Burza!

wilk m 2

 

Z ostatniej chwili, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy: tankowiec, którego nawigatorem jest nasz Wilk Morski, czyli DC KrzysztO, wszedł właśnie w burzę, znajdując się na południowym Oceanie Atlantyckim „blisko koniuszka Afryki”, jak pisze Krzysztof w swoim lakonicznym komunikacie, przysłanym tym razem nie z własnego komputera, bo znów mają tam kłopoty z łącznością, tylko z adresu statkowego.

Uuu, groźnie to wygląda! Fale przelewają się na pokład tankowca.

 

wilk morski 1

 

Co za żywioł!

Pomyślmy czym prędzej, i to ciepło, o dzielnym Nawigatorze i Czytelniku, który widzi to wszystko z góry (z mostka), i pewną ręką wiedzie tego kolosa poprzez sztorm – może dotrze do niego nasz zbiorowy sygnał telepatyczny (bo nie wiem, czy dotrze odpowiedź mailowa):

– Wilku Morski, ahoj, trzymaj się!

 

Pozdrawiamy serdecznie!

126 przemyśleń nt. „Burza!

  1. Ze mną pewnie też nie byłoby tak źle. Tylko ten powstrzymywany z całej siły płacz, żeby się nie zbłaźnić przed klasą.
    Cóż, w czasach słusznie minionych ciągle coś tam było o Ciężkiej Doli Chłopa. Nie mówiąc już o Babie i Dziecku.
    A moje córki czytały w szkole Anię z Zielonego Wzgórza. Rozalka została wykreślona.

  2. Fakt.
    Sama jakoś przeżyłam bez traumy tę lekturę (zawsze byłam twardy typek), ale za to strasznie się gorączkowałam, gdy była obowiązkowa w szkole moich dzieci.
    A one przeczytały o biednej Rozalce – i też bez bez szwanku!
    Może lektury szkolne są tylko dla odpornych (i opornych)?

  3. Dzień dobry. Ja nie pamiętam osobiście rodziców czytających mi bajeczki, ale fakt ten niewątpliwie musiał mieć miejsce. Moja śp. Mama wspominała, że jak tylko ktoś z domowników przysiadł na chwilę i wydawało się, że nic nie robi, to ładowałam mu się na kolana z „Koziołkiem Matołkiem” – ukochaną lekturą wczesnego dzieciństwa. Aż pewnego dnia przestałam – czytałam już sama.
    Potem w latach przedszkolnych i wczesnoszkolnych, jak Wannabe, byłam wykorzystywana do głośnego czytania dzieciom. Między innymi o biednej Rozalce, co ją wsadzili do piekarnika. Brrrr, kolejna lekturowa trauma. Jak można to było dawać dzieciom do czytania?

  4. O!
    Mama i Tata wychowali mądrą dziewczynkę.
    A, co jeszcze ważniejsze – dobrą.
    Ściskam Cię serdecznie, Wannabe!
    Dobranoc!

  5. To bardzo piękne wspomnienia.
    Mnie też Mama i Tata zawsze czytali. A księgarnia była tak blisko, że często chodziliśmy tam i sama wybierałam dla siebie kolejne tomy „Karlssona z dachu” i Misia Paddingtona.
    Jako jedyna czytałam w przedszkolu, a potem, już w gimnazjum, też jako jedna z niewielu osób w klasie naprawdę dobrze potrafiłam przeczytać tekst na głos.
    Teraz jak o tym pomyślę, przeżywam trudne uczucia. W końcu zawsze sądziłam, że to mnie jest ciężko w szkole. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak musieli czuć się przy mnie inni uczniowie, chociaż oni czasem próbowali opowiedzieć mi, jak to jest u nich.
    Teraz jestem w zupełnie innym środowisku. Wszyscy wokół są bardzo zaradni i jak gdyby nic co i rusz wyjeżdżają do Chin i Japonii. Właściwie to dopiero w zeszłym roku naprawdę zdałam sobie sprawę, że w tej chwili to tacy ludzie mnie otaczają. Ale strasznie dotyka mnie kiedy pomyślę, kogo zostawiliśmy w tyle i smutno mi kiedy pomyślę, ile osób nigdy nie miało tak jak ja.

  6. Toteż byłam oburzona. „Ziele na kraterze” – jedna z moich ukochanych książek. Kiedyś zrobiłam sobie wycieczkę na Żoliborz, żeby zobaczyć, gdzie stał Domeczek. Bardzo ciekawa jest też wydana jakiś czas temu korespondencja Melchiora Wańkowicza i jego żony Zofii, piękne dopełnienie „Ziela…”.

  7. Bajki Grajki mnie wywołały.
    „Czerwonego Kapturka” zawsze cytujemy po przyjeździe do babci: „Witam Cię mój Czerwony Kapturku, nie bój się moich ząbków…”, a późnej różne inne fragmenty, a czasem jakieś inne wiersze, co się „nawiną pod rękę”. Natomiast słuchając „Śpiącej Królewny” zawsze na „śpiewające” pytanie księcia „Królewno czy słyszysz mnie?” razem z braćmi odśpiewywaliśmy „o, nieeeee…”.

  8. A pewnie, Dewajtis! Kto to widział dziecku opowieści znane skracać!
    Przypominam śliczne sceny z pokoju dziecinnego w Domeczku („Ziele na kraterze” Melchiora Wańkowicza – czy wszyscy już przeczytali tę piękną książkę?) – i opowieści Taty, te z białą oślicą.

  9. Moi Rodzice wspominają, że gdy byli szczególnie zmęczeni, próbowali skracać czytane mi historie, ale zawsze się orientowałam i podnosiłam głośny protest. I w efekcie moment mojego zaśnięcia jeszcze bardziej się opóźniał.

