Antyczne rytuały!

śnieg

 

„To fascynujące, że w XXI wieku ciągle są powtarzane antyczne rytuały!” – napisała wczoraj w Księdze Gości nasza KC Casciolina, mając na myśli ceremonie i obyczaje pogrzebowe.

Tak, fascynujące, choć wcale nie dziwne. Przyczyna jest oczywista. Ludzie przecież wciąż tak samo reagują na śmierć swoich bliskich: po prostu nie mogą się z nimi rozstać. Stąd powtarzalność niektórych zachowań i rytuałów, przez całe tysiąclecia takich samych.

Ale niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego ludzkość od stuleci tak figlarnie reaguje na opady śniegu? Kto pierwszy i kiedy wpadł na to, że można, a wręcz należy, rzucać śnieżkami w bliźnich?

Są całkiem wczesne świadectwa, proszę bardzo: już około roku 1400 (kawał czasu! niewiele później u nas będzie bitwa pod Grunwaldem!) malarz Venceslao (czyżby nasz brat Czech?) ozdobił ściany zamku Buonconsiglio (Trento, Włochy) licznymi i pięknymi freskami, między innymi takimi, które dokumentują jego (zamku) życie codzienne. Fresk, który widzicie, przedstawia Waszą ulubioną zabawę na śniegu.

A on chyba świeżo spadł! Krzewy są jeszcze zielone, na drzewach pełno liści. Pierwszy śnieg! – wszyscy wyszli go podziwiać, wydekoltowane damy w aksamitach i panowie w szatach z długimi i szerokimi rękawami. I dalejże! Zapomnieli o swym dostojeństwie i bawią się jak dzieci!

Ciekawe, prawda?

Kto ulepił pierwszą w historii śniegową kulę?

I co właściwie nim powodowało?

Jeśli ktoś coś wie na ten temat, niech szybko powie!

Uściski!

MM

 

PS Ale bałwanka nie ulepili!

 

215 przemyśleń nt. „Antyczne rytuały!

  1. Ojej, ojej, wprowadziłam Was w błąd, przepraszam.
    Owszem, „byłam” w Togo, ale tylko duchem i myślą, na sobocie misyjnej, o której wspomniałam gdzieś tutaj. Zahaczyłam też o Madagaskar, choć to było nie po drodze i odtańczyłam taniec wprost z tej wyspy. Różne dziwy się zdarzają, bo nawet ten ojciec z Togo, który jest teraz w Polsce miał znaleźć się na misjach w Ameryce Południowej. Ot, też tak troszeczkę zabłądził. I było barrrdzo, bardzo ciepło! W sercu, i w ogóle, bo tam dobrzy ludzie stałymi bywalcami. Zaglądnijcie, jeśli będziecie przejazdem w Lublinie, z różnych zakątków przybywają osoby.
    Przesyłam ciepłe uściski i uśmiech z błyskiem w oku! Lelo esengo, dziś radość : )

  2. Dzień dobry przed nowym wpisem!
    Elżbieto, witam cię mile.

    Alku, nie, kometa była nad nami około czwartej nad ranem. Spać poszłam.
    Ale może ktoś czuwał?

  3. Witajcie, DUA i Ludu Księgi!
    Serdecznie Was pozdrawiam w ten słoneczny dzień!
    Ponieważ ja z tych, co zimę wolą podziwiać na obrazkach, to wlazłam pod regał i grzeję się Waszymi pogwarkami, jak również inspiruję częstymi polecankami, a za to wszystko bardzo Wam dziękuję.
    O, tak, DUA, KrzysztO pięknie to wyjaśnił. Dzięki, KrzysztOfie!

  4. Dzień dobry, UA. Ja nie widziałem. A co, mamy jakąś w niebieskim rozkładzie jazdy na dzisiaj?

  5. Dzień dobry!
    Madziu (wiad.pryw.) pilnuj zdrowia!
    Krzysztofie, Twój wpis powstał o 04.01, jak informuje mnie komputer. Naszego, nie Twojego, czasu.
    Co do toksyn: wyjaśniłeś to z głębią.

    Czy ktoś może widział kometę?

  6. Myślę jeszcze o zwierzętach w Jeżycjadzie. Były myszy u Bobcia, węgorze w Czaplinku („te przeklęte po stokroć ryby”, pisała Gabrysia), a wszystko zaczęło się od kury („Małomówny…). Ale teraz zwierzęta wychodzą na plan bliższy (przepraszam za niefachową terminologię, dawno nie uzupełniałam wiedzy polonistycznej).

  7. Zgredzie, skoro toksyna, aby zaszkodzić, musi pasować do organizmu, który psuje, to jeśli umysłowość człowieka opiera się na określonych wartościach, wówczas argumenty spoza tychże go nie zepsują. Co wiele wyjaśnia.
    A gdyby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić.

  8. Zamiokulkas… Jak to mawiał bohater Buszkowa: ciekawie dziewki tańczą… Dobranoc tym, co jeszcze nie śpią.

  9. Piękne śnieżne zaspy skrzące się w świetle księżyca w pełni, w dzień błyszczące, migoczące milionami świetlnych refleksów pola, skrzypiący rozkosznie pod nogami śnieg i wyczarowane przez dzieci śnieżne figury przy otulonych białym puchem domach… Ach! Dobrze jest jednak mieszkać na podlaskiej ziemi.
    Dzisiaj usłyszałam, że na moim podwórku jest jak w Narnii.
    Dzielę się z Wami tą piękną stroną zimy i serdecznie pozdrawiam.
    Dobranoc

  10. Wiolu M. czy ja dobrze widzę, do Togo ?! A cóż to za megaegzotyczna podróż w środku zimy, zdradź nam proszę jeżeli jeszcze nie śpisz, ale pewnie się spóźniłam z tym pytaniem.

  11. Dobranoc, Ozdobniczko! Miło, że się pokazałaś!
    A nie zapomnij popatrzeć dziś na księżyc!

  12. Szkoda, że bałwanka nie ulepili. Ale dobrze im tak było, śnieg mieli. U mnie gdy wyjdę na podwórko widzę żółtą trawę. Ale może i ona ma swój urok? Taki… Zimowy? :)
    Dobranoc wszystkim
    Ozdobniczka :)

  13. Przebóg! Aż sprawdziłam, Sowo, czy nie zmyślasz dla uciechy. Ale nie! Jest zamiokulkas, nawet po łacinie tak brzmi!
    „Zamioculcas zamiifolia (Lodd.) Engl.) – gatunek wieloletnich roślin zielnych z monotypowego rodzaju zamiokulkas (Zamioculcas) ”

    Czego to ludzie z głodu nie wymyślą.

  14. Podejźrzonk księżycowy z rodziny nasięźrzałowatych? Mnie bawi modna ostatnio roślina supermarketowa – zamiokulkas zamiolistny.
    Czytałam kiedyś w Internecie, że Linneusz nadał nazwę jakiejś ropusze od nazwiska nielubianego kolegi, ale może to tylko legenda miejska.

  15. Sondelańciu, ja bym powiedziała, że z prawego brzegu go bierze, ale nie jestem pewna, bo mam trzy obrazy (nie wiem, które okulary włożyć dla PT Księżyca).
    Zobaczymy, co będzie dalej.

  16. Ach, Lato Leśnych Ludzi!- Czas sobie przypomnieć.
    Jaka miła była ta dawna Polska, co?

    Nini, dzięki za wieści, śpij smacznie i ciepło.

  17. Zdaje się, że do rana będzie śnieżny.. a w innym źródle podali, że początek przed północą, ale rozumiem, że skoro śnieżny, to pora nie ma znaczenia?
    Kometa w okolicach 4..
    Napodziwiawszy się pełni na zamarzniętym przystanku oddalam się, życząc dobrej nocy!

  18. Dobry pozny wieczor,
    Alku, to Lato lesnych ludzi. Ale Zuraw tam cytuje – czy nie A.M.?
    Ksiezyc widac pieknie, ale zacmienie jakies malo wyrazne. Nie mozemy sie zgodzic z Sondelankiem, czy kawalka brakuje po prawej, czy moze po lewej stronie…
    Dobrej nocy ze sniezna pelnia :)

  19. Uwaga: najwyższy czas na zaćmionko półcieniowe.
    A tu nic.
    Jestem zawiedziona jak dziecko. Kto by pomyślał! Z powodu, że śnieżny Księżyc nadal świeci!
    Ech, nie dogodzisz.

    Alku, a nie pamiętam kwiatka tego.

    Zgredziku, za dużo nie przeglądaj. Czasopisma się w XXI w. popsuły.

  20. Chciałem się podzielić pewnym znaleziskiem.
    Przeglądałem stronę internetową pewnego czasopisma, które bądź co bądź można kupić w kiosku.
    (Uwaga drobnym drukiem: ale chyba nie na wsi).
    Trafiłem na śródtytuł: „Through a pair of glasses, virtually”.
    I doznałem uczucia pewnej wspólnoty z autorem i pewnie mniejszą częścią czytelników.

  21. A to kto pamięta: „Kwiat pewny, zwany trepkiem królewny. Kwiat nie większy od lilii polnej”?

  22. Tak, tak, sporo tych nazw to polskie polne storczyki.

    Co do Księżyca – poczytałam. Aha! On dlatego był dziś taki różowy, bo wzeszedł 30 min. przed zachodem słońca! A niebo dziś bez jednej chmurki i zachód był kolorowy.
    Komety gołym okiem raczej nie ujrzymy. Dobrze byłoby mieć teleskop.

  23. To też mówię, że nie wyszło. :)
    Do Togo? Och.
    Dzień był pełen wrażeń, a nawet emocji. Posłuchałam sobie Kabaretu Starszych Panów „Już czas na sen”, a wieczornej polecanki Sowy wysłucham jutro. :)

  24. Książka dla ssaków?
    To może być ciekawe.

    A z tą kawią, to odnotowałem to już parę (5?) lat temu.
    Już wtedy szkodzili.

  25. Jeszcze o nazwach: dla potrzeb scrabble’a wypisałam sobie z albumiku o roślinach naszych lasów i pól następujące smaczne nazwy:
    bartsja, bażyna, bniec, dziwło, głodek, gołek, gnidosz, gółka, obuwik, soliród, świdwa, tajęża, urdzik, wilżyna, żłobik.
    I już je przyswoiłam na pamięć. Będzie jak znalazł.

