
(fot. KC ann)
Był wczoraj, a myśmy o nim zapomnieli!
Ale to nic, jeszcze zdążymy uczcić ten śliczny kwiatek, prawdziwe maleńkie arcydzieło. Na szczęście mam w zapasie wiele Waszych zdjęć (Nini, pamiętam!) i na każdą właściwie okazję znaleźć mogę odpowiednią ilustrację.

(fot. DC Rysiek)
I zawsze mam w zapasie stosowne wiersze. Całe regały stosownych wierszy!
Leopold Staff
DESZCZ WIOSENNY
W tle nieba, gdzie jest więcej srebra niż błękitu,
Puch pierwszych liści dymem zielonym się pieni
I jedynie nalotem lekkim malachitu
Odróżnia czas przedwiośnia od szarej jesieni.
Zaspany i niemrawy, nudny dzień powszedni
Cierpliwy jak dorożkarz na miejskim postoju,
Ma w sobie uroczystą nutę przepowiedni
Czegoś, co się jak święto rodzi w niepokoju.
Wiatr niesie chmury, zwiastun ulewy wysłańczy,
Co drzewa w tłum chorągwi rozwinie bogaty:
Deszcz majowy srebrnymi stopami już tańczy
Na ziemi od rzęsistych kropel piegowatej.

(fot. KC Gio)
Czytajmy tomiki poetyckie! Są pełne znaczących niespodzianek. Oto, jaki wiersz wpadł mi w tej chwili w ręce – przypadkowo, a więc na pewno nie bez powodu:
Leopold Staff
RZECZYWISTOŚĆ
Niewiara w miłość ma się wstydzi:
Oczy mi skrywa róż dwulistkiem.
Bowiem to, czego się nie widzi,
Istnieje przecie przede wszystkiem.
Szczęście przemija, jak dym ginie,
nikną ułudy mgliste kraje,
rzeczywistością jest jedynie
To, co po wszystkim pozostaje.








Uch, ależ ze mnie gapa! Zapomniałam napisać o jednej ważnej rzeczy o niezapominajkach! Obok mojego domu zakwitł wśród rzepaku niezapominajkowy dywan! Ciągnie się na 10-12 metrów. A nad jeziorem zrobiły się takie niebieskie pierścienie wokół drzew.
Molu, tęskniłam za Tobą tak jak Ty za nami! Ale uczmy się, uczmy, w końcu do wystawienia ocen już niewiele czasu zostało! I życzę każdemu uczniowi i uczennicy, żeby jednak wytrwał w ławce lekcje, bo dzisiaj całą naszą klasę ciągnęło na dwór, pomimo 19 stopni rano.
Dzień Niezapominajki! I mnie to ominęło!
Ooooooch… Jak miło do was wrócić, kochani! Szkoda, że wy tak za mną nie tęskniliście jak ja za wami.:-)
Á propos końca roku szkolnego: obliczyłam, że zostało nam już tylko 17 dni nauki (po drodze mamy wycieczkę dwudniową, Boże Ciało i ,oczywiście, weekendy)! Pocieszające to, prawda?
A Dorotka pójdzie śladami Kłamczuchy. Zabiorę ją na początku lipca do Łeby.
Zgredziku, nie strasz! ;-)
Mam wrażenie, że w tak miłym towarzystwie można oczekiwać bez końca.
Dobranoc!
Czyli u nas już tuż, tuż Nini . Dobranoc wszystkim.
Roku szkolnego*, co za nieznośność.
A teraz trzeba pracować na najwyższych obrotach. Przede mną tydzień ostatnich zaliczeń.
W – mniej więcej – środku, Piętaszku.
A za 100 dni rozpoczęcie szkolnego;b
Tak, moja Zuziu mała i miła!
I różami.
A maturzyści idą jak burza!
Tak jest, Kasztanowsłosa, miesiąc, a właściwie mniej, bo po 10 czerwca już będzie w szkole pachniało wolnością.
PS – przyda się, oj, przyda…;)
Nini, dziękuję za wiadomość, ale to chyba gdzieś na południu, prawda?
