Na rozgrzewkę

afryka

 

Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!

Zimno? Ponuro? Śnieg, błoto i gołoledź?

A to sobie popatrzcie na obrazek z Afryki, prosto z Konga, gdzie nasza KC Dobrywieczorek, młoda nauczycielka, pracowała jeszcze rok temu na misji, w szkole. (Ciekawa jestem, czy go dziecko malowało? Bardzo zdolne!)

Dobrywieczorek przysłała mi ten obrazek z życzeniami świątecznymi. Przybył już po Nowym Roku, więc postanowiłam Wam go pokazać dopiero na Boże Narodzenie 2016. A ponieważ schowałam go bardzo starannie, żeby nie zaginął – on właśnie to mi zrobił. Zaginął.

Szukałam i szukałam, po wszystkich szufladach, teczkach i skrytkach, aż wreszcie się poddałam i wpis na Boże Narodzenie otrzymał inną ilustrację.

A obrazek znalazł się dzisiaj! Po prostu nagle spojrzałam na półkę z książkami, tę samą, na którą patrzę sto razy dziennie, bo stoi obok mego biurka. No i on tam był, oprawiony w ramkę, za szkiełkiem.

Jest to afrykańska szopka! Czy widzicie w niej Świętą Rodzinę? Gwiazda wskazuje drogę. Jest bardzo gorąco, piasek rozpalony, aż świeci w słońcu. Ktoś na pierwszym planie, świetnie uchwycony w ruchu, miesza w kotle. Pasterz? Czy wieśniak? Obok szopki rośnie drzewko z bujnymi kwiatami, czy liśćmi. To jest afrykańskie Betlejem, naprawdę wzruszające. Tak zresztą, jak wzrusza i Betlejem polskie, które zasypane jest zawsze śniegiem, ściśnięte trzaskającym mrozem, i w którym jest tak zimno, że zwierzęta w stajence lichej muszą chuchać ciepłym oddechem na Dzieciątko.

Każdy ma własne Betlejem!

Chyba obrazek z Konga specjalnie o sobie przypomniał, żeby nam rozjaśnić ponury lutowy przednówek.

I już nam cieplej, prawda?

Dziękujemy, Dobrywieczorku!

201 przemyśleń nt. „Na rozgrzewkę

  1. Muzyka do snu:

    Claude Debussy – „La mer”.
    Vladimir Ashkenazy, Cleveland Orchestra.

    Dobranoc, KrzysztOfie, dobranoc DUA i Ludu Księgi.

  2. IciMaman, to jest agentura wpływu w postaci, rzekłbym, czystej. Najpiękniejszy bezpośredni wpływ, jako może sobie wyobrazić władca nieprzyjacielskiego państwa.

  3. Żeby było inaczej? ;o)

    Dobry wieczór! A czerwień rozumiem, bardzo! I jeszcze pomarańcze..

  4. Żeby utrzymać się w gorącym klimacie postanowiłam zrobić czerwoną serwetkę. Filetowe dzbanuszki i filiżanki w ognistej czerwieni.

  5. Dobry wieczór. Afrykański obrazek ogrzewa. Aż mi się uśmiech przyplątał. Wirtualnie ściskam anonimowego Twórcę, nieanonimowego Dostarczyciela, ulubionego Wystawcę i miły Lud.

  6. O, tak, Starosto! Te wyrocznie w istocie były ośrodkami, gdzie mocarze tego świata lokowali swoją agenturę.
    Oto mamy rok 395 p.n.Ch. Flota perska zbliża się do Knidos. Knidyjczycy postanawiają skuć skalny przesmyk łączący część reprezentacyjną na półwyspie od pozostałych dzielnic na lądzie. Tym samym zlikwidowaliby oba porty, co agresorom znacznie utrudniłoby zadanie. Jednak zwyczajem ówczesnym zanim zabrali się na dobre do roboty, wysłali posłańca do Delf, aby spytał wyroczni, jaka jest wola Apollina. Odpowiedź wyroczni brzmiała: „Gdyby Apollo chciał, aby Knidos było wyspą, to by ją stworzył wyspą.” Na takie dictum obrońcom wypadły z rak kilofy, Persowie zaś zdobyli miasto bez najmniejszych trudności.
    Czyli razwiedka perska miała swojego człowieka w wyroczni delfickiej.
    A piętą Achillesową Greków okazała się ślepa wiara w orzeczenia wyroczni.

  7. To jeszcze tylko przytoczę taką anegdotkę z pracy i też się już dzisiaj pożegnam.

    Kiedyś odwiedziły nas maluchy z takiego przedszkola prowadzonego właśnie przez siostry. Oprowadzał ich kolega, człowiek z olbrzymią wiedzą, którą bardzo lubi dzielić się ze wszystkim turystami, nawet najmłodszymi. Zdaje się, że zorientował się, że dzieci mogą już być nieco przytłoczone ilością informacji i postanowił je zaktywizować. Pokazał im więc obraz misternie wygrawerowany na szkle trójwarstwowym (Piłsudski na Kasztance, na podstawie portretu Kossaka) i pyta:
    -Dzieci, a wiecie, co to za pan?
    Dzieci milczą, nie wiedzą. Przewodnik podpowiada:
    – Pan, pan …
    -Pan Bóg! – odpowiedział jakiś maluch.

    Dobranoc:)

  8. Staję dzielnie w obronie przedszkoli- jak już tata wspomniał, ja uczęszczałam (bo chciałam ;)), wspomnień mam niewiele, ale te, które są są baaardzo pozytywne. Moja starsza Puchalątka już w momencie skończenia roku zmuszona było do udania się do żłobka (gdyż ja zmuszona byłam do udania się do pracy), czyli uczęszcza tam już półtora roku i zadowolona jest i ona i ja. Malutki Puchalątek (który dzisiaj kończy pół roku!), najpewniej do niej dołączy :) żłobek/przedszkole jest prywatne i prowadzone w duchu pedagogiki Marii Montessori.

  9. Tak jest, Zuziu, poszukaj w internecie. Oko Ci zbieleje!

    Krzysztof też właśnie poszukał i aż się zdziwił, cha,cha!
    Krzysztofie, dobranoc, śpij sobie na tych turkusowych wodach.

  10. Krzysztofie, nie wiem czy to to, ale w moim atlasie na L widzę tylko Lakszadiwy, przy Indiach. Ale to pewnie nie to, bo tylko literka się zgadza. W każdym razie, to bardzo daleko. Podziwiam Cię.
    Chyba poszukam w internecie.

  11. Ja z zerówki pamiętam tylko, że cieszyłam się z długiej czytanki. I że jako jedyna z grupy umiałam czytać. Bawiłam się na ogół sama, plastikowymi zwierzętami, nie zwracałam uwagi na innych. Niedawno dowiedziałam się, że wybuchały regularne konflikty między koleżankami o przyjaźń ze mną. :)

    A dzięki Wam zrozumiałam, jak cenną książkę mam na półce: „Czarodziejskie miasto” Edith Nesbit z ilustracjami Szancera.

  12. Faktycznie, ładne zdjęcia (też zerknąłem do sieci). Ale muszę już pomachać na dobranoc, tutaj pora spać.

  13. Alku, mam wrażenie, że oni chcieli odtwarzać folklor polski, nie irlandzki, więc w jakimś sensie też byli autentyczni. O tańcach nic mi nie wiadomo.

    Krzysztofie, w dużym stopniu się z Tobą zgodzę. Natomiast z instytucjami bywa różnie, przedszkola zakonne zwykle bardzo dbają o dzieci i ich właściwe wychowanie. W zwykłych nie zawsze tak jest. Plus duże grupy. Jeśli chodzi o tzw. uspołecznienie też nie widzę wielkiego związku, szczególnie w rodzinach wielodzietnych, bo one mają przedszkole w domu – naturalne, najlepsze. Generalnie każde dziecko ma swoje preferencje, jedne przedszkole lubią, inne nie i dobrze, gdy da się to uszanować.

  14. Chyba wiem, Pani Małgosiu, bo i ja się zawsze uśmiecham, gdy pomyślę o tym jak wspaniale jestem obdarzona przez los.
    Ostatnio się z kuzynostwem śmieliśmy, że my tak z jednego domu do drugiego przechodziliśmy i tak nam mijało dzieciństwo.:)

  15. Zuziu, śpieszę zaspokoić Twą ciekawość – miejsce, gdzie się obecnie znajduję, nosi nazwę Lakshadweep Sea. Znajdziesz?

  16. Bezlitosna Zuziu!
    No, kto by pomyślał.
    Wiesz, zawsze się uśmiecham, jak wspomnę to Twoje rodzinne podwórko. Naprawdę, szczęśliwa z Ciebie istotka.

    Krzysztofie, tak, czytałam po polsku (a teraz wysłałam Mamie Isi, wraz z „Blackoutem;’ i „All Clear”). Nie kupuj, tylko się umówcie na book-crossing.
    „Przejście” takie sobie.

  17. Dzień dobry!
    Krzysztofie! Myślałam dziś o Tobie, a to dlatego, że na geografii zaczęliśmy temat o zasobach wodnych Ziemi. Jak tak pani wodziła palcem po mapie, zastanawiałam się, gdzie sobie teraz pływasz.

    Ależ ja musiałam być szczęśliwa! (I nadal jestem.) Nie dość, że chodziłam do przedszkola, które wspaniale wspominam (zwłaszcza jedną z pań), to miałam też zapewnione wychowanie nie tylko rodziców i dziadków, ale całej rodziny z podwórka.
    W przedszkolu szalał za mną pewien chłopiec. Biedak, spał ponoć z moim zdjęciem, a raz to nawet próbował mi się oświadczyć, ale ja bezlitośnie chowałam się po kątach. He, he.

  18. Ciepło i owszem, ale w tej chwili już ciemna noc. Księżyc, oczywiście, świeci.

  19. Wyczytałem, że polskim debiutem Connie Willis było opowiadanie „A Letter from The Clearys” opublikowane w „Fantastyce” nr 22 (7/1984). Czyli musiałem je czytać, bo pismo to prenumerowałem i eksplorowałem do ostatniej literki od pierwszego numeru do momentu, kiedy to stało się „Nową Fantastyką” i zaczęło zamieszczać rzeczy, delikatnie mówiąc, nieodpowiednie. Gdzieś te wszystkie stare numery leżą.
    A czy Madame, jak pisuje jego Wysokość, czytała „Przejście”? Tego jeszcze nie udało mi się kupić. Za to chyba nie wytrzymam i zakupię „Blackout”, bo ileż można czekac na polskie wydanie.

