
…blaskiem nieziemskim oblany, wiatr kosmiczny szaty i włosy mu rozwiewa, a on w worku pełno prezencików niesie. Szykujcie buty, półbuty, butki i buciki, pantofle, mokasyny, czółenka, trepki, boty, botki i saboty, kozaczki, tenisówki, trampki, paputki, kapcie, klapki, kalosze, a nawet buty narciarskie, łyżwiarskie lub wręcz ortopedyczne – każde się nadadzą, byle były czyste, starannie wypastowane lub wymyte do połysku.
Następnie ustawcie je wszystkie długim dwuszeregiem w przedpokoju i udajcie się do łóżek, po czym postarajcie się zasnąć, co nie będzie łatwe, bo oczekiwanie sprawia, iż człowiek staje się podminowany, podekscytowany, niespokojny i ciekawy. Co też Święty Mikołaj zostawi nam w bucikach? Co w nich rano (pewnie około czwartej, bo dłużej w dzień św. Mikołaja uleżeć w łóżku się nie da) znajdziemy?
Niegrzeczni – przynajmniej tak jest w naszej rodzinie – dostają po ziemniaczku za każde grubsze przewinienie. Na szczęście tych ziemniaków nigdy nie było więcej niż dwa, no, góra trzy! A to jest jednak – sami przyznajcie – niewiele, zważywszy perspektywę całego minionego roku.
Grzeczni i mili za to obdarowani zostają szczodrze i serdecznie. Prezenty bywają różne – choć na ogół drobne, bo niewiele ostatecznie da się wcisnąć do buta.
No, chyba że są to prezenty mniej namacalne niż czekolada, linijka z tabliczką mnożenia, guma do żucia lub ciekawa książka. Wtedy prezenty mogą być wręcz niezmierne, o takie:

PS Pieczcie pierniki, a z fantazją!!! I róbcie im zdjęcia!
Po Świętach uruchomimy specjalny adres, pod który będzie można nadsyłać te zdjęcia, a po Nowym Roku – jak zwykle w Trzech Króli – uroczyście otworzymy tu doroczną Galerię Piernika!








My zawsze robimy lukier biały, z białka i cukru pudru. I nie ma obawy, chociaż co roku wszystkie pierniki są skrzętnie zjadane, nigdy jeszcze nie mieliśmy salmonelli.:o)
Nini, najbardziej zapadł mi w pamięć Twój piękny, błękitny paw, z GP sprzed dwóch lat.
A, i jeszcze ,,Portret lunofila” wykonany pudrem, z tej samej GP (zeszłoroczna mnie ominęła, niestety; muszę to koniecznie nadrobić).
Co on tam wiedział o lapidarności stylu.
HA! – wykrzyknęłam krótkie haiku zwycięstwa i zadowolenia,
pokonując przydługie „Veni, vidi, vici” Cezara.
Magdo, srebrna była, jak moja. Babi też zaniedbała czyszczenie.
Pudernica, Bożenko! aha…:)))
Oczywiście, Aleksandro!
Wytworny prezent do postawienia na toaletce damy.
Ewentualnie przykład dla ucznia/dziecka (starszego:)), ukazujący zmiany znaczeniowe wyrazów. Pudernica ze słownika Doroszewskiego i ta z bardziej współczesnych słowników to będą całkowicie odmienne rzeczy…
A, możliwe, Aleksandro. :) Ale cukiernica też chyba była. Zabytkowa, z Kiejdan?
Lecz zdołałam jeszcze pogratulować: Wannabe, super! Trzy tygodnie!
Stare lata?!- zakrzyknęłam i zemdlałam.
Cześć i czołem!
Ostatnio dużo szaleję w świecie, toteż przegapiłam ten śliczny fioletowy berecik Chucherka!
Ale pozwólcie, że się mile pochwalę: w lutym na 3 tygodnie wyjeżdżam do Japonii!! Udało się.
