
Ponieważ nowy projekt związany z pracą rzucił mnie na Florydę na kilka dni, postanowiłam odwiedzić Sanibel i Captiva, wysepki na zachód od Fort Myer, na których już wcześniej byłam. – pisze nasza niezastąpiona KC Atena.- Wtedy nie wiedziałam, że Clifton Fadiman wraz z małżonką mieszkali na wyspie Captiva, a jego syn mieszka na Sanibel. Piękne miejsca, na Sanibel jest Muzeum Muszli, w którym byłam i tam są najpiękniejsze na świecie muszle, nie trzeba ich nawet szukać, leżą niezliczone ilości, wystarczy się schylić.
Napisałam do Anne Fadiman (adres znalazłam w internecie), już będąc w Naples, z nadzieją, że znajdę czas na to, żeby pojechać na Sanibel i Captiva i znajdę miejsca, które ważne były dla niego.
(Dodajmy tu informację, że nieżyjący już Clifton Fadiman był błyskotliwym pisarzem, sławnym w swoim czasie twórcą radiowym i telewizyjnym, autorem wielu literackich antologii, wydawcą i krytykiem literackim, wielkim miłośnikiem i popularyzatorem książek. Kolekcjonował też wina i tej właśnie pasji poświęcona jest książka wspomnieniowa jego córki Anne – „The Wine Lover’s Daughter”) – MM

Napisałam bez nadziei na odpowiedź – pisze dalej KC Atena – i proszę sobie wyobrazić, ona mi prawie natychmiast odpisała. Powiedziała mi gdzie mieszkali jej rodzice, ważne były dla nich biblioteki na obu wyspach, podała mi ich dwie ulubione restauracje, w jednej zjadłam Key lime pie i do tej pory mam na pewno podwyższony cukier ;).

Powiedziała, że powinnam iść na piękne plaże, i że jej tato nie doceniał tego piękna.
Kupiłam eseje Cliftona Fadimana, Anne powiedziała że akurat te są jej ulubionymi esejami. Opowiedziałam jej pokrótce o naszych zagadkach i że była popularna i chyba jej się to spodobało, miło jej było z tego powodu, że jest w Polsce lubiana.
(Z oryginału maila:
Thanks for telling me about that lovely game. I’m delighted to hear my work is read in Poland. )
Ha! Jak miło!
I jeszcze kilka słów od Anne Fadiman, ze zdjęciami Ateny:
My parents lived at South Seas Plantation on Captiva,

but the places that might best contain my father’s „spirit,” as you put it, were his favorite restaurants. Most are now closed, but I believe that the Old Captiva House at „Tween Waters”, where they often dined, is still open. Also Key Lime Bistro.

You could at least drive past one of those. Two other places that were important to him until he lost his sight were the libraries on both Sanibel and Captiva. He spoke at both.
Good luck.
Anne Fadiman
Atena zrobiła zdjęcia jednej z tych ulubionych bibliotek pp. Fadimanów – oto ona:

A co do bistra Key Lime – nietrudno nam będzie wyobrazić sobie siedzącą przy tym stoliku rodzinę Nałogowych Korektorów:

Odwiedziwszy niedawno z bratem rodziców mieszkających na wyspie archipelagu Florydy, wybraliśmy się z nimi do eleganckiej restauracji. Gdy – wszyscy prócz ojca, który nie widzi – wetknęliśmy nosy w kartę dań, zdałam sobie sprawę, że podobnie zmieniony wyraz naszych twarzy nie miał nic wspólnego z namysłem, co chcemy zjeść.
– Przestawili „e” i ”a” w sosie madera – zauważył brat.
– Zrobili z Bel Paese jedno słowo – powiedziałam – I napisali to z małej litery.
– I tak są uważniejsi niż tam, gdzie byliśmy w zeszły wtorek – stwierdziła matka. – Tam podają kaczkę po rekińsku.
(…)
Wiem, co możecie sobie pomyśleć: cóż za nieznośna rodzina! Co za paczka małostkowych, zrzędliwych, drobiazgowych, nędznych intrygantów! Prawdą jest – zdaję sobie sprawę, że to koronny dowód – że pewnego razu, gdy zamówiłam tort czekoladowy dla uczczenia blisko sąsiadujących ze sobą urodzin trójki Fadimanów, odebrałam formularz zamówienia pracownikowi piekarni, w którym zanotował napis jako HAPPY BIRTHDAY’S i poprawiłam go. Wiedziałam, że uwagi mojej rodziny nie zwrócą srebrne przybranie ani różowa różyczka z cukru; gdybym w ostatniej chwili nie zapobiegła interpunkcyjnej katastrofie, wszyscy chórem wykrzyknęliby: „O! zbędny apostrof!”
(Anne Fadiman „Ex libris” , wyd. Świat Literacki 2004, przekład Hanny Pustuły i Pawła Piaseckiego)
(Dodam nawiasem, że znalazłam smaczny błąd składniowy w powyższym przekładzie; ale przecież każdy, nie tylko Maniakalny Korektor, widzi, że powinno być: „odebrałam pracownikowi piekarni formularz zamówienia, w którym zanotował napis jako…” etc. MM).
