
Shibata Zeshin (1807 -1891) – Jesienne trawy w świetle księżyca
Jarosław Iwaszkiewicz
PAŹDZIERNIK
.
Ptaki październikowe
schylają zmęczone głowy
jak w zadymionych zwierciadłach
stoją jesienne sady
anioły i papugi
obsiadły winogrady
jeszcze te trochę liści
jeszcze jagód dwie kiście
i okruszyny w koszyku
już po wiosennym krzyku
już po zielonych godach
śpi papierowa uroda
już wszyscy gwiezdni ptacy
zaświecili
już wszyscy letni bracia
ulecieli
zasypia jeden za drugim
pod liściem przywiędniętym
i nikt już nie pamięta
ja może jeden pamiętam
i może jeszcze kto drugi

Shibata Zeshin – Mysz

Shibata Zeshin – Tykwy na łodydze








Zuziu12, ależ inspiracja! Poczytałam w sieci i jestem zdecydowanie zachęcona do lektury „Improwizatora”! Zakupię Andersena podczas Targów Książki w Krakowie! Ktoś się na nie spośród Ludu Księgi wybiera? :) Będę w niedzielę cały dzień przy zaprzyjaźnionym stoisku A30! ;)
Pani Małgosiu, szkoda, że Pani nie będzie – wiem wiem dlaczego i rozumiem, nie drążę. A, przeczytałam wywiad w ostatnim „Mammazine” – przyjemnie i serdecznie można się poczuć blisko Was!
Aha, Piętaszku.:)
Dziękuję UA.
Tak, tę przypowieść o pozornie poplątanym i chaotycznym splocie tkaniny naszego życia, której prawdziwy wzór widzi z drugiej strony tylko Bóg, przytaczałam tu kiedyś, zeznając zarazem, że nie pamiętam, gdzie ją przeczytałam.
Jest nadzwyczaj trafna.
Mówię to z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy oglądając się za siebie na minione liczne lata, widzę, że naprawdę wszystko było po coś, wszystko miało sens i przyczynę, wszystko do czegoś prowadziło – nawet cierpienia, przykrości, porażki. Trzeba przyjmować to wszystko ze spokojem i rozsądkiem i zawsze starać się to obrócić w coś dobrego.
Nie wszystko się da, wiem. Ale chodzi też o to staranie.:)
„Wszystko jest po coś” – czy to kiedyś u Pani (może nawet tutaj na Stronie) przeczytałam, że z życiem jest jak z arrasem/gobelinem? Widzimy tylko poplątaną, tylną część, a prawdziwy i pełny obraz jest ukryty przed wzrokiem.
(Parafrazując tamtą zgrabną wypowiedź.)
Ciekawi mnie jaki mają wpływ na życie takie – z pozoru – nieznaczące wydarzenia. I wiele innych. Jest też tyle spraw, zdarzeń, zjawisk, mechanizmów w świecie, których nigdy się nie pozna i nie zobaczy. Ciekawe, czy kiedyś będzie dane to wszystko ujrzeć. A może nie będzie już trzeba? Może nie będzie warto w obliczu Wielkich Tajemnic i Wiecznej Radości, o których się nam nie śniło?
Chyba dziś przypadł mój wieczór rozmyślań. :)
No, proszę!
A wyrosłaś na ludzi!:)))
Wszystko jest po coś.
Dobry wieczór!
W temacie baśni: jako dziecko miałam duży problem z baśniami Oscara Wilde’a. A już szczególnie z tą ze słowikiem i różą. Dosłownie rozdarła mi serce. Nawet kiedy teraz o niej myślę, to aż mnie cos chwyta w środku i z trudem o tym piszę.
Brrr…
Natomiast w dniu Pasowania na Czytelnika, w klasie I szkoły podstawowej (kiedy to było, ojej, ojej :)), dostaliśmy zbiór baśni Charlesa Perraulta. Po „Sinobrodym” też długo nie mogłam się otrząsnąć.
Wieczorne ukłony!
Nutka
No, bardzo jestem jej ciekawa! Zaraz kupuję!
