
KC Ozdobniczka – jedna z naszych żeglarek! – przysłała zestaw wiosennych zdjęć z własnego ogródka, a wśród nich – portret tajemniczego kwiatka, który w pierwszej chwili wydał mi się owłosionym tulipanem!
Ale tulipan miałby inne liście.
Po namyśle stawiam na sasankę. To ona bywa okryta puchem, a listeczki ma takie właśnie – koronkowe, sam zaś kwiat wyłania się z zielonej krezy.
Tylko kolor się nie zgadza.
Kazimierz Wierzyński (1894-1969)
SASANKI
Sasanki lila, sasanki lila,
Kwietniowy dzień bez troski,
Do twarzy łasi się, przymila,
Całuje wiatr trzpiotowski.
Liliowo wszędzie, liliowo wszędzie,
Do oczu słońce prószy,
Ach, co to jest? Ach, co to będzie?
Prima aprilis duszy.

(Wiosna w Gościeradzu – mal. Leon Wyczółkowski, 1852-1936)
Kazimierz Wierzyński
WŚRÓD DRZEW BIELONYCH
Wśród drzew bielonych, pani biała,
Chodzisz tak lekko zwiewnym krokiem,
Jakbyś się w cudzie słońca stała
Powiewem wiatru i obłokiem.
Sad się ożywia twoim ruchem,
Kołysze, chwieje i rozwiewa,
Gęsto obrosłe kwietnym puchem,
Zda się, wraz z tobą chodzą drzewa.
Wonne, kwitnące korowody
W zachwycie serca i w przeźroczu.
O, sadzie czarów i urody,
Umiłowanie moich oczu!
A tu kwiecień się kończy. Śmiało wkraczajmy w maj!
Będzie pracowity.
Informuję Was, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, że ustaliłam już z moją wydawczynią wstępny termin wydania „Ciotki Zgryzotki”: jesień tego roku. Wytargowałam też trochę dodatkowego czasu na pisanie – a jest mi potrzebny, bo wszystko to, co już o Zgryzotce napisałam, właśnie wczoraj wieczorem wywróciłam do góry nogami. Dokonałam chirurgicznego, odważnego cięcia: wyrzuciłam Japończyków! A to wiele, wiele, bardzo wiele zmienia!!!
Bez Japończyków jest zdecydowanie lżej. Stwarzali – o, dziwo! – bałagan!
Uściski, idę pisać. Może zdążę na termin.
Wasza
MM








Zofio, dziękuję za dobre życzenia! Przydadzą się na pewno.
W takim razie trzymam kciuki żeby się udało :-) i życzę dużo weny twórczej Pani Małgosiu.
Gratulacje, Zytko!
Co za miła wiadomość.
Dziękuję, Zofio. Oby się udało zdążyć…
Jak ja się cieszę, że na jesieni będzie już „Ciotka Zgryzotka”. Życzę miłego pisania Pani Małgosiu.
A dziś nadrabiam lekturę wszystkich wpisów na blogu i jak to zazwyczaj, milcząco, towarzyszę wszelkim zwierzeniom, spostrzeżeniom… :) Bardzo jest tu sympatycznie :) Tęsknię już za rozmowami w kuchni u Gabrysi… i czekam na Ciotkę z coraz większym apetytem! Pewnie jak Wszyscy :)
Dzień dobry, chciałabym się tutaj czymś podzielić… Dzień 27 kwietnia spędziłam w mieście Lukka we Włoszech, gdzie w Bazylice San Frediano spoczywa św. Zyta (w szklanej trumnie, od XIII wieku ciało nie uległo rozkładowi), a niepodal na placu odbywa się coroczny targ kwiatów na pamiątkę legendy związanej z św. Zytą. I otóż to w tym miejscu i tego dnia mój Rudy niczym Borejkowie chłopak oświadczył mi się.. :)
Pani Małgosi i Wszystkim tutaj przesyłam to uczucie szczęścia i uśmiechu takiego głęboko z środka! Pozdrowienia!!! :)
Dziękuję, Piętaszku i Zgredzie, za podparcie na duchu:) Ja tu unicestwiam główne wątki, a jeszcze mnie chwalą! Chyba się zdemoralizuję.
