
DC Rysiek, który lubi kwiaty i nawet potrafi usmażyć przepyszną konfiturę z płatków róż (próbowałam! boska!), wyłapał pierwsze sygnały wiosny! Ich ściganie, według Karela Čapka, to w lutym pierwsza praca sezonowa ogrodnika.
Ogrodnik nie da się nabrać na pierwszego chrabąszcza czy motyla,który zazwyczaj w gazecie zagaja wiosnę; przede wszystkim na żadnych chrabąszczach mu w ogóle nie zależy, a po drugie taki pierwszy motyl jest zazwyczaj ostatnim z ubiegłego roku, który zapomniał umrzeć. Pierwsze sygnały wiosny, za którymi ogrodnik się ugania, są najbardziej zwodnicze. Są to:
1. Krokusy, które mu wyrastają w trawie jak takie nalane ciężkie groty; pewnego dnia taki grotek pęka (przy tym jeszcze nikogo nigdy nie było) i przynosi mu pęk ślicznie zielonych liści; i to jest pierwszy znak wiosny, dalej:
2. Cenniki ogrodnicze, które przynosi listonosz. Chociaż ogrodnik zna je na pamięć (tak jak Iliadę zaczyna się od słów Menin aeide, thea, te katalogi zaczynają się od słów Acaena, Acantholimon, Acanthus, Achillea, Aconitum, Adenophora, Adonis i tak dalej, co każdy ogrodnik potrafi wyliczać, jakby sypał z rękawa), mimo to czyta je pieczołowicie od Acaeny po Wahlenbergię albo Yuccę, ciężko zmagając się z sobą, co by tu jeszcze zamówić.
3. Przebiśniegi są dalszym posłańcem wiosny, najpierw to są takie bladozielone szpice wyglądające spod ziemi, te następne rozszczepiają się na dwa tłuste maciczne liścienie, no to już mamy tyle. Następnie zaczyna to kwitnąć gdzieś już na początku lutego i powiadam wam, że żadna palma zwycięstwa ani drzewo wiadomości, ani wawrzyn sławy nie jest piękniejszy od tego białego i kruchego kieliszeczka na bladej łodyżce, chwiejącej się w słotnym wietrze.
(Karel Čapek, Rok Ogrodnika, tł. Halina Janaszek-Ivaničková)
Ale my tu nie mamy słotnego wiatru, my tu mamy piękną, słoneczną pogodę i jedenaście stopni ciepła w lutym! I właśnie była pełnia niebieskiego księżyca, a w marcu – jak nas zawiadamia KC Evik – ma być kolejna taka, a to na pewno sprzyja przybyciu wiosny, i wszystkie ptaki już ją czują, ignorując ziarenka, które im sypię do karmnika.
Sowy też czują, na pewno.

Ten śliczny portret Sowy Lunofilki jest dziełem znakomitego brytyjskiego pejzażysty, Freda Cuminga (ur. 1930), którego wszystkie dzieła, odkryte dzięki internetowi, zachwyciły mnie ostatnio całkowicie.
Oto jego krajobraz z wulkanem Etna i księżycem:

A tu – May Evening. Crescent Moon:

Jest jeszcze kilka innych księżycowych pejzaży Cuminga, ale są też i wspaniałe obrazy ze słońcem o wschodzie i zachodzie, więc tylko Was zachęcam do ich oglądania i czym prędzej idę do ogrodu, żeby zobaczyć, co słychać u moich krokusów i przebiśniegów!
Uściski od
Waszej
MM








idę sobie rano do pracy śniegi wszędzie, słonko ledwo wzeszło i co słyszę..?? przyjemny trel jakiegoś ptaszka =) wiosenka tuż tuż… czekam z utęsknieniem tak samo jak na Ciotkę…
Mamo Isi, bardzo ciekawe te instrumenty, ale chyba jednak wolę z naszej epoki. :o)
Ach jej! Wklejam w całości, bo wszystko ciekawe!
2-14 września w Warszawie odbędzie się I Międzynarodowy Konkurs Chopinowski na Instrumentach Historycznych. Pierwszy i drugi etap będą obejmować recitale solowe z repertuaru Chopina, wybrane utwory Jana Sebastiana Bacha oraz polonezy polskich kompozytorów tworzących w pierwszej połowie XIX wieku. W trzecim, finałowym etapie, sześciu solistów wykona wybrane przez siebie utwory Chopina z Orkiestrą XVIII Wieku. Pianiści będą mieli do dyspozycji fortepiany historyczne z kolekcji NIFC (Erard z 1838, 1849 i 1858, Pleyel z 1846 i 1854 oraz Broadwood z 1843), a także oryginały i kopie instrumentów z epoki.
