
Jest we mnie kraina przeźroczysta
w blasku jeziora Genezaret –
i łódź… i rybacza przystań,
oparta o ciche fale…
.
i tłumy, tłumy serc,
zagarnięte przez Jedno Serce,
przez Jedno Serce najprostsze,
przez najłagodniejsze –
.
(Jan Paweł II, Pieśń o Bogu ukrytym – fragment)
.
(zdjęcie ze strony zakopane.pl)








O, jakie zdjęcie wspominkowe! Byłam tam i ja, w mym Zakopanem! Śpiewałam w góralskim zespole! Kto by pomyślał, że „Syćka se Wom zycom” stanie się tak rozpoznawalne! A poezja Wojtyły – wspaniała jest, tyle w niej ODCZUWANIA… „Uwielbiam cię, siano wonne, bo nie znajduje w tobie dumy dojrzałych kłosów (…) Uwielbiam cię, drzewo surowe, bo nie znajduje skargi w twoich opadłych liściach.”
A ja Pani Malgosiu jestem rówieśniczka pontyfikatu JPII. Poza calym duchowym wzruszeniem jakie od Niego dostalam zawsze myślę o Nim w kontekście jego ogromnej charyzmy która działała na oceany ludzi…..i Slowacki co go przepowiedzial….mistyka w kazdym calu. Jestem dumna ze jestem Polką wlasnie w duzej mierze dzieki naszemu Papieżowi.
A moje życie zahaczyło kilkanaście lat z życiem Świętego, choć nigdy na żywo nie spotkałam niestety. Pamiętam, jak odchodził. Pamiętam, gdy leżałam już w łóżku, a mama powiedziała, co się wydarzyło. Pamiętam, że to dwa lata po śmierci mojego dziadka. Myślałam sobie, że teraz się spotkają. Potem poszłam do liceum. Liceum im. Jana Pawła II. Potem studia, kiedy byłam na I roku został błogosławionym. Ciężki to był dla mnie rok, ciężko w życiu wtedy było się ze wszystkim pozbierać… Ale już dużo wcześniej powstała litania, do Jana Pawła II, i jakieś modlitwy o rychłą beatyfikację. Spośród wielu, wybrałam właśnie tę, litanię do Jana Pawła II. I nie do uwierzenia, ale to wszystko, co trudne przeżywałam, minęło właśnie wtedy, na początku maja, w dniu tak pięknym… Taka pełnia szczęścia niesamowita! A potem, po studiach, szukałam pracy. Wytrwale, choć przeżywałam już kryzys, że jednak nic z tego w tym roku. I w ostatnich dniach sierpnia znalazłam. W szkole, w której kilkakrotnie byłam już wcześniej, a mnie tam nie chcieli. W szkole im. św. Jana Pawła II. Co za szczęście! Doświadczałam Jego obecności. Czułam, że to, co działo się od tego trudnego roku to była czyjaś zasługa, że Ktoś czuwał nade mną, Ktoś się musiał za mnie modlić wtedy… Niestety w szkole tej już nie pracuję, ale co tam dalej mnie czeka? Ktoś tam na Górze wie.
Bliska mi jest poezja młodego Karola Wojtyły, i te „Pieśni…”, i potem „Tryptyk rzymski”. To takie wymowne.
Dziękuję za potężne wspomnienie, Gio!
Czy mogę jeszcze i ja się podzielić? /może być prywatnie, ale niekoniecznie/
1983 – Warszawa (Stadion Dziesięciolecia) i Niepokalanów.
1987 – Warszawa: Plac Defilad i kościół św. Krzyża (byłam w studenckiej służbie porządkowej podczas spotkania Papieża ze środowiskiem twórców kultury; pamiętam, jak Papież zobaczył jakąś osobę na wózku inwalidzkim i specjalnie przeszedł na drugą stronę schodów, żeby do tej osoby podejść i ją pobłogosławić).
Gdańsk-Zaspa (euforia, mimo że po całonocnej podróży straciłam głos i nie mogłam razem ze wszystkimi śpiewać i wznosić okrzyków).
1987 – Rzym: audiencja generalna w Auli Pawła VI, różaniec na dziedzińcu św. Damazego (cudowny, medytacyjny nastrój, wyciszenie, kontakt wzrokowy z Papieżem!), zbiorowa audiencja prywatna (mnóstwo grup, ale kilka sekund twarzą w twarz z Papieżem i uścisk dłoni – jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia).
