi się, że po wojnie została tylko łacina, ale nie jestem pewien.

    Wiele też zapomniałem z moich własnych czasów szkolnych (1973-85), ale wydaje mi się, że wymagano od nas o wiele mniej wiadomości z np. historii, geografii, biologii. Na przykład teraz są w programie różne struktury władz w różnych starożytnych greckich polis.

    Nauczanie poza szkołą to moje marzenie dla moich dzieci, ale niestety raczej nie do spełnienia.
    Lecę na zakupy, Szarotka pogania!

  36. Ciężka dola ucznia-dyslektyka! Chyba, że miał mądre nauczycielki.

    Syn ocierał się o dysgrafię, pisał jak „kura pazurem”. Zbierał najwyższe oceny, słoneczka itp. za tzw. treść (też czytał od lat czterech, to procentowało), a najniższe (rozmaite chmurki z piorunami) za „formę”. Mieliśmy w domu poglądy na sprawę podobne do zdania Tosi i Mamerta (precz z paltem i jelitem!), więc jakoś to przetrwaliśmy. A nauczycielka, choć początkowo nie mogła zrozumieć przepastnej różnicy między wyglądem zeszytów rodzeństwa, w końcu się poddała :)

  37. Potwierdzam z przekonaniem, Bożenko! Sztuka opowiadania – bezcenna umiejętność. Mamy też podobne doświadczenia z czytelnictwem najmłodszych. U nas na czworo dzieci tylko jedno nie czytało samo w wieku lat 4. W szkole się okazało, że jest dyslektykiem.

    Dzieci wiele, wiele potrafią!- więcej niż się spodziewamy! Trzeba im tylko dać porządny zapęd!

  38. Wspaniałe historie tu czytam – o czytaniu. Piętaszku, i mnie zachwycił pomysł z zabytkową walizką pomalowaną w chmurki. W sam raz na czytelnicze skarby.

    A do skarbnicy pomysłów „zachęcania, kuszenia, uwodzenia książkami”, jak to właśnie nader kusząco ujmuje DUA, dołożę praktyczny, pewnie w powszechnym stosowaniu pomysł uprzedniego OPOWIADANIA maluchom ksiąg – i księgi świata: baśni, mitów, biografii, historii Polski i powszechnej… Potem rączki same wyciągają im się do książek, w których te cuda są opisane. Kiedy jednego roku mieliśmy na wakacjach w Ustce kawałek drogi do plaży, na trasie w jedną i drugą stronę Mąż opowiadał zachwyconym dzieciom kolejne mity. Po powrocie z wakacji 5-letnia córka (czytająca biegle już w wieku lat 4) sama zaczęła czytać mitologię, dwuletni syn domagał się wspólnego oglądania ilustracji bogów i herosów, i nieskończonego czytania i powtarzania opowieści. Podobnie z historią, królami, władcami; to dla dzieci też jest jak baśnie. Jedną z książek wczesnego dzieciństwa syna była „Historia Polski dla Piotrka”; fascynowała go, w efekcie jako starszak w przedszkolu na wszystkich zajęciach plastycznych namiętnie rysował – i podpisywał! – scenki historyczne i portrety władców; bawiliśmy się w przekroje typu „królowie i książęta o imieniu Jan”, „Piastowie” a nawet, ku lekkiemu szokowi pań przedszkolanek, „królowie elekcyjni”… W tym wieku dzieci chłoną wiedzę, poprzez zabawę, jak przysłowiowe gąbki.

    Ale też ta dziecięca radość i ciekawość lektury bywa przez dorosłych gaszona. Np. panie nauczycielki na początku nie pozwalały dzieciom na samodzielne ciche czytanie w czasie przymusowego wówczas leżakowania – bo takich brewerii tam dotąd nie znano… Musiałam wyruszyć z odsieczą. Dziś chyba już takich ograniczeń nie ma.

  39. Prześliczną, wzruszającą dedykację „Z pamięcią o Marysi Wiaderek – wyobrażając sobie, jak się śmieje” ma „Wnuczka do orzechów”…

  40. Dołączam się do serdecznych gratulacji! Jeżycjadę wszyscy „Lubimy czytać” :)

    A zaraz w marcu, o czym właśnie informuje Akapit – III Ogólnopolskie Czytanie Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz.

  41. Sowo, w pełni się zgadzam z Twoim poglądem na szkolnictwo, zawartym w wiadomości prywatnej. Chciałabym też dodać, że jedno z naszych wnucząt, będące obecnie w 7 klasie, jest kształcone od początku w oficjalnym systemie edukacji domowej (poszukaj w sieci). Sprawdza się to znakomicie – mama uczy z zapałem, dziecko szczęśliwe, a cały czas codziennych lekcji zamyka się w dwóch – trzech godzinach nauki intensywnej, lecz miłej i urozmaiconej. Od czasu do czasu jedzie się na egzaminy państwowe, które sprawdzają, jak się mamie udaje. Okazuje się, że udaje się na szóstkę!
    Jest tylko jeden minus takiego systemu: nie ma się szkolnych przygód, kolegów, koleżanek, być może wyrasta się na niespołecznego indywidualistę? – coś za coś, niestety.
    Muzeum Etnograficzne, hę? Drugie nasze wnuczę spędziło ferie zimowe na warsztatach z robotyki, urządzanych dla dzieci na Uniwersytecie. Nie można go było stamtąd wyciągnąć. Pełna fascynacja!

  42. Zakres materiału może większy, ale przelatywany galopem. Lektury czytane są we fragmentach, na pamięć też już ich nie uczą. Nie porównam, bo nie mam jak, ale zajęcia wyrównawcze z matematyki na politechnice też o czymś świadczą. Żyję w przekonaniu, że kiedyś było jednak solidniej…

  43. Sowo, pomyśl tylko, o ileż więcej historii musi dziś Dziatwa przyswoić…
    Porównując wczoraj i dziś stwierdzam: liceum w latach 60-tych miało tak dobrze zorganizowany system nauczania, że pozostawiało uczniom naprawdę sporo czasu na czytanie, kino, sport etc. Uwzględnijmy jednak fakt, że telewizor nie w każdym był jeszcze domu, a o komputerach dopiero słyszało się nieśmiałe plotki. Może to dlatego uczniowie mieli więcej czasu po szkole.

    Zgredzie, zgadzam się z Tobą absolutnie. Kłótnia to szatański wynalazek.

  44. Więcej serca dla kręgosłupa!- apeluję.
    Dla obu zresztą – anatomicznego i metaforycznego.

    Dzień dobry przy cudownej pogodzie!
    Wschód słońca dziś widziałam – łososiowy!

  45. Ja też bardzo lubiłam matematykę.
    Zgredzie, ale czy dawna szkoła miała mniejszy zakres wiadomości? A łacina, greka? Mam niejasne przekonanie, że była jednak bardziej wymagająca niż teraz…

  46. Dzięki, Ateno:) Pomysł z walizką był mój, ale Pinterest podpowiada tyle ciekawych rozwiązań, że głowa boli.

    Ach te nowe kanapy. Czytanie na nich to prawdziwa mordęga dla kręgosłupa. Na leżąco nie mogę. Z miejsca zasypiam, bo od jakichś dwudziestu lat doskwiera mi chroniczny niedobór snu.

  47. Kiedy ludzie się kłócą, zło zwycięża – warto o tym stale pamiętać!

    Swoją drogą kto wie, czy dawna szkoła z mniejszą liczbą wiadomości do opanowania bardziej nie sprzyjała rozwojowi uzdolnień i zainteresowań uczniów? Ale nie kłóćmy się.