Ojej! Cóż za radość! Przyczyniłam się do tego, że poznała Pani jakąś książkę!:))))
Ja także nie byłam świadoma, że pan Andersen pisał coś poza baśniami.
Nie, Zuziu! nie znałam! Zaraz sobie kupię – nawet nie wiedziałam, że się ukazała, dziękuję za wiadomość!
Zgredzie (wiad.pryw.)- trzymam więc kciuki!
Dobry wieczór!
Właśnie czytam powieść Andersena „Improwizator”. Ma w sobie tyle uroku! I ten klimat- dzieje się we Włoszech. Ale i tu smutek się przebija.
Znała pani?
Kass, jako dziecko nie bałam się, czytając baśnie Andersena. Jakoś chyba wyczuwałam ich umowność – przynajmniej jeśli idzie o strachy, bo już „Brzydkie kaczątko” oblałam rzewnymi łzami. Ta baśń jest dojmująco smutna.
I właśnie smutek, nie groza, dominuje w twórczości Andersena, moim zdaniem.
Baśni braci Grimm też się nie bałam, tu także umowność wyczuwalna jest silnie, zwłaszcza dla dziecka. Dopiero jako dorosła osoba stwierdziłam, że są tak okrutne, że już chyba bardziej nie można. Ale dopiero dorosły człowiek widzi tę grozę w pełni.
Bruno Bettelheim („Cudowne i pożyteczne”) wspaniale i interesująco pisze o pożytku z baśni, o ich działaniu na psychikę i osobowość dziecka, i o tym, jak język symboliczny baśni trafia bezbłędnie do duszy dziecka, objaśniając mu świat.
Wszystkim polecam, to wspaniała lektura, bardzo przenikliwa i ciekawa analiza.
Jako bardzo mała dziewczynka czytałam Andersena z przerażeniem. Płakałam nad książką, fragmenty wracały w snach. Do dziś pamiętam jak Stara Rozbójniczka ostrzyła nóż o swój język, a ja wyobrażałam sobie dotyk zimnego ostrza na swoim. Albo dziewczynę, która musiała do wyczerpania tańczyć w czerwonych trzewiczkach. Potem bałam się ubierać swoje czerwone sandałki.
Ciekawe, że nigdy nie miałam takich koszmarów, jeśli chodzi o bajki braci Grimm. Siostra Kopciuszka, która poszła z matką do komory, aby obciąć kawałek pięty, wzbudzała raczej uśmiech, niż strach.
Mam taką refleksję, że bohaterów bajek szanownych braci, nigdy nie traktowałam, jak rzeczywiste postacie, a te od pana Hansa Christiana były aż nadto prawdziwe.
Co o tym sądzi DUA i zacne grono Księgowych?
Milesale, wzajemnie najserdeczniej pozdrawiam, tylko mam nieco spóźniony refleks;)
A przyjacielem i to takim od najwcześniejszego dzieciństwa jest też Jan Grabowski pięknie ilustrowany przez Grabiańskiego.
Dobry wieczór, Włóczykiju!
Nie jestem mocna w sprawie wątków tolkienowskich. Może Księgowi pomogą. Są tu specjaliści, a jakże!
Wpół do dwunastej.
Idź spać, biedaku. Daj fizyce odpocząć. Niech Ci się przyśni konna wyprawa przez szmaragdowe łąki. I że jesteś już po maturze, która wcale nie była trudna. I że jesteś wolny i możesz sobie wędrować gdzie tylko zechcesz; a w bukłaku masz wino i suchary w sakwie przy siodle. A przy pasie róg, na którym grasz sobie przy pięknej pogodzie.
Idź spać, synuś, idź.
Dobry wieczór, przypadkiem wyjrzałem spod regału i zamiast się uczyć fizyki do matury albo spać to czytam sobie wpisy do Księgi :) A’propos baśni, to szkoda że w życiu nie jest tak jak w nich albo niektórych powieściach, wspaniale by było na przykład wybrać się konno z Gandalfem do Beorna albo pośpiewać z krasnoludami ich pieśni (piękna jest ta z polskiego przekładu Hobbita). Czytałem gdzieś że Tolkien wątek o Ereborze i krasnoludach zaczerpnął z historii Polaków i ich dażenia do odzyskania niepodległości lub do wyzwolenia w czasie wojny. Nie wiem czy to prawda, ale może DUA albo Księgowi coś o tym wiedzą :)
Ja też!