  26. Witam, Ksiegowi! Wracajac dzis wieczorem do domu ujrzalam piekny, wielki ksiezyc i pomyslalam o Was.

    Widze, ze rozmawiano tu o przedszkolach. Jako dziecko mialam traume z powodu przedszkola, ale moje Dzieci maja wspaniale doswiadczenia. Zaczely chodzic do przedszkola stopniowo, najpierw spedzaly tam niewiele czasu, potem coraz wiecej i cala Trojka bardzo je lubila (Jacopo nadal lubi – do szkoly pojdzie we wrzesniu). Wloskie przedszkola oceniam bardzo pozytywnie, sa takie naturalne, malo schematyczne, wesole. (Moje wspomnienia z dziecinstwa sa nieco inne, dlatego mialam dlugo opory przed poslaniem tam mojej pierwszej Pociechy – a Daniel poczul sie w przedszkolu jak ryba w wodzie).

    Co do metody M. Montessori – tez mam mieszane uczucia (zwlaszcza odkad przeczytalam, ze swe pierwsze dziecko oddala do adopcji). Znam kilka osob, ktore posylaja dzieci do przedszkoli Montessori w Rzymie i sa bardzo zadowoleni. Ale moje Dzieci nigdy do takich nie chodzily.

  27. O, Zgredziku, dzięki za wyjaśnienia. To bardzo ciekawe! Te odporności.

    Alku, to chyba rzeczywiście jest bestia.
    Knieć błotna – tylko do wyrzucenia. Podobnie kawia.
    Duszek wilgotny przynajmniej ma w sobie jakieś, o dziwo, ciepło.
    A wszystko to muszą przyswajać młode umysły.

    Anette, tak jest, księżyc wschodził dziś na różowo! I syn, i mąż, prawie równocześnie, zadzwonili do mnie z drogi, żądając, bym natychmiast obejrzała to cudo. Ale wschodzącego z okna nie widzę, z ogrodu tym bardziej (wysokie drzewa). Dopiero kiedy wylazł wyżej, ujrzałam, jaki jest jasny. A jego blask odbijał się ostro, biało, w pokrytej lodem ścieżce ogrodowej!
    Dzięki za wiadomość o półcieniowym zaćmieniu (o której?) i komecie. Nie wiedziałam!

  28. Babciu Isiątek, nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że odporność na taksynę nie jest tak zdumiewająca. To jest dość skomplikowany związek chemiczny, w porównaniu np. z arszenikiem, cyjankiem, czy nawet alkoholem etylowym lub nikotyną. Żeby taki skomplikowany związek zaszkodził, musi dość dobrze pasować do mechanizmu, który psuje. I pewnie odporność polega na takim zmodyfikowaniu tego mechanizmu, że trucizna już nie pasuje do niego.
    Kiedyś w zoo w Oliwie pan oprowadzający powiedział nam przy dzikach, że mają one odporność na jad węży (pewnie lokalnych) i grzyby trujące. A ja na przykład też bywam odporny. Na przykład na argumenty.

  29. Dziś na niebie cuda! Pełnia Śnieżnego Księżyca (widzę ją!, tak podobno Amerykanie nazwali pełnię przypadającą na miesiąc luty), potem półcieniowe zaćmienie Księżyca, a nad ranem Ziemię ma minąć kometa!

  30. Co do wymyślania nazw roślin i zwierząt, niestety język polski ma z tym problemy. Jest stosunkowo mało nazw z długą tradycją historyczną, a za to jest dużo fantazji profesorskiej z jakichś okropnych czasów, kiedy było mało słuchu językowego, a dużo jakiejś dziwnej słowianomanii. W efekcie często nazwy potoczne są ładniejsze od nazw oficjalnych. Porównajmy kaczeńca i knieć błotną. Noż c’mon… Za udane uważam glony (profesor Rostafiński zdaje się to wymyślił), chociaż przemysł kosmetyczny za nic nie wierzy w to słowo i upiera się przy „algach”.

    Ale ostatnio mieliśmy nowy atak gazowy bestii apokaliptycznej nazewniczej, i dwóch moich kolegów wydało książkę z nową, ich zdaniem super-nomenklaturą zoologiczną (dla ssaków). Ponieważ jeden z nich jest ważnym profesorem, nomenklatura zaczęła być stosowana, mimo że nie jest obowiązkowa (nie ogłosiła jej komisja nomenklatury PAN). W efekcie nie mamy teraz świnki morskiej, tylko kawię domową, a zamiast amerykańskiej norki jest amerykański wizon. A co to jest duszek wilgotny, to nie mam pojęcia, ale to podobno jakiś nietoperz. Niektórych nie powinno się uczyć alfabetu…

  31. Magdo Z. (mon Dieu, czy ja forumuję?), zauważyłem naturalnie Twoje „prawie”.
    I dlatego użyłem trybu warunkowego.
    Po korekcie.
    Ironia by była, gdyby nie było „prawie”.

  32. Tyle tu się dzieje, u mnie też się coś tam każdego dnia dzieje, bodźców dużo, że już nie staram się zebrać myśli, a jednak chciałam zostawić jakiś ślad swojej obecności.
    Z rozmarzonym uśmiechem na twarzy, z płynącymi w głowie słowami („A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie…”) zostawiam Was, dociekliwi, mądrzy ludzie, gawędźcie sobie miło. Ja wybywam jutro do Togo, muszę się przygotować.

  33. Ależ ta mało widoczna pani została chyba przysypana śnieżkami (nie otrzepywała się wystarczająco szybko i tak zostało)?
    Mnie czytano „Fraszki na ptaszki” i gila stamtąd zapamiętanego spotkałam dziś w lesie, jak zoczyła go sójka, dalejże sprawdzać, co znalazł! Odleciała z furkotem. I sikorki, wszędzie. Zimno okrutnie, a ptaki śpiewają tak wiosennie! Ptasie radio w naturze.

  34. Zwierzęta w Jeżycjadzie są moim zdaniem na swoim miejscu.
    Na przykład mysz Bobcia.
    Hmm, w Lago di Bracciano to nawet pływałem. Zimna woda, choć maj.
    Uff, Magdo, dziecko, które o Abrahamie wiedziałoby wszystko, nie byłoby już dzieckiem, niestety.
    Mi czytano „Proszę słonia”. Po pewnym czasie protestowałem przy opuszczeniach.
    Tam było o witaminach. To może stąd ta skłonność do chemii organicznej?

  35. Dla człowieka cis jest trujący w całości poza czerwoną osnówką. Znane były przypadki śmiertelnego zatrucia dzieci, które smażyły sobie kiełbaski nadziane na cisowe patyki.
    Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, jakim cudem sarny są odporne na taksynę?

  36. Koniecznie, Mamo Isi.
    Aha, to jagódki cisu są podobno trujące.

    Madziu (wiad.pryw.)- zauważyłam pomyłkę.

  37. Stwierdzam u siebie bezustanne braki w wykształceniu. Całe życie uważałam, że cis jest trujący dla wszystkich. Okazuje się, ze bynajmniej. Sarenki obżerają się nim bez żadnych skutków ubocznych.
    Rezerwat Cisowy wpisuję na listę miejsc, które nawiedzę, jak znajdę wolną chwilę.

  38. Leopold Mozart – „Die Musikalische Schlittenfahrt”.

    Urocze divertimento, aż się zima zaczyna podobać, jak się tego słucha („tup, tup, tup na śniegu, dzyń, dzyń, dzyń na sankach, skrzyp, skrzyp, skrzyp na mrozie, lepimy bałwanka!”).

  39. Co do modrzewi i drzew wszelkiej maści – wracając dziś z pracy, podziwiając wspaniały żółty księżyc i bezchmurne (w końcu!) wieczorne niebo pomyślałam, że jak dobrze, że mam w swoim sąsiedztwie drzewa. Mieszkam przy rynku kilkutysięcznego miasteczka, obok kościoła i właśnie wokół kościoła rosną wysokie stare lipy, a za oknem mam rynek z ogromnym, niemal stuletnim dębem. Po lekturze „Sekretnego życia drzew” lubię drzewa jeszcze bardziej.

  40. Mój dom też jest częściowo drewniany, w części przedwojennej, a w starym, blaszanym dachu zostało jeszcze parę dziur po kulach niemieckich lub ruskich (lub jednych i drugich). Podobno. Muszę się dowiedzieć z jakiego drewna go zbudowano.
    Natomiast Starosta mnie natchnął. Koło domu rośnie mnóstwo modrzewi, nieco już przerośniętych, i świerków, świetny budulec. Kiedy już „pieniądze przyjdą same” jak mi DUA napisała pocieszająco w wiadomości drugiego dnia pierwszej pracy (i dotychczasowej), to może uda mi się skorzystać. Mogłyby już nadejść, akurat by się przydały, cienko przędę. Ale nie tracę nadziei, bo słowa Pani Małgosi traktuję serio, jakoś mi się dotychczas sprawdzają:) To idę na obiadek, bo dopiero dotarłam do komputera domowego.
    Aha, szkolenie było świetne.
    Powinna Pani sama to zobaczyć, naprawdę Panią namawiam. Ta huta robi wrażenie. Oprowadzał nas pracownik huty, technolog, który przepracował tam 44 lata. Nie dość, że się zna, to jeszcze ma talent gawędziarski. I Panią też by oprowadził. :)

  41. Ach, i to jest Nocek łydkowłosy!
    Jak ładnie.
    Moja znajoma, profesor Akademii Rolniczej, zapewnia, że te wszystkie śmieszne nazwy zwierząt i roślin a także mikroorganizmów, wymyślają naukowcy na niepoważnych zebrankach przy winie, licytując się, kto wymyśli najśmieszniejszą.

  42. I właśnie w tej leśniczówce znajduje sie kolonia szczególnie rzadkiego gatunku nietoperza (Myotis dasycneme)i

  43. A co to ja niby w Borach Tucholskich nie byłem? :-) A w jednej z leśniczówek mieszka moja przyjaciółka, jedna z osób, z którymi leciałem w przepaść.

  44. Blanko, też, niestety, nie mogę znaleźć Dźwięków muzyki z lektorem, ale jest z napisami na cda. To jest taki genialny film!

    U nas w końcu ferie! Chociaż bardziej przypominają mi przerwę wielkanocną. Jest błękitne niebo, słońce i ptaki przepięknie śpiewają. Na robienie bałwana, czy rzucanie śnieżkami nawet nie ma co liczyć.