  48. He, he ja do mat- fiz chodziłam i jakoś tę matematykę lubię.
    Dziatwa mądra, najpierw się nauczy, a potem poczyta.
    Piętaszku zachwycił mnie oryginalny pomysł z walizka.
    K8, czy to oznacza ze łoże tortur się nie sprawdziło jako świetne miejsce do czytania.
    Właśnie kupiłam kanapę, która miała być wygodna do czytania i nie mogę sobie na niej miejsca znaleźć, może jakiś fotel zakupie.
    Dobranoc.

  49. Och! Kochana Dziatwo, tylko nie bierzcie z nas przykładu… Dzisiaj to chyba już nie przejdzie, tyle sprawdzianów, kartkówek, punktacji…

    Dobranoc, Bogini!
    Oby nam się nie przyśniła szkoła i matura z matematyki.

  50. Ja tez czesto mysle o Marysi. Czytam sobie emaile od niej i wtedy mi lepiej i gorzej jednoczesnie.
    Lubilam zarywac noce czytajac, a moi rodzice byli przeciwko temu (zarywaniu nocy, nie czytaniu). Mialam zelazne argumenty, zawsze wstawalam na czas, nie spoznialam sie do szkoly i nie zasypialam na lekcjach, ale to czasem nie wystarczalo.:) Wkladalam ksiazki w podreczniki i udawalam, ze sie pilnie ucze. Rodzice czasem mowili znajomym, ze moj brat jest bardzo zdolny, a ja pracowita hi hi.

  51. Sokolnictwo i pszczelarstwo zostawiłam sobie na następny raz. Chciałabym, żeby wydali jeszcze reprint „Naszego lasu” Dyakowskiego. Podobno bardzo dobra rzecz (z cytatami z Mickiewicza). Jest współczesne wydanie, ale to nie to samo.

    Gratuluję wyróżnienia:)

  52. No, Dyakowskiego kupiłam, Sowo, i jeszcze parę innych książeczek. Bardzo, bardzo, naprawdę, hej. Oho-ho! Jakie cudeńka.
    Książkę o sokolnictwie kupiłam, a co. Pewne rzeczy po prostu trzeba wiedzieć.

  53. Nutrio (wiad.pryw.)- tak, Marysia nie żyje. Była wspaniałą bibliotekarką i nauczycielką z Bolkowa.
    Wiadomości mailowej od Ciebie jeszcze nie dostałam – Adminka przesyła mi je partiami.

    Madziu, dziękuję!

  54. O, a cóż to takiego, ten ,,Bibliotecznik”? Koniecznie muszę to zbadać – gdy znajdę trochę czasu.
    Ja czytania pod ławką też próbowałam, i to niekoniecznie inspirowana Panią Małgosią, ale, niestety, operacja okazała się skazana na klęskę (odwieczne przekleństwo pierwszej ławki).

  55. I jeszcze – choć od tego powinnam była zacząć, skoro już się wpisuję – serdeczne gratulacje z powodu nominacji! Też się bardzo cieszę. :))

  56. Też oczywiście nie polecam, a nawet uważam, że w tym przypadku wpływ Pani był nadmierny a inspiracja niekoniecznie słuszna. Zresztą nieczęsto to powtarzałam, w liceum tylko sporadycznie. No, ale w szkole podstawowej lubiłam jednak mieć piąteczki i czerwony pasek na świadectwie. ;)

  57. A znów (jeśli wracać myślą i wspomnieniem do sytuacji czytelniczych ze szkolnej ławki) na początku którejś lekcji języka polskiego pod koniec podstawówki, podczas gdy jeden z kolegów był odpytywany (a jego odpowiedź polegała na pełnym przejęcia stanowczym milczeniu), nie mogąc znieść tej męki (ach, jakże chętnie odpowiadałabym za niego) sięgnęłam po ratunek lekturowy. Czytałam całkiem jawnie, na ławce, jeden z pierwszych numerów świetnego wtedy „Victora Ósmoklasisty” (to akurat miałam na podorędziu), którego zresztą znałam już od deski do deski, poza jednym jedynym opowiadaniem nastolatka. Tak się wczytałam, że ocknęłam się dopiero, gdy koleżanka zza sąsiedniego stolika poprosiła o pożyczenie korektora. Zauważyłam, że wszyscy coś posłusznie piszą. I co zrobiłam? Ano z rozpędu zgłosiłam nauczycielce, że przecież nie skończyliśmy jeszcze notatki zaległej z poprzedniej lekcji. A co się okazało? Że nie tylko „skończyliśmy”, ale i „byliśmy” w połowie następnej. Och, jaki nieziemski ubaw miała cała klasa! A polonistka powiedziała, że zdarzenie to zapisze się w legendzie szkoły. Przypuszczam jednak, że wątpię. :)

  58. To jest wyższa szkoła jazdy, Madziu, i nikomu jej, broń Boże, nie polecam (bywa, że spotykają czytającego niezasłużone przykrości)!

  59. Przyznam się szczerze, że przeczytawszy (w niezbyt zaawansowanym wieku szkolnym) autobiografię „Tym razem serio” spróbowałam tej Pani metody (czytania pod ławką) na lekcji. Zostałam jednakże szybko upomniana, spacyfikowana i przywrócona do pionu.

  60. K8, jaki miły pomysł. Ech, ktoś powinien kontynuować prowadzenie sierotkowego bloga.

    Za gratulacje bardzo dziękuję! Ale to chyba jeszcze nie jest nagroda, tylko nominacja do niej, jak się teraz zorientowałam. I tak bardzo miło.

    Kasztanowłosa, aaa, pod ławką – a jakże! Czytałam, całe 4 lata! Co mówię, więcej – bo przecie i na studiach, na wykładach obowiązkowych z przysposobienia wojskowego i z propedeutyki filozofii (czyli marksizmu-leninizmu).
    Pożytecznie spędziłam ten czas.

  61. Jak to, nie czytała Pani pod stołem? Może nie do końca w tym sensie, ale w szkole pod ławką się liczy. :) Co prawda, nie była Pani w całości pod stołem, ale te 50% plus książka to już coś. Lepszy rydz niż nic.

    Lecę robić powidła z czekoladą. Pyszności.

    Gratulacje! „Cioteczka…” zasłużyła. Chyba sobie przypomnę trzeci raz.

  62. Znalazłam wczoraj coś, co by się Sierotce Marysi spodobało: reprint pierwszego wydania „Krasnoludków” z 1896 roku z wydawnictwa Michała Arcta (ponoć bibliofilom znane są aktualnie tylko dwa egzemplarze tego wydania). W 2016 roku ukazało się ponownie dzięki wydawnictwu Graf_ika. A czego oni jeszcze tam nie mają, w tym wydawnictwie! Na przykład, kilka zbiorów poezji dla dzieci M.Konopnickiej z ilustracjami Benneta, „Złotą rószczkę” Hoffmanna (nie polecam wrażliwcom), zbiór legend „Dawno temu w Polsce” Alicji Tymińskiej, „Królową Niebios” Gawalewicza z ilustracjami Stachiewicza, kolędy w opracowniu Feliksa Nowowiejskiego, a także prześlicznej urody „Z naszej przyrody” i „Atlas motyli” Bohdana Dyakowskiego. Są też kulinaria, książki historyczne, architektoniczne… Właśnie nabyłam to i owo, więcej niż rozsądek by nakazywał, więc rodzina zapewne podziękuje mi za kolejnych kilka niskobudżetowych obadków („znowu ten pyszny makaronik?”).

