
To najwyraźniej drzwi do ogrodu!
Tędy właśnie wychodziła, żeby się pobawić lub poczytać wśród drzew, mała dziewczynka Mary Flannery O’Connor, która wyrosła na jedną z najwybitniejszych pisarek amerykańskich XX wieku.
Przez pierwszych trzynaście lat swego krótkiego życia mieszkała tu, w tym domu!- i chodziła na msze do pobliskiego kościoła katolickiego.

Dom ten i kościół odwiedziła, będąc w Savannah, nasza nieoceniona KC Atena, i wszystko sfotografowała specjalnie dla nas.
Ta wybitna pisarka była zajadłą czytelniczką już od najmłodszych lat: spójrzcie tylko na to pochylone z uwagą mądre czoło, na brwi ściągnięte w skupieniu – cóż za wyraz powagi na tej małej buzi! Co za koncentracja!

Ciekawe, co też ona czyta.
Może baśnie Grimma?- należały do jej ulubionych lektur.
Urządzała sobie w łazience czytelnicze sesje z koleżankami – pisze nasza KC Atena. – Siedzialy sobie w wannie, ozdabiały muszlę klozetową kwiatkami i czytając Baśnie Braci Grimm, umilały sobie dnie. Wiadomo, że baśnie wpomnianych braci mogą przyprawić o nocne koszmary niejednego dorosłego, a co dopiero dzieci. Zabroniono jej chwilowo bawić się z koleżanką z sąsiedztwa.
Ale lubiła też Beatrix Potter. Miło pomyśleć.

A tu jest jej dziecięcy księgozbiór (na dolnej półce ustawiono jej własne dzieła; zauważmy ich okładki, zdobne w motyw pawich piór):

Ten dom miał szczęście – pisze dalej Atena – przez lata był wynajmowany, ale miasto odkupiło go od właściciela. Przywrócono dom do oryginalnego wyglądu i otwarto dla takich ciekawskich jak ja.
Na strychu było wiele pudeł z meblami i rzeczami MFO (czyli Flannery).Oryginalne jej rzeczy są przeplecione czerwonymi wstążkami.

Laleczka też jest oryginalna, należała do małej Mary:

Późniejsze lata spędziła Flannery O’Connor z matką na farmie Milledgeville w Georgii. Była już ciężko chora (na toczeń rumieniowaty, który ostatecznie ją zabił w wieku 39 lat) i mogła poruszać się tylko o kulach. Ale – z ciałem udręczonym przez chorobę – zachowała wspaniałą wolność ducha. Pisała, czytała, rysowała i malowała.
To jest jej autoportret:

Ta czytelniczka Beatrix Potter od dziecka lubiła zwierzęta, zwłaszcza ptaki (jako mała dziewczynka nauczyła swoją kurę chodzenia tyłem!- pokazano je obie w kronice filmowej, można zobaczyć ten filmik na YouTube pod tytułem Do You Reverse?(1932) ). Na farmie w Georgii zaczęła hodować ptactwo. Miała tam aż 200 pawi!

„Król ptaków”- pisała o pawiu. I znalazła dla niego miejsce w swoich książkach.


Sama była przecie człowiekiem dobrym. Odważnym, dzielnym, mądrym i niezwykłym.
Jest dumą Ameryki; poświęcono jej serie znaczków pocztowych :


Czytajmy jej książki!
Ateno, dziękuję za relację i zdjęcia, jesteś naszym skarbem!
Uściski od
MM








Postanowiłam, że wpadnę, bo już dobry miesiąc mnie tu nie było- odpoczywałam nad naszym polski morzem. Teraz wróciłam i jestem niezwykle wzruszona, jak dużego odzewu doczekał się mój komentarz pod poprzednim postem, nawet dostałam odpowiedź od pani Małgosi, to naprawdę przemiłe! Droga społeczności, jesteście niesamowici, przesyłam wam duży uśmiech i obiecuję zaglądać tu i czytać wasze tak kulturalne, miłe i emanujące życzliwością wypowiedzi, tak różne od tej fali nienawiści, do której przywykłam w internecie.