  20. W dużym stopniu.
    Jak tam na morzu, Krzysztofie?
    Miło pomyśleć, że masz wokół ciepło i niebiesko.

  21. Co do przedszkola, to potomstwo się podzieliło. Najstarsza dwójka czas przedszkolny spędziła w domu, ale kiedy Casciolina z młodszym bratem poszli do szkoły, została pięcioletnia Puchałka, która była zwierzęciem towarzyskim, więc z wielką ochotą uczęszczała przez dwa lata do przedszkola (łącznie z zerówką). Tzw. drugi rzut, czyli jeszcze dwie dziewczyny po wielu latach przerwy, chodził do przedszkola nazaretanek (a później także do ich podstawówki). Nie dostrzegam żadnego wpływu tych faktów na stopień uspołecznienia poszczególnych dzieci. Jak zawsze i wszędzie, wszystko zależy od konkretnych ludzi, nie od instytucji.

  22. Wszystko prawda. Nawiasem mówiąc, chodziło o dzisiejszą Syrię.
    Ech, mój ty świecie.

  23. Dziękuję Autorko, tak, zasadniczo myślałem o père, ale syn też brał udział, dowodził o ile pamiętam jednostkami kawalerii i tam też poległ. W ogóle bitwa była z punktu widzenia Rzymu skandaliczna, bardzo silna ekspedycja została pobita przez trzykrotnie słabszego przeciwnika, który niestety zastosował niedżentelmeńskie metody walki, to znaczy dysponował łukami o większej donośności i niewyczerpanym zapasem strzał, co wykorzystał. Przewaga taktyczna i techniczna. W dodatku Krassus został parokrotnie wyprowadzony w pole przez przewodników sprzyjających konkurencji. Dwadzieścia lat spędzonych na urzędach nie wyostrzyło mu dowcipu. Podobnie zresztą było z Warusem: ów administrator i prawnik, kiedy zorientował się, że własne jednostki posiłkowe zwodziły go przez długi czas i właśnie rzuciły się do gardła jego legionistom (w Lesie Teutoburskim), początkowo zażądał, aby ich aresztować. Kolejny dowód, że orientacja polityków w świecie rzeczywistym nie tylko współcześnie jest upośledzona. Nie za dużo piszę?

  24. Och, Gio, od tego czasu zostały mi takie ślady, żebyś widziała, po tym gotowaniu… O, tu i tu jeszcze… Gosposia była świeżutkim produktem wsi kaszubskiej (peryferie Gdyni wspomniane w „Piosence o Janku Wiśniewskim” dopiero zaczynały dyszeć miejskością) i mieszkała na ulicy niejakiego „Zademhofa”. Rany, jakie ja dziwne szczegóły pamiętam… Ale ja pamiętam też, jak zbierałem ślimaki w ogrodzie w wielu lat trzech, albo jak rodzice mi się w lesie zgubili, w podobnym okresie.

    Sowo, ale tamci to był irlandzki autentyk. Nawiasem mówiąc, zmarły był Meksykaninem, ale miał irlandzkich przyjaciół, więc poniósł konsekwencje. W drugiej strony, w krajach wschodniejszej tradycji do dziś nie jest niczym niewłaściwym chlapnąć sobie przy nagrobku w intencji osoby spoczywającej i to jest w sumie w porządku. A ci twoi bohemiści może dziarskiego trepaka też wycięli w intencji przedwcześnie zgasłego? Na płycie? Jak szaleć to szaleć.

  25. Sowo, gdy się urodziłam moja mama wzięła sobie opiekę nad dzieckiem, czy coś takiego, w każdym razie była w domu aż skończyłam sześć lub pięć lat (niedokładnie pamiętam) i dopiero wtedy poszłam do przedszkola, a raczej do zerówki.
    Później miejsce jej pracy zamknięto i poszła pracować gdzie indziej. Gdy urodziła się Maja już jej tego nie przyznali i gdy moja siostra skończyła rok (bodajże), mama musiała wrócić do pracy. Mimo to nie posłała Mai do przedszkola – opiekuje się nią babcia, która już jest na emeryturze.

  26. Alku, przy śniadaniu obłożyłam się księgami i próbowałam znaleźć odpowiedź na dręczące Cię pytanie co do numerów legionów Krassusa (nota bene, było ich trzech, Marcus Licinius Crassus Dives, triumwir, za czym jego syn Publius Licinius Crassus, oraz wnuk, Marcus Licinius Crassus), lecz Ty badasz seniora.
    Otóż nigdzie nie ma mowy o tej numeracji, wszyscy podkreślają natomiast bolesny fakt utraty złotych orłów legionowych w przegranej bitwie pod Karrami w roku 53. To była okropna hańba, utracić te orły, wieńczące drzewca sztandarów. Orły, jak i 10 000 jeńców rzymskich, zwrócili Partowie dopiero w roku 20.
    Wertując „Cesarstwo Rzymskie” Tadeusza Zielińskiego natknęłam się na rozdział poświęcony Sybilli, „wieszczce kumańskiej”, a tam na takie słowa:
    „To Sybilla po klęsce Krassusa pod Karrami w roku 53 wywołała widmo ‚króla rzymskiego’ jako jego mściciela i w taki sposób stała się przyczyną zguby Cezara w krwawe idy marcowe roku 44. Po jego śmierci wywierała dalej swój wpływ na dusze Rzymian, napełniając je to strachem, to znowu nadzieją”.
    To mi dało do myślenia. Zdaje mi się, że wyrocznia Sybilli odgrywała w tamtym czasie rolę, którą dziś wypełniają media.

    Wniosek: nie należy się przejmować ich straszeniem. I tyle.

  27. Tak jak myślałam.
    Tej pięknej książki, polecanej przez Panią, nie ma niestety w naszej bibliotece.
    Tygodnie upłyną, zanim na książkę będę sobie mogła pozwolić.
    I to jest naprawdę okropne.
    Choć są gorsze rzeczy na świecie. Metodą Pollyanny mogłabym parę wymyślić.
    Ale raczej odpowiem Magpie. :)

  28. Alku, też miałam niby-nianię, niejaką Józię, która się mną opiekowała po powrocie ze szkoły (rodzice dużo pracowali). Podobno mnie kopała w ramach aktów wychowawczych, ale na szczęście wyparłam z pamięci te barbarzyńskie metody.

  29. O, Ludu!
    Cóż za cudownie piękna książka do mnie dziś przybyła!

    „Stanisława Witkiewicza styl zakopiański”. wydawnictwo Bosz. Co za radość! Pięknie wydany album, wspaniałe zdjęcia, także stare, sepiowe. Dużo ślicznych detali, ciekawy tekst, dobra czcionka, słowem – klejnot! Bardzo polecam!
    Nie mogę tego powiedzieć o poprzednio kupionym albumie tego samego wydawnictwa „Kresy w sztuce polskiej”- bure ilustracje, kiepski druk, a co najgorsze – brak indeksu.

  30. Dziękuję Wam! Mam napad śmiechu z drgawkami… Do przedszkola nie chodziłam, raz próbowano mnie zostawić w tzw. kapliczce (nie na stałe – figlarze!), ale wyraziłam słuszny opór. I dzięki temu mogłam w spokoju czytać co chciałam.
    Książkę Nowaka znam i również polecam!
    Madziu, okropnie długi mail do Ciebie napisałam, nie przestrasz się.

  31. A, Alku, takie dziadowskie libacje przy grobie (ale nie trumnie) są teraz modne i w Warszawie. Ostatnio była jedna przy grobie pewnego słynnego poety, co pić lubił. Z przemowami i z pieśniami, a jakże.

  32. Z przedszkolami trudna sprawa, nie każda matka może pozwolić sobie na luksus pracy w domu albo wyłącznie pracy domowej. Inaczej też dzieciom, które mają rodzeństwo, inaczej jedynakom. Ja też do przedszkola nie chodziłam (w ramach szykan politycznych nie chciano nas przyjąć) i bardzom z tego rada, nie masz to jak dzieciństwo u dziadków, z dużym Tajemniczym Ogrodem.

  33. Nie dość, że lała, to jeszcze gotowała Cię, Alku? W dodatku ohydnie? A to paskuda! I sadystka!
    /emotikon [zgadnij jaki]/

  34. Och, przepraszam za ten listopad, nie zamierzałam wywoływać dyskusji o upiorach i dyniach, tylko wyrazić swój żal nad zmianami jakie zaszły w literaturze dziecięcej. Mam wrażenie, że kiedyś istniało coś w rodzaju niepisanej umowy społecznej, że książki dla dzieci muszą być nienaganne językowo i treściowo, że spełniają mniej lub bardziej rolę wychowawczą. Przy czym wizja wychowania dzieci była mniej więcej spójna. Teraz tak już nie jest i rodzice jakoś muszą się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.

  35. Ach, Ulubiona, w kwestii przedszkola: nie chodziłem, co nie znaczy, że nie próbowałem. Kilka razy przyniosłem do domu potworne zarazy jakieś, a raz wszy. Po takich doświadczeniach rodzice uznali, że nie nadaję się do zbiorowej hodowli i zafundowali mi niańkę od wszystkiego, imieniem Helenka, która lała mnie regularnie i ohydnie gotowała. Nie wiem, czy w tym czasie nie uważałem, że przedszkole z jego insektami i zarazkami było jednak lepsze. Z tym, że w przedszkolu jedzenie było też paskudne, pamiętam marchewkę i tłuczone kartofle.

  36. Dzień dobry Autorko i ty, Ludu. Casciolino, przypomina mi się specyficzny irlandzki rytuał czuwania przy zmarłym polegający na straszliwej libacji. Poszukam na półce, jest felieton Artura Perez-Reverte, w którym wspomina o takim pożegnaniu, brał w tym udział jego przyjaciel (nieletni wówczas syn zmarłego), rzecz miała miejsce w latach 50.-60., byli tam najwięksi ludzie filmu z samym Księciem – Johnem Wayne na czele, pili straszne ilości irlandzkiej whiskey i wygłaszali przemowy w stronę trumny, wychwalając nieboszczyka i wykrzykując „łajdaku, jak mogłeś nas opuścić!”, a płakali przy tym jak bobry. Wspaniała scena.

  37. Dobrywieczorku, jak miło, że wspomniałaś o książce Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez czarny ląd”. Jest to lektura fascynująca, zwłaszcza jeśli pozna się wszystkie okoliczności powstania tego tekstu (konieczność zapewnienia bytu pozostałej w Polsce rodzinie), ale także historię ponownego odkrycia go przez Łukasza Wierzbickiego i doprowadzenia do wznowienia tej opowieści. Polecam innym Księgowym, którzy lubią podróże, zarówno te realne, jak i te per procura.

  38. Jas, rzeczywiście, swojej czwórce zrobiliśmy wesołe przedszkole w domu. Wyrośli wspaniale, nigdy nie mieli problemów z adaptacją w społeczności.

    Casciolino, to prawda: fascynujące. Jak ten świat mało się starzeje. Mam, swoją drogą, coś na ten temat i pokażę w następnym wpisie.