  63. Marysia zaraziła mnie potrzebą zwiedzania bibliotek. Zawsze na wakacjach robię kilka zdjęć dla Niej. Na ostatnim wypadzie były to dwie piękne praskie biblioteki Clementinum i Strahovska Knihovna.

  64. O, hura, jaka miła wiadomość, dziękuję, Agnieszko z „Lubimy czytać”!
    Nie wiedziałam o plebiscycie, tym mi przyjemniej, bo to nagła niespodzianka!
    Powinnam też podziękować czytelnikom, bo to ich głosy zdecydowały, prawda? A więc z całego serca dziękuję, wszystkich ściskam i serdecznie pozdrawiam, obiecując zarazem, że – tak uskrzydlona – dołożę wszelkich starań, by „Chucherko” też się spodobało!
    A na koniec gratuluję serdecznie wszystkim, którzy prowadzą pożyteczną stronę lubimyczytać – brawo, to bardzo potrzebna i naprawdę DOBRA robota!

  65. Tak, pamiętam, lubiłyście się, odwiedzałaś ją, Karikari – miałam nawet zdjęcia pamiątkowe z tej wizyty, od Marysi.:)

  66. Wczoraj, szukając domowych powideł do naleśników, znalazłam słoiczek konfitur z płatków róży, który dostałam od Sierotki Marysi. Jakoś nie mogę go otworzyć i po prostu zjeść konfiturę, o robieniu której Marysia w KG pisała. Ostatnio często myślę o Marysi.

  67. Oczywiście Pani Małgosiu.
    Czerwone światełko było…. ale się pojechało.
    Za to wyszły pyszne Małdrzyki Kreseczki, częstujcie się! Serek był puszysty dlatego są paluszki lizać.
    Akuratne po śnieżnym spacerku!
    :)

  68. Dziękuję K8. Półeczka mobilna – dobra dla tych, którzy lubią częste zmiany :)

  69. Szanowna Pani Małgorzato,
    proszę przyjąć najserdeczniejsze gratulacje od całej społeczności czytelników lubimyczytać.pl. Pani książka „Ciotka Zgryzotka” została nominowana w plebiscycie Książka Roku 2018 lubimyczytać.pl w kategorii Literatura młodzieżowa. Pani wirtualny dyplom przekazaliśmy wydawnictwu.

    Pozdrawiam serdecznie i trzymam mocno kciuki!

  70. Sowo P., miło mi to słyszeć.
    Wyjątkowy to był człowiek, nasza Marysia Wiaderek. A ilu wdzięcznych wychowanków zostawiła!

  71. Tak, tak pławię się w tej stronie-wizytówce Pani nie od dziś, z ukontentowaniem.
    Gdyby nie ona, o ileż uboższy byłby nasz rodzimy klimat.
    A jeśli chodzi o czytanie, czytam wszędzie gdzie się da, ostatnio z moją wnuczką czytałyśmy sobie pod stołem,
    żeby było fajniej i było.

  72. Bardzo chętnie się nią podzielę, Casciolino!
    Wspaniały tekst, prosty i mądry.
    Dziękuję!- wzrastajmy!

  73. To może być wiadomość prywatna :)
    Właśnie przeczytałam ostatnie słowa, jakie zapisała bardzo mądra osoba, Elisabeth Kubler-Ross. I pomyślałam, że chciałabym podziękować…za Jeżycjadę i za tę stronę, bo są dla mnie miejscem wzrostu.

    The Hardest Lesson
    –by Elisabeth Kubler-Ross (Apr 14, 2003)

    The sole purpose of life is to grow. The ultimate lesson is learning how to love and be loved unconditionally. There are millions of people on Earth who are starving. There are millions who are homeless. There are millions who have AIDS. There are millions who who have been abused. There are millions of people who struggle with disabilities. Everyday someone new cries out for understanding and compassion. Listen to the sound. Hear the call as if it was beautiful music. I can assure you that the greatest rewards in your whole life will come from opening your heart to those in need. The greatest blessings always come from helping.

    I truly believe that my truth is a universal one — above all religions, economics, race and color — shared by the common experience of life. All people come from the same source and return to the same source. We must all learn to love and be loved unconditionally. All the hardships that come to you in life, all the tribulations and nightmares, all the things you see as punishments from God, are in reality like gifts. They are an opportunity to grow, which is the sole purpose of life. […]

    It is very important that you do only what you love to do. You may be poor, you may go hungry, you may live in a shabby place, but you will totally live. And at the end of your days, you will bless your life because you have done what you came here to do.

    The hardest lesson to learn is unconditional love. Dying is nothing to fear. It can be the most wonderful experience of your life. It all depends on how you have lived.

  74. Dzień dobry! Jaki wspaniały pomysł walizki z książkami- praktyczny i romantyczny.

    Moje marzenia o miejscu do czytania zakończyły się szezlongiem, który nazywamy w rodzinie łożem tortur.

  75. Jadwisiu (wiad.pryw.)- tak właśnie jest, doskonale to zrozumiałaś. Zachowuję dla siebie te (nieliczne) Wasze komentarze, które zahaczają o tematy światopoglądowe, a zwłaszcza polityczne. W aktualnym stanie rzeczy dyskusja w tym obszarze zazwyczaj przeradza się w kłótnię, a znajdujemy się przecież nie na forum dyskusyjnym, tylko na mojej oficjalnej stronie autorskiej.
    A jej zadaniem jest: być moją wizytówką. Innej nie posiadam!:)
    Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za interesujące szczegóły biograficzne. Miło się dowiedzieć o Tobie tego i owego!
    Gratuluję.

  76. Dzień dobry!
    No, to się cieszę, Piętaszku, że Bibliotecznik się ostał i służy, przypominając zarazem o naszej Marysi nieocenionej.
    Mamo Isi, Asiu, Wasze głosy odnotowuję z uwagą i zachowuję dla siebie.

  77. Nie żałuj, Piętaszku, tylko zobacz! Właśnie sprawdziłam – „Bibliotecznik polski” jest nadal w sieci, chociaż Marysi już z nami nie ma.
    Przedostatni wpis na owym blogu: biblioteczka Kornela Makuszyńskiego.
    Dobranoc, Madziu!

  78. Oj, nie widziałam „Bibliotecznika”. Chyba mnie jeszcze wtedy tutaj nie było. Żałuję bardzo.
    Milutkiego czytania życzę i dobrej nocy. U nas biało i puszyście :)

  79. Pamiętam Bibliotecznik bardzo dobrze! Jak i to, że mogły się tam ukazać także zdjęcia fragmentów Pani biblioteki. Lata lecą, a ja wciąż mam nadzieję, że pojawią się kiedyś tu, na stronie autorskiej. :) Dobrej nocy i miłej lektury, Pani Małgosiu.

  80. Ach, i widzę, że nie skwitowałam przeszłego już komentarza Cascioliny. „Gwiazdozbiór muzyczny” Kisielewskiego mam od lat i bardzo lubię, bardzo też wszystkim polecam – świetny w czytaniu, mnóstwo ciekawych wiadomości.

    Dobranoc! Idę czytać przedostatnią Patrycję („The Gazebo”). Znów arcyciekawa!

  81. Piętaszku, a czy Ty jeszcze pamiętasz „Bibliotecznik”, dzieło naszej niezapomnianej Sierotki Marysi oraz Historynki?

  82. Ja również obsesyjnie oglądam ostatnio w internecie różne ciekawe i przytulne kąciki czytelnicze, albo piękne zabytkowe biblioteki. Sama zaś miejsce na książki wygospodarowałam w zabytkowej walizce, odnowiwszy ją uprzednio. Wnętrze walizki pomalowałam na niebiesko w chmurki. Myślę, że książkom jest tam dobrze :) Jest to zbiór książek i książeczek które towarzyszyły moim dzieciom we wczesnym dzieciństwie. Ich prawdziwi i niezawodni przyjaciele. Teraz budzą miłe wspomnienia.