Prawdziwy to dar Boży.
Myślè, że Andersen wie jak wiele milionòw dzieci oraz dorosłych kocha jego baśnie.
I trochè może ma z tego pociechy.
Jak dobrze, że istniejà pisarze. Och, nie umiem wyobrazić sobie świata bez ksiàżek.
Tak, o to mi chodziło, Zuziu.
Myślę, że ta baśń jest o nim właśnie. Bardzo przejmująca.
Chesterko, widziałam go, są już dwie serie.
Miły, ale gdzie mu do książek GD!
A o Durrellach rozpoczał się na BBC serial. Pierwszy odcinek bardzo zabawny. I te widoki Korfu!
A jednak łabędź. Tylko chyba nikt tego nie dostrzegł.
Biedny był. Brzydkie kaczątko.
Dobry wieczór!
Właśnie zwróciłam uwagę jakie fantastyczna inicjały ma pan Wilkie Collins.
Ach, Jakubie drogi, dodam, że taki nastrój mam codziennie! I ja Ciebie pozdrawiam.
A propos Kraju Klonowego Liścia, to zaprzyjaźniłabym się z L.M.Montgomery.
I Andersenem. On też był taki biedny.
Kraj Klonowego Liścia płonie w te ostatnie dni października,
w nastroju podobnym do Zuzi sprzed kilku dni (pozdrawiam serdecznie) niestraszna nam będzie zima.
Mam nadzieję że Ciotka dotrze równie szybko w ten zakątek świata.
Dziekuję Pani Małgorzato za dobre myśli sprzed kilku tygodni.
Ciekawy wpis, piękne ilustracje i wiersz Iwaszkiewicza o przemijaniu.
Dodam, że również bardzo lubię jesień, szczególnie w sezonie wrześniowo – październikowym.
Do nas tez dotarło arktyczne powietrze, trzeba wyjąć ciepłe kurtki z szaf.
Nabrałam ochoty na lektury książek pana W.Collinsa. Ciekawe, co znajdę w rzymskich księgarniach…
Caluski dla Sowiatka i innych Maleństw!
Cha,cha! Było tak, zaiste.
Ale wtedy tylko się śmiałam – podróbka nie była doskonała.
Była okazja, kiedy nawet zszedł z cokołu dla Pani :) Czyż nie ?
Niezawodnych!
Jeszcze Mickiewicz. Jego to bym jednak chciała spotkać na żywo, wręcz chciałabym go przytulić i pogłaskać po głowie. Biedny Adaś.
Z Ellis Peters i z Chestertonem, z Zofią Kossak-Szczucką, Bolesławem Prusem, Beatą Obertyńską, Saint-Exupery’m i P.G.Wodehouse’m, z prof.Janem Sokołowskim, Kornelem Makuszyńskim i Zbigniewem Herbertem.
Ale człowiek ma masę przyjaciół!
Ago, to bardzo się cieszę!
Pozdrawiam Czytelnika!
Mamo Isi, a ja koniecznie bym chciała się zaprzyjaźnić z Ellis Peters.
I z Bolesławem Prusem.
Właściwie, to już się z nimi zaprzyjaźniłam , bo niekoniecznie muszę mieć do tego żywą osobę!!!:))
Tak, kochany Starosto, z Wilkie Collinsem z chęcią bym się zaprzyjaźniła . A takoż z Jane Austen, Beatrix Potter, Agathą Christie, Jamesem Herriotem, Geraldem Durrelem, C.L.Lewisem i Lewisem Carollem.
Sowo, jestem oszołomiona umiejętnościami Sowiątka! I dzięki za cenne informacje edukacyjne.
Zgredzie, zdaję sobie sprawę z różnicy możliwości trucicielskich, jakimi dysponuje cis, czy tojad w porównaniu z marną cebulką tulipana, ale i tak lepiej, żeby żadnej z tych roślin dzieci do buzi nie brały. Tym niemniej i tak nie jestem w stanie wygolić ogrodu z konwalii, bluszczu, czy jaskrów, cebulicy i jodły, nie mówiąc o reszcie.