Drodzy Księgowi i Ukochana Autorko,
uroczyście ogłaszam, że od wczoraj został tylko miesiąc do wakacji! Emotikon.
Czy to nie jest pocieszające?
U mnie również pochmurno, wietrznie i deszczowo (choć to ostatnie w mniejszym stopniu).
Postanowiłam po raz kolejny odświeżyć sobie całą Jeżycjadę. Przyda mi się przed „Ciotką…”
Sowo, a to szkoda, prawda? Dobrze jest znać ulubione istoty po imieniu.
No, ale bezimienne też da się lubić.
Jesienna Ado (wiad.pryw.) w „Czytelniku”.
Moja Louise powoli otwiera pąki, tak samo New Dawn i róże cukrowe. Za to pąsowa róża sadzona przez dziadka kwitnie już na całego. Ślicznie pachnie, ale nie wiem co to za gatunek.
Piętaszku, dzikie róże już kwitną.
U nas też pada. Dość obficie już od wczoraj. O, właśnie przestało. To dobrze, bo muszę zaraz wyjść ;)
Wczoraj widziałam, że niedaleko mojej uczelni zakwitła róża. Mnóstwo kwiatów dookoła, a ja znam tylko niektóre, ale tym bardziej cieszę się, gdy spotkam znajomy gatunek.
Pozdrawiam i życzę miłego dnia!
Podobnie jak porywisty wicher z ulewą w samym apogeum kwitnienia piwonii.
Tak! Pamiętam tę różę z wpisu czerwcowego sprzed dwóch lat. Piękna jest.
Ja teraz czekam na piwonie. Mają wyjątkowo dużo pąków, ale czy wszystkie zakwitną, to się okaże.
Ulewa po obfitym podlewaniu – standard.
Nie, nie! Za wcześnie. Zwykle zaczyna „Louise Odier” – około 10 czerwca.
Ale dostrzegłam mocny pączek kwiatowy na nowo posadzonym krzewie „Pierre de Ronsard” („Eden”). W czerwcu się rozwinie! Jest na co czekać.
Deszcz leje, obfity. Normalne. Wczoraj starannie wszystko podlałam.
Dzień dobry. U nas póki co nie wieje. Pada sobie cichutko drobny deszczyk i pieje kogut Leon, czyli wszystko tak, jak trzeba (jak u Chagalla). Miłego dnia DUA i Księgowi.
A róże, czy już jakieś kwitną ?
Aż dziwnie pomyśleć o ślizgawicy.
Maj bucha zielenią!
Takiej bujności jeszcze w ogrodzie nie miałam – wszystko tak urosło, że zaczyna się robić wręcz za ciasno. I jakie ogromne są drzewa, które kiedyś – tak niedawno!- sama posadziłam!
Dziś u nas mocno wieje, idzie zmiana pogody. Pochmurno.
To bylo tuz przed Bozym Narodzeniem. Slizgawica zamiast chodnika.
Dziękuję, Iskro, wszystko przebiega należycie.
Chesterko, ale przecież ja i tak byłam na wsi. No, bliżej, prawda.
Ateno, biedna mama. Pewnie ją zdenerwowano i wracała taka rozdygotana.
Świat realny tak pędzi i jest pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji dotyczących naszych bliskich,że ta alternatywna rzeczywistość fikcyjna Ciotki moze sobie spokojnie dojrzewać.
Nasza DUA też ma tylko jedno zdrowie.
Życzę pani Małgosiu pomyślnej rekonwalescencji bliskiej osoby.
Podgryzione języki po wywiadówce mają szansę doleczyć się do następnej?
Oj, te sny. Kilka dni temu śniło mi się, że przeprowadziłam się do Poznania i choć za żadne skarby świata nie mogłam sobie przypomnieć adresu, cały czas towarzyszyła mi radość, że blisko jest MM.
A co do zebrań, właśnie z takowego wróciłam. Uffff… Mamy sposób na wychowawczynię, która lubi szukać dziury w całym – milczymy jak grób i Pani chcac nie chcac, kończy temat. Wracam z nich, nie wiem, jak inni, z pogryzionym językiem.