    P.S. Ja też tytłam.

  83. Nini, widziałam gdzieś w sieci prosty a wygodny fotel, który tylko oparcie i siedzenie miał wyściełane, reszta była z półeczek na książki. Piękny był i praktyczny.

  84. Mamo Isi, nieporozumienie! To ja tytłałam. Buraczkami etc.
    Zawsze drżę, co zastaniesz na pożyczanych Ci książkach. Ostatnio kapnęłam na Patrycję dynią (z zapiekanki Kopciuszka).

  85. To nawet nie to, że najlepiej się czyta podczas jedzenia, czy kąpieli, ale po prostu tylko wtedy jest czas.

  86. Naprawdę nie utytłałam książki buraczkami! Raz zdarzyło mi się ją utopić w wannie (ale bohaterka była naprawdę nieznośna) i raz Isiątka nieumyślnie utytłały ją flamastrami. Oba egzemplarze ( i ten utopiony i utytłany) stoją na honorowym miejscu w bibliotece i kiedyś potomni będą się zastanawiać: po pierwsze, skąd książki opatrzone ekslibrisem Starosty znalazły się u nas, a po drugie, dlaczego Starosta je tak okropnie potraktował.;)
    A z Patrycją jestem wciąż w krzakach. Zaczęłam „: „The Fire Within”. I został „Headlong”.

  87. Rozmarynie, o tak, życie zdecydowanie jest ważniejsze – ale ja tak często o tym zapominam…

  88. A ja bym chciała mieć po prostu szerszy parapet. Bo poza tym wszystko jest – niezły widok za oknem za dnia, zachody pod wieczór, zimą cieplutki kaloryferek – idealny, by oprzeć stopy – cóż z tego, skoro nie ma nawet gdzie oprzeć poduszki. Za to fotel mam całkiem, całkiem. Takie ,,gniazdko” – choć trochę wyleżany (odziedziczyłam go po mamie).

  89. Rosołek! :o)

    Fotel! A regał wiszący nad nim.

    Albo parapet i fotel wtedy niepotrzebny..

  90. Lub przy cieście i herbatce. Bądź ciasteczkach i wtedy okruszki wlatują pomiędzy kartki na dobre. Im bardziej próbuje się je stamtąd wyjąć, tym głębiej się wpychają.

  91. Ach, Motylku – te okrutne wybory! Albo fotel, albo jeszcze jeden regał… znam to, znam.
    Co tam, i tak najlepiej się czyta w łóżku. Albo przy stole, podczas jedzenia.
    Potem tylko pożycza się książkę n.p. Mamie Isi, a tam – plamka z buraczków…

  92. I jeszcze do poprzedniego wpisu:
    Zdjęcia KrzysztOfa zachwycające! Polska jest taka piękna!

  93. Dobry wieczór!
    Tak wiele książek, tak mało czasu ;)
    Skąd ja to znam. Czasem też bywają problemy z miejscem, zwłaszcza po Plenerze Czytelniczym, ale, jak mówi moja mama, książek nigdy za wiele:) Zawsze gdzieś się je wciśnie.
    Też chyba zacznę prowadzić swój spis lektur skoro mówicie, że to wspaniała pamiątka.
    P.S Ja także chciałbym się dołączyć do klubu tych, którzy marzą o miejscu do czytania. Sama chciałbym mieć parapetowy kącik czytelniczy, ale także wystarczyłby mi wygodny fotel w moim pokoju, lecz niestety nic takiego się tam już nie zmieści.

  94. Przebóg, a ja nigdy nie prowadziłam i nadal nie prowadzę dzienniczka lektur. Jakie to dziwne.
    Nutrio (wiad. pryw.) – nie wiem co, ale jeszcze nie doszło.

  95. Dzień dobry! Czytelniczy wpis i komentarze są balsamem na duszę. Szczególnie dla uziemionych zagrypionych. Też miałam dzienniczek lektur! Też żałuję że przepadł w czuleściach historii (nadal próbuję odtworzyć tytuły :)). Też próbowałam przeczytać wszystko z nagrodami! Też pracowicie wypisywałam „do przeczytania” z Frywolitek i Jeżycjady! Pozdrawiam DUA i skrzydlatych Księgowych.

  96. A propos spisu lektur: prowadzę taki od 17. roku życia, a mam już ponad 60. Lubię czasem go przeglądać, a niektóre tytuły kojarzą mi się z ważnym wydarzeniami mego życia. Pamiętam na przykład, co czytałam w czasie pierwszych „poślubnych wakacji”, a co leżąc w szpitalu po urodzeniu mego pierworodnego. Tytuły książek jak kamienie milowe.
    Czytam od dzieciństwa pasjami, choć wolałabym więcej, ale życie jest ważniejsze i ma swoje prawa. Książka mnie zawsze pociesza, daje się oderwać od trudnej rzeczywistości, pozwala uciec w lepszy świat, a przede wszystkim jest jak spotkanie z kimś ważnym.
    Czytanie ćwiczy szare komórki!

  97. Psianko, i ja, i ja!- czytam wszystko, co dany zachwycający napisał, chronologicznie, i – jeśli to możliwe – kończę biografią. W ten właśnie sposób poznaję Człowieka i zaprzyjaźniam się z nim uczciwie, totalnie.

  98. Skoro się już tutaj tak wspominkowo zrobiło, to ja dodam jeszcze, że pamiętam, jak w trzeciej klasie dostałam powieść ,,Amelka” Katarzyny Majgier. Tak mi się spodobała, że połknęłam ją w dwa dni (to była moja pierwsza książka przeczytana tak szybko – a później to już weszło w nawyk;)). To bardzo ładna i ciekawa powieść, o dziewczynce z dużą wyobraźnią, wielkimi marzeniami i zamiłowaniem do książek oraz teatru. I trochę też o prawdziwej przyjaźni. Także, jeśli ktoś ma w domu trzecio-/czwartoklasistkę, czytającą lub nie, to chyba warto w nią zainwestować.

  99. Bardzo ciekawe są zwyczaje czytelnicze Księgowych i DUA. Ja w swoim czasie próbowałam naśladować Dziadka Żaczka – czytałam wszystko w kolejności alfabetycznej, ale zapału starczyło mi tylko do „B” :)
    A generalnie lubię poznawać całą twórczość autora, który zachwyci mnie chociaż jednym dziełem. A kończę tę znajomość biografią.
    Eviku, moje dziecko, które nie mogło jakoś zabrać się za „Zwiadowców” połknęło wybrany przez siebie „Baśniobór” Brandona Mulla. Sprawdziłam z ciekawości i byłam mile zaskoczona – dużo treści wychowawczych we wciągającym opakowaniu.

  100. Pani Małgorzato, tak, znalazłam w internecie, sprawdziłam, to ten przekład opracowania Doris Barth. Aż przeszła mi przez głowę myśl, żeby kupić! (Zapominając na chwilę, że kupuję zbyt dużo książek…).

  101. Zgredzie, dzięki za korektę, chodziło mi oczywiście o „Wielką bramę” Makuszyńskiego (ze statkiem na okładce).
    „Zwiadowców” nie czytałam, ale widzę, że się powszechnie podobają.

  102. Do szóstej klasy chodzi.
    Harrego Pottera czytałam mu kiedyś przed snem.
    A ciocia (ja) i mama (moja siostra) z nosem w książkach.