Badanie toksyczności danej rośliny na zwierzęciu, żeby ustalić, jak szkodzi człowiekowi, nie dość, że jest paskudne, to w dodatku bez sensu. Ot choćby taki cis. Koń padnie po zjedzeniu najmniejszej ilości, a sarna zeżre pół krzaka i nic jej. To jaki z tego wniosek dla człowieka?
Droga Pani Małgosiu!
U nas leje i wieje. Ale nic to. Śpieszę donieść, że mój dziesięciolatek przeczytał „Opium..” i bardzo mu się podobało. Wszystko zrozumiał, bez obawy, oczywiście w granicach zrozumienia właściwych dla swojego wieku. Teraz codziennie dopytuje mnie, co się działo dalej z jego ulubionymi bohaterami. W ogóle nie odgadł, że Gieniusia to Aurelia, toteż zdumienie było ogromne. Powiem szczerze, że dziwił się temu przez dwa dni. Nie mógł w ogóle czytać dalej, dopóki w głowie nie ułożył sobie wszystkich faktów. Było to dla mnie bardzo śmieszne, jak tak wybałuszał te swoje małe oczka, hihihi. Bardzo chce napisać do Pani kilka słów, ale wstydzi się mocno…
Melduję też, że nabyliśmy już fikuśne foremki pierniczkowe i będziemy z synkiem piec na Galerię, już nie możemy się doczekać.
Zakupiłam też mnóstwo książek w antykwariacie, czekam na przesyłkę. Uwaga, wietrzą magazyny z okazji zbliżającego się końca roku, więc można upolować naprawdę ciekawe egzemplarze za śmieszne pieniądze. Życzę wszystkim miłego dnia, mimo słoty niech Wam uśmiech z twarzy nie schodzi.
Pasja Sowiątka bardzo mi się podoba.
Dzięki Sowo! Chętnie skorzystam z podpowiedzi.
Prawda, DUA, prawda. Jest też na YT taka świetna seria filmików instrumentoznawczych zrealizowana przez IMiT i Sinfonię Varsovię, Sowiątko lubi. Lubi też książkę dla dzieci szkolnych o instrumentach, którą znalazł w mojej torbie przed wakacjami. Całe lato nudził, żeby mu ją czytać od deski do deski przy obowiązkowym akompaniamencie dołączonej do książki płyty. Dawno wyszła mi już bokiem, ale dziecię niezmordowanie nastawia ją do każdego śniadania. Potem na doładkę samodzielnie wpisuje nazwy poszczególnych instrumentów w wyszukiwarce internetowej (literując sobie pod nosem) i ogląda, co tam się wyświetli. Dzięki tej autodydaktyce bezbłędnie rozpoznaje ze słuchu instrumenty grające w różnych zestawach, chociażby w akompaniamentach do Bajek-Grajek (świetne są muzycznie). Zamiast skupić się na ich treści, to recytuje mi na bieżąco skład orkiestry. Jeszcze polecam różne płyty do zabaw przy muzyce, np. bardzo fajne Edukatki. Tylko ostrzegam, że do niektórych zabaw rodzic musi mieć świetną kondycję!
Dziecko może nauczyć się wszystkiego, dopóki nie pójdzie do szkoły ;)
Są śliczne. Takie dziewczęce
Marcinki, a jakże. Są odmiany fioletowe, różowe i ciemnoróżowe.
W najlepszej formie są obecnie. Cieszą oko.
Pani Małgorzato jak w Wielkiej Polsce (tak mówi mój znajomy z Poznania na Tambylcow) nazywacie male jesienne fioletowe kwiatuszki? Ja nazywam je: Marcinki
Znaj proporcją, Mamo Isi. Gdzie tam jałowcowi do tojadu.
Ano tak, jeszcze róże kwitną tu i ówdzie. Widziałam też w ogrodzie bodziszka, który powtarzał kwitnienie. I pierwiosnka. Sporo się wciąż dzieje, ale ciężko to docenić w tych okolicznościach przyrody.