Oczywiście, jeśli sami jesteście nałogowymi korektorami – a jeśli jesteście, wiecie o tym, gdyż dla naznaczonych to odruch równie nieuchronny, jak kichnięcie – wasze myśli biegną odmiennym torem: jaką porządną, obywatelsko zaangażowaną rodziną są Fadimanowie! Jakże wspaniałomyślnie dzielą się w tych niechlujnych czasach swą wnikliwością z nieoświeconymi! Gdybyście żyli w 1631 roku, nie posiadalibyście się z radości, natrafiając na siódme przykazanie z wydrukowanego specjalnie dla Karola I egzemplarza Biblii, które brzmiało: „Będziesz cudzołożyć”.
(…)
George (…) nie pojmuje dreszczyku towarzyszącego takim odkryciom. Nie uważa mnie za cudowną towarzyszkę życia, gdy przy spojrzeniu na ekran jego komputera czuję, że moje palce, jakby poruszane przez wewnętrznego chochlika, same wstawiają drugie r w embarras. Jestem jednak pewna, że gen przekazany został naszej sześcioletniej córce. Nie zna jeszcze na tyle ortografii, by poprawiać pisownię, ale z pewnością odziedziczyła korektorski temperament. Gdy miała dwa i pół roku, George zwrócił się do niej, wskazując na karmnik: „Patrz, Zuzanko, drozd!”. Zuzanka odparła z miażdżącą pogardą: „Nie, tatusiu, drozd r d z a w o b o c z n y”. Pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy sama zacznie wstawiać brakujące ”r”.
(Anne Fadiman „Ex libris” , wyd. Świat Literacki 2004, przekład Hanny Pustuły i Pawła Piaseckiego)
Kochana Ateno, dziękuję za kolejny, ciekawy reportaż z Miejsc Literackich!
A szanowny Lud Księgowy zachęcam do czytania uroczych, dowcipnych i pouczających książek Anne Fadiman (w przekładach mamy już dwie: Ex libris oraz W ogóle i w szczególe – eseje poufałe) .
Książki jej sławnego i wszechstronnego ojca, Cliftona Fadimana, niestety, nie zostały jeszcze w Polsce wydane, ale kto wie, może się ich doczekamy.
Tymczasem – czytajmy w oryginale! Gorąco do tej praktyki zachęcam!
Uściski od
MM








Ex Libris- to tym zajmowaliśmy się niedawno na lekcjach plastyki!
Dziękuję KrzysztO!!
A i najważniejsze – Pani Bettina jest miłośniczką muzyki, sama grała na skrzypcach w orkiestrze kameralnej, a teraz organizuje koncerty. Prowadzili też z mężem dla dzieci kursy językowe nazywane Akademią Pana Kleksa !
Serce rośnie.
Niesamowity fluid !
Właśnie wróciliśmy z mężem z okolic Milicza. W małej wioseczce Pracze, Pani Bettina Harnischfeger prowadzi wraz z mężem ośrodek Żabi Róg. Jest to córka ostatniego niemieckiego pastora z Sułowa (pobliskie miasteczko), która opuściła dom rodzinny w 1945 roku ale wróciła w te okolice w latach 90-tych. Pani Bettina dziarsko działa wśród lokalnej społeczności – organizuje koncerty, warsztaty itp. Prowadzi także małe muzeum. W jej zbiorach znajdują się m.in. odnalezione po 70-ciu latach w skrytce na strychu dawnej plebanii ewangelickiej w Sułowie, konspiracyjne materiały dotyczące Kościoła Wyznającego !!! Schował je tam przed gestapo pastor Axel Sommer, ojciec Bettiny, zanim zginął na froncie – wysłany tam za antynazistowską postawę.
Celestyno, dziękujemy.:)
Ja również pomyślałam o tym drugim Dietrichu. Polecam znakomitą książkę von Hildebranda: „Serce. Rozważania o uczuciowości ludzkiej i uczuciowości Boga-Człowieka”- wyd. W drodze, 1985
Blanko, racja, po stokroć!
O, dziękuję, Krzysztofie!- i teraz już wiem, że czytałam kiedyś ten wiersz.:) Poznaję.
Bardzo piękny.
Słówko do Cascioliny: tak, Auden współpracował z kompozytorami, a z jednym wręcz się przyjaźnił: z Robertem Montgomerym, profesorem Oxfordu, znanym jako Edmund Crispin, pod którym to pseudonimem tworzył on znakomite powieści detektywistyczne.
Do przyjaciół Crispina należał także inny świetny poeta, Philip Larkin (n.b. także tłumaczony przez mego brata).
Dzień dobry Kochani!
Dziękuję za zamieszczenie tutaj pięknego wiersza oraz wspaniałego przekładu.
Podobnie jak Casciolina, natychmiast zaczęłam zapoznawać się z biografia Dietricha Bonhoeffera. Jego postawa w latach trzydziestych od razu przywiodła mi na myśl życiorys chrześcijańskiego filozofa Dietricha von Hildebranda. Jego myśl poszła w innym kierunku, jednak ta analogia jakoś sama mi się nasuwa.