Dobry wieczór wszystkim, kontuzjowanym i cierpiącym szczególnie ciepło. Wczoraj lekarz stwierdził całkowitą sprawność mojego ścięgna Achillesa, robiąc przy tym radośniezdziwioną (wiem, że piszemy osobno, ale to musi być razem, ponieważ wystąpiło razem :)) minę. Bo takie coś się nie zdarza, a mi się zdarzyło. Poprosiłam o kartkę z opisem, bo potrzebna będzie do świadectwa uzdrowienia. Jak na lekarza, napisał całkiem wyraźnie, że siła mięśni prawidłowa. Mogę wreszcie legalnie, pierwszy raz od sześciu tygodni, chodzić bez walkera, co cieszy mnie przeogromne. Takich cudownych uzdrowień ze wszystkich chorób, panoszących się w tym gronie, życzę każdemu, na cokolwiek cierpiącemu, z całego serca.
A teraz o czymś w temacie pięknych zdjęć powyżej. Będąc w Gietrzwałcie, w karczmie u podnóża kościoła, zauważyłam w starym domu z cegły, po drugiej stronie drogi, drzwi. Drzwi wejściowe, z witrażem. O, jaka radość, że my też mamy takie „smaczki”. Poprosiłam męża (nosząc jeszcze ten but i będąc mało mobilną), o zrobienie z bliska fotografi. Ze zdziwioną miną i pytaniem:”no ale po co?”, spełnił moją prośbę. Gdy zobaczyłam ten witraż z bliska, doszłam do wniosku, że czasem, gdy coś wydaje się z daleka piękne, nie należy podchodzić bliżej :). Dobranoc
Dzień dobry, Pani Małgorzato! Witaj, Ludu Księgi!
Co za niespodzianka.
I same fluidy – miłe i jakby ciut mniej: stos Collinsa wyczytywany z zachłanną wakacyjną przyjemnością jakieś pół godzinki drogi od DUA, nawałnica równie blisko. Przez 3 tygodnie lata w Wielkopolsce myśli biegły do DUA w sposób naturalny niemal non stop :)
Współodczuwanie i życzenia zdrowia Pani Małgosi i wszystkim chorym, udręczonym i kontuzjowanym kończynom. Dołączam do pechowego grona! Jestem właśnie między seriami zabiegów z nadzieją, że myszka komputerowa przestanie wreszcie jawić się mojej prawicy jako zadający ból potwór.
Dzięki za piękną podróż do Savannah.
Łucja twierdzi, że to w celu ochrony dziecka, które mamy nosza na rękach hmm…
Kochana Ulubiona Autorko!Rozumiem ,ze pytanie o kolejkę o 15 było taki bardziej retoryczne, chociaż w naszych przychodniach wszystko jest możliwe.
Swoją drogą nie mogę tego zrozumieć i mam wrażenie, jakby wszyscy pracownicy tych instytucji czerpali jakąś przewrotna przyjemność z wielogodzinnego przetrzymywania tam udręczonych ludzi. Przecież naprawdę można by to usprawnić bez większego problemu i nie ma to nic wspólnego z finansami ,tylko z ogolnym podejściem do pacjentów. Ale nie chcę marudzic, bo już o 12 ,po pięciu godzinach stamądrze wyszłam.A następny raz dopiero za trzy lata.
Pozdrawiam mile ,współczując Chesterce i mając nadzieję, że z ręką Starosty przynjakiej nieco lepiej.
Najzabawniejsze jest to, że i tak nie uratujemy…
Chesterko, współczuję czule.
Dziękuję za troskę!
A było to tak. Szłam ci ja mazurskim rozgwieżdżonym wieczorem na grecka kolację do przyjaciół, dzierżac w rękach blachę parujacych jabłek pod kruszonka. Nagle zorientowałam się, że leżę nosem w żwirze. Bolało. Okazało się, że wpadłam w niewidoczna siatkę rozwieszona w miejscu bramki, by psy nie uciekały. Jabłka ocalały.
Jest jakaś taka maksyma, że oczy mamy mieć utkwione w niebie a nogami teardo stapać po ziemi. Nie polecam. W cieście też nie polecam (znaczy: utkwić wzroku).