  45. Mamo Isi, nie masz daleko, zajedź kiedyś do rezerwatu cisów w Borach Tucholskich. Tak zwane uroczysko. Teraz jest to Rezerwat przyrody Cisy Staropolskie im. Leona Wyczółkowskiego.
    Byłam tam! Potężne wrażenie!
    Oczywiście, można wstępnie obejrzeć to cudo w internecie. Ale pojechać by można. Powietrze pachnie tam wspaniale.

    Alku, ależ tam muszą być dorodne nietoperze!

  46. Częściowo się nie liczy.
    Ale cieszmy się tym, co mamy. I tym, czego nie mamy, a jest piękne.

    Blanko, internet nas ratuje, co? Póki co, wiele można tam wyczytać i obejrzeć, posłuchać mądrych ludzi.
    Może nie będzie Potopu.

    Oczywiście, że masz rację, Casciolino.

  47. Ja miałem taką obsesję pod wpływem jednej z piosenek „Wolnej Grupy Bukowina”. W końcu jednak mam dom, i nawet jest częściowo drewniany.

  48. Niestety, każdą dobrą metodę można zniekształcić, nie rozumiejąc jej lub źle się nią posługując. Wg Montessori dziecko ma naturalną zdolność do skupienia i samodyscypliny, pod warunkiem, że mu się nie przeszkadza i nie narzuca czegoś, co w jego kilkuletniej naturze nie leży (typu siedzenie w miejscu dłużej niż 10-15 minut). Ta zdolność do koncentracji wzrasta z wiekiem i, jak słusznie zauważyła Magda Z., zależy też od ilości i jakości bodźców, którymi dziecko jest otoczone.

  49. To i ja będę wytworna i powiem wszystkim: bążur.
    Alku, ajerkoniak to koniak z domieszką kogla mogla i jest w postaci płynnej, tymczasem małżonek ukręca Mamie i mnie po kubku kogla mogla i dodaje do nich po jakiejś łyżeczce markowej wódeczności.
    Właśnie się doczytałam, że w XV wieku Polska była głównym eksporterem drewna cisowego. Władysław Jagiełło próbował wprowadzić ograniczenia w rabunkowym eksporcie, ale niezbyt mu to wyszło. To wtedy wyrżnięto wszystkie stare cisy, które do naszych czasów przetrwały już tylko w nazwach miejscowości. Teraz leśnicy próbują przywrócić to drzewo lasom. Jest gatunkiem zagrożonym objętym ochroną gatunkową.

  50. Ilekroć jestem w Kolibie, mam dokładnie to samo pragnienie. Ta willa jest bajeczna. Zatesknilam za Zakopanem…za Atmą, Peksowym Brzyskiem i galerią Hasiora. I teatrem Witkacego. A wszystko to w towarzystwie niepokojącej muzyki Szymanowskiego. Plus wspomnienia Moniki Żeromskiej z czasów, gdy mieszkała tam, w Zakopanem, wraz z rodzicami. Chyba sobie sprezentuję ten polecany album.

  51. Dziękuję,Droga Autorko. Niestety, antykwarioosz zawiesił sprzedaż. Póki co. Też gromadzę. Ogranicza mnie jednak metraż naszego m. Stanowczo przydałby się przestronny dom, a w nim pokój przeznaczony na bibliotekę…brakuje tez ścian na obrazy. Szukając pocieszenia, przywołuję sobie znany cytacik:” Uwielbiam odkrywać , bez jak wielu rzeczy jestem doskonale szczęśliwy.” Ale coś to na mnie nie działa, w kwestii dzieł sztuki wszelkiej ☺️

  52. I taka wiadomość: słynny motyw roślinny dziewięćsiłu wprowadził do sztuki góralskiej właśnie Witkiewicz!

  53. Skończyłam czytać „Styl Zakopiański Stanisława Witkiewicza”. No, więc świetna to jest książka! Wiele ciekawych wiadomości, rys historii Zakopanego, stare zdjęcia, nowe zdjęcia, a co najbardziej wzruszające: rysunki architektoniczne Witkiewicza, wielkiej urody!

    Obsesyjnie zapragnęłam zamieszkać w domu modrzewiowym lub świerkowym i patrzeć latami, jak drewno zmienia kolor na coraz ciemniejszy i coraz bardziej miodowy. Tak jak w „Kolibie”.

    Tę cudowną drewnianą „Kolibę” zbudowało – ściśle wg rysunków Witkiewicza – pięciu utalentowanych górali (jest zdjęcie tej piątki, z siekierkami i wielką piłą zębatą! Co za piękne twarze!), wśród nich – słynny Klimek Bachleda.
    Piękny i cenny album. Tekst jest przełożony na angielski, chyba kupię parę egzemplarzy dla zagranicznych przyjaciół.

  54. Na to wygląda Sowo. Ja zaś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pan z bródką po lewej ma na nosie okulary. Zaś pani w czerwonym, popatrz – nawet lumbago, nie jest w stanie jej zniechęcić do miotania .

  55. Magdo Z. coś w tym jest. Dlatego ja marzę o wyprowadzeniu się z miejskiej dżungli na łono natury, w dużej mierze ze względu właśnie na dzieci moje, „przebodźcowane”. Choc Staramy się nie gonić za wszelkimi atrakcjami, jakie oferuje miasto, ale brak nam na co dzień tego spokoju, jaki daje obcowanie z naturą. Brakuje równowagi.
    A co do tematu przedszkola. Zanim córka osiągnęła coś, co określa się mianem dojrzałości przedszkolnej, dużo wody w Wiśle upłynęło. Żałuję, że poslalismy ją do przedszkola zbyt wcześnie. W dodatku trafiła pod skrzydła dość powsciagliwej i surowej siostry zakonnej. Dziecko się nacierpialo, pomogła dopiero zmiana przedszkola.

  56. Blanko, rozumiem to uczucie. Ho,ho, i jak jeszcze!
    Wypróbuj wyszukiwarkę antykwarioosz.pl, bardzo pomocna.
    Pochwalam tworzenie domowych kolekcji. Sama – jak tu już przedtem wspomniałam – wypełniłam dom po brzegi książkami, filmami, kulturą i sztuką, i czuję się, jakbym zaopatrzyła Arkę przed potopem.

    Ann, dziękuję za trop! Twoje wskazówki zawsze są takie ciekawe!
    Te polecane marginalia oczywiście obejrzałam, zabawne!

    Madziu, zwierzęta się pojawiają, bo Jeżycjada już jedną nogą na wsi. A tam jest najlepsze miejsce dla zwierząt.
    Dla ludzi też, nota bene.

  57. Niemożność zdobycia na własność jakiejś upatrzonej książki przyprawia mnie o sporą frustrację…tak ostatnio jest ze wspomnianym tutaj niedawno Słonecznym winem, czy właśnie z Małą zimą. Systematycznie poluję na kilka książek, z marnym skutkiem. Poza tym, nie mogę nigdzie zdobyć wspaniałych piosenek dla dzieci w wykonaniu Ireny Santor, do niedawna dostępnych w jednym z internetowych serwisów muzycznych (poznała te utwory ma starsza córka,a mlodsza juz nie ma tej szansy,a wielka szkoda). Albo film Dźwięki muzyki z polskim lektorem, co by dziecię więcej zrozumiało. No nie ma i już.

  58. Sowo, muszę uściślić, że z pewnością nie byłam dzieckiem bez przerwy skoncentrowanym.
    Byłam dzieckiem, które łykało wszystkie szczegóły, gdy je opowieść zainteresowała.
    Taki przykład z mojej bytności w zerówce. Miałam lat cztery i ciocia na próbę zostawiła mnie na lekcji religii prowadzonej przez kogo innego, zakonnicę, która strasznie mnie i moje zachowanie skrytykowała, że niegrzeczna byłam, że nie słuchałam, że się kręciłam, wierciłam i gapiłam przez okno. Zawstydzona ciocia usprawiedliwiała mnie młodym wiekiem, a w domu odbyła ze mną rozmowę pedagogiczną. Podeszłam więc do sprawy ambitnie, następnym razem siostra przybiegła do cioci z pochwałami i w zachwycie. Jako jedyna w grupie znałam odpowiedź na bardzo trudne pytanie i udzieliłam tej odpowiedzi dojrzale (jak na swój młody wiek). Mnie się w domu czytało dużo Biblii z ilustracjami dla najmłodszych, więc o Noem, Abrahamie i Mojżeszu wiedziałam prawie wszystko.

  59. Dzień dobry! Drogi Alku, czułabym się u Ciebie jak w domu! U mnie koci skład liczbowy identyczny, numer trzy dołączył jesienią, podrzucony jako 5 tygodniowy maluch w deszczu pod drzwi. Odwiedziny sąsiedzkie (łącznie z bufetem) odbywają się również podobnie, przy czym miejsce Lolity zajmuje niejaka Lalunia. Dolittle również u mnie był w częstym użytkowaniu, i tak to potem bywa… Z miłych włoskich zameczków polecam do internetowego pooglądania również Bracciano. Dobrego dnia!

  60. Alku, Doktora Dolittle’a czytałam sobie sama, bo czytałam wszystko co mi ciocia albo szkolna bibliotekarka poleciła, u której w końcu wyrobiłam sobie taką renomę, że jako szkolny wyjątek miałam prawo sama myszkować po regałach. ;) (co ja zrobię, że lubię być dobitna i emotikony usuwam niechętnie i dopiero w drugiej korekcie).
    Ale o zwierzętach lubiłam najmniej. Wolałam o ludziach, a najlepiej o dzieciach. Dlatego spodobało mi się to, co DUA odpowiedziała raz komuś, kto dopytywał się, czemu jest mało zwierząt w Jeżycjadzie. Lubie Panią Małgosię. :)
    A i zwierzęta się zaczęły pojawiać, np. Kobyłka lub też jakieś psy u Patrycji.

  61. Blanko, „Mała zima” jest urocza. I wcale nie o zimie! Dwóch poprzednich książek Kasparaviciusa jeszcze nie czytałam, tylko ich recenzje i drobne fragmenciki dostępne w Internecie, ale jestem bardzo ich ciekawa. Szczególne „Floriana ogrodnika” i próbie wyhodowania czarnej róży. Szkoda, że już nie do kupienia, szkoda że tylko trzy pozycje tego autora u nas wydano, bo ponoć napisał już około pięćdziesięciu książeczek dla dzieci. Oczywiście nie wszystkie muszą być tak samo dobre, ale kilka jeszcze pewnie by się znalazło.