Pozdrawiam wszystkich i przesyłam spóźnione życzenia urodzinowe dla pana Musierowicza!
Co do błędów, to mnie razi wyjątkowo: ubrać sukienkę, przepis na syte danie, ugotować kaszy mannej.
Fern Hill
Dylan Thomas
Now as I was young and easy under the apple boughs
About the lilting house and happy as the grass was green,
The night above the dingle starry,
Time let me hail and climb
Golden in the heydays of his eyes,
And honoured among wagons I was prince of the apple towns
And once below a time I lordly had the trees and leaves
Trail with daisies and barley
Down the rivers of the windfall light.
And as I was green and carefree, famous among the barns
About the happy yard and singing as the farm was home,
In the sun that is young once only,
Time let me play and be
Golden in the mercy of his means,
And green and golden I was huntsman and herdsman, the calves
Sang to my horn, the foxes on the hills barked clear and cold,
And the sabbath rang slowly
In the pebbles of the holy streams.
All the sun long it was running, it was lovely, the hay
Fields high as the house, the tunes from the chimneys, it was air
And playing, lovely and watery
And fire green as grass.
And nightly under the simple stars
As I rode to sleep the owls were bearing the farm away,
All the moon long I heard, blessed among stables, the nightjars
Flying with the ricks, and the horses
Flashing into the dark.
And then to awake, and the farm, like a wanderer white
With the dew, come back, the cock on his shoulder: it was all
Shining, it was Adam and maiden,
The sky gathered again
And the sun grew round that very day.
So it must have been after the birth of the simple light
In the first, spinning place, the spellbound horses walking warm
Out of the whinnying green stable
On to the fields of praise.
And honoured among foxes and pheasants by the gay house
Under the new made clouds and happy as the heart was long,
In the sun born over and over,
I ran my heedless ways,
My wishes raced through the house high hay
And nothing I cared, at my sky blue trades, that time allows
In all his tuneful turning so few and such morning songs
Before the children green and golden
Follow him out of grace,
Nothing I cared, in the lamb white days, that time would take me
Up to the swallow thronged loft by the shadow of my hand,
In the moon that is always rising,
Nor that riding to sleep
I should hear him fly with the high fields
And wake to the farm forever fled from the childless land.
Oh as I was young and easy in the mercy of his means,
Time held me green and dying
Though I sang in my chains like the sea.
I dokonał tego wyboru, Casciolino. Świadomie.
(„Powiedział nam, że mamy wolny wybór”).
Historynko, muszę go zobaczyć.
Ula urocza, a jak urosła! Pamiętam pulchnego niemowlaczka.:)
Zainspirowana wierszem Auden’a, zaczęłam się zagłębiać w biografię i twórczość poety. Zatrzymałam się na dłużej przy wierszu „1 września 1939”, w tłumaczeniu oczywiście pana Stanisława; dowiedziałam się też, że Auden często współpracował z kompozytorami, pisząc libretta do ich dzieł.
Przede wszystkim jednak chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat Bonhoeffera. Jakże przebogate w treść było jego życie! Poczytałam też o tym, jak potoczyły się losy jego rodzeństwa (a było ich ośmioro), szczególnie siostry bliźniaczki, Sabiny. Udało jej się uciec do Oxfordu z mężem i dwiema córeczkami jeszcze przed wybuchem wojny. Starsza córka, Marianne, w młodości pisała wiersze: można je odnaleźć w oryginale w internecie.
Pozwolę sobie jeszcze zamieścić wstrząsające słowa Bonhoeffera, w których tłumaczy dlaczego uważał za konieczny powrót do Niemiec z USA, tuż przed wybuchem wojny:
„Muszę ten trudny okres naszej narodowej historii przeżyć wraz z chrześcijanami w Niemczech. Nie będę miał żadnego prawa do współtworzenia chrześcijańskiego życia w powojennych Niemczech, jeżeli nie będę dzielił tej próby czasu wraz z moim narodem […]. Chrześcijanie w Niemczech stoją przed przerażającą alternatywą: albo dać swoje przyzwolenie na klęskę swojego narodu, aby umożliwić przetrwanie cywilizacji chrześcijańskiej, albo zgodzić się na zwycięstwo i zniszczyć zarazem cywilizację. Już wiem, którą opcję wybiorę z powyższej alternatywy. Jednak tego wyboru nie mogę dokonać znajdując się tutaj, w sytuacji całkowicie bezpiecznej”.
Babciu Gąsko, jesteś bezcenna.
Aleksandro (wiad.pryw.)- a to dopiero! A tak pospiesznie odesłałam!
Wstyd dla poczty, naprawdę.
Dobrze, że solenizantka nie zauważyła braku.
I tak, rozumiem, zawsze trzeba układać na nowo.
Dziękuję serdecznie.
We Wrocławiu i w Berlinie są bliźniacze pomniki Bonhoeffera. Bardzo charakterystyczne i robiące wrażenie. O ten wrocławski turyści pytają często, budzi ich zainteresowanie.