1991 – Warszawa: Agrykola (nic nie widziałam, nic nie słyszałam, byliśmy w jakiejś „dziurze akustycznej”, nie docierało nagłośnienie); Bazylika na Kawęczyńskiej (skupienie, radość, błogostan).
1991 – Jasna Góra (po 9 dniach w drodze z pieszą pielgrzymką akademicką): ulokowano nas gdzieś na uboczu Alei NMP, na skrawku klombu wśród krzewów różanych; cierniste doświadczenie dosłownie i w przenośni: widziałam tylko łunę świateł ze Szczytu, przemówień nie słyszałam (w pobliżu trzeszczało czyjeś miniaturowe radyjko, ale do mnie docierały tylko strzępki słów).
1995 – Skoczów: szara aura, błoto po kostki, a ja wzruszona (przepłakałam całą homilię) i wdzięczna (to były błogosławione łzy).
1997 – transmisje w TV, niektóre oglądane w Centrum Onkologii (z Mamą, właśnie niedawno wspominałyśmy).
1999 – Plac Piłsudskiego: czekałam w sektorze od bladego świtu, wygodnie usadowiona; od pewnego momentu zaczęło się robić ciasno i coraz ciaśniej; w chwili przejazdu Papieża stałam na jednej nodze (bo na dwie stopy brakowało miejsca) i byłam szczęśliwa.
W 2013 sprawdzałam (do pewnej publikacji) cytaty z wypowiedzi papieskich i musiałam sięgnąć m.in. do nagrań audio ze spotkań pod Oknem. Natrafiłam na coś takiego: tłum skandował: „Niech żyje Papież, niech żyje Papież!”, a On, napomknąwszy, że powinien oszczędzać gardło, żartobliwie zainicjował: „Niech nie zaniemówi Papież, niech nie zaniemówi Papież!”. Aż mnie zmroziło, bo wiedziałam przecież, co było później, w 2005.
PS
Może to dziwne, ale tamte ostatnie Wielkie Dni wspominam jako coś absolutnie wzniosłego. Ból, żal, ale i ogromny, nadzwyczajny spokój.
W pewnym sensie tworzy i Was, nastoletków.
Przecież tworzył Waszych rodziców i dziadków nawet.
A Dobro się mnoży, kiedy się je dzieli.:)
Dzień dobry,
dziękuję za te historie, że się tym dzielicie z nami, którzy nie mogli Go spotkać. Choć świadomość, że przez dwa lata byliśmy na tym samym globie, dadaje mi nieco otuchy i bliskości.
Dziękuję, że dajecie nam szansę, aby On tworzył też nas.
Bardzo dobrze, że 65 powieści napisała, a jeszcze lepiej, że się kochanemu Staroście udało dorwać 64 na 65 możliwych. Jak na razie kończę dwunastą, więc się przede mną ściele cudna perspektywa setek przemyślnie dokonanych morderstw wykrytych bacznym oczkiem Miss Silver dziergającej kolejną skarpetkę. Lubię.
Justysiu, dzięki za bezcenną informację. Muszę jeszcze ustalić jaką mam odmianę agawy. Wygląda mi na Agave Havardiana, ale czy na pewno nią jest? Z tym że Agave Havardiana z natury rzeczy jest agawą niewielką (50-60 cm), a to co pamiętam z Costa Brava to były i trzymetrowe potwory. Gdzieś mam zdjęcie, jak sobie idę klifem ścieżynką pośród ogromniastych agaw i wyglądam na krasnoludka, co się tam przypadkiem zabłąkał, więc na pewno nie jest to tylko moje sklerotyczne wyobrażenie o tym, co widziałam, jak w zeszłym tysiącleciu nawiedziłam Hiszpanię.
Ach, jaki orzeźwiający jazzik!- zgrabna adaptacja.
Justysiu, ogrodniczko nasza!
Naprawdę znasz się na rzeczy!
Piosenka na niedzielny poranek:
Adam Aston sings Henryk Wars – Panie Janie, 1938.
Dzień Dobry. Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.
Mamo Isi, agawy można przezimowac, ale muszą mieć sucho. To nie śnieg i mróz je zabija zimą, ale wilgotna ziemia, która najpierw zamarza, a potem się rozmarza i później znów zamarza itd. Ziemia musi być sucha, piaszczysta, a agawa najlepiej pod jakimś daszkiem lub czymś przykryta. Agawy które na pewno wytrzymują mróz i moga rosnąć w strefie 6 to Agave Havardiana i Agave Utahensis.