Swoja droga mamy jakiś bład w oprogramowaniu – zamiast rzucać wszystko i ratować się w opresji, ratujemy to, co dzierżymy w dłoni.
Miło mi bardzo, dzień dobry!
A uściskaj Kniżkę ode mnie!
Już niebawem kolejny wpis, zapraszam!
Dzień dobry! Wpadłam na chwileczkę i przeczytałam wpis o Flannery i jej muzeum z wielką radością i przyjemnością.
Serdecznie pozdrawiam Kochaną Panią Małgorzatę i wszystkich Księgowych :)
Och!
Rację miała Wannabe: to już epidemia kontuzji. Rzuca się na ręce i nogi.
Chesterko, unieruchom, smaruj. Współczuję.
Pollyanna by powiedziała: dobrze, że nie prawą!
Łyknij coś przeciwbólowego i wyśpij się dobrze.
Dobranoc!
Droga Kochana Autorko! Na znak solidarności kontuzjowałam sobie lewa rękę! Teraz szukam po domu jakiegoś egzemplarza „Pollyanny”, choć i bez niego wiem, co by na to tytułowa bohaterka powiedziała.
Ciesze sie, ze karteczka dotarla! :)
Słyszałam o przykrywaniu krzaków siatkami, firankami itp, ale podobnie jak Mamę Isi, ze względów estetycznych, zupełnie mnie to nie przekonuje. Odżałowałam te borówki.
Trollu, czy ta kolejka dobiegła już końca?
Kris, dziękuję za pamięć i za śliczną kartkę z wakacji! Właśnie dziś ją dostałam i oglądam z zachwytem Dolomity.
Tak, to musiały być krasnoludki ;-)
A tytułu filmu nigdy już nie poznam.
No nie, ogród przykryty siatkami, jak to będzie wyglądać?
To już wolę spoglądać na zżerane przez krasnoludki owoce z nabytym stoicyzmem i jak Seneka powtarzać: „Nihil infinitum est” żegnając wzrokiem ostatni znikający w rozwartej paszczy owoc.
Chętnie poznam Józefa Korzeniowskiego i Marię Skłodowską, bo tak jakby w naszym wieku są;)
Bezwstydne i silne jak byki amerykańskie krasnoludki! No coś takiego!
One pewnie są na diecie winogronowej i stąd to karygodne naruszenie miru ogrodowego. No ale dieta to dieta.
Ach, Zgredziku, a toś dopiero poprawił!
Chyba krasnoludki Cię zbiły z właściwego tropu.
Maria Skłodowska 1867
Joseph Conrad 1857.
Dzień dobry o pięknym poranku. Jak miło,ze znów taki ruch na tej stronie. To z całą pewnością oslodzi powakacyjny powrót do pracy. Zwłaszcza że od rana kolejkuję w Przychodni Medycyny Pracy i końca kolejki nie widać.
Usciski dla Starosty i przemiłych Księgowych.
Ptak to drobiazg w porównaniu z szopem.
Ja też myślałam, że winne są ptaki, dopóki nie zobaczyłąm zerwanej i smętnie zwisającej siatki nylonowej, a pod nią na ziemi urwanych i poobgryzanych całych kiści winogron. Ptaki dziobią sobie dyskretnie – kuleczka tu, kuleczka tam, tu przyleci, tam odleci, potem drugi przyleci, itp. Szopy przychodzą w nocy, rwą wszystko naraz jak popadnie, liście, owoce, gałęzie, siatkę – i dopiero rano widać jakie pobojowisko zostawiły.
Machnęłam ręką na winogrona i kilka lat temu posadziłam sobie dwa drzewka figowe w wielkich czarnych (żeby korzeniom było ciepło) donicach stojących przy południowo wschodniej ścianie. Figi rosną, dojrzewają i chyba nie pachną tak intensywnie jak winogrona, albo są za blisko domu, bo szopy na szczęście się nimi nie interesują. Inna moja teoria – figi, nie bedąc rdzenną florą naszego klimatu, są przez rdzenną faunę ignorowane.