„Istnieje życie pozaksięgowe, na przykład powrót z wywiadówki.”
Moja mama wracajac z wywiadowki zlamala reke. Ciezkie powroty.
Tez spotkalam kiedys dziki, na Florydzie. Warchlaczki sie rzucily na matke w celu wiadomym i dzieki temu bylismy bezpieczni. Byly roznokolorowe, mam zdjecie.
A pewnie, że bym, śmiejąc się, uciekła, Casciolino!
Jak tylko się dawało, uciekałam zawsze!
Oj tam, oj tam. Będę Cię wielbić Mamo Isi i już !;)
Miłego dnia wszystkim. Napomykają coś o deszczach, to pędzę kosić. Nabyłam nawet specjalnie w tym celu kapelusz ogrodnika co by czerep ochronić. No bo doszłam do wniosku, że ogrodnik bez kapelusza, to tak jak…Starosta bez uśmiechu.( Chyba mnie trochę poniosło…).
Okazuje się, że Księga ma wpływ również na sny. Śniła mi się dzisiaj Isia wraz z mężem (nigdy ich nie widziałam), w czasie konkursu na dekorację pierniczków. A potem akcja przeniosła się na coś w rodzaju akademii z okazji zakończenia roku szkolnego. Gościem specjalnym była DUA, która po krótkiej przemowie, śmiejąc się, uciekła :) Kolejne były sceny morskie z różnego rodzaju potworami, ale to już wpływ bajek, które oglądam razem z Mareczkiem.
Dzień dobry! Z dzikami spotkałam się kiedyś jadąc przez las. Dzicza rodzinka przechodziła sobie świńskim truchtem w miejscu niedozwolonym przez drogę – mamusia przodem i sznur warchlaczków za nią. Szczęśliwie było jeszcze jasno i jechałam z góry, więc widać je było dobrze. Zatrzymałam auto i grzecznie odczekałam aż ostatnie dziecko dołączy do reszty. Trudność była taka, że dziczki wyskakiwały z zarośli, a któż to wie ile ich tam mamusia miała? Po tej przygodzie gdy jest ciemno, zwłaszcza w zimie się już tam nie zapuszczam.
Zuzieńku, już mam, dziękuję bardzo!
Co do „Ciotki…”: apetyt rośnie w miarę czekania…
Dobrego dnia Wszystkim (bez względu na okoliczności).
Dzięki, Mamo Isi kochana. Zdrowutek już!
Tak, lato w ogrodzie jest piękne, lecz wydawca zdecydowanie oczekuje.:)
Na szczęście dołożono mi trochę czasu.
Kochany Starosto, wypowiem się rewolucyjnie: ogrodowe lato jest za krótkie, żeby je marnować na cokolwiek; w końcu pisać można w każdą pogodę. A czekanie na „Ciotkę” to prawdziwa przyjemność. Lubię czekać na różne cudowne wydarzenia!
Życzenia powrotu do zdrowia dla chorutka!
Piętaszku, ja Cię proszę, nie uprawiaj kultu mojej jednostki, bo mi będzie głupio;)
Musia (Mama męża) była bardzo ciepłą osobą, świeć Panie nad Jej duszą.
Dobromiło, jak miło!:)
Dziękuję za objaśnienie. I za zrozumienie!
Dobranoc, Zgredziki!
Och, to dobre wieści, Starosto.
Dobranoc!
Kochana Pani Małgosiu!
Proszę pisać „Ciotkę” jak najdłużej. Na „Sprężynę” czekaliśmy, z tego, co pamiętam, 4 lata i jest to prawdziwy majstersztyk, doskonałość w każdym calu. Na dobre książki można czekać długo, a smak przeżycia nowej przygody jest tym słodszy, im dłużej się czeka.
Za pierśnicą drzewa nie da się stanąć. ;) Jest to średnica drzewa – mierzona średnicomierzem – na wysokości 1,3 m od gruntu. Jeżeli drzewo ma pierśnicę 20 cm, to jest raczej cienkie. To z inżynierii leśnictwa (Patrycja studiowała!) ;) :)
Uśmiecham się, pozdrawiam serdecznie, dobranoc.