  39. Nagle zrobiło się w Księdze zupełnie listopadowo ;)
    Sowo P., doskonale rozumiem Twoje pragnienie uchronienia Sowiątka przed wpływami „tego świata”. Sama jeszcze nie muszę się z tym konfrontować, ale już czuję, że łatwo nie będzie. Zwłaszcza, że mąż mój wyznaje zasadę „każda okazja jest dobra do zabawy”.
    To fascynujące, że w XXI wieku ciągle są powtarzane antyczne rytuały! Spożywanie posiłku na grobach zmarłych (a właściwie nad nimi, na dachach i tarasach grobowców) to tzw. refrigerium. Dzisiaj obserwuje się ten zwyczaj właśnie wśród Cyganów, ale nie tylko, w Hiszpanii, Meksyku, Chinach, Wietnamie również. I w kościele prawosławnym. Natomiast dzielenie się ze zmarłymi (głównie) napojami nosi nazwę libacji (libagione). Dlatego w posadzkach grobowców są specjalne otwory, dzięki którym można było do grobów wlewać różne płyny (np. mleko, wino, miód) czy wrzucać kawałki chleba i winogron.

  40. Ja się nauczyłam tego od Pani Małgosi, tego by nie posyłać dziecka do przedszkola. Zrozumiałam to jak w ramach socjalizacji przed zerówką wysłałam maluszka do prywatnego i musiałam kwitnąć pod salą, a mała sprawdzała,czy mama jest. Panie cieszyły się, że jeszcze jedna pani chodzi z nimi na spacerki. Zła byłam,gdy zobaczyłam jakie świetne mają relacje w szkole dzieci, które nie chodziły do przedszkola! Wesołe,zadowolone, a te po przedszkolu wystraszone. Przedszkole po 2 roku to praktyka szwedzka, dzieci po tym nie chcą kontaktu z rodzicami w późniejszym życiu. U nas jest w modzie też homeschooling, dostaje się wtedy nawet 500 zł na dziecko, na materiały. Tylko nasza jedynaczka lubi szkołę. Może dlatego, że robimy jej ferie jesienne, wiosenne, wycieczki w tygodniu, bo byliśmy po reformie zmuszeni dać ją od 5 lat do szkoły i jakoś nie może okrzepnąć-jak mnie poinstruowała jedna matka. Matki wszystko wiedzą. Uczę ją w domu.

  41. Jest moneta z czasów Oktawiana z oznaczeniem „Orły zwrócone” (Signis receptis), znalazłem jej trzy warianty w naszym dzielnym internecie, ale w trosce o lapidarność stylu zwięźli Rzymianie nie napisali, które orły konkretnie. Wiadomo, że Oktawian doprowadził do jakiego takiego pokoju z Partami i odzyskał znaki legionowe, ale jeńców już nie – o ile jeszcze wtedy żyli, bo roboty kamieniarskie w Sogdianie prawdopodobnie skracały życie bardzo poważnie. Dobranoc, Ulubiona Autorko, mówiłem, że o tej porze zajmuje się głównie tetrapiloktomią? To teraz jest dowód.

  42. Jasne, jasne, samokrytyczny! Będę się tego trzymać. Teraz tak przeskakuję pomiędzy waszym towarzystwem, a nieudacznikiem Krassusem i jego legionami. Wie ktoś może, jakie numery nosiły legiony Krassusa i czy w ogóle były numerowane? Bo te, które zaprzepaścił Warus w Lesie Teutoburskim, nosiły numery XVII, XVIII, XIX. A Krassus pod Carrhae miał podobno siedem, ale które? Informacje o legionach z okresu republiki są strasznie słabe, przynajmniej w podręcznych źródłach.

  43. Nadążają, i to jak! Żebyście widzieli z jaką swobodą Sowiątko przewija i powiększa paluszkiem zdjęcia na smartfonie! Tego bronić dzieciom nie należy, byle korzystały z umiarem.

    Jas, przedszkola wychodzą z mody? Gdzie jest tak pięknie? Bo w moim otoczeniu (również rodzinym) czuję się jak ten ufoludek, co nie dostrzega ogromu zalet wynikających z posłania dziecka do przedszkola, najlepiej już w wieku dwóch lat.

    Nutrio, nie mówię, że wszędzie. Mówię, że to powszechność. I tak jak napisała Wiola, są placówki (znam), gdzie nauczyciel nie może się temu sprzeciwić, jeśli nie chce stracić pracy. A, i nie jestem pesymistką, bać się też nie boję. Mam rozum, to pilnuję, co dzieć czyta i dokąd pójdzie się kształcić, choć wolałabym nie musieć tego robić. Ot, takie marzenie.

  44. Nieco kokieteryjny :)

    W Bytomiu widywałam na Wszystkich Świętych Romów, biesiadujących na grobach swoich bliskich. Wspominają ich, skrapiają trunkiem ziemię. To ich tradycja. Co ciekawe, na zabytkowym cmentarzu Mater Dolorosa wyglądało to zupełnie na miejscu.

  45. Ale, swoją drogą, jak to miło brzmi: po STARYM wypadku!
    Wszystko mija. Także cierpienia i stresy.

    Wiolu, dom, nawet z konsolą i Youtube, jest dla dzieci najlepszy.

    Kiedyś tak się ludzie zżymali na radio kryształkowe, którym się dzieci fascynowały, potem na kinematograf, potem na telewizję, no, cóż chcesz, widocznie tak być musi. Postęp. A dzieci nadążają.

  46. Bożena, no co ty. Ja po prostu po starym wypadku nie odrestaurowałem sobie jeszcze w pełni uzębienia i wyglądam jak ta dynia.

  47. Och, Jas, oczywiście że o trupach, w kocu to wigilia dnia Wszystkich Świętych, All Hallows’ Eve. Nawiasem mówiąc, także jedna z książek Agathy Christie (Hallowen Party czy jakoś tak). U nas w tradycji nazywało się to Dziady, ale wtedy szło na poważnie, zaś obchody w takiej ludycznej postaci przyszły do Europy z Irlandii via Stany. Irlandczycy ze swoją wyjątkowo starą tradycją katolicką zawsze mieli skłonność do mieszania tego z pogańskimi obrzędami. A bliżej nas specjalne obrzędy w Wigilię Wszystkich Świętych stosują unici, z procesjami na cmentarze i zdaje się karmieniem zmarłych też. Różne cuda ludzie wyprawiają.

  48. Sowo, jakże się z Tobą zgadzam i piórem podpisuję!
    Mam szczęście, że pracuję w placówce, w której nikt mnie nie przymuszał do zorganizowania tego typu zabawy, bo byłoby to sprzeczne z moimi wartościami. Czasami jednak nauczyciele, choćby chcieli, nie mają nic do powiedzenia, zwłaszcza w przedszkolach, zwłaszcza w prywatnych. A jak ktoś ma zostać bez pracy to… różnych rzeczy się podejmie, niestety nasza rzeczywistość.
    Sówka jest dobrą mamą, tak sądzę. To zaowocuje, ba – już owocuje, czasem o tym tu czytamy. Takie wychowywane dzieci w domu każdego dnia nauczyciel od razu może „wychwycić”. Mówię to z mojego jakże krótkiego doświadczenia. Kontakt z takimi rodzicami i dziećmi – bezcenny. Takie światełko i nadzieja. : )
    Gorzej, gdy dziecko na pytanie „Co ci się kojarzy ze słowem dom?”, odpowiada „Konsola, youtube”. I to niestety, załamana, usłyszałam…

  49. Ogniście, gorąco! Rozgrzewka skuteczna.

    Siedem korekt. Marzenie.
    Machnęłam sobie niedawno, hobbystycznie, wraz z Córką, podyplomowo edytorstwo. I chyba z tamtych zajęć pochodzi zapamiętany jędrny przykład braku starannej korekty: „Pod sztandarami Osła Białego”.

    Aluzję do słynnej wymiany zdań Stanley/Livingstone ładnie wplata w fabułę Agatha Christie w „Kocie wśród gołębi”. Przy okazji – uwielbiam panią Upjon i jej mądrą córkę.

    Alku, Ty po prostu – tak po męsku – skąpisz nam uśmiechu. Choć uśmiechnąłeś się do DUA :) Uśmiechnij się też do nas :)

  50. Ja tam mówię dzieciom, że tradycja halloween to o trupach, więc nie ma co się nią zajmować. A z ewangelicznego punktu widzenia: „grzebanie umarłych zostawcie umarłym…”, kultura śmierci, a JPII prosił o budowanie cywilizacji miłości, więc to nie ten adres. Sowo nie bój się, przedszkola są już nie modne, w szkołach nie jest tak źle, z nauczycielkami też można się dogadać. U nas robią dla chętnych, jakoś udaje nam się sprytnie wywinąć, bo córka też nie gustuje w zwłokach.

  51. O nie, Sowo! Nie możesz mieć takiego pesymistycznego mniemania o rzeczywistości. Czuję się w obowiązku sprowadzenia Cię na ziemię: w naszej szkole nie ma balu Halloweenowego, co więcej to ,,święto” jest w naszej placówce w sposób najsurowszy tępione.
    Jeśli pozwoliłam sobie na zbyt wiele – przepraszam pokornie.

  52. Madziu, już zrozumiałam, że słuchanka ma być codziennie, nie musisz się przypominać. ;) Tylko czasem będzie późno.

    Camille Saint-Saens – Fantazja na fortepian i orkiestrę „Afryka” op. 89.
    Marc-Andre Hamelin.

  53. Wiesz, Alku, myślę, że ta rzeczywistość taka jest, bo za słabo na nią społecznie reagujemy. Owszem, mogę dać takiemu „kolędnikowi” kamienne ciastko, ale nie mogę mu się dziwić, że się w to bawi, skoro on do tej rzeczywistości jest przyzwyczajany od pieluch. Jeśli, dajmy na to, w książce traktującej o tym, jak fajnie jest w przedszkolu, na dwóch stronach A4 jest wyrysowany wspaniały bal przebierańców urządzony przedszkolakom z okazji Halloween… Odkąd to odkryłam wiem, że jeśli poślę moje dziecko do przedszkola, to pierwszą rzeczą, o którą zapytam się w potencjalnej placówce będzie to, czy organizują tam takie bale. Bo, że w szkołach podstawowych są, to już oczywiście norma. Albo taka książeczka o kolorach, przeznaczona dla rocznych dzieci – w dziale „pomarańczowy” szczerzą się do dziecka wampirze dynie. Niech sobie tam dynie będą, ładne i pomarańczowe to wszak warzywo, ale po co zaraz musi być tak paskudnie pocięte? Niemniej, tak jak mówiłam wcześniej, ten temat nie jest najdziwniejszym jaki spotkałam w dziecięcych książkach dla małych dzieci. Są takie, o których nie będę tu nawet wspominać, bo to jednak strona dla dzieci i młodzieży, a nie miejsce gorzkiej krytyki litecakiej. Ale powiem Wam, że ja już doszłam do tego etapu, że nie pozwalam dziecku otwierać paczek, które zamawiam w internetowych księgarniach (najpierw muszą przejść przez cenzurę rodzicielską), obawiam się każdej wizyty synka z babcią w bibliotece (czego to mi już dziecko stamtąd nie przyniosło), a znajomych proszę o inne prezenty niż książkowe. Bo znajomi to jeszcze to pokolenie, które przywykło do książek bezpiecznych treściowo dla maluchów i przed kupnem szczgółowo ich nie przegląda.