Któregoś roku miałam kwitnącą różę jeszcze w grudniu!
W ogródkach w Zakopanem widzę, że kwitną jeszcze róże. Smętnie jakoś, ale niezłomnie wyglądają wśród żółtych liści i zrudziałych traw,
Zgredzie, ciężko w ogrodzie znaleźć roślinę, która nie jest trująca. Konwalia, naparstnica, cis, żonkil, narcyz, krokus, przebiśnieg, tulipan (cebulki), skrzyp (młody), wrotycz, starzec gajowy, trzmielina, bluszcz, rącznik, zimowit, bieluń dziędzierzawa,barszcz, tojad, ostróżka, sumak, żmijowiec, pokrzyk wilcza jagoda, ciemiężyca, jaskier, szczwół plamisty, żywotnik, sasanka, buk, czeremcha, dziurawiec, jałowiec, jaskier, łubin, jodła, grochodrzew etc, etc.
Zresztą wystarczy zerknąć w ciotce wiki na Rośliny trujące.
Mamo Isi, testują na zwierzętach i przeliczają według masy ciała.
Ale uważaj: „Poisonings are more common in young children, who are enticed by the brightly coloured fruits.”.
Dziękuję!
Madziu, no to miłego czytania!
Cha,cha!
Mamo Isi, przewróciłam się ze śmiechu.
KokoszaNel, brawo za wychowanie muzyczne dla Kogucika! Dobrze się do tego wzięłaś (prawda, Sowo i Zośko?).
Przepraszam, że z opóźnieniem zaakceptowałam Wasze wpisy, zajrzałam dopiero teraz.
Zgredzie, jak miło, że zapamiętałeś.
Mam ją! Trzmielina pospolita. Trująca. Za śmiertelną dla dorosłego człowieka dawkę uważa się 35 owoców. Ciekawe, jak to sprawdzali? Dorzucali po jednym owocku?
Tak, w ogrodzie wciąż kwitną hortensje, nasturcje i onętki, ale nie siarkowe, tylko te różowe, fioletowe i białe. Niestety, nasionek siarkowych nie dorwałam. Natomiast właśnie odkryłam w ogrodzie jakieś nowe drzewko, samosiejkę, któremu listki pięknie poczerwieniały. Bez względu na deszcz i gąszcz jeżyn muszę do niego dojść i rozpoznać, co nowego ptaki przyniosły w prezencie.
Koncert zakończony. Kogucikowi się podobało. Odszukiwał instrumenty w małej encyklopedii instrumentów. Będę obserwować stronę i następnym razem postaram się dać znać wcześniej.
Potwierdzenie było potrójne, bo ja cytowałem panią Kluczyńską (Kalamburka, strona 260), ale zbyt lapidarnie.
„Navigare necesse est, panno Majewska, niech się dzieje, co chce, my mamy swoje zadanie w życiu (…).”
Pilne! Pilne! Na stronie nospru(nospr org pl) właśnie zaczyna się poranek symfoniczny on-line.
Dzień dobry.
A u nas po wczorajszych mżawkach i mgiełkach, wyraźnie się rozpogodziło.
Dotarł już do mnie „Armadale” i czytam sobie – to znaczy czytałabym, gdybym nie tkwiła w pracy.
Tak zachęcająco i ciekawie pisze Pani o Collinsie, że pewnie bardzo by mi było szkoda, gdyby to inna lektura czekała na mnie w niedzielny wieczór.
Serdecznie pozdrawiam.
Co ja gadam, co ja gadam. Pada! Cicho a rzęsiście.
I u nas mglisto, cicho, chmurno. Nie pada. Ogród żółty i goły, jeszcze tylko kwitną ostatnie róże i marcinki we wszystkich odcieniach.
Aha, i hortensje, te są wytrwałe!
W „Hide and Seek” występuje dziewczyna niema (po urazie), a w „Poor Miss Finch”- niewidoma (od urodzenia). Jak czytam w przedmowie i ciekawych przypisach, Collins w obu przypadkach konsultował szczegółowo te przypadłości, zarówno u znajomych lekarzy (np. u własnego okulisty!), jak i w literaturze medycznej. Mnóstwo czytał tych medycznych prac naukowych!