Z całych tych wielkich emocji przyjęłam bardzo mężnie nawet zaproszenie na obiad, ale to akurat udało się o wiele mniej (chyba właśnie dlatego, że wypadłam zbyt mężnie!). Ach, trudno odżałować! Ale za to przyjaźń znajduje mnie sama każdego dnia i doprawdy nie spodziewałam się tyle szczęścia na stare lata.
Raczej pudernica ;)
Blisko, jeśli chodzi np. o brzmienie :). Słowa, nie rzeczy. Chyba, żeby stłuc :)
OK, dziękuję, Anette!
Pani Małgorzato, moje wiadomości można upublicznić.
Cukiernica?
Ach! Pyszny Forbes! I to po locie balonem oraz awaryjnym lądowaniu tak błysnął!
Co do kryształowej: przebóg, sama nie pamiętam…
Sześć-siedem osób to faktycznie mało.
Anette, Nini, wielkie dzięki, a czy te Wasze wiadomości i propozycje muzyczne muszą być prywatne? Chętnie bym je pokazała Ludowi, pro publico bono. I pewnie Sowa oraz Zośka zaraz by się zainteresowały. Czy pozwolicie?
O, dziękuję. Cieszę się, peszę się, trochę się boję :)
Wpis Zgreda (pyszne!) przypomniał mi pewną anegdotę (funkcjonuje w wielu wariantach; pierwszy raz opowiedziana przewrotnie podczas konferencji American Statistical Association):
Malcolm Forbes zagubił się kiedyś podczas lotu jednym ze swych słynnych balonów. Wylądował w końcu na polu kukurydzy. Spostrzegłszy zbliżającego się człowieka, zapytał:
– Czy może mi pan powiedzieć, gdzie ja się znajduję?
– Z pewnością znajduje się pan w gondoli na polu kukurydzy – padła odpowiedź.
– Pan musi być statystykiem!
– To zdumiewające; jak pan to odgadł?
– To nie było trudne – odrzekł Forbes. – Pańska informacja jest zwięzła, dokładna i zupełnie bezużyteczna.
I zaraz skojarzenie kolejne: zabytkowa, kryształowa, cudownie bezużyteczna i niepraktyczna, dla mamy Borejko od całej rodziny. Co to za prezent?
Wiem, wiem, za łatwe.
A według danych statystycznych na Gwiazdkę obdarowujemy 6-7 osób (coś mało?), panowie kupują prezenty znacznie później niż panie, a najwięcej kulinarnych arcydzieł prezentuje Galeria Piernika.
Wiadomość prywatna c.d:
Tym razem inspiracje muzyczne dla Chucherka: Wspominała Pani o delikatnej francuskiej gitarze – mogę zaproponować Isabelle Mayereau. Francuską muzykę znam słabo (poza klasykami – Jacques Brel, Charles Aznavour, Yves Montand), więc obawiam się, że w tym przypadku nie będę w stanie „sypać” nazwiskami. Ale naszła mnie inna myśl -skoro w tle pojawi się być może „egzotyczny” duduk ormiański, to może również znalazłoby się miejsce dla sefardyjskiej muzyki Yasmin Levy? Tęskne, melancholijne, przejmujące pieśni, inspirowane różnymi wpływami kulturowymi. W wybranych utworach używany jest inny ciekawy instrument – ud (oud) – uważany za przodka lutni, wywodzący się z Bliskiego Wschodu.
A Gabriela Faure też Pani nie lubi? Jak tylko przeczytałam o harfie natychmiast przypomniała mi się „Sicilienne” usłyszana kiedyś w Łazienkach i już sobie wyobraziłam, że przygrywającemu na flecie Chucherku towarzyszy harfista i że to świetny dla Jędrusia może być antagonista..?
Inna sprawa, że jeszcze nie spotkałam harfisty. Rodzaju męskiego przy harfie, znaczy. Ale też i okazji wielu nie miałam.. Ciekawość rośnie! :o) Cieszę się przeokropnie!
Ach, więc to jest słowo-samorodek!