Ot, takie dygresje ogrodnicze na dzień dobry.
Dobry wieczór!
W 1967 urodziła się też Maria Skłodowska-Curie. Chciałem to podać jako zbieżność z Józefem Konradem Korzeniowskim, ale on jednak urodził się w 1957, o ile mnie Wikipedia nie myli.
A krasnoludki z Dzikiego Zachodu są jeszcze silniejsze.
Dobranoc.
Niektóre krasnale się ujawniają, a jak już się ujawnią, to tak zostają. Ale nie pogadasz… z gipsu są ;). Dobranoc.
O, Kass, dzięki za radę. Sama już nawet miałam podobny pomysł (chciałam użyć firanki), ale musiałabym przykryć wszystkie drzewa i winogrona. a pszczoły i osy i tak by wlazły, nie mówiąc o mrówkach.
Ale przemyślę sprawę, bo mam przecież jeszcze winogrona ciemne, późniejsze, i to na nich zawsze siada cały sejmik ptasi przed odlotem, hałas jest przy tym wielki, a od ptaszków aż czarno!
Dzięki i dobranoc!
Witam wszystkich serdecznie po wakacjach!
W zeszłym tygodniu zwiedzałam niewielką rodzinną winnicę niedaleko Krakowa. Dowiedziałam się między innymi, że, żeby cokolwiek wyszło z winobrania, w chwili, gdy winogrona zaczynają lekko różowieć, całe rzędy krzaczków przykrywa się gęstą nylonową siatką. Inaczej wszystko zostanie pożarte. Może to jest sposób na psotne szpaki?
Ja wiem, z ptakami trzeba się trochę dzielić, ale one nie wiedzą, że z ludźmi też trzeba…
Chyba że się je poczęstuje, np. zostawi im na talerzyku ciepłe mleko i okruszki. Bardzo są wdzięczne i robią w rewanżu wiele pożytecznych rzeczy, jeśli chodzi o porządki lub pilnowanie niemowląt.
Nie wiem, jak te importowane. Pewnie są bardziej bezwstydne.
Wersja ze szpakami jednak bardziej mnie przekonuje. Krasnoludki są dobrze wychowane i ogrodowych plonów nie ruszają. Co innego w lesie, tam mogą zbierać sobie ile dusza zapragnie.
A ujawniły się?
A widzisz.
Nasze zresztą też są dyskretne, trzeba im to przyznać.
Ale dopiero teraz by się ujawniły?!
Amerykański krasnoludek:
1. Ma inny kolor czapeczki niż nasze mają
2. Jest muskularny i bardziej od nich wysportowany. Dużo uniesie.
3. Ma zdrowsze i bielsze ząbki niż krasnoludek słowiański (dużo wcześniej zetknął się z pastą Colgate).
Oj, nie wiedziałam, że zrzucali. Za młoda byłam wtedy, by wnikać w zagadnienie. W to i w inne zresztą też.
No chyba że to były krasnoludki amerykańskie. Zrzucone razem ze stonką.
Pozdrawiam serdecznie powakacyjne!
Krasnoludki poza podejrzeniem, bez dwóch zdań.
Szpaki. Na pewno tak było.
Bo, jak słyszałam, krasnoludki jedzą tylko borówki leśne, te czerwone.
Amerykańskich nie ruszą! – a to ze względu na ich wielkość (nie mogą udźwignąć, a cóż mówić o transporcie)!
To wspaniale, że ananas jest prawdziwie ananasowy :) Mnie znikały z krzaka, w niewyjaśnionych okolicznościach, borówki amerykańskie. Moja sąsiadka ma teorię, że szpaki, zdenerwowane brakiem czereśni (spory przymrozek w momencie kwitnięcia, który, nota bene zmroził mi też hortensje), zabrały się za borówki.
Tak! chciałybyśmy takie drzwi mieć, co?
Aleksandro, jedną mam pociechę: spróbowałam nadjedzonego przez sroki jabłka i – był to ananas berżenicki! Pachnący, soczysty i słodki!(choć jeszcze zielony).
No więc tyle przynajmniej wiem, że nie wyrosła mi kolejna kosztela!