    PS. Edytor podpowiada, że z nożem ;)

  103. Nutrio, bardzo dziękuję za dobre słowo. Od razu mi lepiej :) I zręczniej.
    To, ja jednak miałam inną wersję niż Anette.
    „365 dobranocek” tłumaczenie z francuskiego (tyt. oryg. „365 Histoires”), ładne ilustracje, właśnie znów oglądam (zainspirowana przez Anette). Też są tu króciutkie parafrazy znanych tekstów np. „Lis i kruk” (z La Fontaine’a) albo „Złotowłosa”. Ale najbardziej lubiłam te historyjki oryginalne, wymyślane przez autorów książki, o innych dzieciach, moich rówieśnikach.
    A książka ukazała się w wydawnictwie muza w 1993 roku.

  104. Eviku, ,,Zwiadowcami” zachwycali się wszyscy chłopcy z mojej klasy (ogrom pięciu osób) w zeszłym roku, to jest w szóstej klasie. Byli nimi szczerze zafascynowani, zapisywali się do kolejki u chłopaka, który kupował kolejne części, żeby móc od niego pożyczyć. Przeczytali chyba całą serię i to z ogromnym przejęciem, a przecież oni wszyscy wcześniej od książek stronili. Nawet lektur nie czytali (no, przynajmniej nie wszystkich) i w ogóle uważali, że książki to jedna wielka nuda. Nie wiem, czy dzięki temu później przeczytali z przyjemnością choć jedną inną książkę, ale to chyba pokazało im, że są takie, które potrafią być ciekawsze niż film. Ile lat ma syn?
    Madziu, ależ pisz, nawet jeszcze częściej, ja bardzo lubię czytać twoje przemyślenia!
    PS Przypomniało mi się, że jeden z tych chłopców wcześniej bardzo lubił jeszcze ,,Harry’ego Potter’a”

  105. Mam nadzieję, że ta niechęć minie :)
    Flanagana przegląda i odkłada, jakby zawartość miała ugryźć ;)
    A zdolny młodzieniec, chociaż w tym roku trochę opuścił się w nauce. 4,3 na semestr. Ale szóstkę z niemieckiego ma. I swoją wiedzą historyczną parę razy zawstydził ;)

  106. Pani Małgorzato, była, była piękna! W opracowaniu Doris Barth. Pamiętam, że zawierała krótkie opracowania znanych, pięknych baśni (na pewno byli bracia Grimm, Kopciuszek, Jaś i Małgosia), opowieści, legend. Pamiętam, że tam pierwszy raz czytałam o Dylu Sowizdrzale. Do tego piękne ilustracje. I na każdy wieczór inna opowieść!

  107. Ano wiem, że nie zdążę. I z góry żałuję.
    Anette, te bajki też miałam. Choć nie jestem pewna, czy to samo wydanie. Mogły być, zdaje się, różne.
    Eviku, szkoła to co innego. To jest też obowiązek. Czytać będzie się najwięcej wtedy, gdy się to po prostu lubi. Pod przymusem – trudno polubić. To musi być po trosze suwerenna decyzja.
    Moim zdaniem, trzeba dać czas.
    Pamiętam też taki sposób nauczycielski mojej cioci (dla mniejszych dzieci). W pierwszej klasie na feriach zimowych prowadziłam z nią pod przymusem dzień w dzień zeszyt lektur (zawsze ołówkiem, bo strasznie brzydko pisałam, bazgroliłam wręcz). Na górze kartki trzeba było napisać tytuł książki i nazwisko autora, potem była ilustracja do tej historii i króciutki opis treści (dwa, trzy zdania). Nie lubiłam tego robić, ale uległam, bo lubiłam ciocię (miała podejście). Ganiła mnie oczywiście za niestaranne pismo, chwaliła za pamięć do szczegółów i celność streszczeń, i chęć do czytania. Pochwały są ważne. Moim zdaniem mogą być skuteczniejsze niż kary. A takie zeszyty lektur, z tego co pamiętam, musiały prowadzić wszystkie dzieci w klasie cioci. Choć może nie dzień po dniu.

  108. Nie zdążysz, Madziu. Nikt nie zdąży.
    I to jest denerwujące.

    Anette, a to ci piękna księga, ta od Mikołaja, wyobrażam sobie (nie znam!).

  109. Ale. Gdyby jednak się zdarzyło, że kiedyś napiszę coś innego, to powiem Pani tak jak Zgred, Pani Małgosiu: „Młodosta podał mi skrzydła”.
    Bowiem kto mnie tak szczególnie zachęcał do czytania, pisząc Jeżycjadę i podsuwał pomysły lekturowe, pisząc „Frywolitki”, wtedy gdy w domu trochę książek mi wzbraniano, a bibliotekarce szkolnej skończyły się propozycje? Jak więc przyjdzie co do czego, to wszystko przez Panią, Pani Małgosiu. (Jeśli można tak pół żartem, pół serio).

  110. Ano piszę. Czasem e-maile, a czasem liczne komentarze na stronie autorskiej MM. :)
    I w sumie tyle.
    Asiu, czytałam. Ale wypadałoby sobie przypomnieć, niewiele mi zostało w głowie.
    O rety, kiedy ja to wszystko zdążę przeczytać?! I to powtórnie. ;)

  111. U mnie też Rodzice raczej nie czytali książek, Mama czytała mnie i rodzeństwu bajki w dzieciństwie, a potem czytelnicza mania wybuchnęła u mnie samoistnie. Pamiętam jeden z piękniejszych prezentów od Św. Mikołaja – gruba, kolorowa książka „Bajki i opowiastki na 365 wieczorów”, później ukochana seria o Ani Shirley, najróżniejsze powieści wypożyczane w szkolnej i publicznej bibliotece. Za tym poszły studia polonistyczne (wspaniały czas!) i chociaż nie pracuję w zawodzie wyuczonym, literatura to mój chleb powszedni i powietrze, którym oddycham.

  112. Ja lubię „Tego obcego”, jedna z ulubionych lektur.
    Siostrzeńca do czytania nikt nie zmusza, kilka książek przeczytał sam z siebie, 4 części „Opowieści z Narni”, ale potem się znudził.

    „Zwiadowcy” na razie leżą nietknięci.

    Zmuszanie zmuszaniem, ale dbać, żeby miał dobre oceny chyba trzeba. Bo zdolny, ostatnio świadectwo z paskiem miał.

  113. Ja też wierzę w dobre intencje.

    A Madzia, moim zdaniem, albo będzie pisać, albo już pisze.

  114. O! A ja wierzę w dobre intencje. Czasem to wszystko co mamy!
    Zawsze szalenie mnie interesuje opinia innych osób o przeczytanych książkach. Istne źródło wiedzy o człowieku .
    A gdybym przeczytała tyle książek co Madzia, może napisałabym coś sama?
    Madziu a czytałaś ” Pieska przydrożnego ” Cz. Miłosza?