Cześć i czołem! Tam, gdzie są wspominane wieczory zagadkowe oraz spisy pojawiam się i ja. Maniakalny Spisowacz. Zeszycik z wielorybem stracił był okładkę, ale w środku jak nówka- nieśmigana. Do dziś zostało mi przyzwyczajenie zaznaczania ciekawych cytatów na ‚wieczór zagadkowy’. Np. takiego, w którym pojawia się postać Babcia Gąska. Fajne, co?
Serdecznie całuję- Wasza b.g
Dziękuję za poszukiwania!! Ile pięknej poezji anglojęzycznej nie poznałabym, gdyby nie Pani Brat! Do dziś pamiętam te dwujęzyczne tomiki wydane przez Znak, które pojawiały się w sprzedaży, gdy byłam studentką. Ba, mam niektóre, ale, niestety, część przepadła bez wieści.
Może ktoś z Księgowych, ma tłumaczenie tego wiersza?
Historynko, kwituję odbiór przesyłki. Piękna rzecz.
Chesterko, niestety, nie stwierdzę tego. Poszłam natychmiast po tom „44 wiersze” Audena (wyd.Znak) i oto nie mam go na półce! Jest natomiast na niej niewielka luka w długim szeregu. Ktoś sobie pożyczył. Kto??? – nie pamiętam.
Może Staś przełożył ten wiersz, tytuł jest mi znany. Na pewno jednak nie wiem.
Anette, wiersz Berrymana, mój ulubiony, cytowałam tu kilkakrotnie, w „Febliku” też. Nigdy go za wiele!
Myślę dziś właśnie, jak ogromną pracę wykonał mój Braciszek i jak bezcenną kolekcję skarbów pozostawił. I to mnie pociesza.
Droga Autorko! Mam prośbę. We wspomnianej przeze mnie książce o ojcu biblofilu, który ze swojej samotni rusza w świat na poszukiwanie zaginionego syna bardzo ważna jest poezja. Właściwie każda scena, obraz, sytucja niesie ze sobą przesłanie. W jednym z dialogów między dwojgiem bohaterów: Kanadyjczykiem zakochanym w kulturze ros. a przygodnie zapoznanym Rosjaninem pada tytuł wiersza: „Wzgórze paproci” Dylana Thomasa. Niestety nie ma tego wiersza w antologii Pani Brata: „Z Tobą, więc ze Wszystkim” a innej Thomasa nie mam. Czy Stanisław Barańczak go przetłumaczył?
Wiersz Audena poruszający.
Gorąco zachęcam do przeczytania innego wiersza tłumaczonego przez Pana Stanisława: „Jedenaście zwróceń się do Pana Boga” John’ego Berryman’a (Ignacy Borejko cytuje Jędrkowi jego początek w „Febliku”) – wspaniały! Cały wiersz znaleźć można w internecie na stronie bc.dominikanie.pl – w wyszukiwarce wystarczy tam wpisać „W drodze 1991, nr 10” i w tym numerze od strony 29 jest cały utwór. I tutaj także znajomość biografii Barryman’a ma istotny wpływ na odczytanie wiersza.
Fluid! My właśnie na polskim uczymy się o błędach językowych. Ale to już nie jest ten sam polski…
Niektórzy nauczyciele okazują się najlepsi w tym co robią i potem już się takich nie spotyka.
Nowa pani polonistka nie potrafi tak zachęcić do naszego języka ojczystego i pokazać jego piękna i bogactwa.
Dzień dobry
W temacie błędności, która się zamienia w regułę – mnie do pasji (nomen omen) szewskiej doprowadza „spolegliwy”, który jest powszechnie błędnie stosowany. Jak słyszę to nie mogę zdzierżyć…
Bardzo proszę.:)
Wymowa i gorycz tego wiersza stają się głębsze, gdy się wie, kim był i za co zginął Dietrich Bonhoffer.
Wiersz – pomnik. Wiersz – klejnot. Porażająco zachwycający. Ile treści.
Bardzo jestem wdzięczna panu Stanisławowi, że mi go PRZYBLIŻYŁ.
Jednak tak wielkie przeżycie ominęłoby mnie, gdyby nie Krzysztof i jego trop.
UA serdecznie dziękuję za zamieszczenie całości.
I dlatego potrzebna jest ufność.
I chyba to właśnie zostaje:
We have no means of learning what
Is really going on
(…)Since the analogies are rot
Our senses based belief upon,
We have no means of learning what
Is really going on,(…)
(…)Nasz sąd o świecie zmysły w każdym punkcie
Wsparły na próchnie analogii – zatem
Nie mamy jak się dowiedzieć, co w gruncie
Rzeczy się dzieje ze światem.
(…)
O ileż bardziej obrazowo wyraził tę myśl Stanisław Barańczak: „nasz sąd o świecie wsparty na próchnie analogii”.
Dzięki Boyowi literatura francuska jest znacznie smakowitsza w polskich tłumaczeniach, a dzięki Barańczakowi – angielska.