Dobrywieczorku, popieram Twój pomysł. :)
Mamo Isi, lubię tę tłumaczkę. Jest jeszcze parę jej przekładów w naszej bibliotece, oprócz Burnett , także Mary Stewart; zamierzam sięgnąć kiedyś.
Brawo dla Mamy Isi – dzielnej tłumaczki ! Nie wiedziałam, chylę czoła.
Piękny był wczoraj Toruń – nocą, z sierpem księżyca idealnie komponującym się z gotyckimi cudnościami, a przedtem – miły spektakl w teatrze.
Dzisiaj zaś odbyliśmy marsz „myślęcińskim traktem” (to taka oaza dla bydgoskich mieszczuchów) – same cudy, dużo zdjęć. Pozdrawiam wszystkich majówkowo!
DUA, mam nadzieję, że nie usuwa Pani wyrzuconych wątków bezpowrotnie i że będzie można się pośmiać z Japończykami na tej stronie! To by było jak „usunięte sceny” po świetnej komedii
Pozdrawiam wszystkich z majówki na północy Irlandii. Wyjątkowo piękna pogoda się trafiła i zachwycam się zielenią. Kwitną tu w wielkich ilościach jakieś iglaste krzewy – kwiatki są żółte i pachną (o, dziwo!) kokosem. Może ktoś wie, co to?
No tak, spoglądała z ukosa, Celestyno. Obie na swój sposób ukośne.
Ciekawa obserwacja, Zgredziku.
Tak, wiem, plęzyk ci się jącze.
Może znowu nadinterpretuję, ale ukośność Terpentuli skojarzyła mi się z domniemanym brakiem symetrii Agnieszki. Ale proszę się tym nie przejmować. Język mi się wałęsa i bawi zęby trzonowe.
Ze Terpentula ukosna, to wiem. Scislej mowiac, miala chyba lekko ukosny usmieszek. Nie zapamietalam ukosnosci u Agnieszki..
Ukośna?:)))
Fajnie, że z Agnieszką się wyrabia!
To druga po Terpentuli ukośna plastyczka.
Coś w tym musi być.
Mamo Isi, gdyby w swoim czasie tłumacz pozbawił Sherlocka Holmesa wątku używek, to byłaby to chyba dobra decyzja.
Myślę, że wątek kupowania tytułów poprzez małżeństwo jest szeroko obecny w literaturze.
A z serialu Downton Abbey obejrzeliśmy wszystko, co jest teraz na płytach, czyli pierwsze pięć sezonów.
Szósty, finalny jeszcze nie jest dostępny.
Podobało nam się.
To ja też biorę „Feblika” do poduszki.
Piękny był dzionek. Wyprowadziłam na letnie wakacje sporo roślin z domu do ogrodu. A teraz poniewczasie oczywiście prześladuje mnie myśl o zimnych ogrodnikach, którzy nadejdą i wszystko hurtem wymrożą.
Celestyno, czuję się coraz bardziej winna; brutalnie pozbawiłam książkę głównego wątku.;)
Remington, Sienkiewicz.
Maszyny do pisania też produkowali.
Mamo Isi, poczytalam sobie o tej ksiazce na stronach angielskich bo mnie ten watek reklamowy maszyn do pisania zainteresowal:) (ponoc wraca na nie moda, trza sie zainteresowac, jak prad wylacza na dluzej..)
W jednej z recenzji o calej ksiazce pisza rozbrajajaco tak: (…) It is mainly about American energy and initiative and get-up-and-go; this is symbolised by G.Selden, the typewriter salesman on a bicycling tour of England(…)”
Przerzucilam sobie bardzo mily artykul o maszynach do pisania z pocz.XX wieku.
Bardzo to mozliwe, ze bylo to tzw.lokowanie produktu, dlatego tak ni w piec ni w dziewiec w ksiazce sie pojawia.