  115. Mam takie wrażenie, że w moim umiłowaniu czytania, swój udział miały też upór i dziecięca przekora.
    Bo też nadeszły czasy, gdy próbowano zabraniać mi intensywnego czytania, nie ze względu na braki szkolne, ale przez pogłębiającą się wadę wzroku (próbowano w zakazy zaangażować okulistkę – ale nie pomogła – powiedziała, że to dobrze, gdy dziecko lubi czytać). Dochodziło do brutalnych sytuacji (niezbyt często), gdy chowano mi aktualnie czytaną książkę. Wtedy szukałam do skutku albo sięgałam po kolejną. W końcu – dano mi spokój. Ale fakt, że (no, niestety)ja byłam mocno uparta.
    I teraz moja młodsza siostra ma takie wspomnienie z dzieciństwa: „wszyscy biegają i się bawią, a ty siedzisz pod drzewem i czytasz”. No sama nie wiem, też czasem się bawiłam;)
    Dziecka, które zdecydowanie nie ma ochoty na książki, chyba usilnie bym nie motywowała. Nakazy i zakazy czasem przynoszą odwrotny skutek. Za to, pod byle pozorem, próbowałabym ograniczać dostęp do bodźców elektronicznych. Zawsze jest nadzieja, że z nudów sięgnie po inną formę rozrywki. I wsiąknie. ;)

  116. Sowo, twoje oświadczenie ,,Aktualnie bez żalu porzucam po kilkunastu stronach książkę, która mnie nudzi.”, przypomniało mi, jak ja kiedyś męczyłam się z ,,Godziną pąsowej róży”. Główna bohaterka niezmiernie mnie irytowała i jakoś nie mogłam przez nią przebrnąć. Oddałam ją do biblioteki i po jakimś czasie znowu wypożyczyłam, odkładałam ją i znowu do niej wracałam, gdyż uważałam, że to wstyd dla takiej zapalonej czytelniczki jak ja przerwać jakąś książkę w połowie. Dziś śmieję się z tej postawy.
    Mamo Isi, ja bardzo lubiłam ,,Tego Obcego” (czytałam nawet drugą część, ale ona jakoś mnie nie ujęła). Idealny przykład na różne gusta dwóch Nałogowych Czytaczów.:)
    Iskro, u mnie ten proceder uaktywnia się za każdym razem, gdy tylko dorwę jakąś dobrą książkę.

  117. Miałam usilnie się powstrzymywać od wpisywania (ze względu na intensyfikację moich komentarzy ostatnio), ale jednak napiszę, że w swoim czasie naprawdę bardzo lubiłam „Tego obcego” i „Inną” Ireny Jurgielewiczowej.
    I w ogóle miałam taki system: gdy kazali czytać „W pustyni i w puszczy”, to czytałam też „Trylogię”. „Krzyżacy”? Proszę bardzo i przy okazji „Quo vadis” i „Rodzina Połanieckich”. Fragment „Balladyny” w 5 klasie? Przeczytałam całą. Często szukałam kolejnych, niekoniecznie zadanych, lektur sugerując się nazwiskiem znanego i lubianego autora. A lubiłam prawie wszystko. ;) Z tego co pamiętam w podstawówce nie zmogłam tylko „Opowieści pilota Pirxa” Lema, mimo kilkakrotnych prób i podejść. Przeczytałam dopiero parę lat temu. I – miała Pani rację, Pani Małgosiu – ładne. I ciekawe. :)

  118. Mama, która czyta tylko dzieciom na głos, to też jest mama czytająca. Ona czyta nawet setki książek rocznie, tylko że dziecięcych.

    Pani Jurgielewiczowa miała w AK pseudonim Isia.

  119. Jeszcze jedna dobra metoda, Sowo luba.

    Chesterko, całe lato na wsi!- ach, piękne wspomnienia dzieciństwa i wczesnej młodości. Wiejska biblioteka, a w niej pożółkłe przedwojenne skarby, w tym: „Rodzina Połanieckich” oraz „Wielka brama” Makuszyńskiego. Albo: całe wakacje u cioci Luci, własne książki zbyt szybko przeczytane, chwila posuchy i nagle!- „Zły” Tyrmanda, odkryty na ciotczynej półce, pochłonięty z zachwytem i przejęciem, najlepsza książka tych wakacji!

  120. Rolę parapetu w moim dzieciństwie często pełniły przytulne gałęzie starych drzew. Sowo- bratnia duszo, dokładnie ubrałaś w słowa moje doświadczenia z czytaniem.
    Niestety przykład nie działa na wszystkie dzieci. Starszym Iskierkom największą karą był zakaz czytania ( proceder wchłaniania książek zamiast odrabiania lekcji), najmłodszy zaś, gdy już poczuł, że może wyrazić swoje zdanie oznajmił, że nie lubi czytać i książki nie bierze do ręki.

  121. Mam jeszcze jedną metodę, niekoniecznie rozsądną: książki dzieciom daję bez okazji, a jeśli z okazji, to niemal zawsze oprócz.

  122. Sowo, stosowałam tę samą metodę – połowę książek wybiera dziecko, połowę ja. Sprawdza się! Dobry jest też miesiąc na wsi – internetu, telewizji brak, książki wzięte się kończą, a wtedy dobrze mieć na półkach w domku coś z klasyki, która, choć świadomie nieraz nie wybrana, bywa odkryciem.

  123. „Ten obcy” – chętnie czytany przez moje córki w przeciwieństwie do Pinokia.
    Moi rodzice książek nie czytali (sobie, bo mnie mama czytała do 6 roku życia) a ja odkąd pamiętam byłam namiętną czytelniczką.
    Zostało mi takie wspomnienie: mam 4 latka, literek jeszcze nie składam, a w domu pojawia się pierwsza encyklopedia. Do dziś pamiętam z jaką zachłannością studiuję ryciny (zwłaszcza dramatyczną fotkę ze starej ekranizacji „Joanny D’Arc”) i wiem, że ta Księga wytłumaczy mi wszystko, istotę świata, całą jego mądrość. To jeden z moich mitów dzieciństwa. Potem, gdy na polonistyce czytałam Schulza, wzruszyłam się podobieństwem doświadczeń.

  124. De gustibus non est disputandum.
    A ja twierdzę, Mamo Isi, że to dobra i pięknie napisana powieść. Z dobrą intencją w tle.
    Autorka zaś była prawdziwą damą. W środowisku literackim też o nie trudno.

    Sowo, nadzwyczaj mi się podoba sposób, w jaki wprowadzasz Sowiątko w świat książek. Całkowicie popieram!
    A czytamy też, jak widzę, zgodnie z tą samą metodą. Doskonale to wyłożyłaś.

  125. Eviku, solidaryzuję się z siostrzeńcem. Też nie chciałabym czytać „Tego obcego”. Koszmarne te lektury.

  126. Nutrio, w latach szkolnych uważałam, że muszę czytać dużo, więcej, jak najwięcej, nie pomijając niczego, co świat uważa za kamienie milowe w dziejach historii literatury. Strasznie się męczyłam niektórymi z tych kamieni, ale twardo czytałam. Aż zrozumiałam, że moja postawa jest całkowicie błędna. Nie muszę przeczytać wszystkiego, co otrzymalo nagrodę Nobla, właściwie nie muszę czytać niczego, co mnie nie przekonuje. Aktualnie bez żalu porzucam po kilkunastu stronach książkę, która mnie nudzi. Zasadniczo unikam lektur, które nie wniosą do mojego życia istotnej wartości, nie skłonią do refleksji, niczego nie nauczą albo są męczące w formie. Nie widzę też potrzeby czytania autorów, którzy wyznają wartości sprzeczne z moimi (i podskórnie przekonują do nich w swoich dziełach), bo przekonać i tak się nie dam, więc szkoda czasu. Są również książki genialne literacko, ale puste w treści i tych też już nie czytam, bo samo doznanie estetyczne z lektury przestało mnie kusić. Natomiast wieszczowie, poeci – większość z nich nie pisała do szkolnego odbiorcy, więc trudno się dziwić, że młodzież czytać ich nie lubi. Do wielu z tych dzieł trzeba zwyczajnie dojrzeć, a to przychodzi w różnym czasie.