A tu – wspaniały przekład mego Brata:
W.H. Auden
DZIECKO PIĄTKU
(pamięci Dietricha Bonhoffera,
zamęczonego we Flossenburgu 9 kwietnia 1945)
Powiedział nam, że mamy wolny wybór;
My, jak to dzieci, myśleliśmy prościej:
„Ojcowska Miłość zadba o nas chyba,
A siłą – w ostateczności –
Da sobie radę z gorszą łobuzerią” –
W pełnych bojaźni religijnych głowach
Nie zaświtało, że On całkiem serio
Rozumiał był swoje słowa.
Czy jego oko roni łzę czy miota
Skry – bezcelowe byłyby dyskusje,
Co nas gruntowniej miażdży ciosem młota:
Gniew Jego czy też współczucie?
I jaka cześć należy się dziwacznej
Boskości, której nie ogarnia trwoga,
Gdy Adamowi daje nieopatrznie
Wypełniać czynności Boga?
Byłoby ślicznie, gdyby można ulec
Czarom Człowieka Powszechnego ( z epok
Pobożnych gromad i lokalnych królestw):
Lecz nam do tego daleko.
Wsobny a jednak wszechwidzący Umysł,
Widzialnych zjawisk obrośnięty ciałem,
Nie budzi ani grozy, ani dumy:
Jest w każdym calu banałem.
Wcielaniem życzeń i kontr-życzeń w życie
Zajęty (służą mu liczne narzędzia),
Sam nie pojmuje chyba całkowicie
Sensu swojego zajęcia.
Nasz sąd o świecie zmysły w każdym punkcie
Wsparły na próchnie analogii – zatem
Nie mamy jak się dowiedzieć, co w gruncie
Rzeczy się dzieje ze światem.
I w końcu wiemy jedno: że najśmielsze
Z naszych dowodów czy też refutacji
Istnienia Jego – w nietkniętej kopercie
Wrócą pod adres nadawcy.
A czy On w swoim czasie złamał pieczęć,
Zmartwychwstał? Nikt z nas nie śmie mieć poglądu,
Lecz niedowiarek nawet nie zaprzeczy,
Że jedno pewne: Dzień Sądu.
Na razie z krzyża płynie cisza – martwa
Martwotą której my nie dorównamy –
I mówi jaki był zysk czy też strata,
A ty i ja – wolni – mamy
Odgadnąć z twarzy pod zaschłą plwociną
Jakie Pozory ratuje ta dzika
Decyzja, aby na oczach rzesz zginąć
Śmiercią zwykłego niewolnika.
To tylko fragment, Krzysztofie, początek.
Oto całość, w oryginale :
W. H. Auden
FRIDAY’S CHILD
(In memory of Dietrich Bonhoeffer,
martyred at Flossenbürg, April 9, 1945)
He told us we were free to choose
But, children as we were, we thought—
„Paternal Love will only use
Force in the last resort
On those too bumptious to repent.”
Accustomed to religious dread,
It never crossed our minds He meant
Exactly what He said.
Perhaps He frowns, perhaps He grieves,
But it seems idle to discuss
If anger or compassion leaves
The bigger bangs to us.
What reverence is rightly paid
To a Divinity so odd
He lets the Adam whom He made
Perform the Acts of God?
It might be jolly if we felt
Awe at this Universal Man
(When kings were local, people knelt);
Some try to, but who can?
The self-observed observing Mind
We meet when we observe at all
Is not alariming or unkind
But utterly banal.
Though instruments at Its command
Make wish and counterwish come true,
It clearly cannot understand
What It can clearly do.
Since the analogies are rot
Our senses based belief upon,
We have no means of learning what
Is really going on,
And must put up with having learned
All proofs or disproofs that we tender
Of His existence are returned
Unopened to the sender.
Now, did He really break the seal
And rise again? We dare not say;
But conscious unbelievers feel
Quite sure of Judgement Day.
Meanwhile, a silence on the cross,
As dead as we shall ever be,
Speaks of some total gain or loss,
And you and I are free
To guess from the insulted face
Just what Appearances He saves
By suffering in a public place
A death reserved for slaves.
Przeczytałem onegdaj bardzo ciekawy artykuł na temat nieba, piekła i wolnej woli, zilustrowany był takim oto wierszem (nie wiem, czy to całość czy tylko fragment):
Wystan Hugh Auden „Dziecko piątku”
Powiedział nam, że mamy wolny wybór;
My, jak to dzieci, myśleliśmy prościej:
„Ojcowska Miłość zadba o nas chyba,
A siłą — w ostateczności —
Da sobie radę z gorszą łobuzerią” —
W pełnych bojaźni religijnych głowach
Nie zaświtało, że On całkiem serio
Rozumiał był swoje słowa.
(tłum. S. Barańczak)
Zgredziku, (wiad.pryw.) – prawdę mówiąc, nie widzę związku:).
No już bez przesady.
Chesterko, ładnie, że to czytujesz.:)
Mocno ściskam, dobranoc!
Historynka krzepi.:)
Dzięki za adres, odezwiemy się niebawem.
Jeszcze tylko dodam, że jak czytam przedszkolakom Pana Tadeusza na zajęciach to one są nim zachwycone. Na stronie muzeum jeszcze książki nie ma, ale ja już ją pokazałam na moim blogu Dolny Śląsk dla Uli.