Wannabe, to tylko jesienny spleen.
Moim zdaniem wciąż iskrzysz, i to intensywnie.
Masz te zwoje mózgowe, masz!
Tak, powinniście widzieć i słyszeć to wszystko, ach! Czuło się wtedy wicher Historii.
Jak dobrze, że istnieją nagrania!
Ech, posłuchałabym Lelewela na przykład.
Że nie wspomnę o Mickiewiczu.
Podobno Adam zaciągał, czyli mówił z kresowym akcentem. Może Lelewel też? Miło pomyśleć.
Dobranoc!
A dziękuję, przekażę w poniedziałek. Na pewno się ucieszy!
I dobranoc wszystkim. :-)
Cześć i czołem!
Dziękuję za wzruszenia. Od dwóch dni z uwagą wysłuchuję nagrań z wielkich wydarzeń, których byliście świadkami jeszcze przed moimi narodzinami. Przy poprzednich wpisach, czytając słowa „Żal mi twego światła, żal iskier, co popiołem ci z włosów opadną!” wyobrażałam sobie, że to chyba we mnie dopalają się ostatnie iskry, ale teraz czuję, że one jednak gdzieś się żarzą i że powołanie można stracić, ale można je też i na nowo odnaleźć.
Dziękuję, Zgredzie.
Znalazłem, to przypomnę:
„Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć – a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg.”
Jan Paweł II, Przyszłość człowieka zależy od kultury. Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO
„Wnuczki do orzechów”? A to się cieszę! Pozdrowienia dla Pani Polonistki:).
Wiedziałam, że mnie Pani zrozumie.
Co do ogrodów: cała przyjemność po naszej stronie.
Wczoraj pisaliśmy sprawdzian z polskiego. Jak pierwszy tekst podali nam ,,Rozmowę liryczną” Gałczyńskiego, drugi zaś fragment ,,Wnuczki…”. Po jego przeczytaniu moja koleżanka stwierdziła,że koniecznie musi ją od nas pożyczyć.
Mamo Isi, jak to ładnie z jej strony, że tyle napisała: 65 powieści! Wszystkie kupiłam (bez jednej, chwilowo niedostępnej) i jak dotąd nie znalazłam żadnej nieudanej. Wszystkie trzymają dobry poziom. Zuch kobita.
Owdowiała i musiała zarabiać na gromadkę dzieci. I tak się zaczęło.
To jest fragment dużego poematu pod tym tytułem.
Pani Małgosiu, czy przytoczona w tym wpisie ,,Pieśń o Bogu ukrytym” jst podana w całości, czy to tylko fragment?
Oj, przyjemna wielce, kochany Starosto! Oderwać się nie można, a tu obowiązki wzywają. Ta lektura bardzo wyrabia charakter. ;)
Zajrzałam do prognozy i całe towarzystwo wróciło z letnich wakacji w ogrodzie do domu: echinocactus, grudnik, agawy, pelargonie, kanny, paproć i taki wiszący sukulent, com go była w charakterze odszczypki urwała na Patmos i posadziła.
Dzień dobry!
Jak tu miło, jak zwykle zresztą!
Moliku i Nutrio, dziękuję za piękne zdjęcia z Waszych ulubionych Ogrodów Kapias.
Mamo Isi, trzymaliśmy całe lato grudniki w ogrodzie. Wczoraj zauważyłam, że mają olbrzymie pąki kwiatowe. Wyraźnie pochłodniało.
Dobrej nocy, Starosto i Księgowi. Piękny był dziś dzień, prawda?
Mamo Isi, przyjemna to lektura, prawda? Patricia Wentworth szanowała czytelnika. Każda zagadka jest inna, równie zręcznie skonstruowana, wciągająca, żadnego bajdurzenia, żadnych egotycznych projekcji, za to imponująca precyzja, dyscyplina i dobre oko oraz ucho. Po tylu już przeczytanych jej książkach najbardziej doceniam portrety ludzkie, wielce udane pod każdym względem. No i liczne małe realia, fascynujące zwierciadełka czasu.
Moliku (wiad. pryw.)- dziękuję za to osobiste wyznanie. Jak to dobrze, że gniew trwał tylko godzinę! Wszyscy kiedyś doznajemy złych uczuć – ważne jet, by się nauczyć nad nimi panować i czym prędzej, w miarę sił i możliwości, obrócić te negatywne emocje w dobre, pozytywne.
Umiałaś tego dokonać, wielkie brawo!