    A z Sowiątkiem mamy taką czytelniczą zasadę: w bibliotece pięć książek ono wybiera według własnego gustu, a pięć ja. Współczesne książki dla dzieci często mamią piękną grafiką, ale bywa, że nie idzie za nią równie piękna warstwa literacka. Sowiątko oczywiście też daje się tym książkom omamić, ale liczę na to, że przez porównanie w przyszłości będzie umiało odróżnić dobrą literaturę od złej. (Ostatnio wyśmiało w głos wygrzebaną z półki książkę o nocniku, więc jest nadzieja.)

  127. Nutrio, chyba wiem co masz na myśli. Nasza starsza córka czytała wszystko, co jej podsuwałam ale młodsi idą swoją drogą. Sami wybierają książki, które ich interesują i nie chcą czytać moich ulubionych …
    Nie przepadają za lekturami ale niektóre doceniają. Mój syn na przykład ze smakiem czytał „Antygonę” i „Balladynę” :)

  128. Och, Pani mnie źle zrozumiała, Pani Małgosiu. Pani Polonistka i Bibliotekarka to ta sama postać.

  129. Oj, przepraszam. Tam chyba powinno być ,,Ona też NIE wszystkim pasuje”.
    Jejku, ale tego dużo! Gdy to pisałam nie wyglądało na aż tak ogromne. Przepraszam i już milknę.

  130. Psianko, racja! Z powodu tego widoku byłam pewna, że malarz był Norwegiem. Zdziwiłam się, sprawdziwszy.

  131. Nutrio, dziękuję za obszerną i ciekawą wypowiedź.
    A więc brawo dla waszej Mamy i dla obu Pań!

    Jasna sprawa, że każdy potrzebuje własnych Ulubionych Książek i że trzeba to jemu samemu zostawić.
    Do Wieszczów natomiast trzeba dorosnąć.
    Pamiętam, że w szkole podstawowej „Pan Tadeusz” mnie nudził. W liceum wspaniały polonista zdołał mnie zaledwie zainteresować tym poematem (choć złościłam się, że każe nam się uczyć na pamięć kolejnych ksiąg), a dopiero po maturze nagle ogarnął mnie bezmierny zachwyt dla tego utworu i trwa do dziś.
    I bardzo jestem rada, że pamiętam do dzisiaj każdą strofę z tych kiedyś wykutych! To jest prawdziwe bogactwo. Posag!

  132. Myślę, że dzieciom trzeba nie tylko dać przykład, ale też pokazać, że książki naprawdę są ciekawe. Nasi rodzice nie czytają zbyt wiele. Nie w ogóle, ale raczej mało. Kiedy natkną się na jakąś wartą przeczytania książkę, nie szukają ich.
    Ale my z Molikiem jesteśmy nałogowymi czytelniczkami. Odkąd pamiętam, mama czytała nam na głos. Kupowała piękne baśnie i ładne opowiadania. Gdy trochę podrosłyśmy i zauważyła, że to lubimy, robiła to jeszcze chętniej. Kiedy nauczyłyśmy się czytać, kupowała książki odpowiadające naszym zainteresowaniom, a podczas wakacji przynosiła nam je z biblioteki w szkole, w której pracowała, bo nasza biblioteka szkolna była dużo uboższa (nikt o tym nie wiedział, ale to dzięki temu poznałam ,,Jeżycjadę”, więc to małe przestępstwo wyszło wszystkim na dobre:o)).
    Kiedy poszłam do pierwszej klasy, swój wkład włożyła w to również pani bibliotekarka (słynna Pani Polonistka). Na początku pierwszej klasy czytałam książki z serii ,,Franklin” – w naszej bibliotece jest zgromadzona ich wcale spora kolekcja – zapewne z myślą o takich pierwszaczkach, którym czytanie idzie jeszcze bardzo powoli. Lubiłam je. Łatwo się je czytało, były niezbyt długie i miały dużą czcionkę, a przy tym były ciekawe. Chyba cała klasa czytała wtedy te ,,Frankliny”. Później, stopniowo, przenosiłam się na nieco ,,doroślejsze” książki. Pani bibliotekarka wspaniale prowadziła mnie po tym świecie pełnym przygód i fantazji.
    Trochę się rozpisałam, ale tak naprawdę chciałam napisać tylko, że każde dziecko musi znaleźć swoją własną drogę, po której będzie przez ten świat kroczyć. A dorośli muszą mu w tym pomóc. Niektórzy lubią powieści przygodowe czy science-fiction, inni zachwycają się klasykami polskiej literatury, dramatami czy powieściami pisanymi przez największych wieszczy, ale -przepraszam, wiem, że to nasz największy i dziedzictwo narodowe! – ale mnie to po prostu nudzi. Za to lubię poezję. Ona też wszystkim pasuje.
    Tak więc – jak to pięknie ujęła Pani Małgosia – zachęcać, kusić i uwodzić książkami. I pomóc im znaleźć tę własną drogę. Bo ja też bym wzgardziła książkami, gdyby mi ktoś od dzieciństwa podsuwał ,,Przygody Tomka Sawyera” albo ,,Hobbit, czyli tam i z powrotem”. (Nie mówię, że to złe książki. Ale nie dla mnie.)

  133. Oczywiście, raczej w lecie :)
    Na obrazie fascynujący jest też widok za oknem, ale w Danii chyba takich nie ma ?

  134. Nasze młodsze latorośle (13 i 15 lat) zaczęły więcej czytać jak wprowadziliśmy limity telefoniczne. Obserwujemy to zresztą od dawna, im mniej bodźców elektronicznych, łatwiejszych, tym gwałtowniej wzrasta ilość innych zajęć (czytania, rysowania itp.).
    A ja zawsze marzyłam o czytaniu na drewnianych schodach przed gankiem :)

  135. O, Dewajtis to wspaniałe! Tak, tak bardzo ciekawa jest historia tego obrazu :) Mam nadzieję, że wkrótce o tym poczytam w książce Katarzyny J. Kowalskiej.

  136. Niestety mojego siostrzeńca trudno zachęcić do książki.
    Teraz jest niezadowolony,bo musi lekturę czytać, „Ten obcy”.
    Mam nadzieję, że ta niechęć do książek minie.

    Podobno w Szwecji są biblioteki, do których rzeczywiście dorośli mają wstęp wzbroniony, są przeznaczone tylko dla dzieci w wieku 10 – 13 lat :) .

  137. Piętaszku, ja widziałam „Ekstazę św. Franciszka” El Greco w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Wywarła na mnie wielkie wrażenie. Bardzo ciekawa jest zresztą historia odkrycia tego obrazu w Polsce, w latach 70-tych XX wieku. W ubiegłym roku można też było w siedleckim muzeum zobaczyć wystawę siedmiu obrazów El Greca, ściągniętych z Hiszpanii i Austrii. Piękne, można długo kontemplować.

  138. Dziekuje za cieple mysli. Tak, pobilismy kilka rekordow zimna, ale juz sie ociepla.
    Milo przeczytac fragment z Anne Fadiman, madra kobieta.
    Nigdy nie widzialam tego obrazka z czytajacym JK Jr, cudny.
    Zniechecenie czytaniem, nie zdarzylo mi sie.
    Zapisuje sie do klubu marzacych o parapecie do czytania.
    Zgredzie, czy ja juz wspominalam o tym, ze bardzo lubie twoje poczucie humoru.
    MagdoZ :-)

  139. Myślę bardzo ciepło o Atenie i dziękuję za komentarz umieszczony pod poprzednim wpisem (zauważyłam go z opóźnieniem). Atena też kiedyś poleciła wartościową książkę, która bardzo mi się przydała. To był „Nieśpieszny przechodzień” Andrzeja Kowalczyka.
    Całkiem możliwe, że ten etap zmęczenia książkami występuje u młodego człowieka. U mnie, uprzednio dziecka od 5 roku życia czytającego bardzo dużo i całkiem samodzielnie, zdarzył się (o zgrozo!) dopiero na studiach. (Iluż lektur wówczas nie przeczytałam! Przyznać trzeba jednak, że sporo z nich znałam już wcześniej).