Żartuję, żartuję z tymi wywiadówkami.
Biedroneczko, dzięki, zdecydowanie idzie ku lepszemu.
Jeszcze tylko szepnę do Gio: właśnie z Mamą wysłałyśmy zdjęcie.
I zmykam, dobranoc.
UA, dużo zdrowia życzę Bliskiej Istocie! :)
Ja bym tam nie likwidowała wywiadówek, tylko poprawiła ich formę:`
Na wywiadówki w moim liceum przychodzili nie tylko rodzice, ale też dyżurni uczniowie- serwowaliśmy rodzicom kawę, herbatę, ciasteczka, etc., przy okazji można było usłyszeć to i owo i trochę się pośmiać- wychowawca był wesołym gawędziarzem. :) Nie wiem, jak podobny pomysł oceniliby wytrawni pedagodzy (pedagogowie?), ale wspomnienia pozostają miłe.
No nie wiem, Pani Malgorzato. U nas z kolei jest tak, ze wszyscy (jako rodzice) czujemy sie jacys anonimowi, na doczepke. Wszystko odbywa sie przez dzienniczek (jest to duzego formatu tzw.agenda), wszelkie komunikaty- wycieczki, dodatkowe wydarzenia, oceny semestralne, itp -dostajemy drukiem na pismie (nie przez mail, jak to podobno jest powszechnie w Polsce stosowane) . Na zyczenie mozna sie z nauczycielem spotkac, i owszem, jednak dominuje poczucie ze w tzw.szkole publicznej rodzice do powiedzenia za wiele nie maja.
I tak zle, i tak nie najlepiej..
Mamo Isi – wielbię Cię! Mama Twojego Męża musiała być cudną osobą.
Ehh, daleko-, a nie długowzroczność… Co mnie napadło na te błędy?
Mamo Isi! Przypomniałaś mi swoją historią o osiołkach, jak to kiedyś, będąc z koleżanką na spacerze widzę jakieś pojedyncze światło, więc mówię: „O, mój brat jedzie!” (Posiada on motorower.) To jednak nie był mój brat, gdy to „coś” podjechało, okazało się traktorem.
Zlikwidujmy!!! :)
O, tak, Aleksandro kochana, wyobrażam sobie!
Mam pomysł: zlikwidujmy wywiadówki! Totalnie! Raz na zawsze!
Ulga dla wszystkich.
Do uroków nauczycielstwa też raczej nie należą. Tzn. wywiadówki, powroty już bardziej :)
Jaka tam dzielna! Dzik bez przekonania wykonywał parę kroków w stronę jazgoczącego psa, ten ucichał, jakby mu zasilanie wyłączono, no i skoro ustał męczący hałas, dziczysko wracało do drzemki w krzakach. Po dłuższej chwili pies wychylał się nieśmiele zza człowieka i znowu zaczynał się jazgot. I tak de capo al fine.
Ś.p. Mama męża miała tzw. kurzą ślepotę, czyli słaby wzrok wieczorem. I kiedyś woła do nas:”Popatrzcie, całe stado osiołków idzie ulicą!” A to była wataha sporych dzików udająca się na rycie trawników wokół akademików Szkoły Morskiej.
A bo to jest bardzo dzielna kobietka. Co jej tam dzik!
Tak, te powroty nie należą zwykle do uroków rodzicielstwa.
Pociecha: nadejdzie starość, nie będzie wywiadówek.
Ujęła mnie bohaterska postawa Mamy Isi w spotkaniu z dzikiem.
Istnieje życie pozaksięgowe, na przykład powrót z wywiadówki.
Piętaszku, tak właśnie nie dowierzałam wprost.:)
Dzień dobry. Nie doczytałam jeszcze wszystkich wpisów do końca i co widzę – jeszcze jedna Wiosenka, ale bynajmniej nie moja. Gdzieby tam moja Wiosenka śmiała szanownego Starostę pośpieszać. Siedzi sobie dziewczynina w kątku, dłubie swoją rzeźbę i cierpliwie na C.Z. czeka. Wiosenkę nr II proszę o dodatkowy znak rozpoznawczy.