Mam nadzieję, że będą to transmitować w TV.
Wtrącę słówko Sowo, że podobno tylko w połączeniu cytryny z zaparzonymi liśćmi herbaty to „coś” się wytrąca, kiedy ich nie ma, można dodawać cytryny ile dusza zapragnie :)
A ja nie napisałam Mamo Isi, że to było słońce ? A to dopiero!;) Coś zmęczonam dzisiaj.
Zgredzie, aż musiałam sprawdzić, bo po co głupstwa powtarzać. Wyczytałam, że niby herbata jak rośnie, to zasysa z gleby glin, przez co w suszonych liściach są jego śladowe ilości, niemal nierozpuszczalne w wodzie. W kontakcie z cytryną staje się on cytrynianem glinu, rozpuszczalnym. Zjawisko to występuje również przy gotowaniu np. kapuśniaku w aluminiowym garnku. Przy czym problem pojawia się tylko przy zalewaniu cytryną fusów, bo w nich ten glin siedzi. Temperatura jest nieistotna, a poza tym, to są tak małe ilości, że tej herbaty należałoby wypić ze trzydzieści litrów, żeby jakoś realnie zaszkodziła. Zatem możemy spać (pić) spokojnie.
„Kalamburka” na pewno będzie najlepszym lekarstwem na przeziębienie, a ziołowe herbatki będą tylko wspomagać tę jej moc :)
Dzięki, Sowo miła, będę czekać na udoskonalony przepis, bo juz mam chęć na to ciasto.
Dobranoc!
Przypomniało mi się w pracy, że z tą „angielską” herbatą było jednak trochę inaczej: najpierw mleko, potem herbata, na koniec woda. Nie nazwałabym tego bawarką. Jeśli do herbaty wlewa się mleko, to i owszem, to jest bawarka. Ale jeśli do zimnego mleka wrzucić herbatę i zalać to gorącą wodą – smak jest całkiem, całkiem inny. Dlatego celowo nie napisałam: „bawarka”.
Pani Małgosiu, skoro „Cioteczka” już w drukarni, to może znalazłaby Pani chwilkę czasu i namalowała pączki np. z bitą śmietaną? Takie obrazkowe to wcale kalorii nie mają! :-)
Pozdrawiam! :-)
Osobiście preferuję faworki. I ja je solę (sic!).
Sowo, brzmi to podejrzanie, ale wobec braku konkretów trudno to zakwestionować.
Bordowe, DUA, bordowe.
No, no… u Sowy są czerwone zasłony!:)
Tylko żartowałam, Zuziu.
Pączki są bardzo kaloryczne.
Zgredzie, nie chodzi o witaminę C, a o jakąś tam postać aluminium, która występuje naturalnie w herbacie i normalnie się nie przyswaja, ale w kontakcie z cytryną zmienia postać na przyswajalną i szkodliwą. Zastrzegam się, że ja się na tym nie znam, ja to wyssałam z Internetu.
Ale-Piemont, brałam pod uwagę Kapturka, ale wolę nie przerabiać zasłony na pelerynę, bo wciąż jej używam.
Mamo Isi, hi, hi, zapomniałam, że jestem przecież kobietą średniowieczną. ;)
Szepnę tylko, że potowarzyszę jutro pani w tym jakże trudnym zadaniu wymagającym silnej woli.
I zmykam poczytać.
Dobranoc.
OK, skoro wszyscy chorujecie, to nawet nie pisnę, że jutro Tłusty Czwartek!
Sama zjem wszystkie pączki, a co!
Od razu spadła gorączka, powiadasz?:)))
Dobrze.
Uwaga: z jakich znów mrożonych? Pija się herbatę z suszonych liści malin, do nabycia w zielarniach.
Witajcie, miałam się nie chwalić ale skoro tak, to ja też choruję.
Soki z malin litrami spożywam, liści mrożonych nie sposób dostać ale cytryny jest mnóstwo;)
Wieczorem gorączka zaczęła wzrastać, ale zabrałam się za Kalamburkę i teraz jest w normie.