Jednocześnie studiował też kwestie prawne, a i socjologia nie była mu obca (choć w czasach wiktoriańskich dopiero zapewne raczkowała) – jego książki mają bardzo mocną podstawę w faktach.
Cechuje go interesująca, intelektualna odmiana empatii. Ludzie go pasjonowali (mocny był też w psychologii), ale choć im współczuł, nie roztkliwiał się nad nimi. (Irytowali go hipochondrycy! Aha, i nie lubił wścibskich, apodyktycznych hipokrytek – ciekawy to trop).
Ten człowiek jest imponujący! Cieszę się, że go poznałam, i to dogłębnie. Właśnie dlatego lubię czytać WSZYSTKIE po kolei książki danego autora (najlepiej chronologicznie, wg daty powstania) – widać wtedy całą osobę i całe jej życie duchowe.
Kolejny przyjaciel.
Siedzimy sobie z tą gęsią razem przed kominkiem i czytamy; ona „Man and Wife”, a ja „Hide and Seek”. Herbatka w czajniczku z angielskiej porcelany paruje, a my sobie coraz nalewamy ją do filiżanek zagryzając pierniczkami. Drwa w ogniu trzaskają, kocica rozłożyła się na oparciu fotela i mruczy, psy wywaliły się na dywaniku przed kominkiem. A za oknem siąpi i leje na zmianę, zmoknięte liście spadają mało ulotnie, przechodnie kulą się pod parasolami i pomykają jak najśpieszniej.
Niskie ukłony:).
A dziś na Śląsku mgła.
Kokoszanel, dziękuję za zdjęcia, śliczne!
Miło Was poznać.
Milesale, ta gęś musi mieć – dla pełnego szczęścia – jeszcze herbatkę świeżo naparzoną. O herbatce zapomnieć nam nie wolno. Nigdy!
Chyba że tylko o tej porze.
Dobranoc, idę czytać – (Wilkie Collins, „Poor Miss Finch”).
Cha, cha, cha, mam podwójne potwierdzenie!
Jestem nawigatorem, to prawda. Rowerowym! :))))
Jest Pani Nawigatorem DUA i to jakim !
Ukłony dla Szanownej Mamy Isi.
Widzè tè gèś przed kominkiem, czytajàcà Collinsa z przejèciem, i chichoczè.
Navigare necesse est
DUA – przecież jesteś!
Coś podobnego!
Krzysztofie, masz nadzwyczajnie ciekawą pracę.
Chciałabym być nawigatorem!!!!
Jechałam tam z nadzieją, ze go zobaczę, ale cóż i tak jest pięknie. Pozdrowiłam, a jakże! Gdy wpadłam na pomysł, żeby jechać w Tatry, od razu pomyślałam i ucieszyłam się, ze zdam Wam relację:)
To chyba zjawisko północnego nieba. Zresztą pas okołorównikowy ma to do siebie, że rzadko kiedy chmury stąd ustępują.
O, gdyby nie chmury! Tam dopiero byłoby widać ten deszcz gwiazd!
Pozdrów Tatry, Dewajtis.
A ja znów w Tatrach, ale niebo zachmurzone.
To chyba właśnie o dębach czerwonych mówisz, Rozmarynie. Jesień to ich pora.
Nad moją łodzią/Łodzią niebo zachmurzone i orionidów nie widać. Dzień wszakże był śliczny. W starym Parku Helenowskim zamontowano na stawach trzy nowe fontanny udające te dawne, i od razu jest piękniej i bardziej chce się żyć!
Na tyłach mojego bloku bujny dąb o ostrych liściach też nagle zrzucił cały rudobrązowy strój i stoi golutki w morzu rdzy.
A takie same dęby na drugiej ulicy przebarwiły się na pomarańczowo! „Och przemądra natura, natura jest…”
Marcelino harcerko, deszcz orionidów dziś u nas za zasłoną chmur.
Ale wczoraj Adminki, spacerując wieczorem po polach i łąkach, mogły podziwiać jedną taką spadającą gwiazdę.