Dzień dobry!
To jak już jesteśmy przy Irlandii. Posiadam interesującą książkę „Za dziewiątą falą. Księga legend irlandzkich. Tzn. jeszcze jeszcze jej nie przeczytałam, tak tylko skubnęłam, lecz to co skubnęłam było ciekawe.
Haha! Skojarzyło mi się z nosorżcem, ponieważ jest on długowzroczny i jeśliby taki zaczął kogoś gonić należy odczekać, aż zwierz zbliży się na odlagłość 1-2 metrów i dopiero wtedy umykać w bok. Nosorożec nawet nie zauważy, że ofiara mu się tajemniczo rozwiała.
PS: Pragnę się poprawić-locha a nie maciora. Pisałam to przed 1. w nocy, to na pewno dlatego…;)
Piegusko, ależ mnie zachęciłaś do lektury!
Natychmiast kupuję!
Dzięki!
Kochana Autorko i Księgowi!
Skoro poruszono tu kwestię gentlemana mam pretekst, by podzielić się z Wami moim odkryciem książkowym ostatniego czasu – Mieczysław Jałowiecki „Na wschodzie Imperium i inne wspomnienia” (Czytelnik 2015) (a może już to znacie?). To wspomnienia z kilku epok – od pocz. XX w, I wojny, rewolucji bolszewickiej, międzywojnia… Polecił mi tę książkę Tata, mówiąc, że wydziela sobie dzienne porcje i się delektuje. Oho! Pomyślałam. Bałam się jednak, że będą tam męskie nudziarstwa w stylu kalibry dział, dzienne ruchy wojsk itp. Nic z tych rzeczy – ta książka jest WSPANIAŁA, czytam ją rozgorączkowana jak pensjonarka, były łzy, śmiech, szok i wstrząs. Jest chwilami malarska, historyczna, polityczna, sensacyjna i obyczajowa. To kopalnia wiedzy o tradycji, życiu ziemiaństwa, kulisach wielkich wydarzeń, w których autor niejednokrotnie sam uczestniczył. Uprzedzę tylko, że miłośnicy kultury anglosaskiej mogą być niemile zaskoczeni… Zachęcam, zachęcam, zachęcam!!! (Łusiu, wybacz wykrzykniki:)
Ha, ha, ha, ale mi się podoba ta babcina rada! Świetna jest.
Ochłonęłam już po Targach i zmotywowana zabieram się do pisania.
A do mojego wakacyjnego notesiku dopisuję ostatnie smakowicie wyglądające przepisy.
Magosiu OZ, aż zamarłam.
Troszkę się wystraszyłam takiej odpowiedzialności.
Ale wiesz co? To pewne, że dasz radę. Dawniej kobiety (np. moja prababcia) dawały radę z trzynaściorgiem: i wszystkich wyprowadziły na porządnych, dobrych ludzi!
Ale, jak z kolei mawiała moja wspaniała Babcia: „Ja ci radzę: rób jak uważasz!”.
Powodzenia! Szczęścia! Satysfakcji z życia! I mnóstwa miłości!- tego Ci życzę, i oczywiście będziesz to miała.
Jas, muszę po raz kolejny (bo już to zrobiłam we „Frywolitkach”) polecić tu wspaniały esej prof. Marii Ossowskiej „Etos rycerski i jego odmiany”.
Jeśli chcesz się dowiedzieć, skąd się wzięło pojęcia gentlemana- przeczytaj koniecznie!
Mamo Isi, jakaż piękna opowieść łowiecka.
Ale- Piemont, ach, wiem. Nie dorównamy naszymi różami efektom włoskim lub angielskim. Nawet Francuzi nas biją.
Wiosenko, nie ma tak dobrze. „Opium w rosole” pisałam przez 6 lat, a „Nutrię i Nerwusa” machnęłam w dwa miesiące!