Podczytuję też Pamiętnik Mistyczny, Małgorzaty Baranowskiej. W styczniu była kolejna rocznica jej odejścia.
W waszym towarzystwie jakoś wszystko lżej się przechodzi. Zdrowiejcie.
Sowo, ale gdzie wytrąca? Jak w szklance, to może i lepiej.
Nie mogę pijać gorących napojów (gardło), ale domyślam się, że witamina C et consortes źle znosi gorąc.
Piętaszku, ale co to była ta świecąca kula w kolorze fuksji, co to wyskoczyła zza winkla???
Sowo, zapewne zapamiętałaś jakieś hełmy strażackie muzealne z czasów zaprzeszłych.
Zuziu, brat strażak! A to dopiero! Gratulacje! Moja ulubiona formacja! Od czasu tegorocznej słynnej akcji w naszym ogrodzie, kiedy to po huraganie strażacy odcinali potężny konar sosny wiszący nad hamakami, a potem pozwolili Isiątkom przymierzyć swoje kaski – nie mam szansy zapomnieć, jakiego są koloru (kaski, nie strażacy).
Dobry wieczor.Sowo P., a Czerwony Kapturek?
Szłam ja sobie dzisiaj mroźnym popołudniem przez bardzo nieciekawą, ponurą i pełną spalin okolicę Bydgoszczy, gdy nagle wyskakuje zza jednego z budynków… ogromna świecąca kula w kolorze fuksji. Jedyny kolorystyczny akcent tych okoliczności przyrody. Oczu nie można było oderwać, a ust z podziwu domknąć. Ktoś widział może ? :)
Anette, zdrowiej!
A „Ciotka” już w drukarni.
Ach, Zuziu!
Być siostrą strażaka!
Ależ Ci się udało!
Masz rację, Mamo Isi, czerwony! Co ja z tym złotym? To może wykorzystam do przebrania kask rowerowy ;).
Do menu muszę dodać jeszcze pieczoną paprykę, jak mogłam zapomnieć!
Just, to jest po prostu murzynek, ale z dodatkiem zmiksowanych buraków. Kolor wychodzi czarno-bordowy, smak jest intensywniejszy (ale nie buraczany), a ciasto jest wilgotniejsze niż w murzynku bez warzywa. Jestem właśnie w trakcie pozyskiwania idealnego przepisu, dam znać, jak zdobędę.
Dzieńdoberek!
Jako siostra strażaka dodam swoje trzy grosze, że w państwowej straży strażacy hełmy mają czerwone, w ochotniczej jednak białe.
Przepiękny był dzisiejszy ranek, prawda? Tylko tyłem chodzić. Choć dziś jakoś nie skorzystałam z tej możliwości…
Aaa! „Ciotka Zgryzotka” już zamówiona w Akapicie! Można wybrać wersję tylnej okładki, zamówiłam opcję B, czyli z Brunetem :)
Mnie też kaszel nie chce odejść (w Małopolsce podobno epidemia grypy). Piję sobie na przemian napar z lipy i napar z szałwii, mam wrażenie, że trochę pomogło.
Na odporność bardzo skuteczna pelargonia afrykańska. Nie wiem czy da się uprawiać roślinę w Polsce ale w aptece jest dużo leków z wyciągiem z niej.
Herbatkę z liści malin piłam też przy karmieniu :) Napewno nikomu nie zaszkodzi.
SowoP. ,ciekawi mnie ten tort czekoladowy z burakami. Moze zdradzisz przepis?
Zgoda.
Sowo, kask strażacki jest czerwony!
Starosto kochany, dobrze, ale to już w przyszłym roku, bo mrożonych liści nie dostanę;)
O! Zaraz zajrzę, Wójciku, dzięki!
Mamo Isi, herbatkę z liści malin, herbatkę przyswajaj!:)))
W temacie herbaty, trochę od innej strony. Jest taka pani, Ruby Silvious, która robi cudeńka z torebek po herbacie. Można sobie oczywiście obejrzeć te miniaturowe obrazki w internecie, na YT i nie tylko. Trafiłam na nią na stronie Colossal art, którą samą w sobie polecam.
Ale liście jakoś mi nie smakują.
Strażacy mają tylko wóz czerwony, reszta czarna i złota. Tak że odpada.
Podobno to liście malin mają owe lecznicze właściwości, owoce mniej.