  54. Względność. Odwiedził nas kiedyś szkolny kolega mojego taty i wszedł do mojego pokoju, bo u mnie jest komputer, a potrzebował dostępu. Spojrzał okiem krytycznym na półeczki i mówi: „Jak mój syn skończył studia, to spakowałem wszystkie książki i zawiozłem do antykwariatu. Nie chcieli, to oddałem na makulaturę”. A przecież u mnie mieści się tylko mizerne pół tysiąca tomów i (+/-) 80 wypożyczonych z biblioteki. Co bym tu krytykowała? No, nie był to jakiś bardzo niesympatyczny facet, tylko troszeczkę może troglodyta.

    Chciałabym dopomnieć się o słuchankę. Sowo, czy jeszcze mi wypada, czy może robię się natrętna?

  55. Alku, nieźle mnie wystraszyłeś!
    Zamiast ukochanej Jeżycjady kupka proszku dla wnuków?!
    Dobrze,że pani Małgorzata ruszyła do uspokajania, bo już Cię chciałam o firmie z tymi bawełnianymi egzemplarzami wypytywać.
    Są książki których okropnie żal…
    Dobrego wieczoru wszystkim życzę.

  56. Dobry wieczór.
    Alku, mam niestety te same doświadczenia. Starsze wydania(lata 50 i 60-te) prawie nieczytelne, z lat 70-tych w stadiach początkowego rozkładu. W dodatku w tych najstarszych odkryłam jakieś małe robaczki, mniejsze od ziarenek maku. W obawie o resztę księgozbioru, z bólem serca, spaliłam je w kominku, bo do czytania się nie nadawały, a za nic nie wyrzuciłabym książki do kosza na śmieci.
    W trójmieście mróz i ślizgawica. Poszukam tych nakładek na buty, bo wśród krewnych i znajomych kilka przypadków solidnych potłuczeń i jedna złamana noga( już skręcona na śruby plus 30 dni gipsu), więc strach mnie obleciał.
    Często zaglądam do KG, ale siedzę głównie w norce pod regałem i chłonę dobre fluidy.
    :))

  57. Wasza Królewska Mość, mam szczerą nadzieję, że mój pesymizm jest przedwczesny. Mój syn odziedziczy kiedyś łącznie jakieś osiem tysięcy tomów (po paru pokoleniach zapamiętałych czytelników). Wolałbym, żeby nie odziedziczył wywrotki żółtego proszku, to by postawiło cały ten interes pod znakiem zapytania.

  58. O, zajrzałam teraz do działu „Spam”, i nie znalazłam tam Twojego wpisu, Czytelniczko. Czyli – nie wysłałaś.
    Za to był tam komentarz Joli o Zagłobie. Przywróciłam.
    Jolu, powód, jaki podał komputer: „Fake IP”. No, nic nie poradzę.

    Spam wali do mnie potężną falą, w tej chwili jest już znowu 1569 spamowych wiadomości, reklamy pisane cyrylicą etc. Nic dziwnego, że komputer traci rozeznanie.

  59. Nie są kasowane, Czytelniczko. Niektóre, niestety, same trafiają do spamu, ale czasem je stamtąd wydobywam, jak zajrzę.
    Nowy tom Jeżycjady będzie w tym roku.

  60. Alku, a nie wiesz Ty, że „czytając w wannie tracisz wzrok”? Heheh, ja też z tych czytających, ale lata praktyki już mnie tak wyćwiczyły, że nie moczę, choć moczyłam.
    Księgozbiór antykwaryczny u mnie w niezgorszym jest stanie, choć niektóre książki już dwa razy nie wytrzymywały przemiału rąk (rekord: „Dag, córka Kasi” kupowana była aż trzy razy!). „Krystyna..”, cokolwiek sfatygowana, ale jeszcze nie pożółkła, no i ukochany „Pinokio”-wydanie z lat 50, ma się całkiem nieźle, już trzecie pokolenie go czyta. Mamy tego mnóstwo i ,co ciekawe, z każdą książką wiąże się jakaś ciekawa historia. Dziatwa w naszej rodzinie również przyuczana jest do kultu pożółkłych stroniczek.

  61. Dlaczego komentarze są kasowane? Tylko chciałam wiedzieć kiedy ukaże się nowy tom :-/

  62. Odwagi!
    Słyszałam te straszne prognozy. A tu proszę, przechowywane w poprawnych warunkach książki z lat dwudziestych XX wieku trzymają się znakomicie, choć kartki im faktycznie żółkną. Ale się nie rozpadają!
    Strachy na Lachy, Wasza Wysokość.

  63. SowoP, Hallowen istnieje obiektywnie, więc pewnie nie ma powodu, żeby o nim nie wspominać. Ale jeśli chce się przeciwdziałać, czyli wzbudzać we wrażliwych dziecięcych umysłach instynktowną niechęć do tej imprezy… Jeden mój sąsiad, chyba okropny tetryk, irysy miesza z kostkami rosołowymi. Zetknięcie się z taką kostką w charakterze cukierka może zaowocować katharsis, a przynajmniej nauczyć (w wariancie minimum), żeby nie brać do ust bez sprawdzenia trzy razy. Zawsze jakaś korzyść. Trzeba się jednak liczyć z akcją odwetową. Kiedy ostatnio bandzie dzieciaków daliśmy z braku laku (o ile pamiętam) jakieś pierniczki własnej roboty, w odwecie odkryłem w poranek zaduszny, że moje drzwi są starannie (i nawet estetycznie) ozdobione serpentynami z papieru toaletowego. „Brittany, jak odkrywczo wykorzystałaś papier toaletowy!” – powiedziałaby jedna z bohaterek Connie Willis.

  64. A propos pożółkłych książek. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że jeśli nie zmieniła się w międzyczasie technologia produkcji papieru (a chyba nie zmieniła), to z naszych książek guzik będzie, a nie pożółkłe. To znaczy będą bardzo szybko pożółkłe, a potem się rozsypią na proszek, a to wszystko przed upływem stu lat. Stare rodzinne księgozbiory to sprawa dawnych pokoleń, która nie wróci. W czym rzecz? Otóż dawniej książki produkowano z pochodnych bawełny (najczęściej były to szmaty z ówczesnego recyklingu). O pergaminach itp. papirusach nie wspominam, bo nie w nich rzecz. Papier na bazie bawełny jest bardzo trwały i w zasadzie wytrzymuje wiecznie, jednak jest drogi. Natomiast papier produkowany z pulpy drzewnej szybko żółknie, przez co druk traci czytelność, potem zaś karty rozpadają się. Książki z tanich wydań z lat 50., których trochę mam w domu, są pomiędzy etapem drugim a trzecim, to znaczy są już niezbyt czytelne ze względu na słaby kontrast między wyblakłym drukiem a pociemniałym papierem, a poza tym już się sypią począwszy od krawędzi kart. Część taniej wydanych książek z lat 70. jest na etapie pierwszym, tzn. stopniowo ciemnieją. Cieszmy się naszymi i naszych rodziców książkami, bo szybko odchodzą. Ale słyszałem też o firmie, która wykonuje skład i przedruk dostarczonych książek na najtrwalszym papierze z włókien bawełnianych czy też lnianych. Mogę więc zanieść „Nie licząc psa” (które już wygląda, jak nomen omen psu wyjęte z gardła, bo o ile wprawdzie oboje czytamy w wannie, to M. jeszcze upuszcza do wody), a zatem mogę zanieść swoją ulubioną książkę do takiej firmy i dostać ją wydrukowaną w jednym egzemplarzu w postaci, w której przetrwa wieki. I jest w tym pewien kosztowny, ale optymizm.

  65. Molu, zaszła zmiana. Nie potwierdzam.
    (Stąd też opierałam się w zeszłym tygodniu przed podaniem dokładnej daty).
    Kciuki należą się tylko Otz i Kasztanowłosej.
    Pozdrawiam :)

  66. Dobrze jest być samokrytycznym, nawet nadmiernie. Hu, hu!

    Sowo, tak jest. A więc kolekcjonujmy. U nas Dziatwa jest przyuczana do respektu dla pożółkłych książek.

    Gio, dzięki za wiadomość prywatną. Co za historia!

  67. Jeśli ktoś ileś razy pod rząd ma rację, to wychodzi, że pisze głównie truizmy, Madame (emotikon)

  68. Nie w tym sensie lepsze. Miałam na myśli raczej papier, jakość ilustracji (uwaga, nie ilustratorów!), twardą oprawę etc. Z błędami językowymi, tłumaczeniowymi i ortograficznymi sto procent racji. Potrafię zniechęcić się do książki z powodu jednego niefortunnego słowa i sądzę że w dużej mierze wynika to z kryzysu redaktorstwa, teraz już się takich „detali” nie pilnuje, niestety. Teraz każdą współcześnie napisaną książkę dla dzieci najpierw czytam sama, zanim dam ją dziecku, bo to dotyczy nie tylko poprawności słów, ale również przemycania dziwacznych treści. I obecność np. Halloween w książkach dla dzieci lat 0-3 (Sowiątko dostało od znajomych aż cztery takie cuda w ciągu roku) to pryszcz. A dobry redaktor powinien pilnować i tego, moim zdaniem. Za to dawne książki można czytać dzieciom bez żadnych obaw.

  69. Nie lubię, gdy w książkach pojawiają się błędy ortograficzne. O ile jeden jestem w stanie wybaczyć, to większa liczba świadczy o pewnej niestaranności. Z tego powodu niedawno zdarzyło mi się kupić książkę (napisaną i wydaną w 2015 roku), której może za bardzo nie potrzebowałam, ale okazało się, że ma z tyłu dołączoną erratę. Gdy to odkryłam, byłam tak wzruszona i pozytywnie zaskoczona, że od razu poszłam do kasy, bo czułam, że muszę ją mieć. Na szczęście treść też okazała się dość ciekawa, więc poczułam się rozgrzeszona z tego niezaplanowanego zakupu.

    Bo może się mylę, ale bardzo mało obecnie wydanych książek ma dołączoną erratę. W każdym razie, poza tą jedyną nie spotkałam jeszcze żadnej innej, ale może za mało nowych książek kupuję ;)

  70. Dzień dobry w ten piękny poranek. A propos korekt: M., która pracowała w kilku redakcjach czasopism w okresie przełomowych lat wczesnych dwutysięcznych, mówiła mi, że w pierwszej kolejności lecieli korektorzy, a potem już i redaktorzy. Awansowali (ale już z połową pensji) stażyści, studenci i temu podobne osoby, od których oczekuje się poszukiwania po internecie njusów, które następnie przepisują dodając własne błędy. Wnioskuję, że prasa już nigdy nie będzie ta sama.