  10. Aaa! Bardzo mi miło!
    Pozdrawiam Mamę! I Tatę!
    I całą rodzinę! – miło mi będzie myśleć o Was.

  11. Ja też czasem czytam Mamie, szczególnie jak trafię na jakiś fajny fragment.
    Jak byliśmy w tym roku nad morzem, to Mama czytała nam „Idę …” i przez większość czasu śmialiśmy się tak, że aż niektórzy dziwnie się na nas patrzyli. Początkowo Mama czytała tylko mi, a potem przyłączyła się cała rodzina. Tato po tej książce czasem nazywa mnie: Idusia i mówi, iż żałuje, że dopiero teraz to przeczytał, bo dzięki temu bardziej rozumie co się w tej mojej rudej głowie dzieje, szczególnie, że okazało się, iż mam z Idą wieeele wspólnych cech. Nawet mój brat mi już nie dokucza („Ty znowu tę Musierowicz czytasz!?”) i moja siostra zaczęła Panią uznawać za osobę naprawdę istniejącą, a nie za postać fantastyczną :) (ma dopiero 7 lat).
    Myślę, że to było dla mnie bardzo pożyteczne, gdyż z niektórych problemów Idusi, obiektywnie komicznych wszyscy się śmiali, choć gdy czytałam sama, to potrafiłam się nad losem Idusi i za razem moimi trochę też wzruszać do łez. Teraz nabrałam trochę większego dystansu do życia, co bardzo mi się przydaje.
    Znowu wyszło długo, a miało być zwięźle. Trzeba trochę nad tym popracować.

  12. My czytamy z dziećmi teraz „Dzieci z Bullerbyn” i ” Plastusiowy pamiętnik”. Ostatnio czytałam im ” Pulpecję”, tzn. opis przedstawienia jasełek z zielonym Jezuskiem w roli głównej. Był śmiech po kokardę, a moje najstarsze wspomnienia książkowe to kolorowa książeczka o Maszy a dokładnie przekrój jej domu. Było widać jej pokój, zabawki, książki, jej kuchnię i przytulnie wyglądający pokój z fotelami i parującą herbatą na stole. I dwoje rodziców. Mogłam tak podglądać Maszę całymi wieczorkami i wyobrażać sobie, że mogę tam być z nią. Ech, czemu dzieciństwo trwa tak krótko?

  13. Ach! Przecież „Kopciuszka” Jana Brzechwy tośmy nawet w przedszkolu wystawiali. I byłam Kopciuszkiem he-he!
    Aż się boję przypomnieć jak te śpiewy wyglądały w naszym wykonaniu.
    „Jechał królewicz królewską drogą,
    Spotkał na drodze pannę ubogą,
    Był miesiąc maj,
    Szumiał gaj…”
    Jak to jest, że takie rzeczy wszyscy (jak widać!) pamiętają do końca życia? Chociaż w moim przypadku to nawet nie było tak dawno…

  14. Kass, ja też zasypiałam co dwie minuty, przepracowana i wiecznie niewyspana, czytając wieczorem w nieskończoność te same bajki. A moje dzieci – ani rusz! Jak Zuzia.
    Tego „Kopciuszka” też mieliśmy na płycie. I „Kota w butach”.

  15. Dobry wieczór!
    Kasztanowłosa! U nas było tak samo. Tylko, że to Tata zasypiał, właściwie po pierwszych paru zdaniach. Kiedyś ja zasnęłam czekając, aż Mama przyjdzie i mi poczyta, o czym dowiedziałam się następnego dnia rano. Pamiętam, że czułam się okropnie, jakbym straciła coś najważniejszego na świecie. Ależ byłam zła wtedy na siebie! Z kolei nigdy nie rozumiałam dzieci, które usypiały podczas wieczornego czytania. Porzucić tę historię dla snu? Tak zlekceważyć? Nie mieściło mi się to w głowie. Nadal nie mieści.
    A teraz to ja czytam Mamie. Zazwyczaj siadam na stole opierając nogi na krześle, a Mama coś tam pichci i chichocze bądź smutnie pociąga nosem znad garnków. Piękna więź się wtedy tworzy.
    Do dzisiaj proszę Mamę, aby mi ponuciła coś swojego. Tak jak jest najmilej. Bezpiecznie.

  16. Ha, ha. Ja też przysypiałam w połowie zdania podczas wieczornych lektur i byłam szturchana przez którąś z córek. To taka przypadłość przepracowanych matek. A ze swojego dzieciństwa pamiętam na przykład:
    Nie Mruczek, nie Burek, nie jeż, nie ptak
    Czerwony Kapturek – to ja zwę się tak…
    A Kopciuszka umiałam na pamięć:
    Dawno temu, może przed wiekiem, przed dwoma wiekami, czy trzema
    W pewnym królestwie dalekim, którego dzisiaj już nie ma…
    Chyba sobie to dzisiaj opowiem na dobranoc, ciekawe czy mi się uda w całości.

  17. Na winylu: przygody gąski Balbinki, stoliczku nakryj się……och,och, wspomnienia. I Tata, który kupował mi wszystkie książeczki, które tylko mógł. Szybko nauczyłam się czytać, chyba też przez osmozę.
    Pozdrawiam!

  18. Kasztanowłosa, jaka piękna scena!

    Magdo, dobra wiadomość o tym przekładzie. Książka ciekawa, choć nie do końca udana. Przedni za to pomysł.

    Justysiu, ach, jak się cieszę! Coś tak czułam, że do Fatimy ruszyłaś.
    Pulpecja będzie bardzo zobowiązana za ładne zdjęcie w portugalskim pejzażu.

  19. Ja kiedyś też miałam słuchowisko „Kubuś Puchatek” na kasecie. Bardzo mi się to podobało i mogłam tego słuchać cały czas. Znałam to już na pamięć.
    Mama zawsze wieczorem śpiewała mi i mojemu bratu wiersze Brzechwy, albo chociaż coś czytała, choć czasem była już zmęczona i zasypiała z książką w ręku. („Mamo! Nie śpij! Wstawaj! Czytaj dalej, dobrze, Mamuś? Jeszcze kawałeczek.”)
    Bardzo lubiłam te nasze wspólne czytanie. Miło było.