Biorąc pod uwagę ilość malin, jaką pożeramy w herbacie (mrożone wrzucam do rondelka, zasypuję cukrem i lekko podgrzewam, aż puszczą sok) powinniśmy być odporni na wszelkie przeziębienia. Ale zapewne wirusy, jako istoty mniejsze a chytre, sprytnie omijają maliny.
Sowo, na balu (przedszkolnym) kostiumowym chłopcy najchętniej występowali w stroju strażaka (ten hełm!). Tę poufną wiadomość uzyskałam od Isiątek, czyli z pierwszej ręki.
Justysiu, też taką pamiętam, z przedszkola w epoce stalinowskiej.
Doskonale!
Aprobuję.
Wampirów u nas nie będzie. Będą krasnoludki i biedronki oraz kreacje z bordowych zasłon i czerwonego koca. Przygrywać do tańca mają Czerwone Gitary, a zajadać planujemy meksykańskie naleśniki z czerwoną fasolą; na popitkę serwujemy stosowne dla każdego wieku czerwone napoje, a na deser czekoladowe ciasto z burakami i malinową galaretkę. I oczywiście rubinową herbatę.
Herbata z mlekiem to nie herbata, to bawarka. Nigdy nie lubiłam. Kojarzy mi się z latami przedszkolnymi w epoce gierkowskiej. Podawali taką często na podwieczorek.
Aaa, brawo, Sowo!
Uczty kolorystyczne są rozkoszne.
Mieliśmy:
zieloną,
żółtą,
różową,
brązową (łatwizna!),
pomarańczową,
czerwono-czarną (był to rodzinny sylwestrowy bal wampirów)
i białą (też sylwestrowy – na oparciach krzeseł dokleiłam po parze białych skrzydeł, co wyglądało, jakby biesiadowały anioły).
Rzecz jasna, biesiadnicy zawsze muszą być ubrani w stroje o odpowiedniej tonacji. No, ale to nietrudne.
Do tej białej uczty wszyscy, nawet babcie i ciocie, byliśmy odziani w przepasane sznurkiem prześcieradła.
Miłej zabawy!
Herbata z cukrem?? Profanacja ;). My lubimy liściasto i gorzko, na co dzień pijamy mało znany Black Yunnan Agrosu.
Zaiste, wreszcie zdrowi jesteśmy. Postawiliśmy się na nogi przy pomocy tranu, czarnego bzu i witaminy C. A cytryna ponoć wytrąca jakieś szkodliwe związki z gorącej herbaty, które osadzają się w mózgu. Nie wiem, czy to prawda, ale takie pogłoski szerzą się w Internetach. Zalecają dodawać ją jak herbata przestygnie, a najlepiej nie dawać wcale.
Rzadziej się odzywam ostatnio, bo jako kierowniczka i wychowawczyni jednoosobowego przedszkola domowego muszę zapewniać stałe rozrywki swemu podopiecznemu. Absorbujące to, ale miłe. W tym tygodniu szykujemy się do mini balu ostatkowego (w kolorze czerwonym).
A’ propos herbaty, to Brytyjczycy tak właśnie ją parzą. Najpierw mleko, potem wrzątek, potem herbata. Przypomniało mi się z liceum, pani z angielskiego opowiadała, to u nich standard. Swego czasu tak mi się ten sposób parzenia herbaty spodobał, że przyswoiłam go sobie na własny użytek. Trwało to jakiś czas, nie pamiętam, dlaczego z niego zrezygnowałam. Dziękuję za przypomnienie! :-) Ciekawy smak ma taka herbata. W wersji bez mikrofalówki oczywiście. ;-)
Tak, wiem :), my też mamy wierną i kochaną psinę, kundelka z uszami wielkimi jak nietoperz, tylko skrzydła doprawić. Właśnie śpi w moim łóżku. Dobranoc :).
My tu raczej psu nie żałujemy.
Wierny przyjaciel.
Starosto ulubiony, bywają takie KOTY, dla których i makutry nie szkoda i w ogóle niczego nie szkoda. Naprawdę polecam. Potrafią się odwdzięczyć po wielokroć :))
Mamo Isi – „kocia telewizja”- no nie mogę :)
Mamo Isi, cytryny dużo zalecam.
Zgredziku, zgadzam się. Zresztą, wstępy owe w serii Oxford World Classics bardzo są zajmujące. Podobnie jak przypisy.