O dzięki, kochany Starosto, za wiadomość, bo się zaczynałam niepokoić. Właśnie została mi ostatnia Patrycja do połknięcia. Okropnie to wciąga.
Noce już zaczynają być chłodne i tak się zastanawiam, czy to nie pora zabrać pelargonie do domu. Ale tak pięknie wciąż kwitną. Czy ktoś z Księgowych rozwiązał już ten problem, a jeżeli tak, to jak?
Postanowiłam za to jedną z agaw zostawić w ziemi na zimę. Otulę ją łapkami sosnowymi i zobaczymy, czy przetrwa. W końcu agawy w Hiszpanii na pewno czasami przeżywają nawet śniegi i mrozy, chociaż nikt ich nie otula.
Dzień dobry, Aniu. Nie jest to forum, tylko Księga moich Gości. Miło, że wpadłaś.
Wpadaj częściej!
„Chucherko” dopiero się pisze, i to bez pośpiechu, w rozsądnym tempie, które miłe jest mojemu zmęczonemu kręgosłupowi.
Myślę, że to będzie ładna książka. Jeśli wszystko pójdzie jak z płatka, może uda się ją oddać w roku 2019, tak już bliskim.
A jeśli nie – to w następnym.:)
Cieszę się bardzo, że czytelnicy czekają, to mi dodaje skrzydeł!
Pozdrawiam Cię mile.
Pani Małgosiu!
Piszę tu pierwszy raz i trochę się jeszcze nie odnajduję na forum. ;) Kiedy pojawi się „Chucherko”? Zaglądam tu codziennie i ciągle nie ma…
Jeszcze ich od Adminki nie dostałam, ale dostanę na pewno.
Mamo Isi, kwituję natomiast odbiór przesyłki od Ciebie.
Dziękujemy!:o)
A te drugie doszły?
Dzień dobry, Moliku. I mglisty oraz szary.
Idzie deszcz od zachodu, rośliny się ucieszą!
Dzień dobry!
Siskos (wiad. pryw.)- tak, to dobra droga, dziękuję za kontakt. Proszę przekazać siostrze, że wszystko jest jak najlepiej, tylko czas się jakoś skurczył. Mimo to postaram się napisać liścik.
Pozdrawiam najserdeczniej!
Mała korekta, mama przyciśnięta, zeznaje, że Papież raczej odleciał ze stadionu Włókniarza, a nie przyleciał (przecież z katedry to bliziutko, mówię, a mama na to – co chcesz mam 70 lat mogło mi się już pozacierać w pamięci – szum helikoptera był)
Dobrej nocy. Do jutra.
Jane, to prawda: wszyscy mieliśmy to wrażenie.”Właśnie na mnie spojrzał”, a także: „Mówi tylko do mnie”, nawet jeśli było nas ponad 2 miliony na Błoniach. Odbierało się Go zadziwiająco osobiście, bezpośrednio. To była jakaś szczególna cecha Jana Pawła II. Nie spotkałam się z taką właściwością nigdy dotąd i u nikogo.
Racja. Uprasza się o korektę.
1987 rok, Łódź, stałam przy trasie przejazdu Jana Pawła II. Miałam wrażenie, że właśnie na mnie spojrzał, jak to możliwe w tym tłumie?
A później, w sierpniu 1993 roku byliśmy z pielgrzymką studencką na mszy świętej w Castel Gandolfo. Papież podchodził do każdej grupki, zamieniał kilka słów, była wspólna fotografia. Niezapomniane przeżycie być tak blisko.
A od mojej mamy dołączam krótkie wspomnienie spotkania z Ojcem Świętym w zakładzie Uniontex. Papież przyleciał helikopterem na stadion Włókniarz, na spotkaniu było ponad 1000 kobiet (tkaczek, prządek, pracownic wykończalni). Słowa Ojca Świętego odmieniły życie mojej mamy. Kilka dni po spotkaniu mama zrezygnowała z kierowniczego stanowiska, powiedziała, że praca nie może przesłaniać życia i rodziny. Co ciekawe – zawodowo i tak wszystko lepiej się mamie poukładało.
(z ciekawostek: podczas oczekiwania na spotkanie, gdy Ojciec Święty już był tuż tuż, zapalił się głośnik na zupełnie gładkim słupie i nie wiadomo jakim sposobem elektryk z obsługi wszedł na ten słup i ugasił płomień-emocje były).
:)
Moliku i Nutrio (wiad. pryw.)- tak, pierwszą przesyłkę zdjęciową już dostałam i z przyjemnością obejrzałam. Ładnie tam u Was.