Co do ptasząt: właśnie zajadają się pierwszymi winogronami (muszkatowymi), które bujnie mi w tym roku obrodziły, ale jeszcze nie dojrzały. Zaraz ich też nie będzie.
Tylko spokój, spokój stoicki.
Ściskam Cię serdecznie!
A drzwi ogrodowe w Savannah bajkowe po prostu!
Witam serdecznie po wakacjach! (coś moje wyczulenie na fluidy osłabło, że dopiero dziś tu zajrzałam). Pani Małgosiu, szkoda wielka, że rozliczne stworzenia pożywiające się jabłkami nie zostawiły chociaż jednego Ogrodniczce. U mnie malinówek całkiem sporo, spadające da się już przerabiać, mam nadzieję, że reszta utrzyma się jak najdłużej na drzewie, dojrzeje i trafi do jesiennej przesyłki :) Życzę, by ręka jak najszybciej wróciła do pełnej sprawności. Pozdrowienia dla Wszystkich :)
Dziękuję za ciekawe szczegóły, Zuziu!
W wakacje miałam kłopot z prawą ręką, więc głównie czytałam. Trafił mi się, jak już tu wspominałam, bardzo ciekawy Wilkie Collins – „Armadale”, i pomógł mi przetrwać, a potem złapałam „The Law and the Lady” też Collinsa, zaraz też kupiłam sobie kolejne książki tego autora wydane w tej samej świetnej serii „Oxford World’s Classics”, z przypisami objaśniającymi, z ciekawymi przedmowami i z bardzo cennym chronologicznym spisem ważnych wydarzeń z życia Collinsa, w zestawieniu z równoległymi wydarzeniami historycznymi i kulturalnymi w Anglii i na świecie.
Jakie to ciekawe! Już pierwszy zapis o tym mówi: Wilkie Collins urodził się w roku 1824, w tym samym roku umarł lord Byron. Kiedy Wilkie w roku 1829 zamieszkał z rodzicami i rodzeństwem w Bayswater, we Francji odbyła się premiera głośnego dramatu Victora Hugo „Hernani”, a także – zniesiono niewolnictwo w Wielkiej Brytanii! Kiedy w 1843 Wilkie zadebiutował opowiadaniem w prasie, Dickens wydał „Opowieść wigilijną”.
W 1867 Collins publikuje w odcinkach powieść „The Dead Secret” (nb. właśnie ją czytam, ciekawa!), w Berdyczowie rodzi się Józef Konrad Korzeniowski, czyli późniejszy Joseph Conrad, w Anglii Charles Dickens wydaje „Małą Dorrit” a we Francji Flaubert pisze „Madame Bovary”.
Bardzo pouczające. Dodajmy jeszcze, że Królowa Wiktoria wstępuje na tron w roku 1837, a obraz będzie pełny.
Tak to się zabawiałam w wakacje.
Tak, upaly na Sardynii (u nas na poludniu) nas nie opuszczaja, ale jest bardziej znosnie niz miesiac temu… Pewnie na polnocy wyspy jest troche lepiej. Santa Teresa to piekne miejsce!
A propos fluidow – wlasnie ogladam z Sofia film „Romeo i Julia” (teraz jest przerwa). To produkcja wloska z 2014 roku, calkiem niezla (rez. Riccardo Donna). :)
Dzień dobry!
Pani Małgosiu, wybrać jedną rzecz z tylu wspaniałych graniczy z niemożliwym! Najbardziej podobało mi się korzystanie z lata i te chwile w bliskim kontakcie z Naturą. I rodziną, bo jednego ogniska nie zapomnę nigdy!
Co do ciekawych lektur, w te wakacje przeczytałam „Villette” Charlotte Bronte i myślę, że jeszcze żadna bohaterka nie wzbudziła we mnie takiego współczucia jak Lucy Snowe. Aha, dostałam na urodziny „Pamiętnik gwiazdy” Poli Negri. Także bardzo ciekawe.
A jak z tym u Pani?
Zapomniałabym! Chciałam Pani powiedzieć, że w te wakacje czytałam z Mamie Jeżycjadę. W chwilach, gdy ona nie miała na to czasu. Wspólne czytanie łączy ludzi, a Mama od nowa zakochała się w Jeżycjadzie. Nic nie pamiętała, to straszne!