Moje gratulacje – jest bardzo obrazowe i celne zarazem.
Ojejku, ten anonim z koszturpańcem to ja. Mea culpa, zapomniałam się podpisać. W naszej rodzinie mówimy tak na coś krzywego i nieforemnego, no i nie gładkiego ;).
Aaa, rzeczywiście, pod poprzednim sezonie wpisem jest odpowiedź od Pani. Dziękuję. W porządku, myślę zatem dalej.
Och, pardon. Dzięki, Sowo, rzeczywiście.
U mnie tu – po stronie administracyjnej- wszystko idzie w kolejności czasowej, nie zauważyłam w pośpiechu.
Madziu, Anonim jest pod „Praca wre!”.
Nie, nie, te komentarze są w poprzednim wpisie.
Pięknie dziękuję za wskazówki! I o pupie niemowlaka na pewno nie zapomnę ;)
Pod wpisem Dewajtis z 12. 24 mam komentarz Pani z odpowiedzią dla Anette z godziny 8. 52. Czy mnie oczy mylą, czy może coś poszło nie tak z zatwierdzaniem?:)
A! Świetne określenie, Casciolino, Mama miała rację oczywiście.
Madziu, Anonim jest pod Dewajtis.
A cóż to jest koszturpaniec? Nie widzę wpisu Anonima.
Sowo, no pewnie ostatecznie coś tam wyjdzie. A jak całkiem nie wyjdzie – to zjem. ;)
Rozumiem obawy, Dewajtis. Moja Mama, która robiła najlepsze ciasto drożdżowe na świecie, mawiała, że jest ono gotowe kiedy konsystencją przypomina pupę niemowlaka :) i tak jak „kruche ciasto lubi nóż”, tak drożdżowe lubi ciepło rąk przy wyrabianiu. Takie pobrałam nauki. Sama robię drożdżowe bardzo rzadko.
Anonimie, koszturpaniec! – jakie ładne słowo!
Nie znałam!
Tak, łamigłówki naszej Bożenki kochanej, wszystkie wspaniałe, zgrabne i rozrywkowe!
Po godzinie, Dewajtis, ciasto (połączone z rozczynem, który przedtem powinien rosnąć ok. 20 min) będzie wyrośnięte w sam raz (przykryte, w pobliżu kaloryfera).
Dziś już nie trzeba stosować kopystki, na szczęście mamy miksery i roboty kuchenne. Zrób próbne ciasto drożdżowe już teraz ( na bułeczki na przykład), to się przekonasz, że łatwo rozpoznać moment, gdy jest gotowe: zwarte, gładkie, elastyczne i odstające tym razem od końcówki miksera.
To jest przepis mojej Mamy, cudowny. I nietrudny. Najlepszy makowiec świata.
PS Będzie to mój pierwszy w życiu makowiec…
Dzień dobry, Pani Małgorzato, planuję upiec makowiec z Łasucha Literackiego na Boże Narodzenie. Mam pewną wątpliwość (ciasto drożdżowe zawsze napawa mnie obawą) – jak długo mniej więcej rozczyn ma rosnąć? I jak długo ciasto się wyrabia? Wiem, że w przepisie jest „aż odstaje od kopystki”, ale nigdy nie mam pewności, kiedy to JUŻ. Raczej po 15 minutach, czy po godzinie?
Dzień dobry!
A to bardzo nam tu miło, proszę Kogucika z Mamą!
Anette (wiad.pryw.) – dotarła i nawet podziękowałam, prosząc o jeszcze. Patrz: poniżej, godz. 20.22!
Hehehe, świetne!
Kogucik słuchał, ja zresztą też.
Dzień dobry!
Oczywiście!
Najłatwiej rozpoznać polarnego.
Uśmialiśmy się z Szarotką jak fretki, czytając początek dzisiejszego zadania z konkursu programistycznego. Oto on. Początek znaczy.