  20. Dzień dobry! Jakie miłe te wspomnienia i uwagi o bajkach mówionych! Na fali wspomnień przypomniała mi się kaseta, której właścicielką byłam w zamierzchłych czasach. Z opowieścią o drewnianym młynku na dnie morza nie miałam specjalnych kłopotów, za to ta o smoku wawelskim… Oj, kiedy Szewczyk już był w jaskini, a ten smok miał zaryczeć! Szybciutko wyłączałam magnetofon, żeby nie zdążył. Lubiąc jednak opowieści i chcąc poznać zakończenie, poprosiłam o towarzystwo młodszą nieco, trzyletnią może, siostrę, która już wtedy zaliczała się do osób odważnych. I tak żeśmy wespół wysłuchały ryczącego smoka – ja z zamierającym oddechem, a ona – jednym uchem i bez najmniejszych problemów. Nie taki smok straszny…
    Korzystając z wolnego poniedziałku (a jaki piękny dzień) przeczytałam zbiór wczesnych opowiadań Kurta Vonneguta, wydanych w Polsce w ubiegłym roku. Czytam też jedną z powieści Connie Willis, a jej ostatnia książka „Crosstalk” też niedawno została u nas przetłumaczona. Serdecznie wszystkich pozdrawiam!

  21. Tak, zdjęcia robi przeważnie Asia.
    W tym momencie jedziemy autobusem z Lizbony do Fatimy. Jest z nami „Pulpecja”. Jutro lecimy na Azory, a w piątek do domu. Jak będą dobre zdjęcia, to na pewno wyślemy.
    Pozdrawiamy Panią Małgosię i Księgowych.

  22. Ależ, oczywiście. Tylko uściślijmy, że w zeszłym roku Gal Pier powstała, natomiast tegorocznej Pisankowej nie było, prawda? No, bo przecież niemożliwe, żeby „mój” Chagall drugi rok na biurku stał ;)

  23. Piętaszku (wiad.pryw.) pierniczkowy adres już nieczynny.
    Ale utworzymy nowy, bo tej zimy to już GalPier być musi!

  24. Piętaszku, dziękuję za wiadomość prywatną. A pewnie, zajrzę sobie! Zajrzę, bo polecasz, i zajrzę, bo jest pięknie.
    A jak tam pojedziesz, to zdjęcia zrób!

  25. Justysiu, podróżniczko jedna! A zdjęcia robisz?
    Właśnie wspominaliśmy tu Twoje zdjęcia z Przylądka Dobrej Nadziei.

    Ciesz się widokami, ciesz.

  26. Nie doświadczyłam słuchania bajek z płyt winylowych, za to pamiętam spore ilości kaset magnetofonowych. Jedną z moich ulubionych opowieści była „Bajka o dzielnym Isztwanku”. I oczywiście „Lato Muminków”.

  27. Pozdrawiam i myślę o Księgowych Lunofilach podziwiając księżycową pełnię w Portugalii. Dobranoc.

  28. „Król Ogórek” to kanał na YouTube z pięknie oprawionymi muzycznie bajkami. Szczególnie podoba mi się bajka „O mądrej królewnie i księciu pracusiu”. Świetna do zasypiania, nie tylko dla dzieci :)

  29. Tak, Sowo. Dużo się na szczęście zachowało na CD, ale to już nie jest jednak to samo, co winyl, prawda? Tak samo, jak radio bez zielonego oka, do którego można było zajrzeć w poszukiwaniu bohaterów słuchowiska dajmy na to ;)
    A Wiesław Michnikowski, to mój ukochany Koszałek Opałek (m. in. oczywiście).
    „Dla taneczka, dla ochoty,
    Dałbym ci ja dukat złoty’
    Dałbym ci ja talar biały,
    Żeby skrzypki tęgo grały,
    Pam, param, pam, pam,
    Hu,ha!
    Pam, param, pam, pam,
    Hu,ha!

  30. Ja też przedwczoraj obejrzałam polecany tutaj filmik Joli.
    Niesamowite wrażenie wywarł na mnie ten przyjemny mix dwóch energii, tj. takiej „czułej bizneswoman”:) Przy okazji przypomniały mi się moje ulubione sceny z Jeżycjady, o których Jola tak ciekawie opowiada.
    Zdarzyło mi się nawet zacytować ten filmik w głowie dla otuchy, kiedy jak zawsze strasznie coś przeżywałam. „To nie jest wartościowane, to nie jest wartościowane” – przepowiedziałam sobie fragment dotyczący rozwijania swoich własnych zainteresowań bez hierarchizowania ich.
    Ale wartościowanie i tak ściga mnie i jutro z rana ukaże swoje okropne oblicze w postaci zajęć z metodologii badań literackich.

    Zastanawia mnie, czy burza ze zdjęcia KrzysztO chciałaby zamknąć się w klasie i wartościować.
    Zapewne wolałaby szybko i wdzięcznie bić piorunami w Japonii.
    Bo to chyba tylko w klasie światło i dźwięk podróżują aż półtorej godziny.

  31. Szalenie mi miło to słyszeć, DUA! I cóż to za odpowiedzialność jednocześnie… Papryczka też króluje w naszym domu w końcówce lata. Odkryłam za to parę dni temu świetny smak zupy dyniowej w połączeniu z mlekiem kokosowym, polecam jeśli ktoś jeszcze nie próbował. A czy wiosenny paj islandzki Pirata Rabarbara sprawdził się?

    Piętaszku, teraz wszystko jest do kupienia na CD, dobrze, że o to zadbano. Nam niestety gramofon też przestał działać, ale za to sprawny jest wciąż magnetofon szpulowy. Tylko taśmy się pokruszyły ze starości, a szkoda, bo miałam nagraną z radia świetną adaptację „Chatki Puchatka”, ale nie tę wg Marianowicza, tylko tzw. słuchowisko, z Wiesławem Michnikowskim.

  32. A kto miał na płycie winylowej „Jak żabki Jasia zabawiały” w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej?
    („Płacze Jaś?- Bawmy go zaś!”)
    Cudo.