  62. Dzień dobry, Blanko!
    Jakże nam miło, że Ci osładzamy drogę do pracy! Będę sobie to przypominać o poranku.

    Agaju, a na wsi wielkopolskiej śnieg jeszcze leży, lecz głównie zamienia się w lód. Minus pięć.
    Ale przynajmniej słońce dziś wyszło, i od razu jest weselej.

    Alku, to rozkoszna seria, ilustracje Lengrena. Dobrze, że masz całość, wnuki się na porządnych ludzi wychowa.

  63. Wpadłam z pozdrowieniami. U nas śniegu niestety brak, a chętnie bym sobie ulepiła bałwanka i poszła na sanki (najchętniej na Dziewiczą Górę w Puszczy Zielonce).

    Serdeczności uśmiechnięte zostawiam.

  64. Bonjour everybody. MagdoZ, mnie czytano (oprócz rzeczy najprostszych w rodzaju książeczki zaczynającej się od słów „Tyle śniegu napadało, wszędzie biało, wszędzie biało) książki Loftinga o Doktorze Dolittle (tłumaczenie Mortkowiczowej chyba). A potem człowiek zostaje zoologiem… Mam wszystkie tomy, które w Polsce wydano, a najrzadziej wydawaną niejako wewnętrzną trylogię („Największa podróż Doktora Dolittle”, „Doktor Dolittle na Księżycu” oraz „Powrót Doktora Dolittle”) zrekonstruowałem w swojej bbliotece płacąc straszliwe pieniądze w antykwariatach.
    IciMaman, takie coś, co proponujesz, to już zasadniczo ajerkoniak…

  65. Dzień dobry Ludowi Księgi!
    Podczytuję Wasze wpisy dość regularnie jadąc do pracy każdego ranka i chcę wszystkim Wam, na czele, rzecz jasna, z Panią Małgorzatą, podziękować za codzienną porcję miodu na serce, za inspiracje wszelakie (a DUA za całokształt). Sowo P. – dzięki za namiary na Małą zimę. Opis tej książki przywiódł mi na myśl inną, zdaje się, w podobnym stylu, autorstwa Gianni Rodari pt. Bajki przez telefon. Małą zimę namierzylam już w bibliotece i dzisiaj odbiorę. Moja starsza córka uwielbia takie „inne” bajki. Mam nadzieję, że i te opowiadania przypadną jej do gustu.
    Życzę wszystkim dobrego dnia!

  66. Pan w rajtuzach zapomniał w komnacie swoich ciżemek, czy znowu niedowidzę? Czwartego pana (czerwonego) chyba usunął ząb czasu, próbuję go sobie właśnie zwizualizować.

  67. Muzyka o poranku:

    Erich Wolfgang Korngold (1897-1957)- „Der Schneemann” Ballet-Suite.

    Magdo Z., ta książka ma małe szanse na wznowienie, zbyt wiele w niej naleciałości epoki, w której powstała.

    Mam wątpliwości, czy dziecko skoncentrowane jest szczęśliwe. Z wieloletniej praktyki dostrzegam, że wręcz odwrotnie – przyuczenie dziecka do koncentracji, to nieustanny ugór i znój, he, he. Natomiast bez koncentracji nie ma porządnej pracy, to fakt. Jas, też jestem bardzo ostrożna co metody Montessori. Zresztą chyba do każdej, co do której ktoś próbuje mnie przekonać (a próbowano), że jest jedyna właściwa.

  68. Dzień dobry!
    Jas, mieliśmy niedawno w rodzinie podobne doświadczenie.
    Myślę, że może metoda Montessori, jak każda inna zresztą, nie sprawdza się, gdy ją traktować z grubsza i używać jako sposobu na nękanie dziecka. A to się, niestety, może zdarzyć.
    Osobiście nadal jestem za wychowywaniem małych dzieci w ich rodzinnym domu. Jeśli tylko się da.

  69. Niestety, nie mam najlepszego zdania na temat metod Marii Montessori. To zresztą postać dość dziwna, można sobie przeczytać o perypetiach jej książek, oraz jej przyjaźni z Towarzystwem Teozoficznym, itd. Mojej koleżanki córka nie chciała chodzić do takiego przedszkola, bo jest tam mało dzieci w jednym przedziale wiekowym i córka nie mając rówieśniczki nie miała z kim się bawić. Z naszą córką było to samo. Taki kłopot. Poza tym były tam dziwne metody, nie wiem do czego prowadzące, a córka chciała chodzić tylko wtedy, gdy pani skończyła te zajęcia i pozwalała dzieciom normalnie się bawić i normalnie żyć. To dla naszej małej był bardzo duży stres, o którym dowiedziałam się od niej niestety sporo po czasie. W następnym roku przedszkole nie reklamowało się już z tą metodą, chyba jednak coś z tym nie tak. Sama się sobie dziwię, że wkręciłam się w robienie doświadczeń na dziecku. Dziecko jakoś wcześniej wyczuwa pewne rzeczy niż dorosły. Odczuwam teraz u niej pewną niechęć do instytucji. Uważam, że dziecko potrafi bardzo dużo znieść, nic nie mówiąc, ale to jednak chyba za wcześnie na takie doświadczenia życiowe. Pewnie z czasem to wszystko się jakoś wyrówna. Ale jak o tym pomyślę to – nigdy więcej. W końcu chcę się przyjaźnić ze swoim dzieckiem.

  70. Sowo P., wydaje mi się, że racja jest po Twej stronie. Przed panią w bieli (która w rzeczywistości ma suknię błękitną) jest niski pan w czerwonym stroju, z którego została jeno ręka.

  71. No proszę, jakie te długie suknie praktyczne; ta pani w zielonej kiecce, to nawet zebrała zapas śnieżek w uniesionych fałdach sukni.

  72. Zasadniczo też nie pijam herbaty z prądem, no chyba że w górach po nartach. Ale przedwczoraj kiedy wróciłam z sanek, czułam, że bym i owszem, gdyby nie to, że zaraz miałam jechać. Natomiast kogiel mogiel z prądem co wieczór obowiązkowo, póki mrozy nie zejdą.

  73. A propos trzeciej ręki: nigdzie nie mogę znaleźć powodu, dla którego królewicz Kazimierz na portrecie z katedry wileńskiej ma trzy ręce. To znaczy ma dwie prawe ręce, w których dzierży lilie. Obraz namalowany był gdzieś ok.1520 roku, więc moja wstępna koncepcja, że malarz namalował dwie prawice do wyboru, bo sponsor nie mógł się zdecydować, który wariant lepszy, a potem obaj zginęli znienacka, no a obraz został w tej postaci, upada.

  74. A wracając do legionów i Krassusa, to natknąłem się w sieci na jego biografię, ponoć w Polsce jedyną, „Krassus. Polityk niespełnionych ambicji” Macieja Piegdonia (Towarzystwo Wydawnicze Historia Iagellonica, 2011). Może znalazły się w niej numery legionów, które tak niesławnie utraciły swe insygnia?

  75. W takim razie Sowo facet w rajtuzach ma dwie lewe ręce. Spójrz na ułożenie dłoni z kulą.
    Swoją drogą im dłużej się wpatruję w tę postać, tym bardziej dochodzę do przekonania, że stanowi ona swoisty przykład figury niemożliwej.

  76. „Pierwszym warunkiem rozwoju dziecka jest skupienie. Dziecko, które się koncentruje, jest ogromnie szczęśliwe”. Maria Montessori

    To z dedykacją dla Zuzi i jej mądrej nauczycielki języka angielskiego.

    Ale-Piemont, dziękuję za zaproszenie :)

  77. Jeśli nie potrzebujemy poruszać się samochodem, to przejazd na Pragę nie musi stanowić większego problemu.
    Można metrem lub tramwajem.
    W skrajnym wypadku – można się tam urodzić i mieszkać z, bagatela, trzydziestoletnią przerwą.
    Całkiem fajne miejsca.
    Dobranoc!

  78. Piętaszku, a ja będę się upierać. Pan w zielonych rajstopkach zdecydowanie posiada ciut rozmazaną lewą rękę, zgiętą w łokciu i schowaną pod połą czegoś na kształt szkaplerza przykrywającego feltmortową tunikę. Jeśli ta ręka miałaby być czyjąś trzecią ręką, to należałaby wyłącznie do damy o zaśnieżonej twarzy. Ostatecznie mogłaby to być też przedłużona kończyna pana w purpurze („Dalej, dalej, ręko Gadżeta!”). Optuję jednak za obecnością niezidentyfikowanej osoby, skrytej w odmętach sukni damy w bieli.

    A, jeszcze słuchanka na dziś dla Madzi Z.! Prawie bym zapomniała:

    Vivaldi Four Seasons: Winter (L’Inverno)
    Cynthia Freivogel, Voices of Music 4K RV 297

    Dobranoc.

  79. Gdyby w ramach wuefu proponowano młodzieży szermierkę, nikt by z zajęć nie uciekał. Ze wszystkich sztuk walki ta wydaje mi się najszlachetniejszą.

    Jeszcze taki apel, zupełnie bez związku: gdyby któraś z bibliotek chciała zutylizować książeczkę Jana Brzechwy „Pan Doremi i jego siedem córek” (z ilustracjami Szancera), to chętnie przygarnę. Na allegro ceny tej pozycji są cokolwiek surrealistyczne (nawet 590zł!!).

  80. Myśl z trzecią ręką z brzucha również przyszła mi do głowy Alku, a film znam oczywiście. Lubię Twoje surrealistyczne skojarzenia. Czy dobrze mi się zdaje, że darzysz estymą rodzinę niejakich Poszepszyńskich i twórczość Macieja Zembatego ?

  81. Alku, masz oczywiście całkowitą rację. Wiem o tym wszystkim, ale kiedy wuef jest tak niewymownie nudny, trudno myśleć o takich rzeczach. Szczerze mówiąc, Ignacy Grzegorz już zupełnie mnie zawstydził.
    Magdo, pani, która lubi skupienie uczy języka angielskiego. Dopiero mi uświadomiłaś, że to właśnie o to chodzi- lubi jak się skupiamy. Do tej pory nie wiedziałam jak ją określić. Bardzo ją lubię, może dlatego, że wydawała mi się „sucha”, a dzięki temu ciekawa. Teraz już wiem, że chodzi o skupienie.
    Dobranoc! (Zaczęłam „Quo vadis” i bardzo mi się podoba.)
    (emotikony!)