Gdy uciekasz przed niedźwiedziem, który chce się z Tobą pobawić i/lub skonsumować Cię na kolację, bardzo
ważne jest rozpoznać jego gatunek:
• jeśli biegniesz i biegniesz, znajdujesz drzewo i wdrapujesz się na nie, a niedźwiedź za Tobą, to jest to
niedźwiedź brunatny,
• jeśli biegniesz i biegniesz, znajdujesz drzewo i wdrapujesz się na nie, a niedźwiedź strząsa Cię z niego, to jest to niedźwiedź grizzly,
• jeśli biegniesz i biegniesz i nie możesz znaleźć drzewa, to jest to niedźwiedź polarny.
Kogucik słuchał? :)
Złota gwiazdka w radiowej Jedynce o 19.50. Dziś był pierwszy fragment.
Pani Małgorzato, myślę cały czas nad warstwą muzyczną dla „Chucherka” i mam kilka wstępnych propozycji:
Dla Jędrka – pisała Pani o jego ewentualnym ulubionym zespole: „Taki raczej nieskomplikowany o energicznym brzmieniu”. Jeśli Jędrek preferuje współczesną muzykę to proponuję:
1. Lao Che – polski zespół, nie należą do tzw. mainstreamu. Nie usłyszymy ich w RMF-ie, ale w radiowej Trójce. Ciekawe teksty, pełne nieraz nawiązań i gier kulturowych, np. „Hydropiekłowstąpienie”, „Klucznik (Rozdziobią nas kruki i wrony)”, „Wojenka”.
2. Strachy na Lachy – lubię wybrane piosenki za niebanalne, czasem nieco poetyckie teksty. Zdarzyło im się zaśpiewać tekst Tuwima „Kobiece”(!), pięknie zinterpretować na nowo „Nim wstanie dzień” i Kaczmarskiego „Kazimierz Wierzyński”(!).
3. happysad – rockowe brzmienie z przemyślanymi tekstami i romantycznym wokalistą, np. „Niezapowiedziana”, „Nie będziem płakać”, „Bez znieczulenia”.
Gdyby natomiast Jędrek nostalgicznie podziwiał dawne dobre polskie zespoły z czasów PRL to mógłby słuchać np. wspaniałej Republiki z Grzegorzem Ciechowskim, Perfect (i piękna „Wyspa, drzewo, zamek” albo energiczniejsze „Bla, bla, bla”) albo wciąż trzymającego formę zespołu Hey z Kasią Nosowską.
Jak Pani myśli? Będzie mu się podobał któryś z wymienionych?
(Dla Chucherka propozycje następnym razem).
Magdo Z. Dziękuje, ze doceniasz moje piernikowe anioły. Ubawiłaś mnie tym talentem.
Madziu, jak coś pójdzie z pieczeniem i lukrowaniem nie tak, zawsze możesz powiedzieć, że to jest chory kotek. A jak nadmiernie spuchnie, to że miał być Aslan.
Bo na dobrym miodzie. I na pewno będą śliczne!
Uściski, Zośko!
Sowo, DUA, dziękuję za informację o Farjeon. Kilka lat temu nawet wybrałam się na wędrówkę na Wyspy śladami autorki. Do pierniczków zabiorę się w najbliższą sobotę. No, nie wiem czy będą bardzo twórcze ale na pewno smaczne ;)
Od 10 do 21 grudnia, codziennie o 19.30!
Program I Polskiego Radia.
WoluM., a o której godzinie złota gwiazdka będzie czytana?
Ależ nie ma za co, Madziu luba.:)
Ano tak. Przepraszam.
W kontekście (Memling) dodajmy, Madziu, że chodzi tu zaledwie o kota.
To tak dla jasności – bo pamiętajmy, że mamy Adwent, a to nie tylko pierniczki.
I ja polecam lukier z cytryną. Jest tak pyszny, że można go jeść łyżkami niestety.
Za dwa dni ma się ukazać wznowienie „Małego pokoju z książkami” (Dwie Siostry). Ponoć będzie poszerzone o rozdziały dotąd w Polsce nie publikowane.