  33. OCZYWIŚCIE, Nini. Ja zawsze widzę ten księżyc, możesz śmiało nie pytać. Nie przepuszczę!- bo zawsze zagląda w okno mojego pokoju. Widzę go po prawej ręce, kiedy siedzę, jak teraz, przy biurku. Śliczny jest w każdej postaci.

    SowoP, posłusznie nabyłam, z dwoma zestawami kart. Dodam przy okazji, że paprykę w oliwie wg Twego przepisu jadłam calutką zimę, a teraz zaczęłam z nią sezon jesienno-zimowy. Pyszności! (dodaję ziaren kolendry)
    Zaufanie moje zdobyłaś poprzez propozycje muzyczne – uznałam, że masz niezawodny smak.
    Dlatego zawsze słucham Twoich polecanek, z każdej dziedziny!

  34. Może tych panów z tramwajów itp też dałoby się wyciągnąć na jakieś opowieści i w ten sposób niejeden roztrzepaniec uniknąłby przykrych procederów. Eh, na to by trzeba chyba jednak doktora Doolitle, on znał mowę zwierząt i…

  35. Brzechwa wspaniały, ale jaki genialny jest Tadek Niejadek! I wiele innych bajek grajek też. Właściwie to lubimy wszystkie, które nie są z syntetyzatorem zamiast orkiestry.
    Tymczasem zagrywamy się Tajniakami, dobra to gra, oj, dobra! Spodoba się DUA. Mówię oczywiście o wersji podstawowej, bo gra ma jeszcze kilka zbędnych mutacji. Przy okazji grania zorientowaliśmy się, że Sowiątko nauczyło się już czytać (przez osmozę). Ech, jeszcze tylko pół roku i dziecię powie nam, że już nas nie potrzebuje.

    Czekamy na obrazy i wiersze, Księżyc znowu nastraja.

  36. Przyłączam się do Klubu Miłośników Starych Bajek Na Płytach Winylowych , których również dawno temu słuchając po wielokroć nauczyłam się na pamięć. Do odtwarzania tychże bajek służył mi zakupiony przez Tatę adapter o „egzotycznej” nazwie Mister Hit. Adapter i płyty są oczywiście u Mamy, ale niestety zepsuta igła uniemożliwia odtwarzanie, czego bardzo żałuję. Te bajki to „O krasnoludkach i sierotce Marysi ” z piękną oprawą muzyczną, ” Tymoteusz Rymcimci”, ” Muchy króla Apsika”, ” Śpiąca królewna”. Na szczęście dla moich Dziatek udało mi się zdobyć te same bajki na kasetach magnetofonowych. Znamy też wymienioną tu wcześniej wersję ” Czerwonego Kapturka”. Oprócz tych bajek na płytach, miałam jeszcze jedną miłość – projektor do ich wyświetlania. Udało mi się nawet oczarować nim moje Dzieci. Tam dźwięk, tutaj obraz odgrywał istotną rolę. Piękny wynalazek. Kino domowe i magiczny rytuał, w którym uczestniczyła cała rodzina.

  37. Jeśli chodzi o wilka, któremu w brzuchu burczy, że dostaje kurczy, to nic innego jak wspaniałe „Bajki samograjki” Jana Brzechwy. Tę przemiłą książeczkę pamiętam z własnego dzieciństwa, więc zakupiłam ją w jakimś antykwariacie dla mojej córeczki. Niestety, kiedy próbuję jej czytać, ona za wszelką cenę chce zjeść książkę. Poprzestaję więc na razie na śpiewaniu jej piosenek z bajek – to przyjmuje z uśmiechem.
    Co do kanarków natomiast, to przypomina mi się opowieść Zielonej Kanarzycy z serii o Doktorze Dollitlu, ona też pływała po oceanach. Kiedy byłam w ciąży, zrobiłam sobie solidną powtórkę z ulubionych lektur dla dzieci, powiadam Wam – uczta! :)

  38. Dobry wieczór, Paulo!
    Cieszę się, że Ci się obrazy podobają.
    Zaglądaj nadal, będą jeszcze ładniejsze i ciekawsze!
    (Czeka kolekcja księżycowa…)
    A wiersze też polecam Twej uwadze, dobieram je bardzo starannie!

  39. Hej hej, Ahoj i Dobry Wieczór dla wszystkich!
    Zaglądam sobie tutaj co jakiś czas podgrzać się na serduchu, popodglądać, co słychać w świecie miłośników Jeżycjady i popatrzeć na wspaniałe obrazy wybierane przez p. Małgorzatę, a doskonale wpadające w mój gust! Każdorazowo nie mogę się nadziwić – jak Wy wszyscy pięknie piszecie, sama przyjemność :)
    Pozdrawiam Was serdecznie – cicha (acz nieszkodliwa) podglądaczka Paula ;)

  40. O, bardzo Ci dziękuję, Kasztanowłosa! Sama o tym nie pamiętałam – a przecież pisząc o małej córeczce Kreski myślałam po prostu ( tak było na pewno) o tym, co zaobserwowałam u moich małych dzieci. Nie, nie w i e d z i a ł a m, czy mają wyobraźnię. Ale wyraźnie c z u ł a m , że ją mają. Zawsze uderzało mnie, jak zadziwiająco mądre spojrzenia mają oczy malutkich dzieci. Kontakt wzrokowy nawiązywaliśmy natychmiast, one i ja, i od pierwszych chwil ich życia miałam ochotę do nich mówić. Czułam, że tego oczekują!
    Cieszę się z tego, co piszesz – że się przydałam. Lubię być pożyteczna!

