…pewna żaba naprawdę była słaba…

…i wyglądało na to, że jeszcze się nie obudziła z zimowego snu. Znaleziona wczoraj na leśnym spacerze, tuliła się wręcz do rąk, by wreszcie z lekka się ocknąć i wyraźnie oczekiwać pocałunku dziewczęcych usteczek, w pozie i z miną cynicznego sybaryty:

Ponieważ Adminiątko do całowania się nie kwapiło, poprzestając na kaskadach uszczęśliwionego śmiechu, zaklęty książę ostatecznie zrezygnował z powrotu do ludzkiej postaci.
Jednak mimo woli stał się żywym dowodem na to, że wiosna naprawdę już nastała!
(Fotografował Adminek).








Dobranoc!
Nigdy tego paskudztwa nie tknąłem (uśmiech). Dobranoc Pani, ja jeszcze trochę popracuję, zanim definitywnie padnę.
Tak!!!!
Co do skrótów, to Bertie znakomicie odnalazłby się na twitterze. Są dla siebie stworzeni.
Tłumacz też dość brutalnie odniósł się do Browninga w pierwszych że tak powiem taktach „Wielce zobowiązany, Jeeves”. Ale nie znam oryginału „Jeevesa” i nie wiem, co sam Bertie tam naknocił. Wiersz „Pippa passes”, który (nawiasem mówiąc) bardzo mocno wystąpił w „Przewodniku stada” Connie Willis.
O, tak, soczysta postać.
W przekładzie (czytałam dwa) mnóstwo pyszności ginie. Bertie, na przykład, lubi stosować nonszalanckie skróty w swej narracji, jest to rozkosznie idiotyczne.
” ‚Nothing, nothing. I was just thinking of something,’ I said, and turned the conv. to other topics. „
Przeglądałem właśnie listę postaci Woodehouse’owskich, wydaje mi się że najbardziej ujmujący opis dotyczył Spode’a: „Roderick Spode, 8th Earl of Sidcup, an amateur fascist dictator and designer of women’s underclothing”
Jest na YT, oglądam sobie. Obie role znakomite!
A jakie piękne gniazda rodzinne poszczególnych potwornych arystokratów!
Ale, choć serial udany, wolę czytać. Tekst w oryginale jest niezwykle śmieszny.
Ałć, korekta. To nie był serial BBC, tylko nadawany przez brytyjską ITV.
Istotnie. I wprawdzie nie tak go sobie wyobrażałem, ale muszę powiedzieć, że Stephen Fry w tej roli miał wiele wdzięku. Mówię tu o serialu BBC, z Laurie w roli Bertiego.
Cha,cha!
Cała trójka sympatyczna. Ale powiem Ci, że ja i tak najbardziej lubię Jeevsa.
Urzeka mnie jego niewymuszona erudycja.
Ano właśnie, cały Gussie. Swego czasu zobaczyłem gdzieś w sieci fotografię brytyjskiego polityka (imieniem Nigel), który zdobył chwilową popularność jakiś czas temu. Na zdjęciu radował się on z szeroko rozwartą paszczęką, wraz z dwoma kolegami. Podpisałem ich jako Bertie Woostera, Kipper Herringa i Augusta Fink-Nottle i posłałem zaprzyjaźnionemu Anglikowi. Uzyskałem odpowiedź, że nie pierwszy na to wpadłem, ale cieszy się z mojego pojmowania niuansów tamtejszej polityki.
W Oxfordzie przecież!
A co do kołdunów: pamiętajmy, że są malutkie. Pierogów by się tyle nie zjadło.
Jestem pewien, że ta moja poradziła sobie. Ha, sam hodowałem w słoikach co się dało, „we wrażliwym wieku lat dziesięciu” (jak to ujął kiedyś Gerry Durrell). Obawiam się jednak, że Gussie robił to jeszcze przynajmniej w Eton.
Alku, a cóż za fluid. Właśnie się dowiedziałam – czytając P.G. Wodehousa („Stiff up Lip, Jeeves”), co takiego hodował w słoikach jego przyjaciel Gussie Fink-Nottle.
„Newts”!- czyli, jak sprawdziłam w słowniku, nie znając słowa – traszki!
Pozdrawiam Twoją.
Nini, wydobyliśmy wczoraj spod samochodu traszkę, lazła przed siebie bez przekonania, mam w pobliżu zatrawiony rów z odrobiną wody, zaniosłem ją i posadziłem w sąsiedztwie. Niech kombinuje.