  71. Piętaszku, ano zauważyłam taką prostą zależność: jak kończę błogie czytanie w łóżku i gaszę światło o godzinie 3.30, to w ciągu dnia mam skłonność do ziewania przy pisaniu. a to się nie godzi.
    To teraz idę do łóżka najdalej o północy, a o wpół do drugiej zmuszam się do spania.

  72. Oprócz książek i nagrań, jeszcze zdjęcia osób i miejsc, zwierząt i roślin. Oraz drobiazgi po przodkach. Kolekcjonuję namiętnie i skrzętnie przechowuję, mimo braku potomnych. Optymistycznie zakładam, że kiedyś ktoś z tego wszystkiego skorzysta.

  73. Dzieńdoberek ! Drogi Starosto, jak Pani to robi i jak przekonuje samą siebie, że udaje się Pani kłaść spać o tak wczesnej jak na lunofila porze ? Bardzo proszę zdradzić mi ten sekret, bo ja próbuję i wciąż bez skutku :).

    Parę wpisów wcześniej pokusiłam się o stwierdzenie, że powyższy obrazek malowała kobieta, ale po namyśle doszłam do wniosku, że kobiety są na Czarnym Lądzie istotami tak zajętymi, że na takie przyjemne zajęcia nie mają prawdopodobnie czasu. Mimo tego nawału zajęć ,niektóre z nich podobno rozgrywają nawet jakieś mecze. Bez butów oczywiście, ale za to z uśmiechem na twarzy. Dzielne są bardzo.

  74. Czy lepsze wydania? Wątpiłabym niekiedy.
    Dawniejsze są lepiej zredagowane i nie zawierają błędów ortograficznych ani też językowych.
    To było kiedyś nie do pomyślenia! Uwierzycie?
    W pamiętniku jakiegoś wydawcy (chyba Arcta) wyczytałam, że normą było siedem korekt redakcyjnych.

  75. Cóż, prawdę mówiąc, to chyba taki wykręt dla mnie, żeby usprawiedliwić kolejny zakup. Wcale nie mam pewności, czy potomni zainteresują się choć trochę moją kolekcją, tak jak i ja nie całkiem korzystam ze zbiorów moich rodziców i dziadków. Odmienne gusta, lepsze wydania, ładniejsza grafika, nowsza wiedza – różne tego przyczyny.

  76. Noszę takie rozciągliwe, których w ogóle nie widać, bo zaczepia się je na czubku buta i na piętce. Mają takie niby-kolce, czyli wypustki. Wszystko razem dyskretne i eleganckie.

    Ach, Sowo! Mam to samo. Kolekcjonuję dla potomnych.
    Książki, filmy, nagrania. Czasem się czuję, jakbym wypełniała swoistą Arkę.

  77. Dzien dobry,
    Atyslizgacze zamowione! Maja byc jutro! Jane, wielkie dzieki za podpowiedz i przypomnienie. Sondelanek nawet sie przymierzal do tego zakupu jakis czas temu, ale w koncu stwierdzil, ze zima ma sie juz ku koncowi, wiec kupimy w przyszlym roku. Chyba sie troche przeliczyl, he, he.
    Poki co, bede siedziec w domu i napawac sie kolorami obrazow Jeanne Carbonetti – bardzo dobre na te pore roku.
    Pozdrowienia!

  78. Weszłam na allegro, ale tam wielka różnorodność tego wynalazku; który z nich nosisz, Starosto kochany? Bo zamierzam wysłać to cudo Cioci, żeby się nie wykopyrtnęła na lodzie.

  79. Mamo Isi, kup Isiątkom książeczkę „Mała zima” Kęstutisa Kasparaviciusa. To dowód na to, że można pisać i malować dla dzieci bardzo pomysłowo, nie siląc się przy tym na nowoczesność. Niestety obecnie książki tego autora to towar spod lady, a ledwie co wydane. (Gdyby ktoś chciał pozbyć się dwóch wcześniejszych jego książek, chętnie przygarnę).

  80. (na stronie)

    DUA, jak obejrzeć to ja wiem, ale tu chodzi przecież o kolekcjonowanie. Dla potomnych, oczywiście.

    Dzień dobry wszystkim w ten piękny zimowy poranek.

  81. Cześć i czołem!
    Mamo Isi, tylko wklepać w Googla. Sklepy ze sprzętem i odzieżą sportową.

    Warto kupić i stosować, znów się zaniosło: śnieg sypie. Będą poślizgi.

  82. Nakładki antypoślizgowe! Genialne! Gdzie toto się dorywa?
    Kto by pomyślał, że Wyspa posiada też Kącik Praktycznej Gospodyni!

  83. To co Wasza Wysokość mówi jest bardzo pouczające i ciekawe. I tu wrzucę sobie emotikon :-)
    Kasztanowłosa, Otz dziękuję za uzupełnienie informacji. Jeszcze tylko proszę MagdęZ o potwierdzenie.

  84. A co się będziesz ograniczał!
    Rozszczepiaj.
    Ja spać muszę. Zmuszam się do kończenia dnia najpóźniej o północy. Marnie mi to wychodzi, ale się staram.

    Dobranoc!

  85. Łaskawa Pani, ja o tej porze dnia mam przeciwnie, skłonność do dzielenia włosa na czworo, nad którą jedynie staram się (nieskutecznie) zapanować :-) (emotikon!)

  86. Alku, jak ładnie przedstawiłeś względność wszystkiego. To niełatwe. Na ogół ma się przecież skłonność do miłych uproszczeń. Zwłaszcza o tej porze dnia.

    SowoP, powiem cichutko: wklep sobie Poirot online i na pewno Ci wyskoczy całość serii.
    Dobranoc!

  87. Jane, dzięki za cynk, ale wyobraź sobie, że już na tę stronę trafiłam po naszej tu rozmowie. I okazało się, że posiadam więcej sezonów niż początkowo myślałam, brakuje mi tylko 10 ostatnich odcinków oraz całego trzynastego sezonu, którego Amercom nie wydał. Ciekawe, czy kiedyś wyda.

  88. W filmie, który ostatnio oglądałem, robaki trzymano w słoiku w prosektorium, z przeznaczeniem na ryby. Film był czeski, stąd humor taki cokolwiek gemütlich. Nie polecam. Ale jak widać, są źródła robaczków w razie potrzeby. Co do Stanley’a, to w literaturze dla młodzieży z czasów PRL (czyli przygody Tomka wszędzie, gdzie tylko się da) był on przedstawiany jako bezduszny kolonizator i ideologicznie przeciwstawiany bezinteresownemu Livingstonowi. Któremu na tę okazję chwilowo wybaczano kierowanie się innym grzechem śmiertelnym, czyli manią religijną (misjonarz!). Ogólnie trzeba pamiętać, że czasy były zupełnie inne, nieco inni byli też ludzie, a jeszcze inaczej widzi się to współcześnie. W końcu można się upierać, że każdy z pierwszych europejskich odkrywców Afryki równikowej (która była istnym koszmarem dla podróżników) kierował się jakimiś tam osobistymi celami i z każdego można dziś zrobić forpocztę przebrzmiałych stosunków społecznych. Ale nie sposób pominąć desperackiej odwagi tych ludzi i tego, że znaczna część, jeśli nie większość, została tam na zawsze.

  89. Przesyłam uśmiechy i uściski.

    A wszystkich potrzebujących zapewniam o kciukach i wspierających myślach. Trzymajcie się, kochani.

  90. Jane, bez nakładek na buty (bardzo wygodne i pomysłowe) w ogóle nie ruszam się teraz z domu.
    Wszystkim polecam. Nawet Dziatwie!

  91. Ale mówiąc serio: wierzę, że można tęsknic za tamtymi ludźmi. Ja polubiłam te panie z pisankowej galerii, od pierwszego wejrzenia.
    Och, oby tylko żyły w pokoju.

  92. Dobrywieczorku, dziękuję za te ciekawe opowieści!
    Czy dobrze zrozumiałam, że w weekend będziesz jadła duszone gąsienice?
    Chyba nie, bo skąd byś je wzięła. Chyba że zmrożone.

  93. Aj, jeszcze się nie powstrzymam i powiem, że Stanley’a to niezbyt lubię – pracował dla króla Leopolda i spowodował całą lawinę problemów dla Afrykańczyków. Warto zapoznać się z książką „Duch króla Leopolda” Adama Hochschilda. Zastanawiam się, czy te jego zdania wypowiedziane do Livigston’a były autentyczne czy zmyślone dla ubarwienia opowieści…
    A z ciekawych opowieści misyjnych polecam książki polskiego karmelity o. Macieja Jaworskiego. No i „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” Kazimierza Nowaka – zawsze mnie zastanawiało w Afryce, kto zaszczepił tam rowery, bo kiedy nasz dzielny Poznaniak tam wędrował, to jeszcze nie były one znane.
    Pozdrawiam gorąco cały Lud Księgi tęskniący za wiosną i Ciotką ;-)

  94. DUA, nawet Pani nie wie, jak mnie dziś pokrzepił ten obrazek tutaj – mimo wspaniałych uczniów i poczucia sensu tego, co tu robię, ciągle tęsknię za Afryką i tamtejszymi przyjaciółmi. W grudniu modliliśmy się za nich gorąco, bo groziła im wojna domowa – teraz jest trochę więcej nadziei, że kryzys uda się jakoś załatać.
    Sondelani,
    Jeśli chodzi o czerwony kolor potrawy, to przypuszczam, że może to być również gotowana fasolka – coś jak nasza „fasolka po bretońsku”, ale bez mięsa (bieda!), za to jadana przez wielu Kongijczyków z … cukrem! Do takiego połączenia się nie posunęłam, choć kosztowałam duszonych gąsienic. Swoją drogą chyba sobie przygotuję w najbliższy weekend w ramach wspominania smaków Czarnego Lądu.
    Natomiast te super ostre papryczki są znane w Kongu, a jakże! Noszą bardzo adekwatną dla polskiego ucha nazwę „pili-pili”. Ale sporządza się z nich osobną potrawę i dodaje w małych ilościach do dania głównego – każdy samodzielnie, według gustu. Kiedyś nieopatrznie spróbowałam zrobić „pili-pili” samodzielnie, co skończyło się dwudniowym szorowaniem rąk – tak są palące.
    Po wypowiedziach naszych młodych bywalczyń tej strony zaczęłam się zastanawiać, jakie też przedstawienie mogłabym zrobić na chemii – może niech uczniowie przebiorą się za pierwiastki i związki chemiczne i reszta niech zgaduje… Obawiam się, że niektórzy by mnie za to znielubili :-)

  95. Widzę, że pod względem nieśmiałości jestem podobna do Wioli. Przynajmniej wiadomo, iż nie jest się odosobnionym.
    Polski w czwartek mam na 3 lekcji tj. 9.45 – 10.30

  96. Dobry wieczór.
    Ja tylko, na chwilę.
    Do miłej Sodelani i wszystkich zainteresowanych – moja mama, która od ponad 3 lat mieszka w okolicach Dobiegniewa potwierdza niespotykaną tam ślizgawicę – ratują ją nakładki antypoślizgowe (raki to chyba za wielkie słowo) na buty. Model na rzep jest tani, a bardzo skuteczny:).
    Do Sowy P. i wszystkich zainteresowanych – w nawiązaniu do niedawnej rozmowy o filmach z Poirotem, można uzupełnić brakujące odcinki (choć niestety nie ma wszystkich) w wydawnictwie Amercom. Swego czasu kupowałam te filmy w kiosku i bez problemu przysyłali brakujące numery (mam nadzieję, że nie zostanie to uznane jako kryptoreklama).
    Pozdrawiam Wszystkich – KG w takie dni jak dziś to istny balsam na duszę.
    Dobrej nocy.
    PS
    Przy okazji podziękuję Alkowi za Connie Willis. „Nie licząc psa” sprawiło mi wielką frajdę (choć momentami, nie wiedziałam gdzie jestem:))

  97. Ujrzałam syna Zgreda w fotelu, a drugiego przed domem.

    Zgadza się, Molu. Pierwszy etap trwał godzinę, więc myślę, że możesz zamienić znak zapytania na „11”.