Proszę ją serdecznie uściskać, DUA! :) Szaleństwa Ciotki Zgryzotki? To lubimy!
Dziękuję, Nutko!
Właśnie też sobie z Agnieszka przebywam! ;)
Och, och, mówię Ci! Co się wyrabia!
Dzień dobry!
W piątek kupiłam „Listy do Małgorzaty Musierowicz”. I nie mogę przestać się uśmiechać czytając. Tyle ciepła, dobra, serdeczności, mądrości… Długo można by wymieniać.
Dziś znów myślami byłam przy „Febliku”. Polubiłam Agnieszkę. Fajna z niej dziewczyna.
Serdecznie pozdrawiam!
Nutka
O, fluid z Mamą Isi!
Krzysztofie, a toś się naoglądał!
Ale to, co zobaczysz w Polsce, naprawdę będzie świeże, zielone i wiosenne. Śliczne!
Ateno, no jakżeż mam się nie irytować na tłumaczkę, kiedy ja bym to zupełnie inaczej przetłumaczyła!
Magdo Z., G.Selden może i jest miły, ale wetknięty w fabułę ni przypiął, ni przyłatał. Nawet nie wiadomo, co to jest „G”.
Krzysztofie, nie ma piękniejszego i bardziej zielonego kraju na świecie niż Polska:) Szczególnie w maju.
Po trzech miesiącach na morzu nasyciłem dzisiaj oczy zielenią trawy i drzew tudzież kolorami kwiatów w Singapore Botanic Gardens. Ale nad naszym morzem zieleń na pewno bardziej soczysta. Jeszcze dwa dni.
Mamo Isi:), nie irytuj sie na tlumaczke, mila jest:).
W sprawie korekty.
Wpisując się impulsywnie, popełniłam błąd.
Rąbka tajemnicy się oczywiście uchyla, nie ujawnia. Pojawiło się też niepotrzebne powtórzenie.
Pośpiech jest złym doradcą.
Mamo Isi, jakoś polubiłam tego Seldena, choć był tylko epizodyczny. Komiczna postać mimo wszystko.
Przegapiłam pierwsze odcinki „Downton Abbey” i potem już nie udało mi się dociec kto jest kim i dlaczego. Może powtórzą. Dbałość o szczegóły scenograficzne była tam uderzająca.
Czytam „Tajemnicę dworu w Stornham” i irytuję się na tłumaczkę.
Patrz: „Downton Abbey” – pani lordowa jest córką amerykańskiego milionera, a mamusię ma ekscentryczną i wulgarną (pyszna rola Shirley McLaine).
Ten G.Selden jest mocno niedopieczoną postacią. Powód, dla którego tak się rwał, żeby spotkać główną bohaterkę, wcale nie został ujawniony w oryginale, jakkolwiek pod koniec książki wszyscy co zamożniejsi (i mniej zamożni) bohaterowie mają zapewne po maszynie do pisania. Na zdrowy, chłopski rozum niewątpliwie po to tak się rwał, żeby i jej tę maszynę sprzedać. Męczący facet. Chyba muszę sięgnąć po „Tajemnicę dworu w Stornham” i sobie przypomnieć, co tam się działo.
Ostatnio akurat dawali serię filmów dokumentalnych o amerykańskich młodych a bogatych pannach na wydaniu, które w ilości przynajmniej dwustu wyszły za mąż za niezamożnych lordów angielskich i zasiliły ich kasę fortuną tatusiów milionerów zdobywając w zamian tytuł. Nie wiedziałam, że ten proceder funkcjonował na taką skalę.
A to poczekam na nowe, Sowo luba.
Aaa, KokoszaNel, to jest prawdziwie rajskie miejsce! Też niebawem tam pojedziemy, tylko czekamy na ocieplenie, bo chyba mało tam jeszcze teraz kwitnie. Dobrze, że jutro tam będziesz, to dasz znać, czy już kwitną azalie, bo u nas jeszcze nie. Nawet planowałam podesłać DUA jedno zdjęcie z zeszłorocznej wycieczki, do jakiegoś majowego wpisu, tylko ono technicznie jest dość przeciętne i wciąż się waham, czy jest sens.