Wracając na chwilę do Syrokomli, ten znany wiersz („Nagrobek…”) przypominał mi się zawsze, gdy czytałem o kłopotach Borhardta na pokładzie „Lwowa”: „Ile kołdunów litewskich, takich porządnych, zje pan na jednym posiedzeniu? -No, ze dwadzieścia. -A ja sto dwadzieścia. I co ja mam robić?”
Alku, dzięki, Adminki się zgłoszą!
Nini, jasne, wszyscy już obudzeni, choć z wzrokiem nieco błędnym, jak to trafnie ujęłaś.
Niektórzy uwijają się jak w ukropie, pewnie gniazdka budują na ostatnią chwilę. A jakie śpiewy już słychać!
Wielkie, wielkie gratulacje Pani Małgosiu, tym większe, że spoźnione!
Spotkanie z DUA przeszło mi koło nosa, strasznie żałowałam, ale tym razem terminy były nie do ruszenia, a parę dni później kolejne – z autorem „Sekretnego życia drzew”.. Na szczęście las poczekał i chętnie przyznaję, że o ile uwielbiam od zawsze, to po lekturze wiadomej nabrałam dlań solidnego respektu. Tym bardziej, że zgotował mi miłe niespodzianki – motyla na klonowych kwiatkach (te lubię szczególnie), zaskrońca umykającego spod nóg – wiadomo, na ścieżce najcieplej! Drzewa w sukienkach z zielonej mgiełki skrywały błękitne kałuże, w których błąkały się kaczki, na rzece nie ujrzałam ani jednej, tylko małe białe chmurki leżały sobie cicho na samym dnie. To mi się wydało dziwne, nurt się przesuwał, widziałam doskonale, a one tkwiły nieruchomo jak zatopione skarby..
W ogródku wykopałam jaszczurkę, miała podobnie błędny wzrok, co żabi król Adminiątka, potem zbudziła się całkiem, a następnie zagrzebała z powrotem.
Ta dziarska wiosna, która chluszcze w okna deszczem albo siecze je gradem chyba chciałaby kogoś jeszcze zbudzić z zimowego snu, ale przecież wszystkie stworzenia żyją już sobie raczej dość intensywnie? A może jednak nie?
Jak to miło, że mamy tu jeszcze jedną żeglarkę, prawda?
Alku (wiad.pryw.) – wpisz tylko swój aktualny ( i niezapchany) adres mailowy, a Adminki się odezwą!
No, no, ciekawa jestem przesyłki!
Ozdobniczko, pięknie dziękuję za pamięć, ale muszę sprostować, bo Atena po morzu żegluje, a ja na nim tylko pracuję
U nas też zimno, ponuro. Miałam dziś trening żeglarski i miało wiać mocno, a nie wiało prawie wcale. Przynajmniej było mi trochę cieplej. Pozdrawiam Atenę i KrzysztO, żeglarzy naszych.
Pędzę dokończyć palemki na jutro i zasiać rzeżuchę.
A my dzisiaj nareszcie poznaliśmy Just i Giorgia! i spędziliśmy przemiłe kilka godzin spacerując razem po Villi Borghese. A przecież gdyby nie TO wirtualne miejsce, w ogóle byśmy o nich nie wiedzieli! Księga łączy ludzi :)
Dziękuję, Zuziu!
U nas bardzo zimno, mokro, szaro. Ale ogród wspaniale zielony!
Tak, bzy i u nas coraz większe – widać już kolory stulonych kwiatków.
Jak ładnie piszesz o biologii w praktyce!
Dzień dobry w ten wspaniały dzień!
Ach, jakaż piękna pogoda, aż się chce śpiewać! Z tej ciszy wnioskuję, że wszyscy w ogrodzie, ja też. Wyrywałam z Mamą mech z jednego miejsca i ekscytowałam się ukazaniem każdej kolejnej dżdżownicy. A Mama tylko przewracała oczami, jej to chyba tak nie zachwycało. Niesamowite, że biologia w szkole, to nudy na pudy, a gdy tylko wyjdzie się na dwór, poczuję trochę słońca, zapachu wiosny i śpiewu ptaków, to człowieka ogarnia wprost niewysłowiona radość. Nie chce się wierzyć, to to samo, czego się uczymy!
Bzy już mają pączki!