My wszyscy z Niego.:)
Tak, ten Wybuch fluidów i pięknych wspomnień, jest naprawdę poruszjący! Kochani Księgowi, bijecie rekordy!!!:o)
Nasza Wyspa ma solidny fundament. My wszyscy z niego :)
Wygląda to tak, że my po prostu wszyscy się znamy, nawet o tym nie wiedząc, i wszyscy się spotkaliśmy, też nawet o tym nie wiedząc.
Wójciku! Ależ byliśmy tam z Tobą – daleko, daleko od ołtarza, na skraju zielonej łąki. Nawet białej figurki nie było widać, ale nagłośnienie dało radę. Wszystko słyszeliśmy.
I taki mały, rudy stworek tkwił w tym tłumie, kto by pomyślał, że stworek będzie kiedyś ładne książki pisał…:)
Jasna Góra, 1979. Daleko, daleko siedziałam, mała jeszcze wiewióreczka ( aż trudno uwierzyć, że to tyle już lat) na składanym stołeczku, pod rozłożystym drzewem. A pomiędzy gałęziami można było zobaczyć, przez pożyczoną od życzliwej pani lornetkę, malutką białą figurkę na wielkim ołtarzu. To był On. Mówił o czymś bardzo ważnym, bo wszyscy słuchali w skupieniu. Pozostało mi to przeczucie zaledwie, że właśnie uczestniczę w czymś wielkim, czego wtedy jeszcze zupełnie nie rozumiałam.
To tak jest, Madziu, kiedy ktoś bliski milknie na zawsze: jego słowa zaczynają żyć wtedy ze zwielokrotnioną mocą.
Ach, ale ten „wybuch” wspomnień i świadectw na temat tego, co zostało, jest taki, że aż żal go przerywać bardziej przyziemnymi tematami.
Wiem, że ten cytat, który przytoczyłam, Pani Małgosiu, był po wielokroć odtwarzany i wcale się nie zdziwiłam, że pamięta go Pani aż tak, łącznie z tempem i intonacją. :)
Co mnie zdziwiło przed laty to to, że usłyszałam go jakby po raz pierwszy w dniach, które nastąpiły po 2 kwietnia 2005, gdy wszędzie można było wysłuchać głosu Papieża. To mnie wtedy uderzyło i nawet zabolało, jak wiele z tych słów, znanych już wcześniej, dociera do mnie z całą mocą i wagą dopiero wtedy, w tym powszechnym poruszeniu i poczuciu straty. Dlaczego dopiero wtedy? Ale cieszę się, że od wtedy one zostały i wracają.
Pięknie powiedziane, Krzysztofie. Dziękuję.
Właściwie to w jedenastu, bo na końcu była Warszawa i tam mówił o przykazaniu miłości.
Liczne i długie toczyły się dyskusje o wolności u progu lat dziewięćdziesiątych – czym jest wolność, co oznacza, czego wymaga, do czego zobowiązuje etc. A potem przyjechał Jan Paweł w 1991 i w dziesięciu kazaniach w dziesięciu polskich miastach wyjaśnił wszystko i wszystko stało się oczywiste. Ten program zawsze będzie aktualny, a jeśli się go wypełni, to umierać można będzie spokojnie.
…ale można też się wpisywać w innych sprawach!:))
Nie mogę wprost się nacieszyć tym, co tu nagle wybuchło.:)
O, tak, Sowo.
Zg-ago, a więc grałaś? Jak wspaniale…
Skoczów 1995 r. Ja w orkiestrze około 4 metrów od Jana Pawła II . Sektor 0 – sprawdzanie wszystkiego przez UOP , próby , 5 godz. czekania . I wreszcie jest !!! Nasz kochany Ojciec ! I chwila zwątpienia- czy można w ogóle zagrać cokolwiek, kiedy łzy cisną się do oczu ? Pozdrawiam Was , kochani !
Wolność dana, ale i zadana.
Nutrio, Kapucynko – tak, macie czego żałować. Ale nie do końca przecież: są dostępne płyty z nagraniami, można posłuchać tego wyjątkowego głosu i poczuć się prawie tak, jak my wtedy. Prawie – bo Wy już nie musicie tęsknić za wolnością. A myśmy tęsknili i nagle dzięki Papieżowi staliśmy się wolni, w jednej chwili. Wszyscy razem!
Zgredziku, dziękuję za te osobiste zwierzenia prywatnych wiadomościach. Poruszające!