Pani Małgosiu, dziękuję za uszczegółowienie podtytułem.
Trudno, pomyślę o innym prezencie dla młodej lekarki. :)
Mamo Isi, a ja właśnie się zastanawiałam, dlaczego ten G. Selden tak nagle znika. Pojawia się i znika, uprzednio odratowany po wstrząśnieniu mózgu (i złamaniu nogi) przez główną bohaterkę, którą gorączkowo chciał spotkać, choć nie do końca było jasne po co. Ale – skoro ujawniałaś rąbka tajemnicy – pewnie chciał jej sprzedać maszynę do pisania!
O, Madziu, teraz w porządku. Się sama ujawniła.:)
Dla młodej lekarki – niekoniecznie. Pełny podtytuł brzmi: ” Greckie i łacińskie korzenie terminologii medycznej nie tylko dla kosmetologów”. Ot, co!
Hippokrates – dodajmy – z Kos.
La vita è breve.
Przy okazji jutrzejszej planowanej wycieczki do arboretum w Wojsławicach pozdrawiam Sowę P., która miejsce to zna, lubi i poleca. I chyba gdzieś nieopodal gniazduje?;)
Dobrze! Pozwoliłam sobie, bo ktoś już tu kiedyś to przed laty ujawnił (stąd moja wiedza).
Lektury Pani są jak zwykle ciekawe! Wodehouse’a czytałam z powodu zagadek (często się pojawiał) i bardzo sobie chwaliłam.
„Niezbędnik współczesnej Kleopatry” może się okazać inspirującym prezentem np. dla młodej lekarki z rodziny (która też czasem miewa kłopoty z aroganckimi i sfrustrowanymi pacjentami w nocnej przychodni). Sama bym zresztą chętnie poczytała. :) Warto od czasu do czasu poprosić, by uchyliła Pani rąbka tajemnicy co do aktualnych lektur. Dziękuję za odpowiedź!
Masz ci los, już się ujawniłam;)
Wodehouse – bardzo lubię.
Wiem, że usuwanie wątku jest grzechem śmiertelnym, ale naprawdę w oryginale to wyglądało, jakby książka była przetykana reklamami maszyn do pisania.
Ach, „Tajemnica dworu w Stornham”! Tłumaczyłam to i muszę się przyznać, że po długich walkach z samą sobą usunęłam z niej wątek komiwojażerski tego młodego człowieka z Ameryki. On tam przez całą książkę sprzedaje maszyny do pisania stosując natrętny marketing. Każdy normalny człowiek by go poszczuł psami, ale według Autorki sprzedaje te maszyny na lewo i prawo. Frances Hodgson Burnett w pewnym okresie miała hopla z przerzutką na tle postępu technicznego.
Madziu, pardon, ale ukryłam tożsamość tłumaczki. Jeśli się zgodzi, ujawnię.;)
Co czytam? P.G. Wodehouse’a „The Jeeves Collection”. Książka jest gruba i śmieszna!(zawiera aż trzy powieści).
To na dobranoc, a na poważnie – „Niezbędnik współczesnej Kleopatry – greckie i łacińskie korzenie terminologii medycznej” Karoliny Ekes.
Dostałam od autorki, z autografem!
Mnóstwo mądrości, wśród nich – wybrane aforyzmy, zamieszczone w Korpusie Hippokratejskim. Księga tych aforyzmów nazywana była dawniej „Biblią lekarską”. Oto, co radzi Hippokrates (starożytny lekarz grecki, zwany ojcem współczesnej medycyny) w pierwszym z aforyzmów, najsłynniejszym:
„Życie jest krótkie, sztuka nieprzemijająca, sposobna chwila ulotna, doświadczenie – zwodnicze, rozpoznanie – trudne. Nie tylko samemu należy czynić, co się powinno, ale również zapewnić sobie trzeba współdziałanie chorego, jego bliskich i czynników zewnętrznych”.