No, to już znikam i przesyłam wszystkim gorące uśmiechy!
Dzień dobry!
Jadziu, dziękuję za wiadomość prywatną. Cieszę się, że przeczytałaś „Krystynę” i że zrobiła na Tobie takie wrażenie. Racja: z wiekiem rozumie się ją jeszcze lepiej, słusznie przypuszczasz.
Jeśli chodzi o wizytę u Borejków: cóż, miałam w pamięci raczej życie niż wątki literackie. Tyle mogę wyznać.;)
Pozdrawiam serdecznie!
Mamo Isi, my to oglądamy. Oczyma wyobraźni.
Mazurek różany jest mój ulubiony, ale nie z tego przepisu. Teraz jeszcze widziałam inny pyszny – malinowy z bezą różaną.
Jeśli jest tu ktoś,kto poluje na Rok ogrodnika,to spieszę z nowiną, że jest właśnie aukcja na allegro.
Tak Kokoszko, to lukier.
Miły obrazek Mamo Isi i to patrzenie szkatułkowe – ciekawe bardzo. Ha! A jaki piękny jest świat przez umyte okna! Nadziwić się nie mogę.
Zjadanie przypomniało mi Borchardta.
Gacia Melacia siedzi przyczajona w makutrze na parapecie kuchennym i dzikim wzrokiem pożera liczne stado czyży okupujących karmnik. A ja siedzę sobie na fotelu koło okna i z pełna satysfakcją oglądam całą scenę. Kiedy ptaszki przelatują tuż koło szyby z kociego gardła wydobywa się przyciszone mamrotanie.
Czy to jest już oglądanie szkatułkowe, czy jeszcze musiałby być ktoś, kto by oglądał, jak ja oglądam?
Różowa i biała pomadka to rodzaje lukru, czyż tak?
Oj, tylko proszę się nie kłopotać! ;-)
Przemiłe, Gio. Aż jestem zakłopotana.
Ale pomysł fajny!
Droga Ulubiona Autorko, z uśmiechem (też od ucha do ucha) dziękuję za pokwitowanie i kłaniam się nisko.
GIO!!!!!
O rety!
A więc są rzeczy lepsze od róż!
Dziękuję za przesyłkę i przesyłam uśmiech od ucha do ucha!
A to się cieszę, Nutrio!
Tę książkę znać TRZEBA! Podobnie jak „Klechdy sezamowe”.
A w ogóle, zapomniałam Wam, Ludu Księgi, powiedzieć, że udało mi się w końcu znaleźć ,,Przygody Sindbada Żeglarza” i właśnie skończyłam je czytać!
Sowo P., kalorie to jadalne kwiatki, które baaardzo szybko wchodzą, ale wychodząc z nas nie spieszą się. :-)
U nas wczoraj padał grad. Już po wiośnie, he, he… Kwiecień – plecień, wciąż przeplata – trochę zimy, trochę lata…
À propos dnia wczorajszego: wczoraj Mały Książę obchodził swoje 74 urodziny! Sto lat!
Już biegnę Starosto ! (do tego wpisu ma się rozumieć).
I jeszcze z tej książki dla wszystkich miłośników konfitury różanej taki oto przepis:
MAZUREK RÓŻANY
3 jajka, szklanka cukru, 2 łyżki konfitury z róży, 120g migdałów, 60g tartej bułki.
Utrzeć jajka z cukrem i konfiturą, dodać zmielone migdały i przesianą tartą bułkę, dokładnie wymieszać. Rozciągnąć na blasze wyłożonej papierem nasmarowanym masłem, wstawić na kilka minut do ciepłego piekarnika (przy czym wg kuchni staropolskiej ciepły piekarnik to 170 -180 stopni) i lekko upiec, po czym wyjąć i zwilżyć go lekko wodą. Polukrować mazurek różową pomadką, zrobić kratkę z pomadki białej i przybrać konfiturami z agrestu lub porzeczek.
A ten z kołdunami i udem baranim to adresat wiersza ” Nagrobek obywatelowi” – oczywiście Syrokomli. Się pamięta.
