
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy,
nasza KC Paczka Chusteczek właśnie nadesłała suplemencik do swojego reportażu, którego fragmenty widzieliście w poprzednim wpisie. Rzecz dotyczy ślicznych kwiatków, z wdziękiem wysianych w sąsiedztwie bretońskich kamieni, murków i płotów, a nawet, jak widzimy – na schodach.

Przypuszczaliśmy, że to może być skalnica, lecz byliśmy w błędzie. Autorka zdjęć napomykała o stokrotkach, że niby te kwiatki są do nich bardzo podobne. Ale to chyba nie stokrotki?!

Stokrotki przecież mają całkiem inne liście (ryc.: Wikipedia):

Kto by wiedział, co to za bretońska roślinka o listkach jak sztyleciki, niech prędko powie!
Skoro zaś jesteśmy wciąż w Bretanii, zerknijmy na jeszcze jeden księżycowy jej krajobraz, ujrzany i niezwykle, odkrywczo i śmiało namalowany przez Charlesa Victora Guilloux (1866-1946) – Paysage lacustre au clair de lune (technika: olej na kartonie):

Gładkie, lśniące wody! Wszystko zalane mlecznym światłem. I tak, to prawda: wody jeziora są zawsze o ton jaśniejsze od nieba, które odbijają.
Ech, chyba muszę się przejść nad pobliskie jezioro w lesie. Zatęskniłam. „Zgryzotka” poczeka!
Już mknę!
MM








Też myślę, że astrowate
Dziękuję, DUA, ręka rzeczywiście lepsza, ale działa właśnie „z przerwami”. Nihil est ab omni parte beatum, jak stwierdził Ignacy Borejko
A cennej ręce Autorki życzę pełni zdrowia!
I dziękuję za Wielki Romantyzm.
„Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić, i położyć
Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem”.
Zwalić niebo! W „Rozłączeniu” zawsze zdumiewała mnie odwaga, potęga kreacji, dynamika burzenia i stwarzania świata. Choć bliższy mi jest duchowo Mickiewicz, jego mistrzowskie obrazy wody („Świteź”, „Nad wodą wielką i czystą…” – czyste poetyckie piękno) to przecież malowane słowem – odbicia. Słowacki odrzuca mimesis. Podmiot wiersza, w akcie niezwykłej kreacji, stwarza własny, zantropomorfizowany kosmos, gdzie przenika się przestrzeń realna i przestrzeń wyobraźni, zewnętrzna przestrzeń natury i wewnętrzna przestrzeń człowieka.
Tę poezję można chłonąć bez końca.
Grzyby nie należą ani do królestwa zwierząt, ani królestwa roślin. W swojej komórce nie mają chloroplastów, które są niezbędne do przeprowadzania fotosyntezy, co bezproblemowo wykonuje każda roślina. Klasyfikuje się je obecnie jako odrębne królestwo Fungi (grzyby właściwe). Biologowie dzielą obecnie grupę grzybów na pięć gromad: Chytridiomycota, Zygomycota, Glomeromycota, Ascomycota i Basidiomycota. Systematyka Królestwo: Grzyby; Gromada: Śluzorośla.
Genius loci, najwyraźniej, Celestyno.
:-)
Dzien dobry!
Biedny Juliusz. Pamietam moj pierwszy pobyt nad jeziorem Leman, dawno temu. Mimo, ze pieknie tu jest niewypowiedzianie, to wlasnie te golebie smutku jakos lubia sobie tutaj latac. Obecnosc jakiejkolwiek bratniej duszy – absolutnie konieczna. Nie umiem wierszy pisac, ale za to tamten pierwszy pobyt obfitowal w tworczosc epistolarna. Mam wszystkie listy od licznych znajomych, ktore wtedy otrzymywalam; jednoczesnie mam wielka nadzieje, ze moje przepadly, musialy byc niemozliwie egzaltowane:))
Juliusz Słowacki
ROZŁĄCZENIE
Rozłączeni — lecz jedno o drugim pamięta;
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku,
Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta;
Wiem, o jakiej godzinie wraca bólu fala,
Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska.
Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala
I łzę różową leje, i skrą siną błyska.