No szkoda. Ale tak i cóż zrobisz? Co się stało, to się nie odstanie.
Za to katar mi się kończy, a wiadomo, że z chorób ciężkich i nie rokujących, ta jest najstraszliwsza.
Grabiański, o ile pamiętam sprzed 40 lat, nie miał takich ostrych kątów, jak w tej sowie.
Starosto, wstępy w Oxford World Classics, na przykład z Woman in White, też odsłaniają autora. Niekoniecznie od najlepszej strony.
Grumpiku, no, zazdroszczę Ci!
Walia zainteresowała mnie niezwykle po lekturze książek Ellis Peters. Opisuje tak pięknie swoją ojczyznę i jej historię! Nawet w powieściach kryminalnych widać urok tego kraju.
Zwiedzam,zwiedzam!A mila Ellis Peters mam na mojej ksiazkowej liscie zyczen-szczegolnie,ze moja ulubiona Mila Borejko tak sie w jej ksiazkach zaczytywala .
U nas tez proszy i jest troche zimniej niz zwykle ale nie ma to jak dobra herbatka na taka pogode.
Milesale zgadzam sie z Toba -Brytyjczycye nie bardzo wiedza jak sie obchodzic z herbata. Raz przyuwazylam jedna pania w mojej pracy jak najpierw nalewa do kubka mleka ,nastepnie wrzatek a potem zamacza doslownie dwa razy torebke z herbata i wstawia plyn do mikrofalowki.Zgroza! Od tej pory sama sobie parze herbatke,hehe.
Szkoda jej było dla kota.
Czuję się co najmniej jak Kubuś Puchatek po utracie garnka z miodem.
„A na garnku tak jak drut/ Napisane było MJUT./ Garnek śliczny był, nowiutki,/ Kolorowe miał obwódki,/ Więc ogromnie /To mnie /Smuci,/ Że mój garnek się zarzucił.”
Nie była ci ona makutra nowiutka, ale starutka, miała polewę w zimnym szafranie i była spora jak na makutrę. Na tyle duża, żeby mieścił się w niej bez reszty spory kot. Który to kot od zarania swego życia traktował makutrę jako swoje gniazdko, więc teraz też jest niepocieszony.
Ból z powodu rozbitej makutry dotkliwszym jest niż ból zatok. Czuję to.
Bóg zapłać, Starosto kochany za życzenia zdrowia oraz wyrazy współczucia na okoliczność makutry. Od razu człowiekowi lepiej:)
Aaa! To ci strata!
Jesienna Ado (wiad.pryw.) nie, dla czytelnika nie ma większego znaczenia kolejność, w jakiej się czyta powieści Collinsa. Każda z nich jest znakomita i wciągająca bez reszty.
Kolejność taka ma znaczenie tylko wtedy, gdy ktoś, jak ja, postanowił przeczytać wszystko, co napisał Wilkie Collins, i przy okazji poznawania jego dzieł w systemie chronologicznym poznaje też samego autora jako człowieka, od młodzieńca aż po starszego pana. Bardzo lubię tak całościowo czytać, niektórych autorów szczerze polubiłam jako ludzi, nieomal się z nimi zaprzyjaźniłam (Ellis Peters, Ellery Queen).
Nawiasem mówiąc, przeczytanie znakomitej skądinąd biografii (Andrew Lycett, „Wilkie Collins, a Life of Sensation”) trochę mi popsuło wyimaginowany portret ulubionego autora. Chyba nie mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. Ale tylko „chyba”.
PS Zdrowiej!
Przebiśniegi już było widać, ale napadało śniegu i je przykryło. Tak więc z wiosny mamy kwitnące leszczyny, a takoż za oknem w karmniku nowych przybyszy:gile, jery, dzwońce, a takoż parę grubodziobów. Kocica właśnie przed sekundą nie wytrzymała nerwowo tej kociej telewizji i dała takiego susa w stronę ptaków, że wytłukła w drebiezgi moją ulubioną makutrę.
Ryśku, dziękuję za śliczne zdjęcia krokusów!
PatrycjoF, Adminka się odezwie.
Oj, Mamo Isi nasza biedna.
Zdrowia życzymy Wam wszystkim!
Nie, nie, tym razem dzieci z dziećmi żadnej zarazy nie przywlokły z przedszkola, bo pojechali całą zgrają do Białki na narty. Słyszę tez, że Isiątka świetnie sobie radzą, zakręty carvingiem wyrabiają i amortyzują na muldach bez problemu. A po nartach pluszczą się w basenach termalnych.