  82. Piętaszku, czerwona ręka z brzucha znajduje proste wyjaśnienie w filmie „Fantomas” z Louisem de Funes i Jeanem Marais (wiem, że powinno się pisać „z Maraisem” i tak dalej, ale mam wtedy gęsią skórkę, a poza tym jak to wtedy wmówić?). W tym filmie de Funes tłumaczył swoim podwładnym policjantom, że są zapóźnieni, że nadeszła era nowoczesności i teraz liczą się między innymi gadżety, tak, GADŻETY! I pokazał oszołomionym tym nieznanym sobie słowem policjantom trick z wydobywaniem broni za pomocą trzeciej ręki. Oczywiście jedna z rąk była sztuczna. Może tu też któraś jest sztuczna, dla zmylenia przeciwnika?

  83. Alku, Ignacy Borejko się teraz nie wypowie, ale ja poparłam Cię już wcześniej. ;)

    Dobranoc :)

  84. …Ignacy Borejko z pewnością by mnie tutaj poparł i na dowód wspomniałby, co na ten temat sądzili starożytni (emotikon oczywiście).

  85. Zuziu, nie chcę się narzucać z poradami życiowymi, ale WF niekoniecznie jest złym pomysłem. Warto rozwijać się harmonijnie, pomyśl o takim Kawalerze de Saint-George, popularny kompozytor i w ogóle, ale też mistrz fechtunku. Szermierka to też sport, całkiem szlachetny.

  86. Wie pani, Madame, ja prądem herbaty nie kalam, chyba ze jest zimno jak diabli, ja w lesie, a w ręce blaszany kubek z herbatą i flaszka rumu Stroh. Stroh ma tę zaletę, że przy swoim woltażu (80%!) nadaje się i do herbatki i jako podpałka do ogniska. Chodzi o to, że alkohol uczciwie pali się dopiero od mniej więcej 60 procent – mówię to na wypadek, gdyby jakiś początkujący skaut spośród Ludu Księgi próbował rozpalać ogień pomagając sobie zwykłą wódką albo czymś takim. Nie zadziała. Ale (wracając do tematu) zdarza mi się dodawać trochę koniaku do kawy.

  87. Sowo, nie upieram się, ale tak kompletnie to chyba nie. Widzę to jako zamach prawej ręki do rzutu śnieżną kulą podczas gdy w lewej ręce przygotowana jest następna. No cóż, ta ręka w czerwonym pozostanie chyba tajemnicą niczym ręka z nożem na „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda.

  88. Alku i ja z przyjemnością czytam o Waszych KOTACH. Takich historii nigdy dla mnie dość. U nas też koci dom, choć w tej chwili na stanie jest tylko jedna kociczka – „Śliczna mamusia czterech ślicznych kociątków”, jak ją nazywamy, o które rzeczone kociątka czyniła starania w wieku miesięcy pięciu. Ale poza nią i jej potomstwem (Imbirem, Tolą, Balbiną i Zenobiuszem)wcześniej i nie jednocześnie była jeszcze spora ich gromadka. Wszystkie przychodziły do nas same lub prawdopodobnie były podrzucane. Nigdy o nich nie zapomnimy też dlatego, że zostały uwiecznione w „Kocim pamiętniku” – Fela, ukochany Lepuś, Stefan – koci osiłek w obcisłym golfie, Nika – urodzinowy kot mojego Syna oraz Yoko – kochany głuptasek.

  89. Sowo P., przekażę dyspozycje dla Isiątek względem szermierki. Na razie jeździmy na sankach.

  90. Bo lubimy podwójne „l”? :)

    Piętaszku, niemożliwe. Układ ręki byłby kompletnie niefizjologiczny.

    Alku, wg Wikipedii pan D’Eon też był Chevalierem, do tego królewskim szpiegiem w damskim przebraniu. Ćwiczył szermierkę, bo bał się o swoje życie. Postać ta wybitnie nadaje się do powieści.

  91. O! Myślałam, że to Pani Małgosia pisała o wuefach.
    Przepraszam Madziu (jeśli Ci to przeszkadza), że nazwałam Cię panią.
    :)

  92. Naprawdę?? Jakże Pani zazdroszczę! Nie znoszę wuefu. Jak to się stało, że Panią wypuszczali?
    W naszej bibliotece przesiadują licealiści, do tego jest otwarta tylko na długiej przerwie. Straszne.

  93. Kolor abellanowy podoba mi się, tak ze swej natury, jak z nazwy.

    I świat koci u Alków też mi się podoba. Ładnie nam przedstawiony.
    Mili ludzie z nich.

  94. Mamo Isi, prądu nie mogę, zawsze mi szkodził, a na stare lata tym bardziej. Ale ciasto jednak napoczęłam. Migdałowo-cytrusowa puchatka z rodzynkami, lukier pomarańczowo-cytrynowo-mangowy, kompozycja własna.
    Pomaga.

  95. Ateno, „Wielką ciszę” obejrzałam już dwa razy i mogę jeszcze. Piękna rzecz.

    Starosto kochany, a cóż to za wymówki pogodowe na okoliczność niepisania! Firanki należy zaciągnąć, prognoz nie należy czytać. Proszę dolać sobie do herbatki nieco soku malinowego pół na pół z prądem, przed się na talerzyku położyć babkę drożdżową z rodzynkami świeżo upieczoną, a o cukiernicę oprzeć „W oparach absurdu” i sobie poczytać. Ot choćby:
    „Noga i jej okolice, nowy atlas prof. Pietraszka przedstawia się okazale. Szczególnie udatne są dwa składane portrety autora w wieku dziecinnym. Autor jest wyczerpany już po pierwszym wydaniu. Cena egzemplarza podwyższona z powodu szkód materialnych przy remoncie.”

    Alku, bardzo mi się podoba kocia scenka rodzajowa z Twojego domu.

  96. „Moja” żardiniera, pektoralik i egretka pewnie gdzieś przepadły ? Zapytam i już nie przeszkadzam.

  97. A propos Chevaliera de Saint-George, właśnie przeczytałem o jego sportowym pojedynku z niejakim d’Eonem, który walczył z nim w przebraniu kobiety. Zastanowiłem się, co mnie przy tej wiadomości zatrzymało aż przypomniałem sobie, że dwa miesiące temu zmarł Michel Deon, francuski pisarz którego „Liliową taksówkę” zawsze bardzo lubiłem. Rodzina? Kto wie. A dodam jeszcze, że w książce A.Buszkowa, o której mówiliśmy dwa dni temu, jeden z bohaterów nosi przydomek Chevalier i podobnie jak Saint-George, jest wybitnym szermierzem.

  98. Nuazetowy- kupuję! Błękit Czerenkowa odnalazłam ale POMO różu już nie. U Tuwima był zdaje się kolor warcinowy.

  99. Owszem, Ann, nie narzekają i owszem, często zjawiają się różni impostorzy w celu zameldowania się na stałe. Moje koty w nietypowej zgodzie ich przepędzają, ale jeden okazał się odporny na zniewagi i lekkie poturbowania i został oficjalnym kotem numer trzy, imieniem Szczerbatek. W związku z tym populację tworzą Frufelek, Anna Kłodzińska i Szczerbatek (zwany też Czarnutkiem), a z dochodzących Lolita, następnie niejaka wrogini z prawej (od sąsiadów), wrogini z lewej (od drugich sąsiadów, uwielbiamy je obie nienawidzieć, sycząc i prychając przez szybkę), oraz osobisty przeciwnik Szczerbatka, wielki biały kocur z sąsiedztwa. Lolita przyłazi do nas regularnie z domu znanego jako „rodzinka.pl” i demonstruje na parapecie kuchennym pod hasłem „nigdy jeszcze nie jadłam, chciałabym zobaczyć, jakie to uczucie”. Zresztą, wszystkie u nas jedzą.

  100. Tak, Sowo, postać w białej szacie kołacze do bramy.
    Dobrze się ogląda ten mile naiwny obrazek. Dużo drobiażdżków.
    Ciekawe, czy dama obok pana w szacie szkarłatnej została całkowicie przysypana śniegiem, czy też po prostu z fresku farba się w tym miejscu złuszczyła?
    Co do Josepha Boulogne – posłucham, posłucham. Na razie usiłuję się zmusić do pracy, ale dzień taki zimny i ponury, że aż musiałam upiec bardzo przyjemnie pachnące ciasto. Nie, żeby jeść, tylko żeby było raźniej.

  101. Piękne muszą być te kolory, o których Ann wspomina. Zaś do kategorii sprzętów niekoniecznie potrzebnych, ale o ciekawej nazwie można chyba zaliczyć żardinierę . Inne nazwy ,które przychodzą mi do głowy, to np. egretka i pektoralik .

  102. O, a znowuż w grupie postaci po naszej prawej stronie jest jakaś niejasność z rękami. Zza kobiety z odwróconą głową (oberwała śnieżką?) odzianej biało-błekitnie wystaje jakaś ręka w czerwonym rękawie. Kryje się tam jeszcze jedna osoba?

  103. Młodość to rzecz względna.
    Alku, toż to koty mają u Ciebie raj! Stoliki, regały i witraże rzucające kolorowe światełka, pewnie niejeden chce się zameldować pod takim adresem. Kris, ale u Ciebie już chyba prawie wiosna…

  104. Co do pcheł: z całą pewnością. Obecne też w przysłowiach, w literaturze, w bajkach na przykład!
    Ale jak to się wiąże z domniemaną schludnością przodków naszych?
    No, tak, więcej niż my przebywali ze zwierzętami, a chemia jeszcze się nie rozwinęła i nie było czym się odpchlić.

  105. Nawiasem mówiąc, M. właśnie na stronie wspomniała, że zadano problem językowy w postaci przymiotnika od „orzech laskowy”. Podobno prawidłowo byłoby „laskowoorzechowy”, tak jak od Ameryki Południowej jest „południowoamerykański”. A ja mówię, sięgnijmy w tej sytuacji do broni językowej naszych przodków i oto od ręki uzyskamy kolor nuazetowy. Żadnych problemów ze składnią czy gramatyką, odmienia się dobrze i jest krótkie. Ha!