Ślę pozdrowienia!
Kris, to na Sardynię wróciły upały? Byliśmy dwa tygodnie temu w Santa Reparata, pierwsze trzy dni upałów ( jednak już nie 50- stop. jak wcześniej informowano) a później ochłodzenie- Włosi chodzili w kurteczkach a nas wieczorami przewiewało. Jednak dzięki temu przyjemnie się spacerowało i robiło wycieczki do Santa Teresa.
Ach, zazdroszczę Ci pokochałam Włochy a włoskie dzieci sympatyczne i jakie grzeczne.:)
A ja serdecznie pozdrawiam wszystkich Księgowych z plenerowego koncertu Sinfonia Varsovia w warszawskiej Królikarni, w programie m. in. uwertura Romeo i Julia Czajkowskiego i IV symfonia „włoska” Mendelssohna, więc fluid;)
Zgadzam sie z Toba, Ale – Werona to wspaniale miasto. Ma piekna sredniowieczna architekture, jest bardzo ladnie polozona, panuje w niej magiczny nastroj… I artystyczna atmosfera, organizuje sie tam wiele festiwali teatralnych i waznych koncertow muzyki klasycznej na scenie Areny – milo sie o tym czyta na afiszach, chodzac po ulicach. Chetnie bym sie wybrala na jakis spektakl w takiej milej scenerii. Werona nie jest duzym miastem, jest wiec przy tym kameralna. I zadbana. Bardzo lubie to miasto (tez tam mieszkalam, latem, przez kilka tygodni).
Dobry wieczor.Kris,nawet nie wiesz jak ja bardzo tesknie za Werona.Zanim jeszcze poznalam mojego meza mieszkalam tam i to bardzo blisko domu Giulietty.Wiec widywalam go codziennie.Pokochalam to miasto.Jest piekne i ma niesamowitu atmosfere,pomimo masy turystow….
Ach, psotny Wójcie, kiedy zobaczyłam przed chwilą Twój wpis, pomyślałam, że na stronę wkradł się jakiś chochlik i coś poprzestawiał. Miło, że także lubisz słoneczniki, choć niekoniecznie z tego samego powodu. Na nasionka musisz jednak jeszcze trochę poczekać ;).
O, bardzo ciekawy wpis, Kris, dziękuję!
Popatrz, popatrz, pewne sprawy są jednak wieczne.:)
Posąg Julii (nie posag!) pamiętam z ówczesnego Twojego pięknego reportażu.
Witam Wszystkich, nadrobilam lekture ostatnich wpisow – jaka ladna i budujace historyjke Gio opowiedziala!
My juz w domku, sardynskie upaly wciaz trwaja, chyba nigdy sie nie skoncza…
A wracajac z Dolomitow spedzilismy troche czasu w Weronie, podobnie jak 7 lat temu. Bylismy oczywiscie w domu Julii Kapulet przy ulicy Cappello, moja 10-letnia Sofia byla nim bardzo zainteresowana (ostatnio, jak tam byla, miala 3 lata…). Posag Julii stal sie jeszcze bardziej gladki od nieustannego dotykania „na szczescie”, znacznie wzrosla ilosc listow na scianach przedsionka oraz ilosc klodek (!). A za wejscie na „balkon Julii” trzeba teraz zaplacic 6 euro – wczesniej bylo darmowe! Powstaly tez dwa sklepiki z pamiatkami przy dziedzincu domu – biznes kwitnie. Ale i tak jest tam milo, warto zajrzec, odwieczna kamienna tablica z cytatem z Szekspira goruje nad brama.
A rodziny Capuleti (dokladnie: Cappelletti) i Montecchi naprawde mieszkaly w sredniowiecznej Weronie, w czasach Dantego, ktory wspomina nawet o obu rodzinach w „Boskiej Komedii”. Rodzina Cappelletti mieszkala wlasnie przy ulicy Cappello (swiadczy o tym oryginalny herb przy wejsciu).
Tak!
Potwierdzam.
A, i pyszny jest owczy ser bryndza.