A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać,
Znając twój dom — i drzewa ogrodu, i kwiaty,
Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać,
Między jakimi drzewy szukać białej szaty.
Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,
Osrebrzać je księżycem i promienić świtem:
Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć
Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.
Potem jezioro z niebem dzielić na połowę,
W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem;
Nie wiesz, jak włosem deszczu skałom wieńczyć głowę,
Jak je widzieć w księżycu odkreślone kirem.
Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka,
Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę-stróża;
Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża,
Za jeziorem — dojrzałem dwa z okien światełka.
Przywykłem do nich, kocham te gwiazdy jeziora,
Ciemne mgłą oddalenia, od gwiazd nieba krwawsze,
Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora,
Zawsze mi świecą — smutno i blado — lecz zawsze…
A ty — wiecznie zagasłaś nad biednym tułaczem;
Lecz choć się nigdy, nigdzie połączyć nie mamy,
Zamilkniemy na chwilę i znów się wołamy
Jak dwa smutne słowiki, co się wabią płaczem.
*
Nad jeziorem Leman, d. 20 lipca 1835 r.
Proszę bardzo, Jas! Już się robi.
Krzysztofie (wiad.pryw.), mam to samo skojarzenie, co Ty, oczywiście. Tak, jak poprzednio.
Mamo Isi, ależ grzyby nalezą do naszego królestwa!
Bardzo mi brakuje wierszy ze starej strony MM.
Bożeno, w imieniu Solenizantki bardzo dziękuję:)
No nie wiem, co się robi z sugestią. Jak tak, to tak, niech siedzi w pudle, póki czegoś nie wymyślimy.
Zgredzie, wiedziałam, że grzyby nie należą do naszego królestwa istot żywych, ale że wirusy też, to nie! Zgroza! Kosmici! Atakują!
Wiewiórko, masz rację, że ta para: robak i gołąb smutku – jest cokolwiek niedobrana. A jeszcze je zachodzi od tyłu ten zakryty mól Kochanowskiego. Poeci! Już jak ci coś wymyślą, to tylko siąść i płakać.
Bożenko!
Widzę, że Twoja ręka już lepsza?
Moja też działa, choć z przerwami.
Wiewiórko, aleś naparskała!
Zgredzie, i to jest dopiero upiorne, no nie?
Dobranoc wszystkim!
„Niech żyją więc wirusy!” – to dobre, bo wirusy nie są uznawane za formę życia.
Starosto, Mamo Isi, Wasz gołąb smutku wraz z robakiem doprowadziły mnie do ataków śmiechu, a że pora późna, były to ataki usilnie tłumione, które wszak skończyły się parskaniem, więc teraz idę po specjalną chusteczkę do ekranu komputera.
Dobranoc wszystkim.
Mamo Isi, serdeczne myśli ślę Prababuni. Zdrowia i nieustającej radości z dwóch Promyczków – Isiątek.
DUA, rozpieszcza Pani Lunofili. Jeszcze się nie nacieszyłam tyloma tutaj nieznanymi mi wcieleniami Księżyca, a już pobudza wyobraźnię zapowiedź zdjęcia Krzysztofa. Zostanie ujawnione! Ależ to brzmi :)
I jeszcze szybciutko podziękuję za schodki w kwiatuszkach Paczki Chusteczek. Pełne uroku i tak jakoś kojące.
Mamo Isi, sugestię można chyba ewentualnie rzucić?
O, tak.
Przepadam za rozmowami z dziećmi!
Tak chyba było. Za to teraz mówi dużo i mądrze i już wszyscy wiedzą, że rozumie i rozumiała wtedy, nawet czasami opowiada o niektórych przeżyciach z czasów milczenia.
Dziecięca wyobraźnia jest niesamowita. Uwielbiam słuchać jej opowieści.
Hihi, kiedy usunięto mi migdałki (lata licealne), nie mogłam oczywiście mówić. Zauważyłam, że wszyscy, z lekarzami włącznie, zwracają się do mnie tonem podniesionym, jak gdybym także nie mogła słyszeć!
Niestety, nie mogłam również wybuchnąć śmiechem.