Czy ktoś z Ludu może ma dziś czyste niebo nad głową?
Krzysztofie, a na równiku też to będzie widać?
Zgredzie, kaczki krzyżówki zrezygnowały z wędrówek w ogóle i zimy spędzają na miejscu, najchętniej gdzieś w okolicach, gdzie dobrzy ludzie je nakarmią.
Dzień dobry!
Kominek ma bogatą symbolikę, por. film „Top Secret”, scena na spadochronach pod koniec.
Krzysztof wychynął zza trójkąta bermudzkiego :-)
Mamo Isi, ćwierć wieku temu w listopadzie albo i grudniu widziałem kaczki krzyżówki drepczące i moczące łapy w cienkiej warstwie wody pokrywającej jakiś zamarzły staw w Sztokholmie. Miały gorzej, niewątpliwie.
I nie wiem, czy one nie odleciały, czy może wręcz przyleciały, pytanie skąd.
Nb. zrobiłem dziś zdjęcie „Dama z króliczką”.
Znalazłam, od 16 – 19. Równie dobrze też mogę siedzieć na równiku.
Mama Isi jest niedoinformowana, jak ta gęś. O której, Krzysztofie, ten Mozart, bo się nie mogę doszukać?
Krzysztofie, a Mama Isi na miejscu i jeszcze narzeka.
Dzisiaj w Rumi „Requiem d-moll”… A ja na równiku. Niesprawiedliwość.
No tak, gęś sobie nie posiedzi przed kominkiem czytając Collinsa i popijając herbatkę. Biedactwo.
Dużo KSIĘŻYCA jest w kulturze Japonii. Pomyślałam, że to dlatego, że sprzyja on medytacjom. Jesienne miesiące września i października, to w Japonii czas obserwowania księżyca w pełni. Nazywa się to TSUKIMI. Towarzyszy temu legenda o KRÓLIKU, jako najszlachetniejszym ze zwierząt, a dlaczego ? Łatwo można odszukać.
Ależ przy kominku zostajemy, Mamo Isi, przy trzaskających płomieniach. I z pachnącą, gorącą herbatą w pięknej filiżance. I z nigdy jeszcze dotąd nie czytanymi, smakowitymi powieściami Collinsa.
Miłej lektury i uszy do góry!(O, ładne hasło na jesień mi wyszło).
Przesyłka doszła, potwierdzam i wielkie, wielkie dzięki:)
Zgadza się, to dwa nasze klony wykonały montypythonowski numer i znienacka wzięły i zrzuciły liście.
Zaczyna mnie męczyć chandra jesienna, jak słyszę kolejny klucz lecących gęsi. A my tu zostajemy moknąc w lodowatym deszczyku. Ech.
Dobrze Ci się wydaje, Andreadoria. :)
KokoszaNel, dziękuję, adres odebrałam!
Casciolino, cieszę się, że dotarła i cieszę się, że lubisz poezję śpiewaną. Czy dobrze mi się wydaje, że Ty śpiewasz operowo?
KokoszaNel (wiad.pryw), zamieść tu w ten sam sposób swój adres mailowy, Adminki się odezwą.
O, żeby się więc tylko nie zachmurzyło!
A w weekend podobno będzie deszcz. Ale nie taki zwykły.
– w-ten-weekend-na-niebie-deszcz-orionidow-
Ślicznie i przytulnie wyglądają zabytkowe uliczki Bydgoszczy, zasypane klonowymi, bajecznie kolorowymi liśćmi. Bramy starych kamienic zdobne w przedziwne latarnie i stare skrzynki na listy lub „Briefe”, leniwie zapraszają do wejścia. Każda kamieniczka ma swojego kota. Och, są to same kocie piękności z przeróżnymi charakterkami. Jest wśród nich jeden, który niejedno już widział i dlatego z kocią wyższością i obojętnością spogląda na człowieka.
Przekwitły już różane drzewka przed teatrem, tak troskliwie pielęgnowane przez całe lato, a fontanna na skwerku Komedy zaświeci kolorowymi światełkami dopiero na wiosnę. No i pan, który grał codziennie na fortepianie, zamknął już swoje okno.