  140. W Gościu Niedzielnym z 27.01.19 jest artykuł o K. Wierzyńskim. Poszukam „Czarnego Poloneza”, zaciekawiło mnie, czym poeta naraził się ówczesnej władzy PRL.

  141. Z branżowej acz lżejszej literatury mogę polecić „Gwiazdozbiór muzyczny” Stefana Kisielewskiego, chociaż to raczej felietony. Wikipedia klasyfikuje tę publikację jako „szkice muzyczne”.
    Uwielbiam widok czytających dzieci.
    Dzisiaj Mareczek „przeczytał” mi „Małego Księcia” :)

  142. A, wydaje mi się też, że etap zmęczenia książkami u dzieci rodzin czytających jest w pewnym okresie naturalny (i może wręcz konieczny).

  143. Astrid Lindgren – „Bullerbyn. Trzy opowiadania” wyd. Zakamarki (2014), czyli „Wiosna w Bullerbyn”, „Dzień Dziecka w Bullerbyn” (moje ulubione) i „Boże Narodzenie w Bullerbyn” . Można je też kupić jako trzy osobne książki. Opowiadań tych nie było i nie ma w „Dzieciach z Bullerbyn”.

  144. Obraz z czytającą dziewczynką jest perfekcyjny. Bardzo lubię duńskie malarstwo z tego okresu. Podobny nastrój mają obrazy Vilhelma Hammershøi. Bije od nich spokój.

  145. Cieszę się Sowo, że moje propozycje książkowe przypadły Ci do gustu :)
    Człowieka, który zrozumiał naturę czyta się świetnie. Autorka idealnie wpisuje się w stwierdzenie mówiące, iż aby zapalać innych, samemu trzeba płonąć.

    Co do El Greca, nurtuje mnie pytanie, czy ktoś z Księgowych miał szczęście widzieć „Ekstazę św. Franciszka ” w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach ? Jeżeli tak, to może zechce podzielić się wrażeniami:)

  146. Hehe, ale fluid – Kogucik wypożyczył dziś w bibliotece szkolnej komiks i właśnie głośno czyta :)
    Sowo, wracając do poprzedniego wpisu – jakie dodatkowe opowiadania Dzieci z Bullerbyn masz na myśli? Jakaś nowość?

  147. Ale zanim się na dobre pożegnam, mam jeszcze pytanie do Helenki (i nadzieję, że wypada mi je zadać).
    Ciekawa jestem mianowicie, co lubisz jeszcze czytać, Helenko (oprócz Jeżycjady, oczywiście)? Ucieszę się, jeśli odpowiesz. :)
    Pozdrawiam Wszystkich ciepło zimową porą (nie wiem, jak gdzie indziej, ale u nas nadciąga odwilż).

  148. Dziękuję! Może się kiedyś skuszę. Trudne lektury też są mile widziane (choć czytanie wtedy nie zawsze idzie mi śpiewająco). Na razie nieco się miotam: tu eseistyka (chyba skupię się najpierw na eseju filozoficznym, o tu naprawdę nie jestem obeznana), tam książki anglojęzyczne. Poproszę o więcej czasu! No, ale że z samego gadania nigdy za wiele nie wynika, to chyba zabiorę się po prostu za robotę;)

  149. Madziu, miałam na myśli branżową eseistykę jako taką, z natury rzeczy trudną w odbiorze. A o Mahlerze lubił pisać Bohdan Pociej.

  150. Sowo, a jeszcze mam pytanie dotyczące ciężkich Mahlerów: czy myślisz o jakimś konkretnym wydaniu? Bo guglując, znajduję głównie biografie obcojęzyczne.

  151. Motylku, to obraz realistyczny, namalowany w czasie, gdy takie malarstwo już wychodziło z mody (dokładnie w roku 1900).
    Ale namalowany jest świetnie.
    Artysta był Duńczykiem.

  152. Dzień dobry!
    Patrząc na obraz ,,Czytająca dziewczynka” początkowo myślałam, że to zdjęcie. Bardzo

  153. Jakie śliczne obrazki!
    Nadal uwielbiam tak się zatopić w lekturze. Marzy mi się siedzisko czytelnicze na parapecie, z poduchami (biurko twarde jednak trochę, na dłuższą metę uniemożliwiałoby zatopienie)!

    Potwierdzam z angielskim – koleżanka, która prosto po CAE próbowała błysnąć często nie była rozumiana.. Na co dzień używano prostszego języka.

    Ciepłe myśli Ateno, wręcz gorące! ;o)

  154. Też zauważyłam, że nie zawsze to działa, ale to może wynikać z faktu, że dla dzieci wczesnoszkolnych samodzielne czytanie jest jeszcze sporym wysiłkiem intelektualnym i książki nieraz przegrywają z rozrywką łatwiejszą w obsłudze.

  155. Och, niestety, nie zawsze tak jest… I ja i mąż czytam dużo, często, od zawsze. Mamy bogatą bibliotekę, stale coś pożyczamy od znajomych, kupujemy. Nasze dzieci (syn ma 9 lat, córka 12) wciąż nas widzą z lekturą. Ale…. same nie czytają. Do niedawna jeszcze ja im czytałam na głos, chociaż to nie maluchy. Bardzo to lubiły. I po prostu kiedyś przestały lubić. Podsuwam ciekawe pozycje, zarówno z nowości, jak i klasyki. Zachęcam, opowiadam. Nie działa :-(

  156. Karikari, cała przyjemność po mojej stronie. :) Masz słuszność – nam kiedyś native speaker na kursie CAE (C1) powiedział, że nikt tak nie mówi, takim językiem jak napisany jest nasz zaawansowany podręcznik. ;)
    PS. Byłam kiedyś takim czytającym dzieckiem. Dawno, dawno temu.

  157. Nie zmuszać, Karikari, nie, nigdy!
    Ale zachęcać, kusić i uwodzić książkami.

    Cha, cha, a z Amerykaninem to dobre!

  158. Oby tak było, Pani Małgosiu, oby tak było, jak wieszczy pani Fadiman: że tam, gdzie w domu są książki i rodzice czytają, tam dziecko też czyta z własnej woli, dla własnej przyjemności. Bardzo bym tego chciała dla Kozia i dla siebie – moglibyśmy sobie porozmawiać o książkach, mogłabym mu podsuwać do czytania to i owo, mogłabym przez pryzmat czytanych przez niego książek obserwować, w jakim kierunku kształtuje się jego wnętrze. Ale jeśli dziecko nie będzie chciało czytać – cóż, nic na to nie poradzę, nie będę go zmuszać. Na razie Kozio zapowiada się na dobrego czytelnika.
    Po Pani rekomendacji przeczytałam „Trent’s Last Case” (MadziuZ., dzięki za przypomnienie o organizacji Gutenberg) – bardzo przyjemna. A jeśli chodzi o ten angielski, to pewien znajomy Amerykanin miał nie lada problem, żeby mi wytłumaczyć znaczenie niektórych wyrażeń, bo ich po prostu nie znał, nigdy wcześniej nie słyszał.

Dodaj komentarz