Kasztanowłosa, racja z tą gęstością, ale i tak sztuką pozostaje zrobić go w ten sposób, by zastygał w słupek nie za bardzo. Nie za bardzo, bo nie będzie dobrze przyczepiał się do podłoża i łatwo odpadał po wyschnięciu. Proporcje nic tu nie dadzą tylko wyczucie.
No, nie wiem. Jak tak sobie przypomnę te zeszłoroczne lukry Nini, to i wrzątek się sprawdza, bardzo!
Prawdę mówiąc, znałam sposób z białkiem, wypróbowywałam i efekty, które osiągnęłam, nie wprawiły mnie w zachwyt (lukier był za lepki). Co nie znaczy, że z wrzątkiem i cytryną lub spirytusem pójdzie mi łatwiej.
Na wszelki wypadek podejmę też próbę z Behemotem ew. Lucyperem (co wyjdzie?), już bez lukrowania, żeby się nie pogrążać.
I – chciałabym przede wszystkim podziękować za tyle cennych rad i liczne odpowiedzi na moje pytanie.
Dziękuję! Dobrej nocy!
Jajko należy przed użyciem zlać wrzątkiem. Lukier z torebki ma sproszkowaną albuminę, zakładam, że bez salmonelli. Tylko mało go w torebce, jak się ma dużo pierników do lukrowania, to się w ogóle nie opłaca.
No, na choince!
Do zdobienia najlepszy jest chyba jednak ten z zawartością białka, wygląda najefektowniej. Ale ja bym się bała jeść takich pierników z surowym białkiem, z powodu salmonelli. Natomiast można po prostu ozdobić, sfotografować, wysłać do GP, a następnie gdzieś powiesić.
Tak jest!
Do Lucypera pasuje zielony lukier.
Sok z cytryny! Pomysł doskonały, zniweluje trochę tę słodycz! Dzięki Casciolino.
Zamierzałam wypróbować sok pomarańczowy, ale ten będzie chyba lepszy.
Nini, o, właśnie: oto i mój problem z lukrami.
Madziu, ja Cię proszę, zrób te kocie uśmiechy. Odwagi!
O, Bellu, dziękuję Ci za tę miłą nowinę! I za miły komentarz:)!
Kasztanowłosa, dzięki za cenną radę wujaszka! I za ciekawy przepis na lukier podgrzewany. Nie znałam tego sposobu!
Trudno je dokładnie określić, Madziu. Sypię pół filiżanki pudru i obiecuję sobie, że nalewać tym razem będę ostrożnie (zawsze prosto z dzbanka), po czym leje mi się za dużo, co się za chwilę okazuje, bo trzeba od razu szybko mieszać łyżeczką. Dosypuję więc cukru. I tak dalej. Najlepszy jest taki o konsystencji bardzo gęstej śmietany, może być nawet gęstszy, jeśli zamierzasz dodać barwników, one go rozrzedzą.
Lukier robię z sokiem z cytryny zamiast białka lub wody, jest wtedy smaczniejszy i pięknie pachnie. Proporcji nie podam, bo soku dodaję po trochu do pożądanej konsystencji.
Dość rzadko ostatnio tu zaglądam, jednak nie zapominam o Pani i reszcie użytkowników. Nauka i szkoła jednak zajmują dużo czasu. Z utęsknieniem czekam na ,,Chucherko”. Dzisiaj zasiadłam do studiowania katalogu meblowego ,,Black Red White” (Zabawne, że lubię czytać takie katalogi) i natrafiłam tam na… wzmiankę o Pani Musierowicz! Zacytuję. ,,Dawno temu zaczytywałam się w książkach Małgorzaty Musierowicz. Wciąż pamiętam atmosferę mieszkania Borejków, z jego przykurzoną biblioteką, wysłużonym fotelem i wielkim stołem. Marzyłam o takim domu- ciepłym, wypełnionym rozmowami.” To słowa Pani Magdy Tomkowicz, pasjonatki fotografii. Widać, że Pani książki kojarzone są z tak cudownymi rzeczami! Stworzyła Pani odrębny świat który pokochało tylu ludzi.