Historynko, Ula po prostu nie miała nic ważnego do powiedzenia. To sobie milczała.
Dodam jeszcze swoje trzy grosze w pięknej dyskusji o wyobraźni i o dzieciach.
Moja Ula zaczęła mówić mając dwa pół roku. Do tego czasu wielu dorosłych traktowało ją jak nic nie rozumiejące niemowlę. Było to bardzo dziwne.
Ewentualnie insynuacją?
Jak się okazuje, podług słownika frazeologicznego można jeno wysunąć się na czoło. Albo wysunąć roszczenia. Żadnych z tych rzeczy, Starosto kochany, nie uczyniłeś. Ale co się w takim razie robi z sugestią?
Wpadłam na chwilę i się zachwyciłam. Te schody! I te kwiatki! Pięknie jest. Lubię piękno.
Głębia gołębia mnie przygnębia.
Ta głębia wymaga gołębia.
Ja coś wysuwałam?
Starosto, ja Cię proszę! Żeby takie sugestie wobec gołębia smutku wysuwać!
O, gołąb w locie dużo może.
Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż cię nie zeżre robak smutku. Ewentualnie kawałek genu organizmu jednokomórkowego.
Gołąb o tyle jest lepszy, że nie może gryźć.
Ale może dziobać.
Bóg zapłać za życzenia; przekazane. Solenizantka mile uśmiechnięta.
Pewnie że do kitu.
Od Ełku do Spitzbergenu gryzie nas kawałek genu.
Albo:
Od Opola do Podola gryzie nas coś na kształt mola.
Albo:
Cicho, kryto, po cichutku, gryzie nas sam robak smutku.
Robak smutku jest do kitu.
Wolę gołębia.
„Rozłączeni – lecz jedno o drugim pamięta;
pomiędzy nami lata biały gołąb smutku
I nosi ciągłe wieści.”
(Słowacki, „Rozłączenie”)
Najserdeczniejsze uściski dla Solenizantki!
Zdrowia, zdrowia, zdrowia życzymy!
Zuziu miła, ja zrozumiałam, Ty wyraziłaś się dobrze, i nie tłumacz się, bo żartowałam (jak to ja, wesoła staruszka).
Mamo Isi, gryzą, gryzą.
Prababunia wczoraj skończyła 92 lata i dostała od Isiątek laurki. Podpis na laurce Asi brzmiał: DLA PRABABÓNI OD ASI. Pierwszy błąd ortograficzny;)
Pierwszy raz słyszę, żeby mole gryzły ludzi. Kochanowski chyba miał na myśli ówczesną wersję idiomu: Gryzie mnie robak, a raczej: „Robak smutku mnie gryzie.” jak powiada Słowacki. Chociaż mamy i przysłowie: Każdy ma mola, co go gryzie. Chyba je wymyśliła owca, której w.w. mole zeżarły futro.
Ojej, no tak. Źle to wyraziłam. Taki po prostu ten nasz gatunek ludzki, że dopóki nie zachorujemy, to nie docenimy zdrowia. I po to nam wirusy.
:))
Tak? Nic nie wspomniał o kawałku genu.:)
Dzień dobry w tę piękną niedzielę!
Co do wirusów, myślę że wspomniany Kochanowski świetnie te sprawę wyjaśnił pisząc o zdrowiu szlachetnym.
Wilk Morski nadesłał z Zatoki Meksykańskiej niezwykłe zdjęcie księżyca.
Zostanie ujawnione.
PS. Opasła się pisze, spokojnie.
Jeżynowy Ludku (wiad.pryw.) – i tak nieważne. :0
AniuK., stoicki spokój służy zdrowiu.
Ulubione blogi? Na przykład „Płaszcz zabójcy”. Pyszne. Polecam gorąco.
A poza tym codziennie robię spacer po Twitterze. Mnóstwo śmiechu! Ciekawe realia!
Brawo dla Pani Małgosi! Zawsze podziwiam jak Pani spokojnie znosi przeciwności.
A tak przy okazji zapytam: co Pani lubi czytać w sieci? Jakieś ulubione blogi?
Życzę spokoju i energii do pracy, bo wszyscy czekamy na opasłą „Ciotkę”!