Nie, to nie „Ciotka” stawia opory, to rzeczywistość przeszkadza w zanurzeniu się po uszy w świecie fikcyjnym. Akurat mieliśmy parę trudnych emocjonalnie miesięcy (operacja i rehabilitacja bliskiej istoty), to właściwie wciąż jeszcze trwa.
Trudno, musicie czekać cierpliwie, bowiem są sprawy ważniejsze niż kolejna powieść. Ja tu mam prawdziwe życie do przeżycia!
Dzien dobry.A kolo nas jest kilkusetletni Dom,a na froncie tego domu pnie sie az pod dach piekny krzew rozy.Naprawde cudny jest pelno kwiatuszkow malych rozyczek ma.I sam tak rosnie,tylko deszcz go czasami podleje.Nie znam niestety nazwy.Pewnie pieknie by sie prezentowal na froncie domu Alka:-)Piekna,cudnajest i naprawde bardzo stara.Tutaj klimat sprzyja rozom,rosna olbrzymie krzewy same po rowach,przy kapliczkach…
Dzień dobry,
„Feblik” zrobiony w jedne wakacje, a ta „Ciotka” chyba stawia jakieś opory. Ależ w Pani pracy różnice czasowe: jedne powieści w trzy miesiące, a inne piszą się i piszą… Może by tak przyjąć standardowy rozkład pracy: 8 godzin dziennie, od poniedziałku do piątku, z surowym szefem za ścianą…
Pozdrawiam
Ach, muszę dodać, że tak pięknego bukietu jak ten u Wilka, nie widziałam! Pełniki europejskie, szafranowe i oranżowe. Cudo! Oka nie mogłam oderwać!
W czasach kiedy nasz płot od ulicy był już nieco zdezelowany, dziki nawiedzały nas tzn.nasz ogród regularnie w ilościach od 1 – 8 sztuk w każdym składzie osobowym (locha z warchlakami, stadko młodziaków, samotny odyniec). Rozbestwiły się do tego stopnia, że czasem nawet u nas dzień przesypiały. Nasz pies bardzo był tym zdegustowany, ale swoje niezadowolenie wyjawiał tylko, jak miał za kim się schować. Psi jazgot wywoływał leniwą szarżę, pies chował się za człowiekiem, dzik stawał, chwilę myślał i wracał do swoich zajęć.
Szczególnie na obcokrajowcach widok dzików w ogrodzie wywoływał piorunujące wrażenie; łatwo im było potem opowiadać, że zimą to i białe niedźwiedzie po ulicy u nas chadzają.
Pani Małgosiu, piszę po raz pierwszy, chociaż jestem miłośniczką Pani książek od lat 20:). Ostatnio po raz drugi przeczytałam „Tym razem serio” i… wraz z końcem książki przyszło postanowienie. Zdecyduję się na trzecie dziecko!!!!!! Pani miała czworo, co nie przeszkodziło też podbić cudownych książek, i ja dam radę z rozkoszną trójeczką. Dziękuję:)
To od Irlandzkich druidów pochodzi zasada fair play i postawa tzw. gentlemana. Podobno dobrze się z nami rozumieją.
Mamo Isi, tak, tak, Wilk Morski to nasz mistrzunio. Pisze też pięknie. Cieszę się, że się zaprzyjaźniliście.
Ta rada wydaje mi się znakomita, Alku. Dzięki. Jak tylko się dowiem, co to jest pierśnica, natychmiast za nią stanę.
„Wielką bramę”, wydanie pierwsze, z przyjemnością posiadam. („Bezgrzeszne lata” też). Jak to przyjemnie mieć podobne gusta.
Wczorajsze znalezisko na straganie na Polu Mokotowskim: Makuszyńskiego „Wielka Brama”.
„I jeszcze takie pytanko do Alka-co robić, jeżeli spotka się w lesie maciorę z młodymi? My dzisiaj z koleżankami struchlałyśmy i powoli się wycofałyśmy. Zadziałało, ale co było, gdyby zaczęła w nasza stronę szarżować?”