Co do serów, miałam ulubioną gaździnę w Dolinie Chochołowskiej. Po drodze w góry kupowałam u niej zawsze dwa małe oscypki, a czasem też żentycę (cudowny smak i rewelacyjnie gasi pragnienie).
Burku mój!
Babciu-Ależ nie mam praw zastrzeżonych do nicków. Niejednej Babci- Burek. Ślę pozdrowienia.
Zgredu- w zamierzchłej przeszłości- Gąsiątko starsze miało lat 4,5- czytałam na wakacjach „Ogród bogów” Durella. Synek zaglądał, więc zaczęłam czytać na głos- i tak niepostrzeżenie, dzień po dniu, przeczytaliśmy głośno całą książkę. Durella bardzo dobrze czyta się na głos. I jest międzypokoleniowy. Całusy dla wszystkich- b.g.
I chleb pachnący z masłem do tego.
A ja przepadam za serami!
Co tam ciekawego przeczytałaś w wakacje, Zuziu?
Albo raczej: co Ci się najbardziej podobało?
TAK, z pewnością. Mimo, że do wielkich amatorów serów wszelakich nigdy nie należałam. Ale oscypkiem z żurawiną nie pogardzę.
:))))
O, nasza Zuzia kochana się pojawiła!
Jak miło, witaj, nasze słonko!
Cieszę się, że miałaś udane i piękne wakacje – i że dołączyłaś do Zakochanych w Tatrach!
Polska jest piękna, a Tatry w niej najpiękniejsze!
Czy polubiłaś już na całe życie oscypki?:)
Już jestem! Już jestem! A nie było mnie wcześniej, bo byliśmy w Tatrach, jak wiele osób tutaj. Teraz właśnie z nich wracamy, a ja jestem zakochana w górskich wędrówkach, wartkich potokach, nieziemskich widokach i tym zapachu!
Tymczasem czytajc wpisy czuję, jak robi mi się ciepło na sercu, na duszy. Cóż powiedzieć, jakbym wróciła do Domu. A raczej jakby Dom wrócił.
Stwierdzam, że były to cudowne wakacje! Ach, te noce księżycowe, rowerowe wyprawy, boskie zachody słońca, wieczory spędzone na schodkach do domu z dziadkami, ogniska i zapach łąki! No i oczywiście możliwość czytania całe dnie czego tylko się chce.
Kochana Pani Małgosiu i Drodzy Księgowi! Tęskniłam!
Jak obiecałam, tak uczyniłam. Dziś u nas na obiad – pomidory z cukinią, czosnkiem , bazylią i oliwą po włosku, czyli z makaronem. Pyszności! Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie spróbowali, a Staroście za pomysł jeszcze raz dziękuję!:) Addio!
Słoneczniki. Jakie to piękne i dostojne rośliny. Jadłabym godzinami.
Taka parafraza Piętaszka.
A juści!
Piwniczna izba to doskonałe miejsce na karczmę.
A juści.
Tańcowałbyk, kiebyk mók,
Kiebyk nie mioł krziwych nóg,
A że krziwe nogi mom
Co podskoce, to sie gnom.
A swoją droga, dlaczego zbójnicy tańcowali w piwnicy? Dla rymu?
Słoneczniki. Jakie to piękne i dostojne rośliny. Patrzyłabym godzinami.
Miłego dnia Wszystkim.
Niebieska żabko, dzień dobry – a cóż za ciekawa i tajemnicza wiadomość!
Podaj może jeszcze trochę szczegółów, co?
Widać, że nowy rok szkolny za pasem: żabki do nas wracają!
A gdzież nasza Zuzia12? Gdzie Bliźniaczki?
Już się stęskniłam.
Niedawno widziałam rzeźbę z bukszpanu (kręcona) na patyku, ale wiem, że robi się też bez patyka. I w końcu nie wiem, która jest oryginalna!
Krzysztofie, jeśli pytasz o zespół, to go nie znam (nie licząc kilku kolegów pana Savalla), a jeśli pytasz o muzykę, którą grają, to w sporej części znam.
Miłego słuchania!