Piętaszku, zapraszam do wpisu „Niedziela Palmowa” marzec 2015.:)
Władysław Syrokomla często jest w tej książeczce cytowany, bowiem napisał on dzieło pt. ” Dni pokuty i Zmartwychwstania” i z tego właśnie dzieła pochodzi ten cytat:
” Otóż Wierzbna, otóż Kwietna
zawitała nam Niedziela…
Do świątyni gronem wszystkiem
Idą młodzi, idą starzy,
Różdżkę wierzby z młodym listkiem
Niosą święcić do ołtarzy…”
O! Udało mi się kupić w sieci niesolone pistacje. Bez trudu.
Mają – jak czytam – dziwnie mało kalorii. Hm.
Piętaszku, „zjadł na śniadanie udo baranie i witych w cieście kołdunów dwieście”. Uczyliśmy się tego w liceum na pamięć, u prof. Latawca. Utkwiło w pamięci. Chyba to Syrokomla, ale tego nie pamiętam akurat – muszę sprawdzić.
Tak się odżywiając, nasz dawny rodak mógł śmiało zakrzyknąć: ” Silniejszy jestem! Cięższą podajcie mi zbroję!”
Dzień dobry. Słów kilka o kaloriach: ” Staropolskie posty były jednak bardzo ważne: gdyby nie dobroczynny ich wpływ, ówcześni Polacy zniszczyliby sobie doszczętnie zdrowie ciężką, korzenną i tłustą kuchnią z przewagą mięsa, ignorującą prawie zupełnie jarzyny i surówki. Bo dziś trudno nam sobie nawet wyobrazić człowieka, który – jak sławny żarłok, Bohdan u dworu Bazylego, księcia Ostrogskiego – na śniadanie zjadał:
Ćwiartkę skopowiny, gęś, parę kapłonów, pieczeń wołową, ser, 3 bochenki chleba, 2 garnce miodu; na obiad: 12 sztuk mięsa – cielęciny, baraniny, wieprzowiny niemało, kapłona, gęś, prosię, 3 pieczenie – wołową, baranią, cielęcą, wina i miodu 4 garnce, prócz gorzałki. Wieczerzy nie opuszczał…”
Z książeczki Hanny Szymanderskiej ” Polska Wielkanoc . Tradycje i przepisy”.
I my mówimy o kaloriach ? Jakich kaloriach ?
Biała czekolada jest tak słodka, że ja bym już do niej cukru nie dodawała. Pozdrawiam wszystkich z Watykanu!
(Zapomniałam jeszcze wspomnieć o maśle). Kalorie? A co to są kalorie? Jakieś jadalne kwiatki?
Dzięki, Sowo. Czy powiedziano też coś na temat kalorii? Tak się tylko zastanawiam.
Zawsze przecież mogę upiec i nie jeść. Od czegóż się ma rodzinę!
Na blogu desernik jest przepis na mazurek pistacjowy. W kremie są mielone pistacje i migdały, śmietanka, biała czekolada, cukier i oliwa.
Uhm, dzięki. Się poeksperymentuje.
Właściwie to, co napisałam wcześniej, jest już pełnym przepisem, ponieważ krem kupuję, nie robię go samodzielnie (chociaż można poeksperymentować z białą czekoladą i pistacjami, oczywiście bez soli, zmielonymi na proszek). Będąc w Polsce nabywałam go w Pijalni Czekolady Wedla, w Poznaniu są trzy takie lokale ;) Z kolei posypkę jest dość łatwo dostać we Włoszech, ważne jest to, żeby pistacje były tylko lekko rozdrobnione, dzięki czemu kolor pozostaje intensywnie zielony.
A kruche ciasto jak do innych mazurków.
Casciolino też upraszam się o przepis, tylko skąd wziąć niesolone pistacje? Poszukam w internetach.
A czego dotyczą te zasady, Mamo Isi? Niejedzenia kwiatów czy cukru? Jeśli chodzi o to drugie, w słoiczku jest go może łyżeczka, mogę zrobić też z ksylitolem. Ale chyba i tak nic z tego nie będzie, patrzyłam przed chwilą na trawnik i dostrzegłam tylko jednego fiołka.
Casciolino, wiem coś o tym. Moja rodzina zwykła smażyć cebulę o świcie albo doprawiać gotujący się bigos o drugiej w nocy.
Casciolino, raz jeszcze wielkie brawa!
A co do mazurków: dałabyś przepisik na ten pistacjowy? Wygląda na pyszny!
Doczytałam się w necie; to była 26 -letnia pianistka, która regularnie ćwiczyła 9-13, 14-18. I sąsiadka, której to przeszkadzało; załatwiła sobie zaświadczenie o chorobie psychicznej, której się wskutek tego rzekomo nabawiła.