Ach, więc z Tobą i Szarotką byłam razem na tej drugiej mszy na Pl.Zwycięstwa, tej, na której Papież beatyfikował 108 męczenników II Wojny Światowej, wśród nich ks. Mariana Konopińskiego, brata naszej Mamy.
Tym razem – po raz pierwszy – siedziałam!- z Mamą i całą rodziną, bliższą i dalszą, tuż przed tym wysokim i dalekim ołtarzem. Ogromne przeżycie.
No i na Pl. Defilad też razem z Wami byliśmy. Kto by przypuścił…:)
W Częstochowie chyba minęłam się z Sową.:)
O ludzie, też chciałabym uczestniczyć w tym spotkaniu z Papieżem i móc wspominać jego słowa. Tak dziwnie przyjemnym a jednocześnie smutnym jest rozmyślanie nad minionymi dziejami, przeżyciami, sytuacjami, które już się nigdy nie powtórzą. Zmieniły się czasy, niektórzy ludzie przeminęli, inni wybiegli w świat i kontakty się porozchodziły, ale każdy ma gdzieś w pamięci tłumy witające Papieża w Polsce, ten wspólny wieczór przy świecach, letnie zbieranie czereśni, owe spotkanie na rogu zaśnieżonej Świętojańskiej, i może wracać myslami zawsze do tamtego momentu, wzruszać się, nabierać sił i odnajdywać pocieszenie… I to, że nie da się cofnąć czasu i tam wrócić i możemy sycić się tylko tym, co zostało nam w głowach (ewentualnie na zdjęciach, czy w zapiskach w pamiętniku). Czy to wszystko nie ma w sobie magii?
Aleksandro, w zwiazku z „przyjechol”: jest na YT taki ok. dziesieciominutowy film „Okno papieskie”(autor: InstytutDialoguJP2.), zaczyna sie czarno-bialymi ujeciami. Papiez tak sobie gwara milo mowi.
Ale pięknie tutaj opowiadacie.
Ateno, ciekawe, czy się w tej Częstochowie minęłyśmy choć raz na ulicy? :). Potem był jeszcze Wrocław, Zakopane, Ludźmierz, Stary Sącz, Paryż, Rzym i Madryt (spotkanie z młodzieżą -również tą podstarzałą – ale nie ŚDM). I ostatnie wielkie czuwanie, całe prześpiewane. Słowa JP2 miały, mają i wciąż będą miały tę samą moc – na zawsze aktualne. Zawsze tak samo przykuwają uwagę, każą milczeć i rozmyślać. Jednak we mnie najmocniejsze wrażenie pozostawiły te ostatnie pielgrzymki, gdy już mocno schorowany szybko męczył się mówieniem, ale nigdy zmęczeniu się nie poddawał. Na zawsze młody duchem.
Sama się zdziwiłam, jak to wszystko sobie zebrałam i napisałam :)
„Solidarność – to znaczy: jeden i drugi (…). A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim”.
To było na Zaspie.
Aleksandro!!!
Góra św. Anny 1983 – gdzieś daleko, w kartoflisku, a potem powrót i machanie helikopterowi, którym, jak byliśmy święcie przekonani, leciał Papież.
Rzym 1996 – audiencja w Auli Pawła VI – spojrzenie prosto w oczy.
Błonia 1997 – w sektorze studenckim.
Paryż 1997 – Światowe Dni Młodzieży.
Gliwice 1999 – „Mioł przyjechać, nie przyjechoł.”
Kraków 1999 – na trasie przejazdu, obok AGH, na wyciągnięcie ręki, a potem już w telewizji „Nie mioł przyjechać, a przyjechoł” – łzy jak grochy.
Rzym 2000 – x2: Jubileusz Polaków, Światowe Dni Młodzieży.
2000-2003 – udział w kilku edycjach Konkursu Wiedzy o Janie Pawle II – sporo jego tekstów i tekstów
o nim wtedy przeczytałam i stał mi się bardzo bliski.
2.04.2005 – Jasna Góra – tam się dowiedziałam, że odszedł do Domu Ojca.