  106. Piętaszku, otworzyłam właśnie KG na komputerze i dostrzegłam, że ta postać przy wewnętrznej bramie (jedna, a nie dwie, jak myślałam z początku) wcale nie jest naga. Ma na sobie jakieś białe wdzianko. I chyba kołacze do bramy?

    Nie mogę się oderwać od koncertów skrzypcowych Josepha Boulogne. Ależ one wirtuozerskie! Ale nic dziwnego że Chevalier umiał wymiatać smyczkiem, skoro był ponoć niedościgłym w Europie szermierzem. O, Mamo Isi, jeśli zdecydujecie posłać Isiątka na naukę gry na skrzypcach, koniecznie załatwcie im też lekcje fechtunku. Wzmocnienie prawej ręki gwarantowane. Rzucanie śnieżkami też pewnie nieźle wyrabia rękę, ale to rozrywka sezonowa.

  107. A propos kolorów: pamięta pani, Ulubiona, tan kolor młodopchli, staropchjli, pchli brzuszek itp? Spostrzegawcze bestie musiały być z tych naszych przodków, i zdecydowanie niebrzydliwe. Pchła stanowiła najwidoczniej element życia codziennego.

  108. Ann, właśnie o takich nazwach w historii mody myślałam. Na ogół przeniesione są z jęz. francuskiego lub niemieckiego (rzadziej).
    Pamiętajmy, że jest jeszcze kolor izabelowy, już tu kiedyś o tym była mowa.

    A jakby kto pytał, to nasza KC Ann jest młodym doktorem nauk historycznych (UJ) i ma to wszystko w małym paluszku.

  109. U nas też powstają witraże, ale raczej drobne, w technice Tiffany’ego, wykonywane na miejscu w muzeum. Choć jeden z kolegów, witrażysta po pracowni malarstwa na ASP w Krakowie zajmuje się też renowacją i tworzeniem witraży wielkopowierzchniowych (poza pracą w muzeum) w technice klasycznej, średniowiecznej. Sporo ciekawych artystów i rzemieślników u nas pracuje.

  110. Dzień dobry! Alku, gerydon to akurat nie dziwactwo tylko żywcem zapożyczenie z francuskiego. Takie stoliczki były bardzo popularne w XVIII wiecznej Polsce, dworach i pałacach magnackich. I tak na marginesie (bo za tym akurat przepadam), właśnie te XVIII-wieczne nazewnictwo mebli, tkanin itd. to często takie zapożyczenia, w inwentarzach z tego czasu mamy tkaniny o kolorach np: werdepomowym (ładna zieleń, odcień jabłka, z fr. vert de pomme) czy suknie feltmortowe (żółtobrązowawe, zeschłych liści – feuille morte). Miłego dnia dla Księgowych i DUA :-)

  111. Świetne było to porównanie mediów do wyroczni! Co Media powiedzą, w to ludzie w to święcie wierzą, ha, ha. Co to dalej będzie?

  112. Tak, Pani Małgosiu, oczy i guziki winny być zdecydowanie z węgielków i nawet chciałam to zaznaczyć w mojej wypowiedzi, ale, jak widać nie przeczytałam dokładnie przed wysłaniem. Cóż, w domu ogrzewanym gazem węgielków jak na lekarstwo (no, może carbo medicinalis, nomen omen, by się znalazł), tak więc pozostały nam orzechy tudzież kamyczki wygrzebywane spod śniegu. Wybraliśmy z bratankiem pierwszą opcję :)

  113. Proszę!
    Nie słyszałam.
    Dodam, że sporo dziwnych i ciekawych słówek znaleźć można w książkach o historii mody, zwłaszcza damskiej.
    Myślę, że przedmioty codziennego użytku, które nie są praktyczne, lub niezbędne, noszą udziwnione nazwy.

  114. MagdoZ, pytałem dlatego, że przyjaciółka jedna moja właśnie witraże robi. Jej profesor, kiedy zobaczył jakąś jej pracę dyplomową (wzorowaną na witrażu średniowiecznym), zatarł ręce i powiedział: zakładamy interes, pani będzie to kleiła, a ja będę pisał certyfikaty autentyczności. Filut… Jej autorstwa jest dość niepokojący witraż przedstawiający Wielkiego Cthulhu, który mam w oknie nad drzwiami (nadświetlu). Na marginesie, ciekawe są nazwy niektórych rzadziej używanych przedmiotów i obiektów. Na przykład dodatkowy dostawiany, najczęściej niższy stolik (na potrawy, talerze itp.) nazywa się gerydon.

  115. Ateno, dzięki, dzięki! Odpowiedziałam najpierw Alkowi, bo jego komentarz pierwszy mi się wyświetlił.
    Cieszę się, że zdobyłam i Twoje uznanie, opowiedziawszy o przedszkolakach. I mamy podobny punkt widzenia co do dzieci. :)
    Niestety „Kłamczucha” to jest ta część, której mi akurat brakuje. A tak liczyłam, że się powzruszam, czytając o Tomciu, Romci i Mikołaju. Nic to. Mam jeszcze Pratchetta!

  116. A nie, nie. Jestem manualnie niezbyt sprawna, maślane łapy albo gorzej: dwie lewe ręce (jak kto woli).
    Stąd horror pierwszoklasistki przy nauce pisania.
    Lubię Tomka Kowalika i rozumiem jego przeżycia, gdy miał podobne doświadczenia pod opieką Ciotki Lili.
    Przepraszam za dygresję.

    Alku, nie robię witraży, ale pracuję jako przewodnik w takim muzeum, gdzie sporo opowiada się o szkle, m.in. o technikach witrażowniczych. I jest w ogóle i ciekawie, i interaktywnie.

    Poczytam sobie „Kłamczuchę”, dawno nie zaglądałam. Na ostatni dzień urlopu odpowiednia lektura. Dobre pióro i do tego dowcipnie i wesoło. Jutro wracam do pracy. Mamy szkolenie w tej wielkiej hucie z prawdziwego zdarzenia. Cieszę się na to :)

  117. MagdoZ, czyżbyś robiła witraże?
    Co do rzucania śniegiem przez pierwotniaki, to w takim razie można by tę rozrywkę przypisać neandertalczykowi, który uchodzi zdaje się za wyrób ściśle europejski, z którym jesteśmy owszem, spokrewnieni, ale tylko ci, którzy poleźli na północ. Okazuje się, że po i tak już dość sensacyjnej informacji, że człowiek współczesny jednak z neandertalczykiem był się łaskaw skrzyżować, niedawno pociągnięto sprawę dalej i stwierdzono, że owszem, ale nie ten afrykański. Ci z nas, którzy zostali w okolicach wąwozu Olduvai i za nic mieli (wątpliwe moim zdaniem) uroki zimy, nie mają w genotypie śladów neandertala.

  118. Chetnie bym zobaczyla te ilustracje z domniemanym balwanem.

    Aha, a we wczesniejszym moim wpisie mialo byc „cudny” (a nie „cusny”!).

  119. Dzień dobry!
    Jaki przemiły wpis! Na początku myślałam, że ci ludzie rzucają kamieniami w zamek w tle i zastanawiałam się, co im zawinił.
    Myślę, że lepienie kul ze śniegu jest rzeczą naturalną, to się samo narzuca, ma się to we krwi.
    Parę dni temu na jednej z lekcji zaczął padać piękny śnieg, wszyscy wpatrywali się w niego jak urzeczeni. Na to pani spojrzała na nas, uśmiechnęła się i powiedziała: Ja wiem, że pada śnieg, ale nie jest on chyba pierwszy w waszym życiu, więc możecie się skupić.
    Gdy potem opowiadałam o tym tacie, powiedział, że to niesamowite, że choć wszyscy znamy śnieg i często go widzimy, to zawsze reagujemy tak samo, jak dzieci. Więc to chyba fluid.

  120. Uroczy widok. Obrazek od Dobregowieczorku bardzo mnie rozczulil.
    Magdo Z., anegdotka cudna, te z dziecmi w roli glownej sa najlepsze. one nie boja sie, ze zostana wysmiane ( jeszcze ) i szczerosc oraz swiezosc obserwacji czasem zaskakuje, czasem bawi i zdumiewa.
    Sniegowi sie ciezko oprzec. Jest taki film ” Wielka cisza”, dokument o mnichach z Wielkiej Kartuzji, oprocz spiewow i modlow nie ma tam rozmow i glosow, z drobnymi wyjatkami. Jest taka scena, w ktorej mnisi wedruja po sniegu i odkrywaja slizgawke i ciesza sie nia nie mniej jak dzieci. Wszystko co najlepsze, dostajemy od natury.

  121. Udało mi się w tym roku uczestniczyć i w lepieniu bałwanka (a nawet dwóch) i w rzucaniu śnieżkami – zabawa przednia! Bałwanki miały klasyczne nosy z marchewki, ręce z gałązek, jeden z nich miał kamionkowy garnek na głowie, a drugi stos plastikowych doniczek. Na oczy i guziki użyliśmy orzechów włoskich. Niestety z obu dżentelmenów zostały marne resztki. Mróz wrócił, ale niestety bez śniegu.

  122. Witam Wszystkich. Kris,Ciascolino u nas w Piemoncie tez opady sniegu i piekne trasy narciarskie.Zapraszamy

  123. Bałwanek, bałwanek, tylko w funkcji alegorycznej. Ale zostawmy pana na marginesie.
    Myślę, że lepienie bałwanków jest tak stare jak rzucanie śnieżkami i sięga czasów, gdy człowiek pierwotny zobaczył po raz pierwszy na oczy śnieg. Pewne pomysły są uzasadnione antropologiczne i są takie same u każdej rasy, niezależnie od kontynentu i epoki.

    A nagie postacie na obrazach też mają swoje konkretne uzasadnienie, jak wszystko w dawnym malarstwie – symboliczne.

  124. Mamo Isi, jedziemy?
    Aha! Teraz ja poprawię Ciebie: to nie wilcy w zagajniku. To lisy (patrz: kita).
    Pochwalę Cię za to za spostrzegawczość w kwestiach toaletowych i sanitarnych: te przybudóweczki są z pewnością ubikacjami, proszę zauważyć, że z dwu po prawej ta dolna ma rurkę kanalizacyjną.