Kuriozalny jest wyrok: ileś lat więzienia dla pianistki. Prokurator wnosił nawet o 3-letni zakaz grania w ogóle.
Wygląda na to, ze w Hiszpanii sądy są tak samo niezależne od myślenia, jak u nas.
Te Morsy potem podobno nie przeziębiają się. Syn swego czasu należał do ich grupy i to tych twardszych, co to kąpali się o świcie, a nie piecuchów, co to włazili do wody w samo południe. Rzeczywiście nie przeziębia się. Nie wiem, jak wyglądali po wyjściu z wody, bo ja o świcie nie oglądam zjawisk, tylko śpię.
Mrozoodporna przyjaciółka też się nie przeziębia.
Trudno. To ja już wolę się przeziębiać.
Mamo Isi, koncert odbył się w Audytorium im. Ennio Morricone na rzymskim Uniwersytecie Tor Vergata. To ta okolica pod miastem, gdzie odbyły się pierwsze Światowe Dni Młodzieży.
Sowo P., och, dobrze rozumiem to „zapachowe molestowanie”. Odór podsmażanego czosnku o siódmej rano nie należy do przyjemności, a są osoby, które o tak wczesnej porze rozpoczynają produkcję sosu do makaronu.
Za to co do przyjemnego zapachu fiołków, czy dobrze pamiętam, że towarzyszył pojawianiu się ojca Pio? Święty ten miał dar bilokacji i osoby, które tego doświadczyły, wspominały właśnie o kwiatowym zapachu.
Ja też planuję już wielkanocne wypieki! To jest to, co tygryski lubią najbardziej. Na pewno pojawi się pascha, a mazurek będzie prawdopodobnie pistacjowy (na kruche ciasto wykładam krem pistacjowy z białej czekolady i posypuję zmielonymi niesolonymi pistacjami, co tworzy efekt zielonej trawki) oraz cytrynowy (bo uwielbiam lemon curd).
Mamo Isi, donoszę, że w pobliskim nam jeziorze każdej zimy kąpią się tak zwane Morsy, czyli grupka (kilkuosobowa) miłośników moczenia się w przeręblach. Jest i drżący starszy pan wśród nich!- a jedyna w tym gronie młoda panna ma po wyjściu z lodowatej wody skórę czerwono – fioletową, w cętki, na twarzy zaś jest całkowicie sina. Ja nie wiem, czy to jest zdrowe.
Chyba natura jednak sama wskazuje, że zimno nam nie służy.
A może ta dama ćwiczyła do upojenia gamy i pasaże? A na okrasę dawała z uporem godnym lepszej sprawy Eine Kleine Nachtmusik? Czy w tym artykule nie było jakichś szczegółów w temacie owego nękania?
Sowo P., Ty mnie demoralizujesz! I gdzie znajdą się moje zasady, jeśli je będziesz wodzić na pokuszenie słoiczkiem fiołkowej konfitury?
Nie, nie, to niezależne od płci. Jedną z mrozoodpornych istot jest przemiła pani mniej więcej w moim wieku. Potrafi ona spędzić mroźnego Sylwestra w namiociku na Jezioraku.
Dzień dobry:)
U nas jest też lodowato, choć to na drugim końcu Polski.
Konstatuję, że cierpię na syndrom służącej (w związku z tym kolanem). Parę razy spuchło mi kolano w nieuzasadniony sposób. Pani doktor powiedziała, że objawy są klasyczne (wymieniła wszystkie w języku łacińskim, ale boję się powtórzyć, bo może przekręcę) i wykluczyła wszystkie choroby, jakie podejrzewała. Następnym razem powiem jej, że to housemaid’s knee. Po co ma się biedzić nad diagnozą.
Grubszą skórę mają, znaczy się…ci mężczyźni. Co do pań ubolewam, że tak i to bardzo.
Bez uogólnień, prosimy. Niektóre panie są tak gruboskórne, że mężczyźni bledną.
Bo mężczyźni Mamo Isi są z reguły bardziej „gruboskórni” .
Etiudą Rewolucyjną z potknięciami.
Albo z jednym potknięciem, ale zawsze w tym samym miejscu.
Yyyh!
Może nękała ich Etiudą Rewolucyjną.