Natomiast (snuję nadal niezobowiązujące rozmyślania) chętnie zobaczyłabym np. mojego ulubionego anioła literackiego z ulubionego wiersza Zbigniewa Herberta w piernikowym wykonaniu Ateny. Uważam bowiem, że Atena ma naturalny, jeśli nie wrodzony, talent do tworzenia nieszablonowych postaci anielskich. :)
Mój wujek cukiernik mówił, że lukier (ten z białek) powinien być taki gęsty, że jak się go weźmie na palec to musi stać sztywno i wtedy się nadaje do pisania (rękaw cukierniczy). Ale chyba taki nie nadaje się zbytnio do lukrowania dużych powierzchni. Robiłam tak dwa razy i zawsze wychodziło, ale zazwyczaj robię lukier z cukru pudru, odrobiny mleka i soku z cytryny, a później się to podgrzewa, tylko trzeba uważać, żeby nie przypalić.
Dużo bardziej lubię wykrawanie i zagniatanie. I, oczywiście, jedzenie.
Zapewne – lukrecja i lukier!:)
Zawsze!:)
Mnie nawet w międzyczasie, wbrew własnym zapewnieniom, przyszedł do głowy taki pomysł na literackie koty z piernika: Kot z Cheshire (z szerokim uśmiechem), kot Behemot (ze złotymi wąsami), kot w butach i kot Hrabala (Auteczko)… i kto tam jeszcze.
Istnieje niestety obawa, że zamiast kota Behemota z mojego pieca wyłoniłby się istny Lucyper – tak, że pomysł jest wysoce ryzykowny.
Ależ ono słodko spojrzy, Chesterko. To pewne.
Dział „Literackie aluzje” zawsze cieszy, prawda, Madziu?
Aha – dziękuję, Sowo!
Nini (z ciekawości)- a proporcje z tym wrzątkiem? ;)
Chesterko – mnie by chyba przeszło. A najchętniej bym to Oko zobaczyła. Bardzo literacki pomysł. :)))
Lubię Galerie P. – nie dość, że są bogate i różnorodne, opatrzone zawsze ciepłymi komentarzami, to jeszcze w każdej coś lub ktoś zaskakuje. :)
No dobrze, ale jak to uroczne oko spojrzy, to ja za efekty nie odpowiadam.
Jak ktoś boi się białek, to niech da zamiast tego spirytusu. Też dobrze.
Ani się ważcie zjadać, Chesterko! Proszę najpierw zdjęcie zrobić!
Jak ja się cieszę na Galerię Piernika, przepadam za tą różnorodnością i fantazją Waszą, i za tym bogactwem pomysłów!
Szklanka cukru na jedno białko. Ale białko białku nierówne. Dosypujesz i obserwujesz. Jak się za bardzo leje, to znaczy, że jeszcze za mało.
Mój siostrzeniec wyciął piernikowe Oko Saurona z wieżą Mordoru (Baltona jeden!), a Łucja pomalowała. Komu to przez gardło przejdzie?!
Znałem, ale zapomniałem.
Trochę tych sądów się widziało: Bosch, Orvieto, Sistina, nie licząc tych w galeriach.
Koniecznie, Olu, prosimy!
Zgredzie, to obejrzyj, koniecznie – a co, nie znałeś?
Dołączę zdjęcia ściereczki do zdjęć piernikowych, jeżeli taka wola Ludu :)
A u nas rekolekcjonista poprosił o obejrzenie przed jutrzejszą nauką Sądu Ostatecznego Memlinga.
Pani Małgosiu, dziękuję, ale to chyba zależy kiedy. :)
Wójcie, dziękuję Ci za miłe słówko. :)
Sowo, a Tobie dziękuję za podpowiedzi. :)
A już miałam pytać w jakich proporcjach: tak na szklankę cukru pudru – parę łyżek wody?