Znający łacinę będą wiedzieli, jak Rzymianie przełożyli to z greki. „Ars longa, vita brevis…”etc.
U nas liczne pąki na wszystkich drzewach owocowych, ale nadal piekielnie zimno.
A jak niesie wieść z pracy zwaliły do nas w te dni tłumy i ludzie wyładowują frustrację i złość, gdy okazuje się, że nie starcza dla wszystkich miejsc w oprowadzanych grupach. Muszę tam jutro iść i też to jakoś znosić aż do czwartego, uch, a mogłabym sobie tak miło poczytać. ;) Ale nie poddam się frustracji, przejawię ducha bojowego, na pewno znajdą się jakieś pozytywy.
Spodobało mi się, co napisała Christine, bo podobna myśl snuła mi się po głowie. Nawet jeśli nieobecność to tylko chwilowa, przelotna. Kto by tak na długo porzucił książkę, żeby jej wiatr na dobre potargał karteczki?
Odpoczywając przy niedzieli, czytam sobie z polecenia Jane „Tajemnicę dworu w Stornham” (…). Czytałam ją przed laty, bo lubiłam Frances Hodgson Burnett – i taka druga lektura po długim czasie ma naprawdę sporo uroku. A co czyta Pani, Pani Małgosiu?
Z całego serca dziękuję za troskę, kochany Starosto! Dzisiaj nawet dało się troszkę posiedzieć w ogrodzie, bo słońce przypiekało mimo lodowatego wiaterku. Byle do maja!
U nas było dziś chłodno, lecz słonecznie – ogród robi się niesłychanie piękny.
Ach!
Podoba mi się ta optymistyczna interpretacja.
Musisz być miłą osobą, Christine, i na pewno zdarzyło Ci się kiedyś wyskoczyć przez okno (na parterze!) w stronę Piękna!
Od tego w co się wpatrujemy zależą nasze dalsze kroki. Dlatego obraz Wyczółkowskiego daje świetliste poczucie, że nadchodzi coś NOWEGO. Ktoś, kto chciał z zacienionego kącika patrzeć na całe to piękno, nie wytrzymał i jest już na zewnątrz. Może zawadiacko, i z gracją wyskoczył przez to okno? ( żeby utrzymać tę myśl w optymistycznej poetyce, dodam, że to na pewno parter ! :)) pozdrawiam Szacowne Grono Komentatorów
Krzysztofie, pomyślnych wiatrów w drodze do domu!
Wszystkim życzę uroczych majówek! I słońca nareszcie! – żeby Mama Isi nam nie marzła.
Ozdobniczko, mam tylko pierwszy tom, o resztę trzeba będzie się postarać. Choć z lekka niepokoi mnie ich ilość.
Bardzo by do tytułowego tematu pasowała akwarela „Sad” Wyczółkowskiego z 1927 roku. 36,5 x 50 cm. Muzeum Narodowe, Warszawa. Kwitnące drzewa owocowe prześwietlone słońcem. I widać, że jest ciepło!
Skoro Złodziejka Książek coś o książkach rzekła, to ja mam pytanie do KrzysztO: czy już zacząłeś, Wilku Morski, czytać „Zwiadowców” (dalsze księgi)?
Mam nadzieję, że u wszystkich Księgowych pogoda lepsza niż u mnie (grad, deszcz, chmury wiatr i 10 stopni C).
Pozdrawiam majówkowo!
Dzień dobry!
„Cyprian ciotkę całuje, cisnąwszy czarnulę”
A okno, swoją drogą, jest dla nas jeszcze bardziej symboliczne, niż dla Wyczółkowskiego.