Za to my starsi, na miejscu, załapaliśmy samodzielnie jakąś zarazę i kwękamy. Nie ma sprawiedliwości.
Wiosna chyba jednak chwilowo zabłądziła. U nas dzisiaj minus 11. Ptaki w karmniku uwijają się aż miło. Niestraszny im kot sąsiadki. W niedzielę zauważyłam rudzika. Tj. zauważyłam ptaszka innego niż zwykle, a potem sprawdziłam, że to rudzik. Karmnik (i internet) wzbogaca moją wiedzę ornitologiczną.
Puchałko, bardzo mi miło!
Dziękuję!
Przepraszam, że tak zupełnie nie w temacie, ale właśnie przypominam sobie „Szóstą klepkę”, na poczet omawiania tejże po feriach na lekcjach języka polskiego, i zaśmiewam się do łez! Dziękuję DUA za tak wyraziste postaci, jak Żaczek, Celestyna czy Bobcio :) miłego dnia!
Masz rację, Historynko. Herbata z cytryną to już nie herbata, tylko lekarstwo przeciwgrypowe.
Ago, też zauważyłam, że Mama Isi milczy. Bliźniaczki chodzą do przedszkola, więc możliwa jest niestety każda zaraza.
Sowa się odezwała ostatnio, a jakże. A więc zdrowa.
Ateno! Będziesz w chmurach? A może już jesteś? Miłego lotu na Olimp!
Herbata czarna, mocna, z fusami na dnie kubka, z dużą ilością cukru i bez cytryny. Idealna na mróz i na upał. To zdecydowanie mój ulubiony napój.
Dzień dobry,
ptaszki u nas śpiewają zgoła nie zimowo. A mróz chwycił (minus 7). A ptaszki śpiewają, jakby wiosna była (może coś dziobem wyczuwają?).
Herbatka poranna wypita. Herbatka tak zakorzeniła się w naszej KG, że specjalnie kupiłam w tym roku formę pierniczkową w kształcie imbryczka (nazwałam ją w myślach: imbryczek Borejków).
PS Coś nie widać i nie słychać naszej Sowy, ani też Mamy Isi. Mam nadzieję, że nie zmogła ich jakaś ohydna grypa.
Zachwycam sie przebisniegami i pejzazami, nie znalam tego malarza. Bardzo subtelne krajobrazy. Lubie te sowe. Ciotka skonczona, jak dobrze. ( Mam nadzieje ze zadne z bratankow tak nigdy nie zakrzyknie.)
Bede zaraz w chmurach, u nas zimno jak… bardzo zimno.
Dobry wieczór, Fr_anko! Dzięki za informację dla Anne z Zielonego Wzgórza!
Ja już nie pamiętałam zbyt dobrze, dawno to było, kiedy pisałam „Imieniny”, a do nowej książki niczego z „Imienin” nie potrzebowałam.
Za to raz po raz zaglądałam do „Kalamburki”, żeby niczego nie pomylić. Dużo, dużo tych szczegółów człowiek naprodukował!
Milesale, a jakże. Sporo o nim było w dawnych zagadkach literackich. Lubimy zwłaszcza jego „Kobiecą agencję detektywistyczną nr 1”.
Dobry wieczór,
najmłodszy Lelujka miał na imię Lucek, a z tego co pamiętam, na Adriana mówiono wymiennie Darek.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie
Pròbujè sobie przypomnieć, czy była tu kiedykolwiek mowa o Alexandrze McCall Smith? Chyba tak, prawie na pewno pamiètam ;)
A skojarzenie wywołane dzièki herbacie. Pan McCall Smith wraz z małżonkà zabierajà ze sobà podrèczny zestaw do herbaty w każdà podròż (wedle wywiadu, ktòry kiedyś czytałam).
Herbaty sypanej, gatunkowo przyjaznej, dzbanka oraz filiżanki ciéżko obecnie uświadczyć w publicznych miejscach.
Pamiètam swoje rozczarowanie, gdy przekonalam siè naocznie (oraz ‘nawewnàtrzżołàdkowo) jak wedle wièkszości Brytyjczykòw pija siè herbatè..
Witaj, kochana Wannabe! Podróże kształcą.