    PS. Myślę, że będziesz kiedyś dobrą mamą.:)

  41. Dzień dobry!
    Czy pamięta Pani moje rozważania na temat wyobraźni u dzieci? Wczoraj znalazłam odpowiedź (a przynajmniej jej część) w „Dziecku piątku”. Jest to ta scena, w której Gabrysia rozmawia z Kreską o jej dzieciach: „Za to Maria jest wrażliwa, bardzo inteligentna i ma mnóstwo wyobraźni.
    – Uhm, a tę wyobraźnię to po czym się poznaje?
    – Po oczach.
    – Aha.”
    Było to w roku 1993, a bliźniaczki urodziły się w 1992. Czyli kiedy Kreska opowiada to Gabrysi, to Maria i Magdalena mają ponad rok. Wydaje mi się jednak, że Kreska oznajmia to jako coś oczywistego i znanego od dawna, czyli od kiedy bliźniaczki były młodsze. Więc dzieci wyobrażają sobie od bardzo wczesnego wieku. Pewnie Pani wcale o tym nie myślała, pisząc to zdanie, ale na pewno Pani pamiętała, że Maria jest jeszcze całkiem mała, lecz mimo to już ma wyobraźnię.
    Niedługo dojdę do wniosku, iż w „Jeżycjadzie” są odpowiedzi na wszystkie pytania, a Pani jest nieomylna. :)
    Dziękuję za tę książkę, a w szczególności za to co mówi Babcia Aurelii. Było mi to bardzo potrzebne, zwłaszcza teraz.
    Pozdrowienia dla Wilków Morskich i Szczurów Lądowych znad zeszytu do fizyki i prądu elektrycznego. :)

  42. Chyba już kiedyś była o tym mowa (o historii nazwy przylądka), bodajże przy okazji wpisu z pingwinami.
    Przylądek Burz dużo bardziej adekwatny.

  43. Także posyłam ciepłe myśli naszemu Wilkowi Morskiemu! I współczuję z powodu kanarków.
    Od razu pomyślałam sobie o historii nazwy Przylądka Dobrej Nadziei – jego pierwszy europejski odkrywca, Bartolomeo Diaz, nazwał ten południowy kraniec Afryki Przylądkiem Burz, bo Portugalczycy w drodze morskiej do Indii napotkali tam gwałtowne sztormy. Ale król Portugalii po powrocie wyprawy Bartolomea zmienił nazwę na Przylądek Dobrej Nadziei, żeby nie zniechęcać kolejnych wypraw.
    Może Krzysztof nam coś i tym więcej opowie?
    Dziękuję, KokoszaNel za informacje o koncercie on-line – właśnie wysłuchałam, jak zapewne sporo osób z Ludu Księgi.
    Pozdrawiam wszystkich ze słonecznej Warszawy!

  44. No, nie jest to poziom „Znaczy kapitana”, po prostu zbiór niezwiązanych ze sobą historyjek i anegdot. Czytało się to miło i z uśmiechem, ciekawe, czy tak byłoby i teraz.
    Tak nawiasem, to wyrażenie „morskie opowieści” jest właściwie synonimem blagi, Borchardt też nie był od tego wolny, jak sądzę.

  45. Wilku Morski , współczuję. Przecież nikt nie zabiera ze sobą przyjaciół , żeby ich porzucać podstępnie w dowolnie wybranym porcie. Swoją drogą ciekawe, co ze szczurami . Na karaluchy chyba jest szansa , bo one ponoć lubią higienicznie . Tak mnie pouczał pewien znajomy biolog. Zdjęcia burzy zapierające dech w piersiach . Na uspokojenie proponuję ,, Civilisation ” Clarka na YT . Mądry , doceniający średniowiecze Starszy Pan . Program bez polskich napisów , ale może ktoś potrzebujący znajdzie . DUA , dziękuję za Collinsa . Cieszę się , że znów Was widzę .

  46. Powinien ktoś dla nas napisać książkę „Znaczy Nawigator”.
    Ateno, jak tam, czy zdrówko dopisuje?

  47. Przesylam cieple fluidy na statek. Za oknem mam podobne klimaty, bez fal oczywiscie, za to fuksja kwitnie jakby pomylila pory roku. Musze poczytac „Znaczy Kapitana”, mam w trzech egzemplarzach ( jeden u znajomego).

  48. Brzmi zachęcająco. Przede mną (jak wyjdę z Collinsa) rozpościera się szeroka literacka perspektywa marynistyczna.
    Właściwie czytałam głównie Conrada. Chyba coś jeszcze, o piratach („Kapitan Blood”).
    Ach, no i przecież „Znaczy Kapitana” itd.

  49. A te książki to „Bezpowrotne szlaki”, „Powrotne szlaki”, „W kilwaterze wspomnień” i „Z kapitańskiego mostku”.

  50. Mamo Isi, winobranie nie, bowiem po śmierci dziadka mojego męża winnica została sprzedana. Jego syn, a mój teść, wolał zająć się gajem oliwnym. To zdecydowanie mniej wymagające zajęcie.
    Nasza oliwa pojedzie do Polski, myślę, że z Małego Trójmiasta Kaszubskiego ma szansę zawędrować do Gdyni :)
    Dziękuję za podpowiedzi w sprawie Collins’a!

  51. Był kiedyś kapitan Eugeniusz Wasilewski, który swoje morskie gawędy zebrał i wydał w kilku książkach, zaczytywałem się nimi w młodości. Pamiętam opowieść o psie kapitana, bodajże owczarku niemieckim, jak Mars, też towarzyszył swojemu panu na wszystkich jego statkach. Pewnego razu zdarzyła się solidna burza i jakimś sposobem biedną psinę fala zmyła za burtę. Podjęto natychmiast akcję ratowniczą, statek wykonał właściwie w takiej sytuacji manewry, ale pierwsze podejście było nieudane, nie udało się schwytać psa z pokładu. Podczas gdy walczył dzielnie z falami, statek wykręcił i podszedł ponownie, tylko tym razem skoczył po niego (okręcony liną) bosman i zdołał go złapać, po czym obu wciągnięto na pokład. Pies dochodził do siebie zawinięty w koce, kapitan zaś zaprosił bosmana do swojej kabiny. I tu opowieść się kończy, bo film się urwał.

  52. „Man and Wife” jest świetnie napisane! Ale „The Law and the Lady” też jest znakomite!

    Ach, Casciolino, zazdroszczę śródziemnomorskich rolniczych rozrywek! Własna oliwa! Czy winobranie też wchodzi w zakres rodzinnych przyjemności?