Dzień dobry! Oj, dawno mnie tutaj nie było. Jednakże od jakiegoś czasu podpatruję wpisy Księgowych i Autorki. Próbowałam szukać najnowszej adaptacji „Ani z Zielonego Wzgórza,” ale to jakoś dziwnie wygląda. Ktoś chyba za bardzo kombinował. Książka, do której obecnie wróciłam to „Mały Lord.” W tym przydałaby się jakaś dobra adaptacja z lektorem, albo chociaż z polskimi napisami językowymi. Trzymam kciuki za Ciotkę, aczkolwiek dawno nie czytałam poznańskiego cyklu.
Kasztanowłosa – pięknie napisałaś o swojej refleksji na temat obrazu Wyczółkowskiego. Piękna interpretacja.
Sasankę chciałabym pocałować!
Lubię wargami chwytać młodziutkie wiosenne listki, palce są zbyt niewrażliwe, by wyczuć ich roztkliwiającą delikatność. Ale w przypadku sasanki i to byłoby trochę grubiańskie. Wystarczy muśnięcie.
A Wierzyńskim mogę się już rozkoszować do woli, a to wszystko dzięki Magdzie Z., która wysłała mi wiersze zebrane.
Wyczółkowski pachnie. Czuje się wręcz muśnięcie ciepłego powietrza! Tym bardziej, że własne okno zamknięte.
Dziewczynka na wrotkach z parasolką – urocze.
Witam Wszystkich, dawno mnie tu nie bylo (obowiazki!), ale myslami i tak jestem czesto z Wami.
DUA, jak milo, ze wiadomo juz – mniej wiecej – kiedy bedzie premiera Ciotuni!
Piekne kwiaty i wiersze… Mam nadzieje, ze powoli dam rade nadrobic lekture wpisow, choc czesciowo.
Milego wieczoru i dlugiego weekendu!
Nini, chodziło mi raczej o słodkie wypieki, takie, co się zwykle jada w towarzystwie herbaty. Makaron z herbatą jakoś mnie nie kusi. ;) Jadziu, tak, też o tym czytałam.
Obraz porusza jakąś szczególną strunę mojej duszy. Jest może trochę smutku, ale więcej nadziei. To na oścież otwarte okno zaprasza do innego, tego prawdziwego świata. Na moim monitorze niebo wygląda jakby świeżo oświetlone po wiosennej popołudniowej burzy. Ciekawam jak wygląda w oryginale.
Kartka od Zośki urocza w prostocie, pewności kreski i ślicznym kontraście.
Japończyków trochę żal, może choć jedno-dwuzdaniowy epizod? :)
Pozdrowienia zimno majówkowe dla wszystkich tu zaglądających!
Zuziu!
„Choćby Ci było z nim niewygodnie,
Choćby nawet z nim było źle Ci,
To je troszeczkę, odrobinkę odmień,
Ale go nie wyrzucaj na śmieci” – pisała o marzeniu Joanna Kulmowa w jednym ze swoich wierszy. Poeci dobrze radzą.
Kochana Zuziu12!
Dziękuję za wiadomość prywatną i za te dobre słowa.
Ale muszę zaprotestować: jak to, dajesz sobie rujnować marzenia – z powodu książki?
Zabraniam!
Będziesz wspaniałą polonistką, ja Ci to mówię! Chcieć – to móc!
A w dodatku masz wszelkie szanse i predyspozycje. Umiej to wykorzystać i nigdy nie dawaj zbić się z tropu! Trzeba umieć walczyć o swoje marzenia.
Dzień dobry, Julko!
Wszystkie przeczytaj, co Ci szkodzi.:)
Ściskam serdecznie!
dzień dobry pani Małgosiu jest pani moją ulubioną pisarką. przeczytałam dopiero kilka pani książek jednak niezmiernie mi się one podobają i zamierzam przeczytać całą jeżycjadę co (mam nadzieje) zdążę zrobić do końca wakacji. Teraz czytam książkę którą pożyczyła mi moja BFF „kwiat kalafiora” ona też często korzysta z tej strony
MAM DO PANI PYTANIE
JAKĄ SWOJĄ KSIĘŻKE Z TEJ SERII POLECIŁA BY MI PANI PRZECZYTAĆ
KILKA JUŻ CZYTAŁAM I SĄ ŚWIETNE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Sowo, z tego co czytałam, to warto kupić matchę przeznaczoną do pieczenia, bo niekiedy inne rodzaje dodane do ciasta zamiast zielonego dają brązowy kolor.