Aaa, Krzysztofie, ładne bardzo. Posłucham sobie, dziś zimny wieczór, jesiennie.
THE DURRELLS – wpisujesz w wyszukiwarkę YT, i już masz, nawet z greckimi napisami! Korfu jak żywe, urocza obsada.
Ale najpierw warto (oczywiście!) przeczytać książki GD. Znacznie zabawniejsze.
Sowo, a to znasz? Muzyka baroku z Kraju Basków – Euskal Barrokensemble. Polecam.
Starosto, a jak znaleźć ten serial?
Dobranoc!
Kiedy modlitwa, to modlitwa, kiedy kuropatwa, to kuropatwa, jak mawiała św. Teresa z Ávila/i.
Skokiem taniec nasnadniejszy,
A tym jeszcze pochodniejszy,
Kiedy w bęben przybijają,
Samy nogi prawie drgają.
Pieśń Świętojańska o Sobótce (Jan Kochanowski)
Ale z kolei: ” i do tańca i do różańca” to według słownika: „taki, który nadaje się zarówno do działań wesołych i zabawowych, związanych z rozrywką, jak i do działań poważnych, związanych np. z pracą”.
Czyli jedno nie wyklucza drugiego.
Bo kto tańcuje, mniej pracuje.
Jak tańcząca z krowami, to może być i rycząca z krowami. Akwarelka dobrze jednak rozumowała:
„ona sama bydło liczy,
Kiedy z pola idąc ryczy”
Lubił sobie naród niegdyś potańcować:
„To moja nawiętsza wada,
Że tańcuję barzo rada;
Powiedzcież mi, me sąsiady,
Jest tu która bez tej wady?”
Jeden i drugi cytat z ” Pieśni świętojańskiej o Sobótce” Kochanowskiego.
Tylko dlaczego to wada?
Piętaszku, aż tak zawziętym zielarzem nie jestem. Zajrzałam do netu; mamy 17 gatunków, wszystkie pod ochroną gatunkową. A 7 gatunków wpisano do Polskiej czerwonej księgi roślin, są to: tojad lisi, tojad wiechowaty, tojad wschodniokarpacki, tojad niski, tojad sudecki, tojad maniński, tojad morawski.
Najbardziej podoba mi się nazwa: tojad dzióbaty.
Tańcząca z wilkami?
Tańcząca z krowami…?
Ann, ciekawe, czy zakwitną. Pewnie już nie, poczekają do wiosny.
Przekleiłam ten tekst i cóś on bezsensowny. W drugiej zwrotce winno być: Chodź dziewczę, popracować/ każę tobie krowę dać/.
Melduję, że pora roku to sprawa umowna. U mnie na grządce wyrosły ponownie szafirki, na szczęście tylko listki i jeszcze nie kwitną. Chociaż kto wie. Lubię Ellis :-) Dobrego dnia!
Witam Zacne Grono Zielarzy. W skrócie ZGZ ;). Oj widzę, że narobiłam troszku zamieszania z tym tojadem. Mam nadzieję Mamo Isi, że jeszcze tej mikstury nie sporządziłaś :)
Tak Starosto. Bardzo przyjemnie się czyta te opisy, choć Starosta, z racji wykonywanego zawodu, lepiej się na tym zna. A ja czytając o przygodach braciszka Cadfaela mam taki mały problem. Mianowicie niechcący odgaduję ciąg dalszy, ale to nie przeszkadza mi ich lubić :)
Starosto najdroższy, jesteś nieoceniony! Oczywiście, Emma lady Hamilton. Wielkie dzięki:)
Znalazłam tekst (niestety, autor anonimowy):
Boli mnie noga w biedrze,
nie mogę chodzić dobrze,
ale tańcować mogę,
zawiąże chustką nogę.
Oj dana dana dana!
Chodź dziewczę potańcować,
każę tobie krowę dać.
Nie chcę, nie chcę, nie mogę,
jestem chora na nogę.
Oj dana dana dana!
Chodź dziewczę potańcować,
każę tobie chłopca dać.
Już chcę, już chcę, już mogę,
jestem zdrowa na nogę.
Oj dana dana dana!
Emma, lady Hamilton:).