A wiersz był Gerarda Manleya Hopkinsa w tł. St. Barańczaka, oczywiście ( pt. „że przyroda jest heraklitejskim ogniem i o pociesze Zmartwychwstania”).
Ateno, ale przede wszystkim napisałaś do pani Fadiman.:)
Solenizant dziękuje z miłym uśmiechem.
Historynko, przyłączam się do pytania Ateny. Już przedtem chciałam skomentować Twoją wiadomość – że pomysł bardzo dobry i ciekawy i że serce rośnie – ale zapomniałam, mocno zajęta sprawami rodzinnymi. Koniecznie przyślij zdjęcia, dobrze? Adminka zgłosi się do Ciebie, tylko wpisz tu (prywatnie) swój adres mailowy, to będzie prostsze niż szukanie go wśród pierniczków.:)
Solenizantowi życzymy wszystkiego najlepszego.
P.S. Jeszcze nie jesień.
Dziekuje za mile slowa, ale zaznaczam, że to pani Małgosia stworzyła ten piękny wpis, ja tylko wysylam zdjecia. Cieszy mnie, że dzięki niemu Anne Fadiman została przez niektórych odkryta, innym przypomniana. Warto, prawda.
Justysiu, uśmiecham się i ogromnie mi miło!
Chesterko, musze przeczytac te ksiazke, a chmury są zawsze piękne.
Pamiętam te spisy, nawet gdzieś mam wydrukowane, uporządkowywanie ich było bardzo czasochłonne, tak że doceniam Adminko, Magdo Z i Jane.
Historynko, a to ciekawy pomysł, czy mozna obejrzec ten projekt gdzies w sieci..
Klub miłośników dyni i dyniowych wyrobów.
He, he, jak miło. Moje najlepsze życzenia dla Solenizanta!
Rozsmakowałam się ostatnio w zupie dyniowej z dodatkiem mleczka kokosowego. Nie spodziewałam się nawet, że to jest aż tak dobre połączenie. Polecam! Będę też niebawem testować korzenne ciasteczka dyniowe, jeśli okażą się dobre, to podzielę się przepisem.
Bartku (wiad.pryw.) – i byłabym zapomniała – a właśnie jadę na pocztę!
Dzięki.
A u nas zapiekanka Kopciuszka już była tej jesieni, jako podstawa uczty urodzinowej pana domu.
Wielka była, na kruchym cieście z dodatkiem parmezanu, z mozzarellą i zielonym rozmarynem. Wnukom uszy się trzęsły, a francuski zięć-smakosz nie szczędził komplementów.
Dzień dobry, babie lato!
Polecam książkę Michała Rusinka ( sekretarza P. Szymborskiej ), „Pypcie na języku”. Do śmiechu.
Ateno, dziękuję! Dzięki Tobie poznałam przeuroczą osobę. Ex libris w czytaniu.
Dlaczego nikt nie wspomniał, że rozpoczął się sezon dyniowy? U mnie już pachnie Zapiekanka Kopciuszka.
Zgadzam się w całej rozciągłości. Od tego trzeba w ogóle zacząć, że nikt nie ma bladego (ani zielonego ;) pojęcia jak naprawdę wykonywano muzykę np. w baroku.
Casciolino, moim zdaniem wszystkie te określenia są błędne, nie tylko na poziomie językowym. Bo to są tylko nasze wyobrażenia o historycznej autentyczności.
Dobranoc!
Sowo P., na szczęście to sformułowanie (fuj!) jest wciąż określane jako błędne:
„Wykonawstwo historyczne, autentyzm (ang. historically informed performance, period performance, authentic performance, a także Historically Informed Performance Practice – w języku polskim czasami oddawane przez błędną kalkę językową: „Wykonanie historycznie poinformowane”)”
Na dobranoc:
L. van Beethoven – ‚Appassionata’ (I. Allegro assai) – Els Biesemans on Fortepiano.
(Nini, to jest właśnie to.)
Pochwale się, pewnym projektem, który miałam przyjemność realizować w pracy, czyli w Muzeum. Pana Tadeusza. Przygotowałam Pana Tadeusza dla dzieci. Wybrałam fragmenty poematu, do tego dobrałam odpowiednie ilustracje. Wśód autorów ilustracji są: Andriolli, Malczewski, Kossak, Wilkoń czy Kallwejt . Potem to wszystko zostało zaprojektowane i wydrukowane na płótnie plandekowym w ogromnym formacie. Gotowa książka leży na wrocławskim Rynku i jest ogólnodostępna przede wszystkim dla dzieci. Podoba się maluchom bardzo. Język Mickiewicza nie tylko nie przeszkadza, ale nawet zachwyca dzieci, a stary dobry Andriolli i jego Maciej z królikami wcale nie podoba się mniej niż bajecznie kolorowa Mirella von Chrupek.
Jeśli mogę z chęcią prześlę zdjęcia.
„Chmur purchawki, puch darty, poduchy/porwane przez paradny huragan
Gonią górnym gościńcem: hulaszcza/zgraja tłoczy się, w pogoń się puszcza.