Jeżynowy Ludku, dziękuję za wiadomość prywatną. No, bidule, cóż począć. Powiem prawniczce, może się zainteresuje. Ale wątpię.
Internet jest pełen hejtu, wszystkiego się nie wytępi i tak, a my możemy przecież wybierać, co chcemy czytać.
PS. Róbmy swoje.:)
Gryzie Cię mól zakryty, Mamo Isi. Albo komar. Brr.
Ale spokojnie, „kawałek” genu to jednak za dużo powiedziane. Odwagi!
Ozdobniczko, będą inne fragmenty.
Bywaj tu, kiedy zechcesz, a w ogóle to nie ma za co przepraszać. Domyślam się, że szkoła absorbuje, sama byłam kiedyś silnie zaabsorbowana.
Po prostu wrogie przejęcie i to przez organizm jednokomórkowy! Groza. Czy to wciąż jeszcze ja, czy już pantofelek?
Dzieńv dobry!
Baaaardzo długo mnie tu nie było, ale siódma klasa to nie to samo co szósta. Doszło wiele przedmiotów i na każdy trzeba codziennie powtarzać mnóstwo wiadomości.
Właśnie uczę się na sprawdzian z j.polskiego o Janie Kochanowskim. Omówiliśmy na lekcji lekkie fraszki, treny oraz pieśni. Najbardziej lubię ,,Pieśń II z Ksiąg Pierwszych”: (mój ulubiony fragment i właściwie strofa, w któtej jest już prawie wszystko)
,,Ale kogo gryzie mól zakryty,
Nie idzie mu w smak obiad obfity;
Żadna go pieśń, żadny głos nie ruszy,
Wszystko idzie na wiatr mimo uszy.”
Przepraszam za nieobecność, postaram się przybywać częściej :-)
Ja nie chcę żadnych kawałków genów z innych organizmów! Ratunku! Słoniocy!
Dobranoc, Panno Anno!
Jak to dobrze mieć takie wszechstronnie poinformowane Czytelniczki!
Niech żyją więc wirusy!
Dziękuję za lunofilski trop, zaraz sobie „Orpheusa” poszukam i włączę do kolekcji.
Miłe dobranoc!
Cześć i czołem – tak już troszkę nie w temacie, ale wszystkim Lunofilom muszę wspomnieć obraz Louisa Français „Orpheus”, światło na nim ma własności hipnotyzujące, niemal jak prawdziwy Księżyc.
Tymczasem Mamie Isi mogę odpowiedzieć, że Pan Bóg mógł stworzyć wirusy, żeby zapewniały szybki przekaz genów między organizmami, a nawet między gatunkami. Zdarza się bowiem tak, że wirus wbudowuje się do organizmu, który zaraził, i przy okazji przenosi kawałki genów z innych organizmów (które wcześniej zarażał). Tylko proszę nie popadać w panikę, zdarza się to rzadko, i najczęściej organizmom jednokomórkowym. Ale kto wie, może gdyby nie wirusy, gatunek ludzki nie miałby szans powstać?
Bardzo dziękuję za piękne zakończenie soboty (te kwietne schody! Jestem też wielką fanką tej uliczki z poprzedniego wpisu!) i przesyłam dobranocki.
Dziękujemy za sygnał, Zośko!
Z dużą przyjemnością wysłuchałam w Dwójce „Toccaty C-dur” pana Antoniego Libery. Bardzo dziękuję za sygnał o tym słuchowisku. Czytając opowiadanie (które zresztą bardzo mi się podobało) brakowało mi właśnie ilustracji muzycznej. Próbowałam co prawda podczas lektury słuchać utworu śledząc jednocześnie zapis nutowy, żeby odnaleźć opisywane fragmenty, ale to jednak nie to samo.
Dzień dobry.
Może ostatni król w danych warunkach mógł zrobić więcej (niektórzy twierdzą, że tak), ale dzięki niemu mamy Łazienki, naprawdę piękne. Dzisiaj była dobra pogoda na spacer i na karmienie wiewiórek.
I u mnie, i u Borejków.
I tu, i tu – już telewizora nie ma. Od lat.