  125. Mamo Isi, czyli Wacław poskąpił.

    Kris, Madziu, to właśnie ten pan z marginesu, o którym sobie gadamy z Sową. Już go miałam we wpisie (Ann go nadesłała), gdy Sowa odkryła, że są inne naukowe teorie, mówiące, że to niekoniecznie bałwanek. Więc wycofałam.

    Kokoszanel, dziękuję za potwierdzenie małpich zachowań . No, fascynujące!

  126. „Il primo ritratto di un pupazzo di neve si trova in un Libro delle Ore del 1380, custodito in una biblioteca dell’Aia”
    Pierwszy portret balwana ze sniegu znajduje sie w Liturgii Godzin z 1380 roku, przechowywanej w Bibliotece w Hadze. (Bob Eckstein, „The history of the snowman”)
    Tak podaje wloska Wikipedia.
    :)

  127. Dzieńdoberek, jak tu gwarno. To lubię. Z moich trzewi co i rusz wydobywa się głośny rechot. Sowo, Twój wpis o pierwszym bałwanku oraz dzisiejszy o niedoborach w ubiorze wielmożnych państwa – cudny.

    Magdo Z. Dziękuję za porady szalikowe. Takich długich szalików mam kilka, bo to podstawowy dla mnie sprzęt na zimę, nawet ważniejszy od czapki. Jednak rzucania śnieżkami chyba nie polubię choć czyniłam to gdy Dziatki były małe. U nas najwięcej frajdy jest ze zjeżdżania na sankach (teren pagórkowaty) no i jeżeli spadnie z nieba wystarczająca ilość budulca zawsze lepimy , ale niekoniecznie bałwana – różne różności. Człowiek zawsze miał skłonności do uosabiania tzw. martwych rzeczy i stąd bałwanki, ale także lalki. Ja w ogóle uważam, że przedmioty mają duszę i dlatego staram się otaczać takimi starymi. No i dlatego tak nam żal, gdy bałwanki się topią, no bo w ogóle „zimy żal „.

  128. Pierogami natomiast rzucają pojedyncze egzemplarze nietypowych osobników męskich, a ulubionym ich celem są jak powszechnie wiadomo telewizory produkcji radzieckiej.
    Przepraszam, mam dziś humor wyjątkowo warszawski- vide wpis Alka.

  129. Lepią żeby rzucać. Wiem z książki Kogucika. U osobników żeńskich homo sapiens zdarza się odwrotnie: Rzucają aby lepić (pracę, pierogi-można sobie wstawić we właściwe miejsca).

  130. a zamek w Buonconsiglio istnieje wciąż; chociaż na zdjęciach wydaje się ciut większy.

  131. A jakie pejzaże!
    A jakie pieczywo!
    Syn mówi, że Trento jest blisko jego tras narciarskich. Tam to kupił owe anyżowe bułeczki.
    Żywił się głównie nimi.

  132. Słońce w znaku Wodnika. Znaczy, jak obecnie. No to chyba jednak nie jest to pierwszy śnieg.

  133. Podoba mi się ta willa podgórska. Na parterze i pierwszym piętrze strzelnice zamiast okien, solidna wieżyczka do wypatrywania, czy wróg nie nadciąga, kordegarda jak się patrzy, i od naszej strony widzę trzy toalety: na drugim i trzecim pietrze. Zieleń, miły widok za oknem, wilcy w zagajniku. Dwóch panów z chartami na smyczach usiłuje coś upolować na kolację. Żyć, nie umierać.

  134. Sowo, dobrze, że mnie sprawdzasz. Lubię być ścisła, a przecież nie zawsze jestem.
    W sprawach wątpliwych lepiej jest milczeć (to o panu z marginesu), niż dawać pożywkę umysłom skłonnym do nagonek. Dobrze się stało.

    Co z tymi makakami? Kokoszanel, odpowiesz?

  135. Cusny wpis! Tez tesknie za sniezkami!

    Uff, odetchnelam z ulga w zwiazku z informacjami na temat higieny osobistej w Sredniowieczu. Wolalabym dziecko kapac trzy razy dziennie niz w ogole (lub sporadycznie).

    A u nas deszcz i deszcz…

  136. Dlatego co mogę, sprawdzam, bom drobiazgowa. Dla nauki przydatna to cecha, ale towarzysko bywa męcząca (DUA, przepraszam za pana z marginesu).

    Madziu, ja też bardzo lubię Twoje wpisy, nie wszystko komentuję, bo ostro się hamuję, by nie komentować wszystkiego. A i tak jest mnie tu za dużo.

  137. Dzień dobry!
    Polecam „Historię życia prywatnego”, wydaną przez Ossolineum (5 tomów). Sporo szczegółów, ale zaznaczam, że nie jest to lekka lektura.

  138. Coś podobnego! Makaki też?!
    Same z siebie, czy podpatrzyły u ludzi?
    I czy tylko lepią, czy także rzucają?

  139. Joaleks, dzień dobry! Miło, że wyszłaś na światło dzienne, i to od razu z bałwankiem!
    I z córeczką!

    Tak, te pytania nas nurtują, to musi być jakiś atawizm.

  140. Racja, Sowo.
    Ale nie tylko sajans fajans, także chyba celowe budowanie negatywnych stereotypów (jak to trzeba się jednak zawsze pilnie ich wystrzegać!). Stąd intencja twórcy bloga o Średniowieczu (n.b. bardzo ciekawy)

    Madziu, ja też przedstawiłam raczej czasy Króla Słońce.
    Ech, obiegowe poglądy.

  141. Pani Małgosiu, to fluid, fluid! Nie dalej jak kilka dni temu krążąc z córeczką na sankach wokół własnoręcznie ulepionego, pierwszego w jej życiu bałwana pomyślałam o tym, kto wymyślił taką czynność?… kto pierwszy wpadł na to, żeby ze śnieżnych kul zrobić ciało i głowę, dać marchewkę jako nos, węgielki na oczy…? I jakie to zadziwiające, że stało się tak popularne i oczywiste?:) P.S: Od dawna podczytuję KG i podnoszę się tym samym często na duchu:) dziękuję Autorce i Gosciom!

  142. Alku, bardzo mi się podoba Warszawa z Twojego opisu.
    Już miałam rozważać przeprowadzkę, ale przypomniało mi się, że zostałabym tzw. słoikiem.
    Tak, że nie wiem.
    Nie ma jak w domu.
    Zresztą, zobaczymy. Czas pokaże.
    W sumie poza otwartymi przestrzeniami, tchnącymi spokojem, ten grajdołek na prowincji ma też słabsze strony.
    Jesienna Ado, dziękuję, dziękuję! Twoje słowa są dla mnie pokrzepiające :)

  143. Bo też to co my wiemy o średniowieczu pochodzi głównie ze współczesnej literatury pięknej i filmów. Takie swoiste sajans fajans o stanie wiedzy i świadomości ludzkości z dawnych epok.

  144. A, to może pomyliło mi się z Wersalem z czasów Ludwika XIV – Króla Słońce.
    Perfumy były, toalet nie.
    Tak słyszałam, możliwe że nawet na wykładzie, gdy byłam studentką.

  145. „Innym źródłem informacji o higienie średniowiecznej jest zachowana architektura domów jak i rysunki architektów przewidujące miejsce codziennego przestrzegania higieny : izby kąpielowe, toalety. Od XIII wieku w budynkach miast przewidziane są miejsca na latryny i zlewozmywaki. Zlewy umieszczone są głownie w sklepionych niszach i mają zapewniony dopływ i odpływ wody. Takim przykładem jest dom z ulicy Daudade w Cahors z XIII wieku. Woda z latryn i ze zlewozmywaków odprowadzana jest często systemem kanalizacyjnym do specjalnie dla tego celu przygotowanych fos. ”

    Ibidem.

  146. „W miastach, w Średniowieczu, każda dzielnica posiada swe łaźnie, z frontem od ulicy. Łatwiej bowiem było dla większości osób udać się do łaźni niż przygotowywać kąpiel we własnym domu. Gdy zbliżał się zmrok po ulicach nawoływano oznajmiając, że łaźnie są gotowe : Przyjdźcie brać kąpiel i balie nie zwlekając… Kąpiel jest ciepła, naprawdę. Zresztą w wielu miastach Europy pozostało do dzisiaj wspomnienie tych łaźni w nazewnictwie ulic, przy których się mieściły. Na przykład w Paryżu w 1293 roku naliczono 27 takich łaźni wpisanych do specjalnych Ksiąg.”
    (z tego samego artykułu)

  147. MagdoZ, zapraszam. To jest miłe miasto, jeśli nawet trochę wygłupione. Kiedyś Warszawa to była aktywność, Kraków tradycja, Poznań porządek, Lwów pogoda ducha, a Wilno – Litwa nasza dzielna. Teraz Pogodę Ducha w znacznej mierze straciliśmy, a po Aktywności przejechał się walec historii. Dziś Warszawa jest miastem aktywności, ale gorączkowej, oraz humoru, ale nieco wisielczego… Trudno o inny humor, gdy się ma polityków w charakterze sublokatorów, ale jakoś staramy się wśród tych „butnych min, świętych słów, i głupoty, która aż naprawdę boli” zachować trochę przytomności.

  148. Słusznie protestujesz, Alku. Jak się okazuje, napisałam głupstwo. Sowa właśnie mi poleca prywatnie lekturę bloga „Średniowiecze…inaczej”, gdzie jest dłuższy tekst („Kolejny mit: brak higieny? Czy jednak: czysty jak w Średniowieczu?”), zapewniający nas, że w Średniowieczu przykładano wielką wagę do kąpieli i w ogóle higieny osobistej. Dzieci, na przykład, zalecano kąpać trzy razy dziennie.
    Czytamy:
    „Higiena nie jest szczególnym osiągnięciem współczesnych czasów. Jej znaczenie zmieniało się przez stulecia. Jest sztuką jaką gardziły czasy Ludwika XIV, choć którą na przykład Średniowiecze, wbrew złej reputacji jaką przypisują mu stereotypowe poglądy, ze szczególnym upodobaniem kultywowało. Woda była wtedy niemal sakralnym elementem życia, była lekarstwem i źródłem olbrzymiej przyjemności. ”

    Czyli o perfumach prawda, ale nie w średniowieczu. Później.