    Ja tam lubię emotikony. Częściej się uśmiecham, niż mówię. :)

  98. Ach, więc Stanley nazywa to tchórzostwem? Fałszywą dumą? Ależ to była tylko słynna powściągliwość angielska.
    Słowianie faktycznie padliby sobie w ramiona i uronili niejedną łzę wzruszenia.

  99. Lubię czytać książki, jakie lubią i polecają ludzie, których lubię.
    Dobranoc!

  100. Znalazłam wspomnienia Stanleya z owej pamiętnej chwili:
    As I advanced slowly toward him I noticed he was pale, looked wearied, had a gray beard, wore a bluish cap with a faded gold band round it, had on a red-sleeved waistcoat and a pair of gray tweed trousers. I would have run to him, only I was a coward in the presence of such a mob, – would have embraced him, only, he being an Englishman, I did not know how he would receive me; so I did what cowardice and false pride suggested was the best thing, – walked deliberately to him, took off my hat, and said, ‚Dr. Livingstone, I presume?’

    ‚Yes,’ said he, with a kind smile, lifting his cap slightly.

    I replace my hat on my head and he puts on his cap, and we both grasp hands, and I then say aloud, ‚I thank God, Doctor, I have been permitted to see you.’

    He answered, ‚I feel thankful that I am here to welcome you.’

  101. To może zabrzmieć w tym momencie komicznie, ale ktoś poprosił mnie o adres tej strony internetowej, która tu już była wymieniana, i na której można stworzyć własną książkę. Szukałem, ale nie mogłem znaleźć. Czy może ktoś z księgowych pamięta?

  102. O, kolejny czytelnik przybywa.
    Lubię podpatrywać reakcje ludzi, którzy czytają te same moje ulubione książki. I zastanawiać się, czy im też się podobają.

  103. OK. Muszę się upewnic, czy napewno wszystko dobrze zapamiętałam. W czwartek trzymamy kciuki za:
    -MagdęZ (10:30-11:10)
    -Otz(10:00-?)
    -Kasztanowlosą(?-?)
    Czy dobrze wszystko napisałam. Jeśli tak to proszę potwierdzić i w miejsce znaku zapytania wstawic godzinę.

  104. Trudno walczyć z charakterem, a i nawet z charakterkiem, Wiolu.
    Choć piję właśnie herbatę z kubka z napisem „praca nad sobą to jedyna pewna robota w życiu” – i coś w tym jest.
    U nas też wciąż na plusie.
    Ale mrozy ponoć powrócą.
    A niech tam!

  105. Oczywiście, że będę trzymać, Kasztanowłoso! A o której?
    Zuziu, żal mi wąsika. A właściwie, skoro Cię tak namawiają, to czemu się nie zapiszesz do tego kółka?

  106. Jakie ciepłe barwy tego obrazka! Miło się patrzy. W ogóle, oglądając najpierw bez opisu wcale bym nie pomyślała, że to afrykańska szopka. A wszystko to wprowadza mnie już w nastrój soboty misyjnej, która wkrótce. Byłam kilka razy na Mszach ze śpiewami w językach swahilii i lingala (raz nawet na pewne okoliczności odziana w… no, zapomniałam teraz nazwę, kitenga chyba), co za podniosły nastrój. Ja się wcale nie dziwię, że tam na Mszach ludzi aż porywa do tańca. Nie da się inaczej!

    A co do „Zemsty”, też swego czasu, chyba z trzynaście lat temu też mieliśmy podobne przedstawienia jak u Księgowych dziewcząt. Jako nieśmiałek, nie lubiłam brać udziału w takich rzeczach. Przez tę nieśmiałość wiele straciłam, stwierdzam. Mama rację miała, no ale nie tak łatwo walczyć ze swoim charakterem.

  107. Też uważam, że to niebieskie to strój.
    Odważę się nawet dodać, że jestem tego pewna. Przesyłam uśmiechy: :))))

  108. Chyba się nawet mówi w ich przypadku o sztuce prymitywnej, prawda, Sondelani?
    A to naiwność i prostota.

  109. Magdaleno, odezwałaś się przed chwilą pod wpisem poprzednim („Dla lunofilów”), tam Ci też odpowiedziałam, o czym komunikuję tutaj.

  110. Alku, dyszy nie posiadam. Ani miotacza plomieni. Proponowalam Sondelankowi wiertarke, ale uznal, ze tradycyjny kilof bedzie lepszy. Oblecial wszystko w trzy godziny i dyszal potem jak jakas dysza.
    A metoda pilota Pirxa nazwalismy jego nicnierobienie w chwili kryzysu w opowiadaniu Rozprawa. Chociaz metoda to nieoficjalna i wymyslona na uzytek wlasny, ale takie przeczekanie czesto nam sie sprawdza.

    DUA, gdyby ta potrawa byla gotowana w Afryce zachodniej, to uznalabym, ze czerwony kolor pochodzi od duuuzej ilosci piri piri, czyli piekielnie ostrej czerwonej papryki. Ale w Kongo, to nie wiem.
    Zauwazylam, ze afrykanscy artysci czesto praktykuja malarstwo naiwne, co zreszta swietnie wspolgra z ich „goraca” paleta.

  111. Jasne, Kasztanowłosa!
    Tylko spokojnie, a dobrze będzie. Zakraczesz – i po bólu.

  112. Rzeczywiście pani Basi jesteśmy bardzo wdzięczne.
    Co do przedstawień szkolnych to bardzo je lubię. Na Dzień Ziemi przygotowujemy je co roku, bo nasza wychowawczyni uczy przyrody. Często na historii przygotowujemy takie wystąpienie, że przebieramy się za dana postać historyczną i mówimy coś o „sobie”. Trudno to nazwać przedstawieniami, ale zawsze się przebieramy, a to już coś. Na polskim czasem przedstawiamy wiersz za pomocą stworzonego przez nas przedstawienia kukiełkowego. Tak że u nas dużo na ten temat się dzieje.
    Przesyłam uśmiechy dla wszystkich:-)

  113. Ja z kolei teatr szkolny wspominam i będę wspominać jako istny koszmar! To samo się tyczy recytacji wiersza. Z tego zawsze mam ledwo 3, niestety. Mam chyba antytalent teatralny. Takie rzeczy nie dla ścisłego umysłu, dlatego strasznie się boję tego przedstawienia.
    Czy mogę prosić o kciuki w czwartek?

  114. Właśnie usiłuję dowiedzieć się kto mu taki dziwaczny przydomek nadał, szczególnie, że urodził się o kilkanaście lat wcześniej niż Mozart. Bardzo przyjemne są jego koncerty skrzypcowe.

  115. Książki DUA zawsze i wszędzie! Jeżycjada prawem – nie towarem!

    Rozmarzyłam się … teatr szkolny … grało się, grało … miałam super polonistki i w gimnazjum, i w liceum. W gimnazjum byłam Hamletem, a w liceum służącą w „Świętoszku” Moliera.

    Pozdrawiam Wszystkich!

    Czekając na ciotkę …

  116. Madziu, już polecam:

    Joseph Boulogne, Chevalier de Saint Georges – Symphony en sol majeur op. 11 nr 1.
    Tafelmusik Orchestra.

    Pierwszy czarnoskóry kompozytor, skrzypek i dyrygent w Europie, zwany Czarnym Mozartem (Le Mozart Noir). Syn senegalskiej niewolnicy i francuskiego kolonisty, urodzony na Gwadelupie w Boże Narodzenie 1745r.
    Dość barwna postać. Był swego czasu film o nim, chyba też da się obejrzeć na YT.

  117. Och, Kresko, czego to się w dzisiejszych czasach nie kupi w supermarketach! Nawet ksiązki DUA.
    Widziałam tam też kiedyś piękną kolorowankę (choć to nie do końca właściwe słowo) – jakieś florystyczne motywy malowane akwarelą, do samodzielnego rozwijania. Nie kupiłam, bo raz, że nie koloruję, a dwa, że oszczędzam każdy grosz na mój książkowy nałóg.
    Niby rozumiem, że jak mnie nie stać, to nie mam co marzyć o powieszeniu na ścianie prawdziwego dzieła Caravaggia, ale jednak czasem by się chciało, żeby piękna sztuka była dostępniejsza ogółowi. Tym samym, gdyby którejś Księgowej bywałej w świecie wpadł w ręce archiwalny egzemplarz gazetki „De fil en aiguille. Un hors – serie d’exception” numer 28 („Etudes de botanique”) w rozsądnej cenie (np. na jakiejś bibliotecznej wyprzedaży staroci wydanych przed 2007 rokiem), to jestem chętna.

  118. Nutrio, to potrzymam jeszcze kciuki za wyniki.
    W sprawie gremialnie oczekiwanej ” Ciotki Zgryzotki” nie popędzam, ale też trzymam kciuki, żeby się dobrze pisało i nic nie przeszkadzało w pisaniu.
    Aha, kuzyn (który pojawił się tu kiedyś jako jedenastoletni Barry, rozwiązał za mnie Pani zagadkę z Wilde’a i zniknął) odwiedził mnie przed chwilą i z jego pomocą wyczyściłam wentylator, co może przyczyni się do tego, że IP nie będzie się zmieniało co minutę. Dobrze jest mieć kuzynów!