Pod ich bielą oślepiająco wapienną,/ na ziemi, na drzew pióropuszach
Pasy światła, płaty cienia podłużne/ chcą się zmieszać wśród zmagań i smagań.”
Cytat ten dedykuję miłośniczce chmur, której opowieści z licznych wojaży bardzo lubię czytać! Dziękuję, Ateno! I Kochany Starosto.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie zamieścić fragmentu wiersza poety, który jest ratunkiem dla bohatera pięknej książki, którą właśnie czytam – „Opowieść ojca” M. O’Briena.
Przepraszam, że nie da się zmieścić wersów w linijce.
Nini, to jest granie muzyki według kryteriów wykonawczych obowiązujących w czasach, w których powstała. Jak się muzyk poinformuje, to gra poinformowanie.
Mielimy kawę – stare, znane już w latach siedemdziesiątych.
Ale dobre.
Cienki film fluidu – nowa formuła.
Okropne.
Tak: sandały ze skrzydełkami. Widziałem na filmie. Bynajmniej nie cienkim.
No – chyba że cud.
Miał chyba takie lotne sandały.
Ależ Starosto! Przecież cały fenomen tych butów musi polegać na tym, że nie potrzeba żadnych żagielków, a już tym bardziej wiosełek. Po prostu zakładasz i płyniesz! Cud!
Absolutnie się zgadzam. Dzieciom należy stawiać wysoko poprzeczkę kultury, bogactwa i piękna języka. Co do adaptacji również, dzieci na pewno się dostosują, przynajmniej ta ambitna garstka. Jednakże wydaje mi się, że idealne podejście powinno polegać na zaciekawieniu dziecka i stopniowym wprowadzaniu trudnych pojęć, jasno i przejrzyście je tłumacząc, żeby uczeń nie został przytłoczony i zniechęcony. Nawet ten mądry i lubiący czytać …
Ach, ach, po prostu tęsknię za poprzednią nauczycielką, która potrafiła zmobilizować nawet najbardziej opornych do czytania i aktywności na lekcjach polskiego …
No, ale bądźmy dobrej myśli. Dajmy szansę nowym :)
Sowo P. trafiłaś w sedno – przeróbki książek dla dzieci drażnią mnie tylko odrobinę mniej niż sformułowania w stylu „wiele jest ryzyk w naszym departamencie”.
Wystarczyłyby mi ze skrzydełkami, jak u Hermesa! Konsternacja: czy Hermes chodził w butach..? Ufff!
Och, Nutrio!:))) Cudo!
Bardzo chcę mieć takie wspaniałe buty do pływania po wodzie!
Nie muszą być nawet ultramiękkie, byle miały żagielki lub choćby wiosła.
Cudny, fascynujący wpis!!! Ateno, co za wspaniała podróż!
Muszę koniecznie zdobyć ,,Ex libris”. Jeszcze nie wiem jak (moja rodzina uważa, że kupowanie książek to strata pieniędzy, a ja i tak czytam zbyt dużo, więc pozostaje mi tylko bardzo ograniczona pobliska biblioteka), ale jakoś na pewno.
Supermarket:
WSPANIAŁE, ULTRAMIĘKKIE, BUTY DO PŁYWANIA PO WODZIE
oraz:
PRZECENA! WORKI NA ŚMIECI Z USZAMI, 100 SZT., TYLKO…
jak rónież (ale to już w innym sklepie):
MIELIMY KAWĘ
(a teraz już nie macie?…).
Noi klasyk:
UWAGA! UPRASZA SIĘ O NIE WYCIĄGANIE Z OPAKOWAŃ I NIE ROZKŁADANIE KOSZUL.
Sowo – za przeproszeniem – ki czort?
Otóż to.
Boleję za to nad rewolucją jaka się dokonała w literaturze, szczególnie dziecięcej – praktycznie nie istnieje już podział na język literacki i potoczny. Wybitnie drażni mnie tzw. „dostosowywanie języka do potrzeb współczesnego odbiorcy”, nawet w tłumaczeniach książek z dawnych lat. W tym ostatnim wypadku to już nie tylko brak elegancji językowej, to wręcz naruszenie decorum. Bo nie wierzę, by przedwojenne dzieci powszechnie kończyły każdą swoją wypowiedź nieszczęsnym pytaniem „co nie?” jak to dziś jest w zwyczaju. Dodajmy do tego wszechobecne, także w książkach i bajkach, anglicyzmy typu łał i o-oł. I jak tu wytłumaczyć dziecku, że to wciąż nie są eleganckie formy wypowiedzi, skoro nawet bohaterowie w książkach tak mówią?
Obawiam się, że postawa językoznawców ma niewielki wpływ na ewolucję znaczeniową słów. Przecież w większości przypadków poszerzenie czy wręcz całkowita zmiana znaczenia słowa bierze się właśnie z jego powszechnego błędnego użycia. A po stu latach, gdy zabraknie tych, co pamiętają o jego pierwotnym znaczeniu, to nowe staje się normą. Dlaczego słowo dewota po polsku oznacza to, co oznacza, skoro po łacinie to człowiek zaledwie czemuś (komuś) poświęcony, oddany? Bez negatywnego wydźwięku. O ile to nowe, błędne znaczenie wpisuje się jakoś w etymologię słowa, nie razi mnie aż tak bardzo (tylko trochę). Wciąż jeszcze nie przywykłam do coraz powszechniejszego używania słów edycja i projekt w kontekście konkursów i koncertów, ale spodziewam się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy je w pełni zaakceptuję. Natomiast z jedym na pewno nie dam sobie rady: z wykonawstwem historycznie poinformowanym.