Rzeczywiście, wszystko bujnie kwitnie. Na tle szarego nieba drzewa wyglądają elektryzująco.
Sowo, makaron ryżowy z zieloną herbatą ma kolor delikatnie zielony, ładny odcień. Z zielonym pesto ładnie się komponuje, czego nie można powiedzieć o smaku. Lepiej z łososiem..
Szpinak też chyba można wykorzystać.
Ten obraz jest dzisiaj bardzo potrzebny. Dobrze, że tu jest.
Dzień dobry. Bywa, że piękno jest tak wielkie, że aż nie do zniesienia, przynajmniej dla mnie. Róża ” Pierre de Ronsard ” jest tego przykładem, jak większość róż. I cóż, miałam już nie wspominać o poezji, aby nie robić kłopotu, ale co ja poradzę, że kiedy zaczęłam sobie czytać wiersze Pierre’a de Ronsarda, to mnie zachwyciły. I powiem tylko, że często ich motywem bywa właśnie róża. Wiersze ( jak to w okresie renesansu) traktują o doczesności , ale jak…
O!
Dobrze mieć taki cel na horyzoncie, Casciolino.
Kasztanowłosa, jak mądrze to napisałaś.
Wróciliśmy już do deszczowego wiecznego miasta, więc może tym razem wiadomość nie wyląduje w spamie?
W ostatniej dziękowałam w imieniu Mareczka za urodzinowy torcik, pychotka! Wydaje się, że solenizant był też zadowolony z realnego tortu (marchewkowego, z przyprawami, ananasem i orzechami, przekładanego bitą śmietaną z mleka kokosowego), ale najbardziej ze wspaniałych prezentów (mnie cieszy dużo książeczek, jego różnego rodzaju pojazdy).
Ciotka na jesień, cudowna wiadomość! Może zdąży na moje imieniny :)
Mnie ten obraz przypomina taki stan, w którym po wielkim smutku powoli przychodzi ulga i człowiek przypomina sobie co to radość. Bo pomimo tego, że na obrazie jest samotność, to za oknem jest wiosna i wszystko budzi się do życia, a to zawsze dobrze wpływa na samotność i smutek.
Dobry wieczór, Basiu!
Gratuluję z powodu narodzin Zosi!
Ja bym jej jeszcze dała trochę czasu na czytanie Jeżycjady. Będzie się śmiać i nie zaśnie.
Tymczasem proponuję głośną lekturę Homera. Moje dzieci zwykle słodko przy nim usypiały.
Co do myśli zuchwałej: nie, to byli autentyczni Japończycy, przywiezieni z Krakowa, z ŚDM.
Ale strasznie się zasiedzieli, bałaganili i nie można się było z nimi dogadać. Poza tym – potrzebny był pokój, bo ktoś jeszcze przybył.
Więc grzecznie się ich pozbyłam.
Tak już dużo mam postaci, o których powinnam przynajmniej wspomnieć! Po co mi jeszcze Japończycy?- tak sobie pomyślałam, i słusznie. Od razu akcja ruszyła.
Pozdrawiam Cię serdecznie, a Zosieńkę całuję w czółko!
9 miesięcy temu zostałam mamą Zosi, chyba najwyższy czas na wspólne czytanie „Jeżycjady”. Jestem przekonana, że skradnie serce mojej pociechy tak jak i moje. Pozdrawiam wszystkich miłośników tej wspaniałej serii i jej genialnej autorki!
Pani Małgosiu, taka mnie naszła myśl zuchwała: czy aby nie poznamy przypadkiem potomstwa Elki i Tomka? Ci Japończycy… ;) Fałszywy li to trop?
Jest albo i nie, hy, hy.
To znaczy, że Ciotka jest z rodu Borejków, hy, hy.