  119. Dobrywieczorku, a więc dorosły to artysta.
    A jednak trochę naiwny, prawda?
    Tak czy inaczej, znów Ci dziękuję. Popatrz, ile radości sprawiłaś.

    Mamo Isi, załatwione.

  120. Znów Ci zjadło!
    Dobrze, że wiemy, co tam leci.

    Zuziu, dziękuję za relację. Widzę to oczami duszy!
    Aha, teatr szkolny to fajna rzecz.

    PS – Szkoda jednak tych wąsów.

  121. Wybaczcie, zjadło mi dwie linijki w poprzednim wpisie (i to dwie najlepsze!; o kanareczku i krokodylu). Lubiłam też kwestię, kiedy klękając przed Klarą, mówiłam: ,,O królowo wszechpiękności! Ornamencie człowieczeństwa! Powiedz A twój Papkin w ogniu zginie”
    Swoją drogą, niedługo będę miała przyjemność zostać 1. makbetowską czarownicą. (złowieszczy śmiech)
    Też czekam na Zuzię!

  122. Dzień dobry!
    Brawa dla Nutrii! (Masz wspaniałą polonistkę.)
    Skoro już zostałam wywołana, to opowiadam. Poszło bardzo dobrze. W jednym momencie się zacięłam, lecz nasi suflerzy (każdy miał wyznaczyć taką osobę) szybko mi pomogli i nie miało to żadnego znaczenia. Potem koleżanki mówiły nam, że wyszło świetnie, że mówiłyśmy płynnie. Niestety, stała się rzecz najgorsza- nie miałam wąsów! Tzn. wąsy były, koleżanka, z którą odgrywałam przyniosła filcowe, przylepiane, jednak nie mogłam w nich mówić, więc zdecydowałam się je zdjąć. Byłyśmy poprzebierane i to chyba też miało znaczenie. Mówiąc krótko, jestem z nas zadowolona. Dostałyśmy po szóstce, ale największą radość sprawiły mi koleżanki swoimi pochwałami i pytaniem dlaczego nie chodzę na szkolny teatr. To niesamowite móc odgrywać choć kawałek z klasyki polskiej komedii, tu tym bardziej, bo przecież chodzi o „Zemstę”!

    Śliczny obrazek. Bardzo lubię tę pierwszą myśl, która przychodzi do głowy zanim jeszcze zobaczy się co takiego pięknego Pani Małgosia napisała. Tym razem pomyślałam o „Klechdach sezamowych”.
    Też się zastanawiam co to za niebieski kształt z boku.

    Aha! Bardzo dziękuję za ciepłe myśli Pani Małgosiu. Bardzo miło mi się zrobiło, gdy to przeczytałam.
    I przepraszam, ale zdjęć nie mam. To w końcu w klasie, więc nie bardzo było jak. W dodatku nie wiem, czym bym zrobiła, mój telefon raczej się do tego nie nadaje.
    I teraz muszę użyć emotikony, bo do wszystkich się szeroko uśmiecham!:)))

  123. Ja nie koloruję – kolorowanki wyrzucam, a zostawiam sobie gotowe karty, one tam są w całości jako „inspiracja” do kolorowania.

    A to przepraszam, nie wiedziałam, że DUA odbierze moje egzaltowane gadanie (tu jestem bardzo podobna do Idy) jako szantaż emocjonalny! Nie naciskam, ale po prostu wyrażam swoją miłość do książek. Tak w ogóle to czekam na kolejne 278 części Jeżycjady.

  124. Przydał się taki ciepły obrazek, bo ja już powoli sanki chowałam do piwnicy, a tu znowu spadł śnieg! Jakże mi brakuje wiosny….

  125. DUA, sprawiła mi Pani wielką radość tym obrazkiem. Cóż, jeśli chodzi o autora to jest to raczej dorosły artysta, który pewnie próbuje utrzymać rodzinę sprzedając tego typu obrazki. W Kongu nie jest to łatwe bo turystów mało – w kraju ciągle się kotłuje i nie jest zalecany turystom, choć jest przepiękny. Myślę, że na pierwszym planie niewątpliwie jest kobieta. A co gotuje? Pewnie sombe czyli potrawę z liści manioku oraz bukari czyli papkę z mąki kukurydzianej. A niebieskie plamy to być może po prostu rozmazany strój.
    Nutrio! Cieszę się, że Twoja nauczycielka myśli jak ja- jest pewnie szczęśliwa z powodu Twoich sukcesów. Dodam tylko, że mnie radują także mniejsze osiągnięcia – jak ktoś załapie w końcu, jak uzupełniać współczynniki w reakcjach
    Byle do wiosny!

  126. Stan depresji? Ależ! Uprasza się nie popędzać.

    Planszę z pasożytami odradzam. Ale motylki możesz pokolorować, ptaki też, a potem już będzie „Ciotka”.

  127. Są śliczne ptaki też, irys, pomarańcze, nie zabrakło też planszy z pasożytami …
    Przypomnieliście mi o nich dziś i z okazji choroby zajmę się nimi w ramach poprawiania nastroju w stanie depresji po przeczytaniu ostatniej części Jeżycjady …

  128. Piękny obrazek, rozgrzewający duszę w środku zimy.
    Dziękujemy, Dobrywieczorku.
    Pogoda i u nas nastraja do pozostania w domu, zimno i wilgotno.
    Byle do wiosny!

  129. Odnośnie starych, botanicznych obrazków i tematu praw autorskich – znalazłam jakieś pół roku temu w Biedronce (sic!) kolorowanki relaksacyjne, gdzie połowa stron to wydane na pięknym papierze tablice edukacyjne wydawnictwa Deyrolle z Paryża. Każda tablica ma rodzaj passe partout w różnych spłowiałych kolorach. Opisy po francusku dodają klimatu. Nie mogłam uwierzyć – mam 60 pięknych obrazków za 20 zł! Leżą i czekają na oprawienie.

    PS. Kolorowanka nie została chyba doceniona przez szerokie grono odbiorców, ponieważ dość niedawno widziałam ją w dużej ilości w jednym z supermarketów.

  130. Teraz czekam na relację Zuzi z „Zemsty” i na opowieść Kasztanowłosej o tym, czy dobrze się jej krakało!

  131. Robi się, Kresko miła!

    Nutrio, dziękuję Ci za obszerną relację!
    Mam nadzieję, że wszystko poszło znakomicie. Ale co za historia z WasząPaniąPolonistką! Cóż to za miła osoba!
    Nawiasem mówiąc, ubiegła mnie, bo szykowałam się z „Wnuczką” na Zajączka.
    Teraz masz wobec niej dług honorowy. A wiesz, jak go spłacić?
    Daj z siebie wszystko na jęz. polskim! Pani będzie uradowana.
    Przy okazji pozdrów panią polonistkę ode mnie i podziękuj także w moim imieniu.

  132. DUA, dzięki! Już dawno chciałam zapytać, ale zawsze zapominałam.

    „Oby do wiosny” – polecam film.

    Z utęsknieniem czekam na ciotkę …

  133. Piękny ten obraz. Ja się wprost kocham w takich afrykańskich obrazach!
    Kiedyś mieliśmy jeden z takich afrykańskich obrazów w salonie (przedstawiał trzy kobiety niosące na głowach -i oczywiście podtrzymując rękami!- misy z wodą, a na plecach dzieci), ale gdy go wyremontowaliśmy (salon, oczywiście!) został sprzedany (tu z kolei obraz), bo nie pasował do nowego wystroju. A tak go lubiłam!

  134. Ach, Sondelani, metodą Pirxa chyba było wytopienie tego wszystkiego ogniem z dysz aż do zeszklenia. Spróbuj z dyszą, jeśli masz jakąś na chodzie.

  135. Drogo, bo to ceny za jeden wzór. Jedna sztuka warta tyle, co prenumerata gazetki na trzy lata do przodu, jak nie dłużej. Niektórzy to mają głowę do interesów. ;)

  136. Proszę bardzo, oto relacja: Na miejsce dotarliśmy godzinkę przed czasem, ale mimo to uformowała się już spora kolejka do oddania dokumentów i losowania numeru ławki. W końcu gdy przyszłam na salę było już piętnaście po dziesiątej. Ależ się ten czas dłużył! Do drugiego etapu z naszego rejonu przeszło 113 osób. Zanim więc wszyscy oddali dokumenty i wylosowali numerki była 11:10 (notabene, ja miałam ósemkę, czyli tak zwanego ,,bałwanka”, zaś osoba siedząca obok mnie siódemkę -uznałam to za dobry znak), zanim wszystko wszystkim wytłumaczono była 11:15 i o tej też godzinie zaczęliśmy pisać. Skończyłam o 12:34 (nie rozwiązałam dwóch zadań po dwa punkty, czyli straciłam 4, a można stracić maksymalnie 8. Resztę mam chyba dobrze, ale nie wiem na sto procent -wyniki będą dopiero za dwa tygodnie). Następnie Pani Polonistka wspaniałomyślnie postanowiła wziąć mnie na pizzę i dlatego tak długo mnie nie było. Na koniec ta wspaniała osoba podarowała mi ,,Wnuczkę do orzechów” wprowadzając mnie w zakłopotanie, albowiem wydała na mnie zapewne sporo pieniędzy, a jedyne co ja jej mogłam dać to zachwycony uśmiech i gęste podziękowania.
    No, to już chyba wszystko wiecie oprócz tego jak bardzo mi podczas konkursu pomogła świadomość trzymanych przez Was, Drodzy Księgowi, oraz przez Panią, Droga Pani Małgosiu, kciuków. Ale tego się dopóty nie dowiecie, dopóty sami tego nie doświadczycie.
    Dziękuję!

  137. Sondelani, istotnie, panowie spotkali się na terytorium Tanganiki. Pamięć o tym spotkaniu musiał silnie wpłynąć na zbiorową wyobraźnię ludzkości (przynajmniej brytyjskiej), skoro kilka lat temu w Aberdeen szkocki kolega powitał mnie słowami: doktor Rachwald, I presume? Teraz to się chyba nazywa mem, jak mniemam.
    Ann, koty dziękują!

  138. Szopka prześliczna. Naprawdę robi się cieplej!

    Widzę, że teraz w szkołach wszędzie są scenki. Teatralna epidemia!
    My przedstawiamy Dziady i będę Krukiem. Nie chcę krakać, ale coś czarno to widzę.

    Ta osoba przy kotle, to na pewno kobieta. Tam wszystkimi obowiązkami zajmują się kobiety.

  139. DUA, już dawno na tej stronie byłam. Jednak te najpiękniejsze wzory V. Enginger są u nas nie do kupienia. Były publikowane w pewnej hafciarskiej gazetce francuskiej, nakład dawno wyczerpany. Jej autorstwa są też najbardziej udane wzory postaci z Królika Piotrusia. Oczywiście dawno temu wyprzedane, ale można nabyć je sobie na Amazonie za jedyne 200 dolarów. Wprawdzie internetowe hafciarki dzielą się szczodrze tymi wzorami z szerokim gronem odbiorców, ale nie wiem, co o tym mówią prawa autorskie. Moim zdaniem, przy polityce wydawniczej, by nie wznawiać rzeczy poczytnych, a dawno wyczerpanych, takie pozycje automatycznie powinny stać się tzw. domeną publiczną.