No, dobrze, jak juz tak sie rozochocilam, to jeszcze jedno wspomnienie: pozny wieczor i noc pod Oknem w 1983 roku. Wraz z klasowa przyjaciolka postanowilysmy, ze idziemy na spontaniczne spotkanie braci studenckiej z Papiezem. Bylysmy smarkulami z siodmej klasy:) Po dlugim oczekiwaniu -w wielkim scisku gdzies na trawie, a potem siedzac na chodniku, spiewach, halasliwych rozmowach, zartach (wlasciwie to z wielka ekscytacja przysluchiwalysmy sie ich rozmowom) z nieznanymi, a tak bliskimi ludzmi – wreszcie pojawil sie Papiez w oknie. Wszystko co tam sie dzialo bylo dla nas ogromnym przezyciem. Zapamietalam tez, ze nazwalysmy „Sloneczkiem” jednego pana ze sluzby porzadkowej, caly czas sie do nas milo usmiechal. Wracalysmy potem do swoich domow (wowczas obydwie mieszkalysmy w obrebie Plant), widzialysmy jak ludzie na ulicy proponowali sobie nocleg. To bylo wszystko takie nieziemskie. Nasze mamy nie denerwowaly sie jakos. A na drugi dzien w szkole (to bylo jakos w srodku tygodnia) pekalysmy z dumy, ze mozemy o tym wszystkim opowiadac.
My tu po to jesteśmy, Nutrio, żeby Wam opowiedzieć.:)
Justysiu (wiad.pryw.)- zrobione.
Och, jakie piękne, wzruszające wspomnienia!
Ja nigdy nie miałam szans zobaczyć Papieża ,,na żywo”. Urodziłam się dokładnie w roku jego śmierci.
Ale nasza szkoła jest jego imienia, a kościół w naszej parafii (stosunkowo młodej; mój dziadek pamięta, jak go budowali) poświęcił on sam, wtedy jeszcze Karol Wojtyła. Mamy powody do dumy.
Staram się go poznawać, kierować się jego słowami, ale nigdy nie poznam go tak, jak Wy i nie zrozumiem jego słów tak jak Wy, którzy słyszeliście je, płynące prosto z jego ust.
Czasami dziwię się, że miałam tak blisko do tego Człowieka, do tego Wielkiego Polaka, a jednak się spóźniłam…
Kochana Justysiu!
Moje spotkania z Ojcem Świętym to Msza na Błoniach w 1983, Tarnów – 1987 Msza beatyfikacyjna Karoliny Kózki i Rzeszów w 1991. W październiku 1991 wyjechałam. A potem był jeszcze Denver 1994 – Światowe Dni Młodzieży. A gdy byłam już w Kanadzie, papież był tu u nas w Toronto w 2002 na Światowych Dniach Młodzieży, ale wtedy Asia miała 6 miesięcy i nie mogłam tam być osobiście, no i młodzieżą tez już się nie czułam.
Karikari, wzruszyłam się Twoim wpisem. Ze mną było podobnie, gdy dwa lata temu pojechałam z Asią i Adamem (moje nastoletnie dzieci) do Wadowic i zwiedzaliśmy muzeum w domu Papieża. Przewodniczka opowiadała historię życia Karola Wojtyły i gdy doszła do dnia kiedy został papieżem – włączyła wideo z wyboru Ojca Świętego – to samo, które pamiętam z tamtego dnia 16 października, gdy mama kazała mi oglądać. Też zdążyłam tylko im powiedzieć „patrzcie” i głos mi się załamał. Zrozumieli.
Wyszło tak, jak trzeba, Celestyno. A korekta – wiesz, odruchowo.
Dziekuje za dyskretna korekte:) Tak w ogole, to chcialam napisac „na nogach”, jak to w Krakowie, .ale zmienilam zdanie, a i tak niezbyt zgrabnie wyszlo.
Baziu, oglądałam na żywo transmisję z tego spotkania na lotnisku, było niezwykłe.
Celestyno, pamiętam te ludzkie rzeki i ten nastrój. Wracaliśmy tak z Mogiły na piechotę do Krakowa. Nad nami krążyły groźnie helikoptery milicyjne, w ogóle od milicji było aż niebiesko, pełna gotowość bojowa na wypadek rozruchów. Ludzie jednak byli w takim nastroju uniesienia i radości, że machali przyjaźnie przedstawicielom wrogiej władzy.
Na stronie Polskiego Radia w dziale „Spotkania Papieza z Ojczyzna” po prawej stronie jest wiele materialow audio. Musze wszystko na nowo odsluchac, bo wiele rzeczy jednak mi umknelo. Wlasnie wysluchalam nagrania „Pierwsza Wigilia w stanie wojennym”. Slowa zawsze aktualne.