Dzień dobry wszystkim, z UA na czele. Postaram się odpowiedzieć na to pytanie, chociaż odpowiedź dla każdego mogłaby być inna. Odpowiem na własnym przykładzie. Pewnego razu szedłem przez las dźwigając plecak i drabinę. Wtem usłyszałem dobiegający z północnego wschodu zbliżający się tętent. Polak jest nieco uczulony na odgłosy z tego kierunku (zwłaszcza gdy się zbliżają), więc zatrzymałem się i obejrzałem. Między drzewami majaczył czarny kształt dorodnego dzika, wyraźnie SZARŻUJĄCEGO w moim kierunku. Sytuacja była niepewna. Rozsądek nakazywał rzucić graty i wdrapać się na drzewo, z drugiej strony (mówiąc zupełnie szczerze) było mi trochę głupio. Drzewa też były do kitu, po 20 cm pierśnicy, na co tu włazić. Ostatecznie kompromisowo ukryłem się za jednym takim badylem i czekałem, co będzie. Odgłos zbliżał się i po chwili dzik minął mnie w niewielkiej odległości i nadal szarżując zniknął gdzieś w kierunku południowo-zachodnim. Najwidoczniej zwierzę gdzieś się spieszyło. Ponieważ podobne sytuacje spotykały mnie kilkakrotnie, wyrobiłem sobie zdrowy dystans do zjawiska szarżowania w ogóle, zaś dzików w szczególności. W związku z tym moja rada brzmi: w żadnym wypadku nie stać na drodze, a poza tym zachowywać się naturalnie.
Nb. wczoraj zaobserwowałam niewytłumaczalne zjawisko. Tydzień temu kupiłam różową niezapominajkę. A wczoraj patrzę, a moja niezapominajka jest cała niebieska! Niezapominajka chyba działa jak papierek lakmusowy i w kwaśnej glebie zmienia kolor!
A, zapomniałabym dodać, że na irlandzkiemu placuszkowi towarzyszyła irlandzka muzyka z XVII wieku. Bo nasz Wilk jest melomanem, co się zowie!
Wniosek: w dzisiejszych czasach wilki są zupełnie inne, niż za czasów Czerwonego Kapturka.
A myśmy pożarli ten placek z rabarbarem nie spytawszy nawet, kto stworzył to arcydzieło! A to Wilk Morski obdarzony zaiste niezwykłymi talentami! I herbatę też robi przepyszną. Isiątka usiłowały roznieść Wilkowi chałupę, ale okazała się odporna na takie ekscesy.
Chyba muszę jeszcze dodać, że pomysł z bestią wziął się z bardzo sugestywnych opisów, znajdujących się poniżej, pod wpływem których zaczęłam sobie nagle wyobrażać w naszym spokojnym lesie całe stada szarżujących dzików.
Póki co, nasze dziki do cywilizacji nie lgną i oby tak pozostało.
Placuszek islandzki robi się ekspresowo, irlandzki wymaga pewnie większego nakładu czasu, ale też zrobię. Kruchemu ciastu z kruszonką nie potrafię się oprzeć.
Dobranoc.
Ciotkę też proszę poczęstować.
Aaa, Wilku Morski! wydobyłam Twój placek z otchłani.
No, coś podobnego!
Nie przestajesz mnie zadziwiać.
To co, chyba dwa jutro upiekę?
(Nie szkodzi, zjedzą!)
No, no, jak to smakowicie wygląda!
Jutro machnę placuszek.
Dzięki, Sowo.
Dziś też widziałem w ogrodzie rabarbar.
Najpierw się spytałem, co to za roślina.
Były jeszcze niezapominajki i bzy (białe oraz tureckie – fioletowe).
Dobranoc.