Mamo Isi, jeśli uda mi się zebrać jeszcze dwie szklanki fiołków, zachowam jeden słoiczek konfitury dla Ciebie. Zobaczysz, że się ostatecznie poddasz.
Mozartem na przykład. Też bym lubiła.
Warunek: dobre wykonanie.
„nękała sąsiadów grą na fortepianie”. Ech, ci ludzie, co jednemu miód, to drugiemu trucizna.
Nie mogła tak kobiecina nas ponękać?
Piętaszku, znam parę takich mrozoodpornych osób i zawsze się zastanawiam, skąd im się ta mrozoodporność wzięła? Czy oni aby nie kosmici? Ja tam marznę na sam widok mgły (przez okno).
No dobrze, Sowo P., jeszcze chwilkę powydaję kilka okrzyków, a potem przestanę. Szczególnie, że konfiturę różaną sama robię, do czego się przyznaję bijąc w piersi.
Z mazurków, oprócz fiołkowego mazurka Chopina, będę robić pomarańczowy. Podoba mi się jeszcze wypatrzony w Internecie mazurek „figa z makiem”.
Mamo Isi, nie przesadzaj! Po pierwsze, ja ich nie smażyłam, tylko zagotowałam. Po wtóre, tak samo wytwarza się konfiturę różaną, czy jej także mówisz stanowcze nie? Po trzecie, po pierwszym zbiorze fiołków (zebrałam wszystkie rozwinięte kwiatki), dwa dni później miałam ich w ogrodzie dwa razy tyle, po kolejnym zbiorze znowuż zakwitły w ogromnej liczbie, kto wie, czy po trzecim zbiorze nie zakwitną jeszcze. Sąsiedzi też mają ich całe łany, zapachu mi nie brak! Wreszcie, za parę dni po fiołkach nie będzie ani śladu, a ja będę się rozkoszować ich aromatem jeszcze w zimie. Dopiero w tym roku mam wrażenie, że w pełni wykorzystałam potencjał tego pięknego kwiatka, że udało mi się zatrzymać na dłużej jego ulotność!
O, Sowo szczęśliwa wśród wonnych fiołków! Nasze musiały być te leśne-nie pachniały w ogóle.
Mamo Isi wiem, wiem, chodziło mi o fantazję w dobieraniu nazw chorób teraz jest moda na takie bardziej techniczne, choć bardziej precyzyjne. Łokieć tenisisty brzmi lepiej niż zapalenie nadkłykcia bocznego kości ramiennej. Choć obecnie najczęściej chorują na to informatycy, hehe. Tak czy inaczej współczuję łokciowi. Zakład ze sobą wygrałam, teraz czas poszukać przepisu na mazurka. Literaturek ostatnio coś słabo mi wyszedł niestety. Możliwe, że poprzestanę na serniku.
Co do zapachu fiołków, tych małych, ślicznych kwiatuszków o intrygującym zapachu, to gdzieś dawno czytałam , że one wysyłają ten swój zapach falami (proszę zwrócić uwagę, że kiedy długo wąchamy fiołki, to przestajemy je czuć) i że to ma jakieś uzasadnienie, ale nie pamiętam jakie. Może ktoś wie? Nie mogę znaleźć żadnej informacji na ten temat.
Mamo Isi, M. zahartowany, wręcz lubi zimno, a śnieżna zima to jego ulubiona pora roku !
Jas, potwierdzam Twoje spostrzeżenie. żadna farbka nie dorówna barwom prawdziwych fiołków.
W związku z tym zrezygnowałam właśnie dziś z namalowania fiołkowej dekoracji na wpis w Niedzielę Palmową. Zrobiłam coś innego, a co – to się niebawem okaże.
Dokładnie tak, KokoszaNelko :
„I plodded conscientiously through the twenty-six letters, and the only malady I could conclude I had not got was housemaid’s knee.
I felt rather hurt about this at first; it seemed somehow to be a sort of slight. Why hadn’t I got housemaid’s knee? Why this invidious reservation?”
Pozdrawiam najgoręcej.
Dobrego dnia.
Casciolino, gratulacje! Byłam z Tobą myślami w porze koncertu.
Mam nadzieję, ze uda nam się spotkać w niedzielę i pogoda dopisze.
Miłego dnia DUA I Księgowym!
„Nękanie sąsiadów zapachem smażenia i gotowania to forma podlegającego karze „molestowania zapachowego” – uznał Sąd Najwyższy Włoch. Po raz pierwszy w tym kraju zapadł wyrok w sprawie kuchennych zapachów” (znalezione na stronie Gościa N).