Za to jestem fanką internetu. Spektaklu poszukam.
No i „Krystyna” też zamówiona. :) Pani Małgosiu, a ten telewizor na lodówce to był u Pani czy u Borejków, bo już zapomniałam? :) :) Może będzie spektakl w internecie, może na ninateka.pl – perełki czasem tam można znaleźć. Miłego dnia!
Dziękuję, Jakubie, i przesyłam dobre myśli.
Bardzo dziękuję.
Wiesz, za co.
Pozdrawiam Panią Małgorzatę i cały lud Księgi.
Pięknie mi się czytało „Krystynę” w opactwie niedaleko Bostonu,
cisza monastyczna sprzyja takiej lekturze,
i też przy okazji zajrzałem na Mount Auburn Cemetery.
Dziękuję i ja, i „Ciotka Z.”.:) Razem wieczór spędzamy.
Dziękuję za miłe przywitanie, mam nadzieję pojawiać się częściej, bo to sama przyjemność czytać i brać udział w dyskusjach, które się tutaj toczą. A tymczasem czuję się jak Mila Borejko – z wypiekami śledzę losy „Krystyny”. Wracam do lektury, miłego wieczoru Pani Małgosiu !
Dobry wieczór, Karolino!
Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się wyjść z ukrycia i wprost szczęśliwa jestem z powodu przygód „Krystyny”.
Jak to dobrze, że ona wciąż porywa nowych czytelników!
Teraz Ty, a przed chwilą nasz Wilk Morski, czyli KrzysztO, przeczytał „Krystynę” na swoim tankowcu, gdzieś na Dalekim Wchodzie!
Miło pomyśleć.
Dobry wieczór! Właśnie zaczaiłam się na słuchowisko polecane przez Zośkę. Znalazłam odpowiednią częstotliwość, a tu figa. Pomyliłam dni… To jutro.
Co chwila mam takie wypadki, kalendarz nic mi nie pomaga.
Witam naszą DUA i oczywiście wszystkich Księgowych ! Zachęcona nareszcie wychodzę z ukrycia, a pierwszy mój wpis w Księdze Gości, nie może się obyć bez wspomnienia o ukochanej książce wszystkich pań z domu Borejko. Jestem w trakcie czytania (po raz pierwszy) „Krystyny córki Lavransa” i pod wielkim wrażeniem piękna, wielkości i wciąż niezmiennej aktualności tego dzieła. Dziękuję, że w swoich książkach, poleca nam Pani takie wspaniałe lektury !
Służy, służy. Ale muszę zmieniać realia:).
Czy to już babie lato? Mam nadzieję, że tak. Dobry czas na spacery, a i Jesiennej Ciotce on się przysłuży.
Mile gra: Joe Puma Quartet – „Indian Summer”.
Przez środek schodków biegnie kamienna pochylnia, to chyba dla taczki ogrodnika.
Doczytałam się, że na wyspach Oceanii niecierpek balsamina jest uznawany za gatunek inwazyjny. A u nas to niby co?
U nas też słonko i wiatr, kasztany na pewno się sypią, lecz cóż! – ja pisać muszę.
Niesprawiedliwość.
PS- telewizora od lat nie posiadam. Nie obejrzę więc.
Dziękuję za rekomendacje! Na pewno poczytam! Ja zaczęłam teraz „Kantora od kuchni”. I pozwolę siobie dorzucić coś do rekomendacji: 31 października w TVP Kultura (nie znam godziny niestety) retransmisja spektaklu w reżyserii Pawła Passiniego „Moniuszko-Widma”. Widziałam podczas Wratislavia Cantans w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Mnie zachwyciło, ale zdania są podzielone, ciekawe, co na to Księgowa społeczność. A ten wcześniejszy trop kantorowski nie jest tu przez przypadek. Dobrego dnia! Na Dolnym Śląsku słonecznie i lecę zaraz po kasztany!
Rzeczywiście, balsamina mało dekoracyjna jest.
Ale przecież na pewno ma jakieś inne zalety!
Mamo Isi: jak się czegoś nie można pozbyć, trzeba to polubić. W każdym razie, stoik by to zrobił.