Na Zaspie wydawało mi się, że tak powinno wyglądać niebo: ludzie złączenie w pragnieniu Boga i wolności. W Gliwicach w czerwcu 1999, gdy po odwołanej oficjalnej wizycie, Jan Paweł II nieoczekiwanie pojawił się na lotnisku, oczekiwało Go już tam 500 000 ludzi, którzy zorganizowali w ciągu nocy i bez żadnych porządkowych, w spokoju cieszyli się Spotkaniem. Dzięki Janowi Pawłowi wiem, że wystarczy człowiek, by było szczęście.
Mamo Isi, w 2002 tez na Bloniach bylismy. Jak podawaly media, padl rekord-prawie 3 mln ludzi.
Dostalam pare dni pozniej „Dzieniczek” od siostry i jej meza z dedykacja: „na pamiatke wspolnego bicia rekordu Europy w zgromadzeniu wokol Papieza”. Nieprawdopodobny nastroj byl rano. Szlismy z naszego osiedla piechota (ruch byl zamkniety), bladym switem, zapamietam na zawsze ten odglos plynacej ludzkiej rzeki, taki pospieszny szelest, ze wszystkich ulic i uliczek wylewala sie ta wlasciwie milczaca, ale bardzo podekscytowana ludzka rzeka.
Duzo tych spotkan w Krakowie bylo. Kiedy tylko moglam, szlam czy to na trase przejazdu, czy to pod Okno.
Karikari, mam to samo. Za kazdym razem, kiedy probuje corce cos pokazac, przeczytac slowa Papieza, glos mi sie lamie. Mam nadzieje, ze kiedys sama dla siebie chocby slowa o Westerplatte odkryje.
I ja tam wtedy ( jako licealistka ) Odo byłam. Również stałam bardzo daleko, ale kiedy przejeżdżał , udało mi się spojrzeć w te Kochane Oczy. Ogromnie cieszyłam się pamiętam,że oddycham tym samym powietrzem, co ta na wpół realna i jednocześnie nieziemska Istota.
Tak,Krzysiu, oczywiście – przyjechałam z Westerplatte, odetchnęłam i poleciałam na pas startowy – wszak Papież przyjechał do mnie! Na Zaspę!
„Jedni drugich brzemiona noście”, to też wtedy.
Dla mnie Jan Paweł II to Człowiek, który zawsze był: urodziłam się w trakcie Jego pontyfikatu. Jako mała dziewczynka zbierałam jego zdjęcia, wycinałam z gazet i wklejałam do dużych zeszytów.
Potem była pielgrzymka do Krakowa w 1997 i kanonizacja królowej Jadwigi („Najgłębszym rysem jej krótkiego życia, a zarazem miarą jej wielkości, jest duch służby. Swoją pozycję społeczną, swoje talenty, całe swoje życie prywatne całkowicie oddała na służbę Chrystusa, a gdy przypadło jej w udziale zadanie królowania, oddała swe życie również na służbę powierzonego jej ludu.”). Dwa lata później Papież przyjechał do nas, byliśmy na Mszy w Sopocie na hipodromie. A w roku jubileuszowym po raz pierwszy wybrałam się do Rzymu i miałam okazję uczestniczyć w audiencji (w auli Pawła VI, to było zimą).
Kiedy zmarł studiowałam w Warszawie: to, co się później działo jest nie do opisania.
Mam wrażenie, że wzrastając w czasie tego pontyfikatu, przesiąknęłam Jego słowami. Nie muszę ich dosłownie pamiętać, treść i znaczenie noszę w sercu.
Oj, skleroza mnie dopadła. Ostatni raz widziałyśmy Go z Isią całkiem z bliska kilka godzin po mszy na Błoniach, jak przejeżdżał papamobilem. Pędziłyśmy na pociąg do Gdyni, ulicę zablokowano i co prawda nie zdążyłyśmy na pociąg, ale za to widziałyśmy Jego! Ludzie mówili, że jedzie na grób ojca, na cmentarz Rakowicki.
I w Poznaniu byliśmy, choć chyba najdalej od ołtarza. Nie, najdalej od ołtarza tośmy byli w Warszawie, kiedy to utknęliśmy w korku i nie dojechali do stadionu Tysiąclecia. Rodzina pognała na piechotę, a my z mężem słuchaliśmy w samochodzie transmisji radiowej.
Na Zaspie byliśmy, a jakże, Krzysztofie! Też te słowa z nami zostały.
Karikari, Mamo Isi – przytulam Was! I Kozia, rzecz jasna.
Krzysztofie, a więc mamy tak samo: wciąż Go słyszymy.
Jakie to było potężne wrażenie!