    Dzisiaj księżyc w lisiej czapie, będzie w nocy najmarniej przymrozek.

  53. Och, Casciolino!
    No, to mi zadałaś bobu.
    Nie umiem odpowiedzieć. Wszystkie świetne! Trzeba by znać tego pana osobiście, żeby zdecydować się na najlepszy wybór.
    Bo ja wiem… może „Basil”? Albo „Man and Wife”?

  54. Pomyślałam, że któraś z książek Collinsa byłaby świetnym urodzinowym prezentem dla znajomego Brytyjczyka, męża mojej najlepszej przyjaciółki. Od którego tytułu najlepiej zacząć?

  55. Dewajtis, sami je zbieramy, z pomocą przyjaciół. Potem oliwki są wysyłane do tzw. frantoio (który działa na zasadzie spółdzielczej), gdzie wyciska się z nich olej. Służy nam potem przez cały rok.

  56. Wszystkie to po angielsku trzeba będzie, większości na polski nie przełożono.
    Ciekawa rzecz: w tej oksfordzkiej serii dzieł wszystkich Collinsa mówi się wyraźnie w przedmowach, że jest to pisarz niedoceniany także w swojej ojczyźnie, Anglii, i że koniecznie należy to zmienić, bo czasy obecne przynoszą potwierdzenie jego najwyższej klasy!

  57. Ja już teraz przeczytam wszystkie książki Collinsa, przepadłam. Ale jaka radość, że jeszcze tyle na mnie czeka nieprzeczytanych powieści tego autora.

  58. Aaa, Chesterko, DUA, turlam się! Swoją drogą porcelanowa cera stanowi obecnie piękne, ale wspomnienie jedynie. Ale będzie lepiej, tak sobie powtarzam, starannie unikając spojrzeń w lustro.

  59. Isia nie jest kobietą płci żeńskiej?!!! Na własne żem oczy widziała, że jest. A najbardziej zapamiętam porcelanową cerę Isi. Do tej pory to określenie znałam tylko z książek.
    Swoją ten KIG to prorok jakiś, niestety.

  60. Ach, dziękuję, kochany Starosto! Będąc kobietą płci żeńskiej też wielokrotnie złażąc z drzewa, a będąc w jasnych portkach uważałam, że warto by je (drzewa) czasem odkurzyć. Nb. myśmy w tej smarkatej epoce do upojenia cytowali mniejsze i większe fragmenty Teatrzyku Zielona Gęś.
    Krzysztofie, też mi się cisną na usta różne wyrazy na samą myśl o zabranej Wam biednej kanarkowej rodzinie. Kot czy pies też na pewno zagraża okolicznej faunie i florze. No, gęś by to kopła. Według tych bałwanów zarządzających na pokładzie ma być sterylnie i ohydnie, jak w fabryce łożysk tocznych. W takich warunkach przetrwa jeno karaluch i to wyjątkowo zrezygnowany. I on jakoś tym zarządzającym nie przeszkadza, a faunie nie zagraża.
    Przed wojną Tata zawsze mustrował się na statek ze swoim psem, owczarkiem niemieckim imieniem Mars. I komu to przeszkadzało?

  61. Babciu, nasz Wilk robi co może w sprawie tego wypełniania:)
    Co do wiersza KIG – Staś, mój mały braciszek, (7-8 lat?) bardzo go lubił i kiedyś przepisał go Mamie na jakiejś świątecznej laurce. Ciekawe, ile też jego wyjątkowy zmysł groteski i jego abstrakcyjne poczucie humoru zawdzięczały wczesnej lekturze Gałczyńskiego.
    Dostaliśmy wtedy od Mamy świeżo wydany tom KIG „Satyra, groteska, żart liryczny” i po prostu wyrywaliśmy go sobie, a cytaty fruwały w powietrzu.
    Uwielbialiśmy „Teatrzyk Zielona Gęś”!

  62. Śliczne to miasto wg projektu pani Anieli, jadnakże zostawiłabym kropelki deszczu, bo piękny jest widok promieni słonecznych, figlujących z takimi kropelkami. I lusterka z parkowych drzew bym zdjęła. Reszta cudna.
    Jeszcze do Wilka Morskiego. Pokład robi ogromne wrażenie, a kilkumetrowa fala jeszcze większe. Próbowałam sobie wyobrazić biegi po tym pokładzie i chyba to jest możliwe tylko przy burtach, bo w środku to raczej byłby bieg przez płotki, tyle tam różności :). Ciągle myślę o tankowcu wypełnionym książkami, nic na to nie poradzę,
    Pozdrawiam ciepło w piękny, słoneczny dzień

  63. Ach, Casciolino!
    Cóż za przepiękne zajęcie!
    Jestem zachwycona i też bym chciała.

    Przesyłam całusa dla Mareczka.

  64. U Taty burza, u nas piękne słońce. Od czwartku trwa rodzinne zbieranie oliwek, z których zrobimy przepyszną oliwę (jak ona pachnie! ma jakby lekki posmak jabłek). Mareczek też dzielnie uczestniczy w zbiorach, nie przepuści ani jednej oliwce :)

  65. Bywały na mostku różne rośliny, że o kanarkach nie wspomnę (na którymś statku mieliśmy ich sztuk 4, rodzice i dwójka młodych, polatywały sobie po całym mostku, ale – mądrale – na zewnątrz nie wykazywały ochoty). Aż władze wpadły na pomysł, jakieś dziesięć lat temu, że to zagrożenie dla lokalnych gatunków i teraz jest zakaz. Dziatwa czyta, więc na tym zakończę.

  66. Wątpię, czy nasz Wilk, choć mu w brzuchu furczy, jada coś w taką pogodę. Mam nadzieję, że nie zielenieje, bo ja miałabym na twarzy wszystkie odcienie tejże barwy.
    Piosenki te, a jakże, śpiewane i śmiesznie przekręcane do dziś.
    Wujek Joseph to moja sympatia! Jego zachowanie przy zwiedzaniu dworu – super!