Te balsaminki to istne potwory! Rozsiały się jak wściekłe i zajmują coraz dalszy teren, a każda ma łodygę jak bambus fi 5 cm średnicy. A na każdym pniu kiść słodkich, różowych kwiatuszków ni przypiął, ni przyłatał. Kochany Starosto, miałeś szczęście, żeś tego nie wziął!
Dzień dobry!
Kapelutku, „Księżycowy kamień” fajny, ale gatunkowo jakby lekko odstaje od całości dzieła Collinsa (wiem, co mówię, bo właśnie je przyswajam in toto). Ale warto przeczytać, a potem sięgnąć po „Kobietę w bieli”!
Zytko, witaj w naszych progach! I odzywaj się śmiało, nie siedź pod regałem, jak tylu innych gości!!! (na przykład Protoplasta)…
Nieśmiałki, wyłazić!
PS – „Zgryzotka” się pisze. Jesień – już jest. Niewątpliwie.
Dzień dobry, Wszystkim!
Wracam powakacyjnie do szóstkowych dni u Naszej Pani Musierowicz :)
Miły powrót, inspirujące komentarze, przemycone małe wieści o Zgryzotce! Ach, lubię!
Pozdrawiam u progu jesieni i mimo że nie piszę często to z przyjemnością czytam Wasze wypowiedzi, spostrzeżenia, wspomnienia! :)
Wpadłam i już zamówiłam sobie w internetowej księgarni „Jesteście na ziemi, na to rady nie ma!” Libery i Pydy i „Księżycowy kamień” Collinsa. ;) ;)
*ale
Mamo Isi, już On tam wiedział po co. ;) Tylko to przeświadczenie trzyma nas wszystkich przy życiu. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
Dzięki Ukochanej Autorce zakupiłam dwie nowe powieści Collinsa do swojej kolekcji, Armadale (teraz czytam w autobusach umilając sobie długie dojazdy do pracy) i Tajemnicę mirtowego pokoju. Na razie w tłumaczeniu, al może kiedyś porwę się na oryginał.
Szalony Kapelutku, miło, że wpadłaś!
Mamo Isi, jasne, że od wierszówki. Pisał przecież te powieści odcinkami, dla czasopism. A miał do utrzymania dwie rodziny (choć żadnej żony!).
Jednak dodać należy, że ten system nie pogorszył jakości jego dzieł. Przeciwnie, wszystkie dotąd przeczytane oceniam bardzo wysoko. To znakomita proza! Fragment, na który Ci zwróciłam uwagę w liściku, a który zalecałam opuścić, nie powstał z winy wierszówek. Wilkie Collins, jak się zdaje, przygotował się bardzo starannie (jak zawsze) do stworzenia postaci owego szaleńca. Mając zapewne całe naręcza materiałów i notatek oraz obserwacji, nie oparł się pokusie umieszczenia tego bogactwa w powieści. Ale nie trzeba było aż tyle tego. Jest to jedyna scena, którą mogłabym wykreślić bez żalu z powieści „The Law and the Lady”. Przedobrzona.
Witam Cię, szanowny Protoplasto! Dziękuję za interesującą sugestię, którą rozważyłam i następnie oddaliłam. Stokrotkę afrykańską przecież bym rozpoznała! Widuję ją często w kwiaciarniach i na targach kwiatowych. Ale ona ma – w każdym z wariantów kolorystycznych – inne jednak płateczki, niż roślinka z Bretanii, masywniejsze, że tak powiem. I listki też ma inne!
Myślę, że ta bretońska to jednak erigeron. Popatrz, oto ostateczny argument: osteospermum tak się nie rozsiewa swobodnie, rośnie tam, gdzie ją posadzono.
Odwdzięczam się miłym uśmiechem!
Pani Małgosiu – zaglądam często, jeno odzywam się rzadko, ale dziękuję za zaproszenie do KG – to miłe! :-)
Zgredzie – koncerty w czeskiej Pradze miałam na myśli. Pisałam o tym wcześniej (w czerwcu bodajże), że byłam na koncertach Depeche Mode w Pradze i w Berlinie, a Warszawa miała być „na deser”. W sercu jednak została Praga pomimo wszystko. Pozdrawiam!