Ostatnio dwukrotnie zrobiłem kruche ciasto z rabarbarem i kruszonką, pyszna sprawa. Proponuję nazwę Księga z Kells. A przepis jest taki (pochodzi ze zbioru niejakiej Bajaderki):
CIASTO KRUCHE Z RABARBAREM I KRUSZONKĄ
Składniki:
• 2 szklanki mąki pszennej
• 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
• 1/2 szklanki cukru pudru
• 185 g masła, zimnego
• 3 duże żółtka
• 1 łyżka gęstej kwaśnej śmietany
• 1 kg rabarbaru
• 6 łyżek cukru
• 1/2 szklanki dżemu z czarnej porzeczki
Kruszonka:
• 185 g mąki pszennej
• 100 g cukru
• 125 g masła
• cukier wanilinowy (1 opakowanie 16 g)
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, dodać pokrojone na kawałki zimne masło i dokładnie posiekać. Dodać żółtka, cukier i śmietanę, zagnieść szybko ciasto (świetnie do tego nadaje się malakser), uformować na kształt kuli, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez co najmniej 30 minut.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180ºC. Ciasto zetrzeć na grubej tarce na blaszkę o wymiarach 33 x 23 cm (wyłożoną papierem do pieczenia) i dokładnie wylepić nim dno. Podpiec w piekarniku, aż będzie lekko złociste, przez około 15 – 20 minut, lekko wystudzić.
Rabarbar umyć, osuszyć i pokroić na 1 cm kawałki. Rozgrzać suchą, dużą patelnię, wrzucić do niej rabarbar i posypać cukrem. Podgrzać na ostrym ogniu mieszając, aż rabarbar puści sok – około 2 – 3 minut. Przełożyć rabarbar na durszlak i odsączyć z nadmiaru soku*.
Przygotować kruszonkę: mąkę wymieszać z cukrem i cukrem wanilinowym. Masło roztopić w małym rondelku i bardzo mocno podgrzać i takim gorącym zalać suche składniki. Dobrze wymieszać.
Przestudzone ciasto posmarować cienko dżemem, wyłożyć na nie odsączony rabarbar i posypać kruszonką. Piec około 30 – 40 minut w temperaturze 180ºC. Przestudzić i posypać cukrem pudrem.
* Odsączony sok warto odlać i rozcieńczyć wodą – dzięki temu miałam cały dzbanuszek kompotu z rabarbaru :-).
Smacznego :-).
Islandzki paj Pirata Rabarbara
3 jaja
18 dag roztopionego masła
18 dag cukru
15 dag mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
15 dag pokrojonego rabarbaru (różowy najładniejszy)
Na lukier:
filiżanka cukru pudru
rum lub inny alkohol
Cukier i jajka dobrze zmiksować, dodać stopniowo roztopione masło, potem mąkę z proszkiem do pieczenia. Mąki może być trochę mniej lub więcej, trzeba dodawać na wyczucie. Ciasto wlać do małej tortownicy wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. Na wierzchu ułożyć gęsto rabarbar. Piec w 180 stopniach, 30-40 minut. Po upieczeniu jeszcze gorące ciasto polać lukrem.
Uprzedzam, że to jest malutka porcyjka, lepiej zrobić od razu podwójną lub nawet potrójną porcję.
Ja też je lubię, Zośko!
Wójcie, jak tam, już odetchnąłeś po podróży?
Sowo, rabarbar mi dojrzewa, gdzie ten przepisik, upraszam! Tylko daj mu nazwę literacką, potrzebna jako pretekst.
Zapisuję sobie w zeszyciku wszystkie te przyjemne rzeczy do obejrzenia lub posłuchania, na wakacje. Jest tam już ” Local Hero” ( nie wiem, jak to się stało, że tego nie znam), a teraz jeszcze te irlandzkie klimaty. I muzyka od Krzysztofa.
„Song of the sea” poleciła mi Emilka :) a potem znalazłam w sieci „Księgę z Kells”. Lubię te nasze „polecanki”, tyle ciekawych rzeczy odkrywam dzięki DUA, Admince i Księgowym.
Aha, a więc dzielimy fascynację Księgą z Kells, Zośko i Sowo. Film o sekretach morza też mi się podobał. Autor ten sam.
A może Emilka od Ciebie się o nim dowiedziała? Pewnie tak.
Sowo, natychmiast znalazłam na YT „The High Road To Kilkenny. Gaelic Songs and Dances of the 17th & 18th Centuries” (wyk. ten właśnie zespół) – bardzo piękna muzyka, wspaniale i z polotem zagrana. I z widoczną przyjemnością!