  67. Mamo Isi, dla Ciebie (bo dla Isi to już nie!):

    Konstanty Ildefons Gałczyński

    MIASTO WEDŁUG PROJEKTU ARCHITEKTA ANIELI SZADURSKIEJ,
    KOBIETY PŁCI ŻEŃSKIEJ

    Na latarniach firaneczki,
    na domach popielniczki,
    okna zapinane na guziczki –

    skrzynki pocztowe całe w kwiatach:
    róże, tuberozy, nenufary,

    tak że nie ma mowy, żeby dostać się do tej szpary
    i wsadzić rzewny list:
    w sprawie zaliczki.

    Ulicami, ubrane ładnie,
    w kostiumach a la Ghirlandajo,
    jeżdżą sprzątaczki i jak kropla deszczu spadnie,
    to one ją zaraz wycierają –
    i zawsze jest czyściutko tam,
    nie ma na jezdni od deszczu plam.

    Zaś ulice mają to do siebie,
    że każda jakoś tak dziwnie płynie:
    człowiek np. idzie Marszałkowską,
    a nagle patrzy i jest w Lublinie,
    względnie ulica kręci się i skrzy
    takim walczykiem: raz-dwa-trzy.

    Co do pomników, tu poezji bania
    najprzedziwniejsze złote figle stroi,
    np. jest POMNIK UST TWOICH

    i POMNIK NASZEGO OSTATNIEGO SPOTKANIA –
    i wszędzie ta dbałość o wygląd, ergo
    w parkach na każdym drzewie wisi lusterko –
    a w lecie, ponieważ kurz lub rosa,
    wszystkie tramwaje chodzą w pokrowcach.

    Róże pną się na każdy mur,
    w każdym murze szafy i wieszaki
    i jest specjalny wachlarz do rozpędzania chmur,
    żeby księżyc nie był nie ogolony taki.

  68. Dzień dobry, miły Abramku!
    Ach, nie szkodzi. Reagan sympatyczniejszy, a adres i rodzina i tak imaginacyjne.
    Luzik.

    Nb., widziałam na YT, w moim ulubionym amerykańskim programie „What’s My Line?”, młodego Ronalda Reagana, wtedy (lata 50te) jeszcze tylko początkującego aktora.
    Co to był za miły, serdeczny chłopak z łobuzerskim uśmiechem! Filut jeden, kilkadziesiąt lat później zmienił świat.

  69. Jak to groźnie wygląda! Dobrze, że już po wszystkim.
    U mnie działania kuchenne, mamy już pyszną jarzynową sałatkę. A przebłyski słońca uprzyjemniały pracę.
    (Myślę sobie, kogo w tym roku obdaruję na Święta książkami znanej nam tu Autorki : )

  70. W piątek śmieciarze zabrali dziewięć worów z liśćmi, a to przecież dopiero początek. Co dzień staram się jeden wór napełnić, bo zabierają tylko do końca listopada.
    Ledwo żyję, ale to i tak łatwiej, niż dawniej, kiedy człowiek miesiącami grabił i palił jak stary zbójnik.

    Poza obsadzeniem tych 4 ha tankowca kapustą, oczyma duszy widzę też skrzynki z pelargoniami wywieszone wzdłuż mostka kapitańskiego. Od razu by się zrobiło bardziej swojsko.

  71. Tak, tak. Cztery hektary to nie takie hop siup sobie.
    Mała obawa: kapusta smakowałaby pewnie ropą naftową.

    Tulipany posadzone. Trzy worki badyli zgrabione. Ledwie żyję.
    I pisz tu, babo, powieści.

  72. Moja najmłodsza latorośl za swych bardzo wczesnych lat mawiała „to nie takie hop siup sobie”

  73. Kokoszko, ależ ta piosneczka Wilka – Hańczy weszła najwyraźniej do domowych repertuarów całej Polski!
    U nas też się ją śpiewa, aż do dziś.

    Dewajtis, każda książka Collinsa jest taka. Zachwyca mnie ta różnorodność ludzkich charakterów, tak świetnie przez niego poznanych i opisanych. W „Poor Miss Finch” bohaterką jest niewidoma dziewczyna – śliczna jak Madonna Sykstyńska, ale uparta, samowolna i nieposłuszna, choć z gruntu dobra i chwilami miła. Pyszna postać! Żadnych stereotypów u Collinsa.

  74. Krzysztofie, no widzisz! Daliśmy radę!:)))
    Nie ma to jak zestrzelić myśli w jedno ognisko (i w jedno ognisko – duchy).
    Dobrze, że już wody spokojne.

  75. Patrycjo (odpowiadam na ten poprzedni wpis) – filmik Joli tak się spodobał mojej wydawczyni (no, ja się nie dziwię!), że zamieściła go na stronie facebookowej Akapit Press!
    A więc znacie się?! Ha, świat nadal jest mały.
    Ściskam Was obie!

  76. Ojoj, zostawiłam komentarz pod poprzednim wpisem, ale to z radości, niech tak będzie :)
    Niech się Wilk Morski odezwie, przecież burza na morzu to nie takie hop-siup!

  77. Imponujące, również dołączam do słów otuchy dla naszego Wilka Morskiego! Jest tak doświadczony, że na pewno da radę, ale zawsze to raźniej może, gdy tyle osób kibicuje?… Jestem pod wrażeniem charakterów u W. Collinsa (po lekturze „Mirtowego Pokoju”)! Że też tak je budował, że nawet poboczne postaci są kompletne i można je polubić lub przeciwnie. Na przykład doktor Orridge. Albo mój ulubiony wuj Joseph. Albo ten mizantrop Andrew Treverton, który na koniec straszy, że będzie odwiedzał głównych bohaterów. I Rosamond, która mówi, że skoro powiedziano jej, by nie wchodziła do Mirtowego Pokoju, to oczywiście natychmiast tam wejdzie.