Przeczytałam właśnie piękną książkę… I tak sobie myślę, że to chyba dobre miejsce, by podzielić się mą radością. Książka nosi tytuł „Był dom…” i są to wspomnienia, w dużej części z powstania warszawskiego, Anny Szatkowskiej (córka Zofii Kossak). Zaskakująco krzepiąca, zadziwiająca refleksjami – perełkami… Po przeczytaniu nabyłam bez zwłoki. Bo to książka – Przyjaciel. Bez dwóch zdań.
Podczytuję też „Ex libris” Fadiman (mamo Isi – można znaleźć w bibliotekach, w kilku wrocławskich jest) i wyznam, że jako zdecydowanie „zwykły czytelnik” wdzięczna jestem Janowi Gondowiczowi za liczne, widać że z przyjemnością opracowane, dopowiedzenia. Bez nich poddałabym się bardzo szybko :)
Dobrego popołudnia wszystkim!
Psianko, pardon, ale może to dzieci jednak powinny się postarać? Ich możliwości adaptacyjne są – wierz mi – kolosalne. Dobrze jest ustawiać poprzeczkę wysoko, coraz wyżej. Ciesz się, że pani jest na poziomie i ambitna. Dzieci na tym skorzystają. Kto raz dał radę skoczyć wyżej niż zwykle, potrafi to zrobić jeszcze wiele razy, coraz śmielej.
Ależ, Sowo luba, „pasja” nadal oznaczać może silne zainteresowanie. Natomiast słowo „pasjonat” do niedawna oznaczało tylko człowieka łatwo wpadającego w gniew. Błędne użycie tego słowa dla określenia kogoś, kto oddaje się jakiemuś zamiłowaniu, było ostro piętnowane – do czasu, gdy błąd stał się powszechny. To właśnie mnie irytuje: zamiast edukować, językoznawcy się poddają przemożnej błędności.
Pasja jako zamiłowanie była ponoć obecna w polszczyźnie już w osiemnastym wieku, a negatywnego znaczenia nabrała dopiero sto lat później. Słowo przyszło do nas prawdopodobnie z języka francuskiego i w językach romańskich wciąż ma się dobrze, również w znaczeniu pozytywnego, ale silnego uczucia. Ze wszystkich zmian językowych współczesnej polszczyzny ta denerwuje mnie najmniej.
Dzień dobry wszystkim. Nareszcie udało mi się przeczytać wszystkie wpisy, jesteście cudowni. Wójcie
Wiewiórko ukłon w Twoją stronę za Łaty na fotelu. Dzięki Tobie spędziłam miło piątkowy, deszczowy wieczór. Ach, Mamo Isi, Lud pragnie książki i ja się przyłączam. Nie mogę czytać Twoich wpisów późnym wieczorem, bo wybuchami śmiechu budzę rodzinę. Wczoraj trafiło na męża. A jeszcze ciekawostka. Moja córka wypatrzyła kiedyś napis: rolmopsy after helsku. Miłego dnia.
Jane ! U mnie też matura i egzamin gimnazjalny oraz siódmoklasistka – narzekająca na nadmiar nauki. Niestety ma nową polonistkę, która wcześniej uczyła licealistów i studentów i mam wrażenie, że nie potrafi dostosować języka do poziomu wiejskiej podstawówki. Dzieci nie rozumieją lekcji. Nie wiem jak delikatnie dać pani do zrozumienia, że musi bardziej się postarać …
Babciu Gapciu, też mnie irytują zmiany, wprowadzane przez współczesnych językoznawców i ortografów, bo często tylko sankcjonują użycie słów zaśmiecających polszczyznę – na przykład zalegalizowali (tłumacząc to „powszechnym użyciem”) słowo „pasjonat” w znaczeniu: „hobbista” i uznali za prawidłowy pretensjonalny nowotwór „urokliwe”, jakby nie dość było w naszym bogatym języku słów bliskoznacznych, takich jak: urocze, ujmujące, miłe, pociągające, wdzięczne, zachwycające, czarowne, nadobne, powabne, urzekające, upajające, śliczne, przyjemne, nastrojowe etc. Podobnie z ortografią. „Nie” pisane zawsze łącznie to chyba ustępstwo wobec nieuków!
I nic nie poradzimy – zasady weszły w życie i obowiązują.
Jane, dziękuję za to przypomnienie i za wszystko w ogóle, włącznie ze zwierzeniem w wiadomości prywatnej.
Tak, to zadziwiające – wszystko jest po coś – choćbyśmy tego w pierwszej chwili nie rozumieli.
Nawet ból.
Pozdrawiam czwartoklasistkę!