Pomieszanie z poplątaniem jest absolutnie wszędzie, bo też wszędzie są ludzie i ich przywary oraz chęć przetrwania.
Co do herbaty: jestem Twojego zdania. Aromatyzowanych nie lubię. Porządna herbata ma swój własny zapach i jest on wspaniały.
Cześć i czołem!
Cieszę się, że tyle tu czytam o herbacie, bo co może być lepszego niż ten zestawik: prosta zaparzaczka, prosty kubeczek i trochę lepszej gatunkowo herbaty!
Wróciłam właśnie z warsztatów naukowych w Budapeszcie. Miały one odmienić moje życie, no ale znalazłam tam tylko takie samo pomieszanie z poplątaniem jak wszędzie indziej. W pięknym jednak hotelu przyszło mi przeżywać wszystkie te skomplikowane uczucia.
Doświadczywszy niesamowitej biedy na ulicach budapeszteńskich wracam ze zwiększonym szacunkiem dla naszego kraju. Nie zdawałam sobie sprawy, że tam będzie gorzej. To pierwszy taki mój wyjazd w życiu.
Ago, no bardzo się cieszę.:)
Casciolino, może coś być na rzeczy. Sąsiadka (wspaniale jej wszystko rośnie!) użyźniała kiedyś ziemię w ogródku całymi workami odpadów, powstałych przy produkcji kawy. To były chyba skorupki ziaren.
Ale pod Twoje nowe róże lepiej nasyp wiosną gotowej mieszanki nawozowej. Co pewne, to pewne.
Znowu nowi bohaterowie do polubienia. Lubię Lisa-Witalisa. Mam nadzieję, że jeszcze o nim poczytam. Lubię aluzje literackie w Jeżycjadzie. Łusię też lubię. Wszystko lubię. Chyba sięgnę po jakiś zimowy tom Jeżycjady. Albo po „Kalamburkę”.
Anne, bo mam dużo dzieci.:)
Ago, polecam Ci herbaty firmy Yogi Tea. Ostatnio pijam herbate Choco („smak kakao łączy się w niej ze słodyczą lukrecji i cynamonu oraz ostrością imbiru i kardamonu”).
Przy okazji przygotowan do wiosny chcialabym zapytac, czy rzeczywiscie zaparzona wczesniej kawa (to znaczy zmielone ziarna, nie plyn) to dobry nawoz? Tak mi sie kiedys obilo o uszy, ale nie wiem czy prawda to czy mit.
Ma Pani wielki dar do pobudzania w czytelnikach ciekawości.
Całkiem nowych.;)
Chyba musisz sama zajrzeć do książki, Anne.:)
Tak będzie najprościej.
Lelujkowie już dawno za mną. Teraz bawiłam myślami wśród innych bohaterów.
Był jeszcze Lucjusz. To w takim razie o względy Róży ubiegało się trzech czy czterech braci Lelujków? Przepraszam za moje natręctwo, ale bardzo mnie zaciekawiła ta kwestia.
A Lucek? :)
Znamy tę kolekcję, Pietaszku, i owszem. Ładne kubeczki.
Ale herbata tylko w cienkiej filiżance, porcelanowej. Pojemność 250 ml, nie mniej i nie więcej.
Jeśli dobrze pamiętam, najstarszy był Jacek Lelujka, potem Wiktor, Adrian i Darek. A jeszcze mieli siostrę (jej miejsce jest między Jackiem a Wiktorem).
Dziękuję za miłe pozdrowienia!
Aaa, Nini! Co za nowina! Co za niespodzianka!
A nie było, nie było!
Dziękuję za wiad. pryw. i ściskam.
Z niecierpliwością wyczekuję na „Ciotkę…”. W wypełnieniu tego czasu oczekiwania pomogły mi ostatnio „Imieniny”, które czytałam już chyba setny raz. Swoją drogą, uwielbiam Fryderyka! Wrażenia po lekturze, jak zwykle świetne. Zastanawia mnie jednak taki mały szczegół, a mianowicie imię „środkowego” wiekowo z braci Lelujków. Czy jest to Adrian, czy też Darek?
Pozdrawiam serdecznie Ulubioną Autorkę i Księgowych!
A do tej herbatki może jakiś kubeczek z uroczej kolekcji ” Abbeydale” ?
Ago, ja bym Ci poleciła moją ulubioną, ale nie można jej dostać. Ahmad, English Afternoon.