  78. Dziękuję za wszystkie ciepłe myśli, telepatycznym wysiłkiem zbiorowości burza została opanowana i odeszła w swoją stronę. Statek faktycznie spory (Mamo Isi – w obwodzie ok. 700 metrów), ale ocean jednak trochę większy i potrafi wygenerować fale, które mogą być zagrożeniem, niemniej takich okoliczności zazwyczaj się unika w miarę możliwości, całkiem zresztą sporych dzięki prognozom i wczesnemu ostrzeganiu. Ale to nie był ten przypadek, po prostu nieco powiało (przez chwilę było 10B) umożliwiając mi zrobienie malowniczych zdjęć. Po południu zatem na pokład, ale nie, już nie biegam, bo stan kolan nie pozwala, mogę jedynie uprawiać intensywne marsze.

  79. Gdy w brzuchu burczy dostaję kurczy i jem wszystko że aż furczy taki ze mnie wilk! Tak tak, chyba że coś przekręciłam.
    Pozdrawiam wszystkie Wilki, również morskiego!
    Melduję że jutro o godzinie 12.00 kolejny poranek symfoniczny on line na stronie NOSPR.

  80. Ja pamiętam!!! Z dzieciństwa naszych dzieci.
    Mieliśmy taką płytę długogrającą, 33 obroty na minutę. Dużo takich bajek-słuchowisk im kupowałam i wszystkie piosenki do dziś mi w głowie siedzą, po tylekroć słuchane.
    Że już nie wspomnę „Czerwonego kapturka” z Władysławem Hańczą w roli wilka. To już na pewno wszyscy znają.

  81. Płynie statek, płynie,
    Płynie po głębinie.
    Nam niestraszny wiatr niesforny,
    Ani burze, ani sztormy,
    Wiej, zawiejo, wiej!
    Przed nami dal, o hej!

    Gdy jest burza sroga,
    Walczy z nią załoga.
    Morze huczy, morze parska,
    Oto służba marynarska,
    Wiej, zawiejo, wiej!
    Przed nami dal, o hej!

    Ktoś pamięta z dzieciństwa tę bajko-grajkową piosenkę? Ostatnio ulubiona dobranocka Sowiątka. Wspieramy Nawigatora śpiewająco.

  82. To teraz uśnij spokojnie.:)
    Dobranoc!
    Miejmy nadzieję, że szkwał już ustał i tankowiec z naszym DC płynie po spokojnych wodach.

  83. Nasz Wilk Morski na pewno wie, co robić w takich warunkach pogodowych, ale i tak wysylamy mu słowa otuchy i cieple mysli.
    Trzymaj się, KrzysztOfie!
    A po burzy nadejdzie cisza.

  84. Ach, właśnie, Mamo Isi! A w „Man and Wife” – cóż za ironia wobec kulturystów i wyczynowców!
    Przyznać trzeba, że czarne charaktery wyposaża Collins w smakowite, pysznie nakreślone słabości charakteru.

    A jak on się zna na zawiłościach dusz ludzkich, zwłaszcza kobiecych!
    Podglądałam już tę książkę biograficzną o nim, którą dostałam od Ateny, a chowam na sam koniec przygody z Collinsem.
    Okazuje się, że przyjaźnił się z kobietami – uważały go za absolutnie niezawodnego przyjaciela, opowiadały mu mnóstwo, dzieliły się zmartwieniami, powierzały rodzinne sekrety, a on sobie to wszystko chłonął i magazynował w pamięci. No i oczywiście nie zdradzał ich tajemnic, tylko je przetwarzał – chwaliły jego dyskrecję.

  85. Oczywiście, Wilku Morski, myślimy ciepło i nie moknij za bardzo!
    Pozdrawiamy i życzymy dobrych wiatrów. Choć zapewne taki tankowiec odporny jest na żywioły?

  86. Ale nasz Krzysztof właśnie przeczytał (po treningach) „Sekretne życie drzew” i mu się podobało. Urozmaicił wyobraźnią te kilometry.

    Ahoj, miła Bożenko! :)

  87. Ciekawe, ile w metrach wynosi obiegnięcie tego tankowca? Kilometr? Powinni dodać nową dyscyplinę sportową: maraton tankowcowy.
    Nic tylko rury i rury, żadnych urozmaiceń w rodzaju basenu z jacuzzi, albo kortów tenisowych. Ci konstruktorzy statkowi w ogóle nie myślą o człowieku.

  88. Skończyłam „Man and Wife”; żeby z suchego prawa wydobyć takie możliwości dramatyczne trzeba takiego mistrza jak Collins! Sir Patrick przeraził mnie przepisem na oliwkę. Oliwkę włożyć w skowronka, skowronka włożyć w przepiórkę, przepiórkę w sieweczkę, sieweczkę w kuropatwę, kuropatwę w bażanta, bażanta w indyka. Po upieczeniu rozkroić pieczyste, wyjąć oliwkę i zjeść. Kwintesencja dowcipu z epoki. Groza.
    Teraz jestem na początku „Hide and Seek” i Autor dzieli się poglądami na swoje czasy. Bardzo mi się to podoba.

    Wciąż tkwimy w suspensie aż do przyszłej niedzieli. Jeżeli do tej pory nikt więcej nie zachoruje, jesteśmy uratowani!
    Nie lubię tkwić w suspensie.

  89. Nasz Wilk Morski codziennie biega dla zdrowia po pokładzie!
    ( Ufajmy, że w czasie burzy odpuszcza sobie trening).

  90. Poprawione. Mamo Isi, jak tam czytanie Collinsa? Skończyłam „Poor Miss Finch”- też niezłe, i ależ powikłane!
    To o tym bliźniaku niebieskim na twarzy.

    Aleksandro, a my tu narzekamy, że nam zimno i mokro, co?

  91. Aaa, z mostka, z mostka, już poprawiam (brak należnego oczytania w powieściach marynistycznych)!!!

  92. Raczej nie z kabiny, jeno z mostka te zdjęcia żywiołowi robi nasz dzielny kapitan:) Dobra, myślimy ciepło.
    Ależ to istne hektary tego tankowca!

Dodaj komentarz