Dobromiła
Kochany Starosto, doszły książki! Dziękuję z całego serca!
Dzięki Tobie dowiedziałam się o istnieniu Nicolaasa van der Way i jego „Sierot amsterdamskich”. Widzę też, że malarz owe sieroty malował wielokrotnie. A te stroiki na głowę to miały sprzed wieku!
Nikt nigdzie nie napisał, czy autor był płacony od wierszówki, czy od dzieła, ale tak sobie myślę, ze Wilkie Collins zdecydowanie od wierszówki;)
Powoli dom przestaje przypominać filię sanatorium dla suchotników. Po co Pan Bóg stworzył wirusy, nie zgadnę.
Ja tez, ja tez:))
Pod rozwagę poddaję inny hipotetyczny kwiatek: stokrotka afrykańska, po francusku zwana marguerite africaine albo marguerite du Cap (czyli z Przylądka – w domyśle: Dobrej Nadziei), nazwa łacińska osteospermum.
Ja też, dodam skromnie. „Freudy latają!”
Dzieńdoberek!
Ha-ha, Zgredziku! Ja też, zajrzawszy tutaj „wczora z wieczora”, przeczytałam „prowokacyjnie”. Hmm… ;-)
Patrycjo, czas leci, co?:)
Witam Cię serdecznie, nocną porą. Nie tłumacz się, po prostu dorastałaś. Aż dorosłaś i wróciłaś.
Wpadaj nie tylko w dni szóstkowe, zapraszam! Nowe wpisy pojawiają się teraz po prostu wtedy, kiedy zbyt dużo jest komentarzy i gościom trudno jest je wszystkie przewijać.
Czyli całkiem często.
Dobranoc!
Szanowna Pani Małgorzato!
To już tyle lat, tyle lat nie zostawiałam tu komentarza. Niestety, sama nie wiem z jakiego powodu, wchodziłam na tę stronę coraz rzadziej, prawie wcale, aż w pewnym momencie w ogóle przestałam ją odwiedzać. Nie mogę w to uwierzyć. Ale dziś postanowiłam o sobie przypomnieć, zostawić po sobie jakiś ślad pod Pani wpisem.
Nie wiem czy mnie Pani pamięta – ja jestem tą czytelniczką, co kiedyś nie lubiła (i cóż, nie lubi nadal) „Pana Tadeusza”. Swego czasu błagałam rodziców na kolanach (i wybłagałam!) przyjazd do Łodzi na spotkanie autorskie z Panią (w Matrasie w „Manufakturze”, z okazji promocji „Jeżycjady” w 2008 r. – nie mogę uwierzyć, że to było tyle lat temu – wtedy byłam w gimnazjum, a teraz jestem już po studiach). O ile pamiętam, na tym spotkaniu chyba dałam Pani zrobione przez siebie zdjęcia otulonej puchatym, zimowym śniegiem jarzębiny.
Moja miłość do książek (w tym dzieł Pani autorstwa) nigdy nie przeminęła, choć niestety, czasu na czytanie jest coraz mniej.
Z niecierpliwością czekam na „Ciotkę Zgryzotkę”! Na pewno znajdzie się w mojej kolekcji :)
Co więcej, obiecuję solenną poprawę i będę częściej odwiedzać tę stronę!
Ściskam Panią gorąco i pozdrawiam! I obiecuję solenną poprawę – będę jak za dawnych czasów, wpadać w dni szóstkowe zobaczyć czy są jakieś nowe wpisy od Pani.
Starosto, też pamiętam trochę to opowiadanie, było w zbiorze z dwoma innymi – chyba.
Dobromiło, ale która Praga górą? Koncert mógł być i tu, i tu.
Przeczytałem, że Gio kłania się prowokacyjnie, czas spać.
Dobranoc!
Zwroce na to uwage! Choc nieczesto mam okazje podziwiac jeziora, zwlaszcza przy swietle ksiezyca (ale swiatlo dzienne tez bywa ciekawe).
Spojrze tez pod tym katem na dziela malarskie wyobrazajace jeziora.
No, prawie zawsze, Kris.
Jak zwykle – są wyjątki od reguły.