A to mila niespodzianka – bo ja czasami cos pisze i sie nie pokazuje, i wtedy chodze smutna, ze moja wypowiedz pisemna nie na miare tej strony :)
Z gory dziekuje za odpisanie!
O, nie, transmisji TV – nie!
(Uparcie nie mają telewizora!)
Ale w sieci jest wszystko. Ważne transmisje też.
Pozdrawiam Wilka Morskiego!
11 listopada (czyli jesienią) w Świątyni Opatrzności Bożej miało miejsce prawykonanie dzieła Michała Lorenca „Przymierze – wotum za wolną Polskę”. Była transmisja TV i tak się zastanawiam, czy Ciotka Z. oglądała/słuchała…
Zdjęcie Ozdobniczki bardzo wiosenne, obraz i wiersze wyprawiają w dobry nastrój.
Prostota i pomysłowość kartki świątecznej KC Zoski podkreślają tylko jej zdolności artystyczne.
Witajcie DUA I Księgowi!
Co za wspaniała wiadomość o Ciotce Z., jesień bedzie w tym roku wyjątkowa.
Tymczasem i do nas dotarły szare chmurzyska, pada od rana z małymi przerwami.
Ziemia potrzebuje deszczu.
À propos japońskiej sztuki herbacianej i pistacjowych mazurków – spotkałam się kilkukrotnie na blogach kulinarnych z wypiekami z dodatkiem zielonej herbaty Matcha. Intensywnie barwi ciasto (przynajmniej na zdjęciach) i ponoć nadaje mu przyjemny herbaciany posmak. Będę musiała kiedyś spróbować.
Aaa, Fanko Robrojka, jak dobrze, że zajrzałam do działu „spam”, by go oczyścić z obfitości reklam, pisanych na ogół cyrylicą. Pośród nowych 76 były Twoje trzy wiadomości!
Przywróciłam, co było do pokazania. Reszty – gratuluję!
BeatoV, i Ciebie tam znalazłam! Dzięki za adres, postaram się odpisać.
Olaj, o polityce wydawniczej – tylko z wydawcą. Ja jestem tylko od twórczości.
O ile mi wiadomo, e-booki się nie opłacają.
Tak! Tak! I jakież efekty! Bujność, zieloność, wszystko rośnie!
Posadziłam dwie bajeczne róże „Pierre de Ronsard” – ach, ileż mają wody! Jak się porządnie przyjmą, będzie już słońce i ciepło.
Ponoć Norwegowie mówią, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania (det finnes ikke dårlig vær, bare dårlige klær). W tym duchu udaliśmy się na przejażdżkę rowerową, między jedną ulewą, a drugą. Obok nas śmignęła dziewczynka na wrotkach, z parasolką w ręku – uroczy widok.
A moja wewnętrzna Pollyanna mówi: jak to wspaniale, że od miesiąca ogród podlewa się sam!
Oglądam dziś portrety i autoportrety wykonane przez L.W.i jestem dumna z Wiosenki, która w nocy namalowała najlepszy jak dotąd portret olejny ( bardzo dojrzały). Myślę, że Patron szkoły, którym jest w/w też spojrzałby na Jej dzieło z czułością. Nie uczyła się nawet na sprawdzian z matematyki mówiąc, że jaakoś to bęędzie.
Sowo, z ust Sowiątka wydobywają się same perełki twórczości dziecięcej.
Mamo Isi, ależ Ty tęsknisz za robotą w swoim ogrodzie i tak barwnie o nim opowiadasz !
A jak miło by było, gdyby w ogóle książki wydać w formie e-bookowej…
Podczas ostatniego wyjazdu, gdzie limit wagowy zmusił naszą czteroosobową rodzinę do bardzo rozważnego pakowania, brakowało mi niektórych książek w czytniku… W wersji papierowej nie przeszłyby przez kontrolę wagową, niestety.
Oczywiście e-book to nie to samo, ale nam się już regały nie mieszczą w mieszkaniu! U mamy to zaczynają rosnąć Himalaje książkowe…