Trudno, przyznam się, że jestem taki amator, co na oko nigdy nie potrafi, musi znać proporcję.
Ja to widziałam tylko oczami wyobraźni.
Ale może Aleksandra nam pokaże?
Anielska piekarnia? Muszę to zobaczyć!
Aleksandro, ta ściereczka! Jakie ładne to wszystko, mojaś ty piernikowa mistrzyni!
O, Sowo, racja! Tu chodzi o cierpliwość. Do lukru jej nie mam, trudno.
Mamo Isi (wiad. pryw.)- ja też. Lecz spoko.
Madziu, a mnie się Twoje pierniczki podobały najbardziej, w którejś GP, nie pamiętam już w której.
Madziu, sekret lukru tkwi, zdaje się, w długości jego ucierania/miksowania – nawet przez 20 minut, ale na wolnych obrotach. Im więcej dasz cukru, tym będzie gęstszy, rzecz jasna, odpowiedniejszy do detali. Powinien też zawierać białko, najlepiej schłodzone i kilka kropel soku z cytryny. Tyle w teorii, ja nie mam do lukru aż tyle cierpliwości. Najczęściej używam takiego z torebki, tegoż samego doktora na O. co barwniki, wymieszanego dwie minuty z wrzątkiem. Potem zjada je Sowiątko, bo wolę ciastka bez lukru.
Moje ciasto stoi w emaliowanej misce przykrytej ściereczką (od tego roku mam specjalnie w tym celu wyhaftowaną, z motywem anielskiej piekarni) po prostu na kuchennej szafce. Tak robiła moja Mama, a przed nią moja Babcia. Udanych wypieków Wszystkim. Ja już mam za sobą pierwszą turę pieczenia (piernik przekładany powidłami na blasze), na pierniczki wykrawane ciasto stoi w w/w misce :)
Madziu, nic nie można zarzucić Twoim lukrowaniom!
Lukrowane ptaszki Adminki pamiętam i ja; były wyjątkowe. :)
Ale, Pani Małgosiu, za to jakie rzeźby piernikowe wychodzą spod Pani ręki! Ten Mikołaj na przykład jest przewspaniały.
Tworzenia postaci z piernika postanowiłam zaniechać – przyznam, że od czasu, kiedy mój Starosta „Czym chata bogata” został wzięty za Gwiazdorka, choć zaznaczam, że właściwie mile wspominam to nieporozumienie, zwłaszcza że stało się asumptem do przywołania uroczej historii o małym Staroście. Lukrowanie też nie jest moją mocną stroną, obawiam się, ale nie będę się tak z góry poddawać. Popróbuję, a co tam. ;)
Nini (wiad.pryw.) – tak, te pawie wyglądały na twardawe, z miękkiego ciasta nie mogłabyś wycinać dziureczek z taką precyzją.
Ciekawam, co nam zaprezentujesz w tym roku!
Uśmiechnęłam się na Twoją aluzję do serduszka Doroty; to już wiesz, dlaczego nie lubię lukrowania!
Z tym większym podziwem patrzę na cudeńka tych, co lukrować umieją.
A tak, Sowo, Adminka ma swoją technikę – miesza kolory, rozjaśnia, cieniuje – postępuje z lukrami jak z plakatówkami.
Dzięki, Madziu! :o)
Dopytuję tak, bo zawsze robiłam pierniki od razu (z innego przepisu), bez odstawiania, a tu czytam, że Beatuszka w ceramice, co robić, gdy jej brak?
Ach i Wójcie – pole się wzięło z kolorów okładki Chucherka – kojarzą mi się one z chabrami w młodym zbożu. :o)
PS. nini nie jest tajemnicza, tylko nieśmiała, pracuje pilnie od poniedziałku do piątku w mieście stołecznym, a w weekendy ucieka na wieś, gdzie „pola malowane zbożem rozmaitem”.. (jeszcze trochę!)