Parę lat temu skazano w Madrycie kobietę, która nękała sąsiadów grą na fortepianie…
Pozdrawiam serdecznie :) Nawet na tę chwilę, kiedy czytam wpis o wiośnie słońce wyjrzało zza chmur! Ale mimo mniej słonecznej pogody dziś, uważam, że wiosna w pełni, jak zwykle nie zdążyłam zauważyć kiedy się te drzewa i krzewy zazieleniły, nagle już tyle zieleni wokół.
A „Trzech panów w łódce” w oryginale bardzo polecam, świetna lektura!
aniu.g dziękuję za wycieczkowy trop.
Nasze fiołki mają niesamowity kolor, żadna farbka temu nie dorówna, chyba, że kilka farbek, ale będzie to trochę inne.
Ja oczywiście szperam w moim ulubionym angielskim, najstarszym ogrodzie Oxford Botanic Garden, co ma zresztą średniowieczny układ i taki miły klimat. Znalazłam listę roślin. Mają tam też ładny stawek, podobne do naszego, tylko inne rośliny. Mamo Isi ten ogród oczywiście należy do: National Council for the Conservation of Plants and Gardens. Ogród powstał w XVII w, a gdzie nasze ogrody z tamtego okresu? pewnie gdzieś są plany. Żeby choć zachowały się lilie. Czasami można znaleźć resztki starych założeń parkowych.
Są różne gatunki fiołków, nie wszystkie pachną. Leśne nie pachną. Na zapach ma też wpływ słońce, te rosnące w cieniu pachną słabiej. To musi być viola odorata, mocno fioletowa i pachnąca. Pachnie po zerwaniu, przy obieraniu i w gotowaniu. Pachnie konfitura i garnek po umyciu, lodówka (trzymałam je tam przed obraniem) i cała kuchnia. Natomiast smak nie jest całkiem zbieżny z zapachem, jest jakby lekko owocowy? Bardzo przyjemny. Ale aromat zachowuje w pełni. Na święta planuję wypieki z udziałem konfitury, dam znać, czy nie zginie w cieście.
Sowo P., smażenie fiołków wydaje mi się zajęciem okrutnym. Biedactwa. Nasze kolejarskie nie wobec smażenia fiołków! Cały naród z fiołkami! Etc.
Zgredziku,jako nieletnie dziecię przekopywałam się przez domową Małą Encyklopedię Zdrowia i też jakoś te opisy opatrzone nieczytelnymi ilustracjami mnie nie urzekły na tyle, żeby się od razu identyfikować.
KkoszaNel, kciuk łowczego, łokieć tenisisty, złamanie boksera, złamanie kopacza gliny, czy też kolano służącej, to nie żadna fantazja dawnych lekarzy, tylko choroby zawodowe przypisane do tych właśnie zajęć.
Teraz już wiem, skąd mi się wziął łokieć służącej”! Sama w ramach opieki nad Mamą dorobiłam się łokcia tenisisty, ale przecież nie przy tenisie go się dorobiłam. No to wyszedł mi łokieć służącej;)
Piętaszku, nie ma czego zazdrościć. Zimno jest jak w psiarni i biedny małżonek ze spacerku wrócił zapewne w stanie kompletnie zamarzniętym. Niczego bardziej zimnego niż lodowata mgła nie wymyślono.
Casciolino, tak się cieszę, że wszystko poszło dobrze! A właściwie gdzie odbył się Twój koncert?
„Trzech panów w łódce” czytałam dawno temu i w oryginale, żeby nic ze smaku nie utracić;)
Sama nie wiem czemu housemaid’s knee zmieniło mi się na łokieć służącej.
„I came to typhoid fever—read the symptoms—discovered that I had typhoid fever, must have had it for months without knowing it—wondered what else I had got; turned up St. Vitus’s Dance—found, as I expected, that I had that too,—began to get interested in my case, and determined to sift it to the bottom, and so started alphabetically—read up ague, and learnt that I was sickening for it, and that the acute stage would commence in about another fortnight. Bright’s disease, I was relieved to find, I had only in a modified form, and, so far as that was concerned, I might live for years. Cholera I had, with severe complications; and diphtheria I seemed to have been born with. I plodded conscientiously through the twenty-six letters, and the only malady I could conclude I had not got was housemaid’s knee.”