  149. UA, ja trochę protestują w kwestii toalet. Oni je miewali częściej, niż nam się wydaje obecnie. Te takie wystające interesy nad murami (widać na obrazku) to bywały pomoce naukowe do polewania wrogów gorącą kaszką manną, ale też niekiedy toalety właśnie. Nie mówiąc już o efektownym kibelku, znanym nam z marienburskiej twierdzy, czyli Malborka, do którego lezie się pół kilometra pomostem. I tutaj muszę się zgodzić: przypuszczam że wielu dzielnych rycerzy przypilonych zwłaszcza tak zwaną potrzebą mniejszą załatwiało to cichcem pod jakimś murkiem, zamiast piąć się jak małpa po schodach i potem lecieć galerią. Tym niemniej prawdopodobne, że nie była to jedyna tego typu instalacja, a tylko ta najbardziej elegancka.

  150. Magdo Z. Anegdota pyszna. Osobiście lubię wszystkie Twoje wpisy, ciekawe, mądre i zabawne. Trzymaj się cieplutko, a ja za Ciebie też będę trzymała kciuki. Miłego dnia.

  151. Pani Małgosiu, wiem o tym.
    Chciałam być delikatna, dlatego wyraziłam się nieco eufemistycznie.
    Korków warszawskich rzeczywiście nie zazdroszczę. Cieszę się w zasadzie, że nie mieszkam w Warszawie.
    Ba! ja tam nawet jeszcze wcale nie byłam.

  152. Brawo, Alku, oto mi odkrywczy pomysł! Mógłby być bardzo dochodowy, w dodatku.
    Trzeba by tylko wdrożyć produkcję kieszonkowych mostów pontonowych.
    O, albo wykorzystać futurystyczny wynalazek literatury SF, czyli buty o napędzie odrzutowym, do pokonywania zakorkowanych ulic drogą powietrzną.

  153. Perfumy są niewątpliwie pożyteczne.
    Specyficzne naturalne zapachy wzmocnione perfumami, mogły, jak sądzę, przyprawić wprost o zawrót głowy.
    Stąd pewnie liczne omdlenia.
    Mamo Isi, pięknie dziękuję :)
    Mam jeszcze jedną anegdotę o przedszkolakach w pracy, ale zachowam ją w zanadrzu :)

  154. W języku czeskim „pachnieć” oznacza zupełnie przeciwny zapach do tego o którym my myślimy, także to mogłoby się zgadzać…

  155. Właśnie od tegóż, he, he.

    Madziu, oni nie mieli toalet w ogóle. Lecz nie wnikajmy w to.

  156. A, a propos ślimaka, widzę to również następująco: „Tu pod tą skałką drzemał Herkules, dopieroż robi się skweres! A pod tą drugą Parys z Heleną załatwiał mały interes”.

  157. Dzień dobry obecnym, dzień dobry Ulubiona Autorko. IsiMaman, sprawa mostu zwodzonego to nic wyjątkowego. W Warszawie mamy to na co dzień. W pewnych godzinach przejazd na Pragę przypomina operację pod Studziankami i najlepiej byłoby mieć ze sobą własny most pontonowy.

  158. I mieli ponoć ograniczony dostęp do toalet.
    Ten brak higieny przynosił wręcz skutki śmiertelne. (W trybie przyspieszonym).
    W tamtych czasach, w moim wieku, z moim zdrowiem, już nic by mi nie zostało, tylko memento mori.
    I to o ile dożyłabym tych wczesnych lat balzakowskich.
    A tak – to może ulepię jeszcze kiedyś bałwana.
    Choć nie dziś.
    Tak czy owak, obraz jest śliczny.
    Nie jest nam tak źle. Mogłoby być gorzej. :)

  159. Pachnieć, Sowo?
    Wątpię szczerze. Aksamit, złotogłów, jak to prać?
    Brak łazienek. Kąpiel raz na pół roku.

  160. Mamo Isi nie byłoby tak źle od razu. Zakładam, że w czasie pokoju (a gród nie wygląda na oblężony), most zwodzi się rano, by podnieść go wieczorem, masz więc szanse przeżyć zakupy. ;o)

  161. Pewnie z tęsknoty za wiosną, DUA.
    Mimo codziennej dostawy świeżego białego puchu też ją odczuwam. Pewnie byłaby mniejsza, gdyby śnieg skrzył się w słońcu, ale tylko sobie leży albo fruwa.

  162. Magdo Z., anegdota cudna;)
    Alku, bo jak słusznie zauważył Starosta, nie mieli wtedy mediów, które by za nich (za tę agenturę wpływu) wykonały robotę. Już to widzę! „Kurierek Knidyjski” skrzykuje okoliczną ludność, żeby zaprotestować przeciwko niszczeniu skalnego przesmyku, jako że to przecież obiekt chroniony programem Natura -395! Już nie mówiąc o ślimaczku nieboraczku, który akurat tylko tam występuje, a jest gatunkiem zagrożonym!

  163. Ci na zewnątrz są wydekoltowani, ale ci przy wewnętrznych drzwiach? Wyglądają jakby całkiem zapomnieli się ubrać!

  164. Mamo Isi, Ty byś na żadne zakupy nie latała, służba by latała. Twoją rolą byłoby tylko wyglądać i pachnieć. Czasem, z nadmiernej nudy, wychodziłabyś porzucać się śnieżkami.

  165. Podoba mi się, ze aby wyjść z domu musieli położyć most zwodzony. Już się widzę w tych okolicznościach przyrody. Lecę po zakupy, wartownik opuszcza most, a po moim przejściu go podnosi, no bo w końcu zasady bezpieczeństwa. W tym momencie przypominam sobie, że zapomniałam sakiewki z drobnymi, albo chusteczki do nosa, albo rękawiczek. Pędzę z powrotem. Wartownik opuszcza most. Po chwili wracam. Wartownik znowu robi swoje. Za sekundę znowu coś sobie przypominam. Wartownik opuszcza most. Najdalej za czwartym razem wartownik cichcem mnie morduje, po czym każdy sąd go uniewinnia.

  166. Zgredzie, dziękuję za aprobatę w sprawie anegdoty :), bo poza tym poczułam się zignorowana i myślałam, że jest może słaba.
    Jakiś pożytek z tej pracy, to taki, że anegdoty mi lepiej wychodzą (od tego ciągłego gadania) – kiedyś gubiłam się w takiej ilości szczegółów, że to nawet śmieszne nie było.
    Poza tym, chyba mnie jednak nie doceniają.
    Piętaszku, niespecjalnie przepadałam za śnieżkami. Jako osoba poważna i najczęściej przejęta lekturą i lektury rzeczywistością (a to Wyspa Księcia Edwarda, a to inna Tajemnicza wyspa), niespecjalnie miałam ochotę wyściubić nos z domu. Natomiast dziś bym sobie porzucała, czemu nie? Cóż, skoro najlepszy śnieg stopniał, a ten co został, jest jakiś brudnawy. Tobie mogłabym doradzić taki wielki, ciepły szal, którym można się owinąć po sam nos. Chyba że Ci na tych śnieżkach po prostu nie zależy. :)

    Dzień dobry:) Wstałam dzisiaj skoro świt.

  167. Sowo, dzięki za wiad. pryw.
    Nini, Piętaszku, w związku z bałwankiem – pardon. Stopniał.

  168. Dobry wieczór, dzień dobry (” w końcu nie wiadomo , kiedy to pójdzie”). A Venceslao po włosku to chyba Wacław, prawda ?

    Zabawny jest kontrast pomiędzy czynnością jaką wykonuje wielmożne państwo, a mimiką, a właściwie brakiem mimiki oraz postawą świadczącą co najmniej o połknięciu kija od szczotki czy coś.
    Należę niestety do niechlubnych wyjątków, który nie znosi rzucania się śnieżkami. Powód jest prosty – mam bardzo wrażliwą na zimno szyję i kiedy wejdzie ona w bezpośredni kontakt ze śniegiem sztywnieje i można powiedzieć, że to koniec zabawy. Ale za to sanki i łyżwy zawsze .

  169. Aha! Wobec tego nie są zdziwieni, tylko po prostu ucieszeni! To pierwszy śnieg, więc żwawo wybiegli.
    Już poprawiam.

  170. W Trento śnieg pada chyba całkiem często. Zapowiadają go na przykład na piątek, pojutrze. W Rzymie za to byłby wydarzeniem! Tak mi brakuje rzucania śnieżkami!

  171. W pewnej wschodniej krainie bardzo nie wypada zostawić pałeczek do jedzenia wbitych w potrawę.
    Bo tak ofiarowuje się jedzenie zmarłym.

    Anegdota Magdy Z. – przepyszna.

    Metoda Alka terapii przeciwstawnymi bodźcami przypomniała mi pewien tekst ks.Tischnera ze Znaku.
    Pisał o wzrastającej modzie na ostre przyprawy, przynajmniej w pierwszej warstwie tekstu.
    Ale w konkluzji było pytanie o negatywny wpływ na zdrowie właśnie przeciwstawnych bodźców.

    A z Pytiami to niestety tak bywa, że łatwiej je dostrzec w oku brata, że tak powiem.
    Bo chodzi o dzielenie.

    Dzięki na namiar na ridero. To to. Ktoś już pisze.
    A ja myślałem, że w europejskim malarstwie średniowiecznym nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć!
    Mam nadzieję, że to nie emptoemptofluwia.
    Śmierć emotikonom.

  172. Tej pierwszej chyba nie udokumentowano..
    Ale to przyjemne jak w dorosłych budzą się dzieci.

  173. No nie ulepili.
    Właśnie miałam powiedzieć dobranoc wszystkim,którzy chodzili do przedszkola i tym, którzy tak jak ja rozkosznie przeżywali najlepsze lata dzieciństwa w domu, gdy DUA zaskoczyła nowym wpisem.
    No właśnie. Niezależnie od miejsca i metod wychowawczych, wszyscy rzucaliśmy śnieżkami i śmiem twierdzić, że wielu z nas jeszcze to robi.
    Na Podlasiu śniegu nie brakuje, drogi zasypane, będzie się zimowo działo ( kuligi, narty biegowe, saneczki a na koniec śnieżki i bałwanki).
    Myślę, że na obrazku śnieg jest świeży i puszysty i dlatego jeszcze nie ulepili.
    Bałwanki pojawią się później.
    Dobranoc pani Małgorzato i sympatyczny Ludu.

Dodaj komentarz