  140. A może Dobrywieczorek zajrzy i coś o obrazku opowie?
    Może to dziwne pytanie, ale mnie zastanawia ten niebieski kształt na pierwszym planie. Dlaczego tak?

  141. Aaa! Jest i książka z wzorami Veronique Enginer „Le monde de Beatrix Potter”!!
    Ale trzeba przyznać, że te wzory botaniczno-zielnikowe są najpiękniejsze.
    Dobrze, że nie lubię robótek ręcznych, już bym znów miała pokusę. A tu pisać trzeba.

    Sondelani, u nas podobnie. Brr.
    Jak sądzisz, co się gotuje w tym kotle? Jest żywo czerwone.

  142. Sowo, spójrz na stronę nadodatek.pl – znajdziesz tam książkę Veronique Enginer – „Point de croix retro”. I inne!

  143. Dzien dobry, DUA i Ludu,

    Mamo Isi, to byla Tanzania – nas jeziorem Tanganika.

    Pietaszku, niekoniecznie zupa, bo mielenie ziaren kukurydzy odbywalo sie w Afryce przez ich ubijanie – przez kobiety i w duzych naczyniach. Obecnie raczej sie kupuje w sklepach maki kukurydziane z roznej wielkosci czastkami kukurydzy i z nich gotuje sie gesta packe, jedzona pozniej z gotowanymi jarzynami, miesem i sosami, a najchetniej ze zsiadlym mlekiem. W Zimbabwe nazywa sie ona sadza, a maki – mili-mili.

    U nas ciagle mroz trzyma i zlodowacialy snieg (doslownie wszedzie) grozi smiercia lub kalectwem. Co roku Sondelanek odsniezal wkolo domu i zawsze pare dni pozniej snieg sie topil, wiec teraz postanowil przeczekac. Niestety, zawsze sie sprawdzajaca metoda pilota Pirxa, tym razem nie zadzialala i mamy lodowisko juz prawie miesiac – bite drogi wsiowe i lesne, podworko – na calej polaci lod…

    Milego dnia!

  144. Nutria powinna juz dawno była skończyć. A tymczasem nie ma jej w domu. Co prawda pojechała trochę daleko, ale to max 1,5 godz. przy dużych korkach. Straciłam z nią kontakt, bo zabrała mi telefon. Ciekawe czemu ją tak długo trzymają?

  145. Szopki to już u nas porozbierane, ale w jakimś kotle w miniaturze zawsze sobie możemy pomieszać. Widzę, że zmysł kulinarny już się niektórym włączył, mnie też ciekawi co on/ona tam miesza.
    Bardzo cieplutki obrazek i jeszcze na czasie. Kolędy jeszcze w uszach pobrzmiewają..
    Może to dobrze, że się tak schował i dzisiaj dopiero to ciepełko nam DUA przekazała..

  146. Afrykańczycy lubią żywe kolory, od razu robi się cieplej na sercu jak się widzi taką pocztówkę.

    A propos „A Curious Herbal”, kiedyś przy okazji szukania ciekawych wzorów hafciarskich, trafiłam w Internecie na prześliczne wzory z serii „Etudes botaniques” Veronique Enginger. Teraz nie mam na to czasu, ale kiedyś sobie jeszcze wyhaftuję.

  147. Mamo Isi, Agatha w przekładzie to często dramat,w oryginale widać o wiele więcej smaczków i więcej samej Agathy. Swoją drogą, przypomniało mi się, że w latach 90 w „Filipince” był taki świetny felieton DUA właśnie o przekładach A.Ch., wiele nowych wydawnictw usiłowało wtedy wejść na rynek i pojawiało się mnóstwo kwiatków w tłumaczeniach. „One, Two, Buckle my Shoe” chyba pojawiło się wtedy jako „Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie”…
    DUA, rzucam się teraz na ciepłe kolory tak jak na katalogi ogrodnicze, tak samo działa zresztą księgowa kartka wiosenna z przebiśniegami, no byle do wiosny…

  148. Po namyśle – w tym naczyniu znajduje się chyba coś płynnego (może zupa ?), a mąkę kukurydzianą pozyskuje się chyba poprzez rozcieranie ziaren kamieniem.

  149. Ann, dobrze wiedzieć, że Ci się podoba gorący obrazek afrykański.
    Grypa minęła nieodwołalnie?

  150. Trzymamy kciuki, trzymamy do odwołania!

    Kresko! Ależ oczywiście, że możesz, bardzo mi miło.

    Mamo Isi, mam tak samo. Tylko w oryginale!
    Mam Connie Willis, jakby co.

  151. Nutrio nasza miła. Zapomniałam dodać , że kciuki trzymałam mocno i po napisaniu tych słów na wszelki wypadek jeszcze potrzymam :)).

  152. Cześć i czołem Wszystkim ! Ciekawy nowy wpis, jakże odmienny od poprzedniego. Tak przy okazji szukania rzeczy odłożonych , aby się nie zgubiły – ja bardzo często patrzę na szukany przedmiot i go nie widzę, albo jestem przekonana , że jeszcze przed chwilą go tu nie było (Chochlik naprawdę u mnie mieszka).

    Afrykańska szopka – piękna. Czarnoskóre Dzieciątko jest rozczulające. Co do postaci na pierwszym planie, to obawiam się, że jest to kobieta. Ubiór udrapowany jest tak, jak odświętne stroje kobiet afrykańskich. Ale istotne jest też to, że większość prac w gospodarstwie domowym wykonują tam kobiety. To może być wytwarzanie mąki kukurydzianej, stanowiącej chyba podstawę tamtejszego wyżywienia. Jest jedną z lżejszych prac, bo do obowiązków kobiet należy także szukanie i przynoszenie wody, dźwiganie drewna na opał itp. i to często z dzieciątkiem na plecach. Myślę, że ten obrazek też wykonała kobieta. Zdolny i bystry obserwator.

  153. A może to było w Tanzanii?

    Tak w ogóle muszę się przyznać, że lubię czytać literaturę sajans fajans, ale jako że jest ona uważana za literaturę drugiego sortu, więc dla uspokojenia czytam ją po angielsku. Wtedy choć nie mam poczucia zmarnowanego czasu. Zresztą nie lubię tłumaczeń. I to samo się tyczy Agathy Christie.

  154. Ale gorąco się tutaj zrobiło. Kongo! To tam właśnie chyba Stanley wyprawił się na poszukiwanie dr Livingstone’a. I tam właśnie napotkawszy go wreszcie zadał mu to słynne pytanie:
    – Dr Livingstone, I presume? – choć w promieniu wieluset kilometrów nie było żadnego innego białego.

  155. Mi jest ciepło, bo jeszcze wczoraj byłam w upalnej Wielkopolsce AD 2013. Skończyłam Feblik i co dalej? Jak żyć?

    Sztuka afrykańska jak dotąd nigdy do mnie nie trafiła … ale za to jest taki jeden obrazek z „Kwiatu kalafiora”, który wzbudza we mnie ciepło od zawsze. Obrazek z poranka w sypialni Idy i Gabrysi, 1 stycznia 1978. Czy ja mogę go „zreprodukować” na własne potrzeby i powiesić w swoim nowym mieszkanku?

  156. Dzień dobry, jaki piękny obrazek na nowy tydzień! Ciekawe, kto malował, wielkie wyczucie koloru, dobrze go zobaczyć. Przesyłam dobre myśli wszystkim potrzebującym. DUA, Nesbit pisała sporo dla dorosłych, opowieści z dreszczykiem też. Alku, pogłaszcz ode mnie Twoje koty. Dobrego dnia!

  157. No, Magdo. Uff.

    Karolciu, Elizabeth Blackwell od dawna podziwiam, bo oczywiście, wpadłszy w manię botaniczną, musiałam się natknąć na tę szkocką damę. Mam nawet gdzieś pocztówki z jej rycinami roślinnymi.
    Miłego saneczkowania! Okolice tam macie piękne.

  158. Przeżyłam jazdę, uff.
    Trzymam kciuki za Nutrię, przedtem też trzymałam duchowo, bo fizycznie musiałam trzymać kierownicę.
    Dzień jest bury, ponury i paskudny, i bardzo bym sobie życzyła, żeby tak było też w czwartek. Piękne i jasne słońce sprawia, że mi jeszcze trudniej dostrzegać znaki. Niech więc przynajmniej pogoda pozostanie bez zmian!
    Magpie, przepraszam, że jeszcze nie odpisałam na Twojego maila, ale też chciałabym obszernie, a w tym celu muszę się pozbierać i skupić myśli.

  159. Dzień dobry!

    Śliczny ten afrykański obrazek. I jaka dbałość o szczegóły, bo zdaje mi się, że obok kotła leży kamień i ostre narzędzie do cięcia zieleniny, albo może to jest drugi kamień do mielenia zboża, a może pokrywa od kotła.
    Tak mi od razu mignęły obrazki z „Boso przez świat”.

    Siedzimy u babci na wsi (okolice Kazimierza Dolnego). Wczoraj nas zasypało, więc dzisiaj była wyprawa na saneczkach po chleb i masło. Przed nami druga wyprawa (też saneczkowa) – do biblioteki i sklepu z zabawkami.
    Przeglądając czasopisma ogrodnicze sprzed kilku lat natknęłam się na gazetkę „Panacea”, a w niej na artykuł o zielniku Elizabeth Blackwell „A Curious Herbal”. Polecam, jeśli ktoś nie zna. Ja jestem pod wrażeniem tej postaci i jej twórczości. Pozdrawiamy Kochaną Autorkę i Lud!:)

  160. Dzień dobry!
    Nini, dziękuję za obszerną wiadomość prywatną. Ciekawa z Ciebie osóbka!
    Powinnaś dać temu wyraz. Namaluj, namaluj! Ręce masz właściwe.

    Krzysztofie, dzięki za miłą przesyłkę z pianą.

    Alku, „Opowieści upiorne” ? Ależ nie wiedziałam o nich! Trzeba się rozejrzeć.

    Nutrio, już zaczynam trzymać kciuki, dobrze będzie!
    Myślę też ciepło o naszym miłym Rejenciku. Z wąsem i w toczku!

  161. Spojrzałem dziś za okno, splunąłem, ślina zamarzła z trzaskiem w powietrzu, jak w powieści „Bellew Zawierucha” Londona. I dziwnie zatęskniłem za przyjemną stajenką w dobrym klimacie. Kongo to klimatyczny koszmar, ale z rzeczy na K może być Kenia. O to cię Panie Boże proszę. A na razie „Smolin westchnął szczerze i smętnie niczym rodzinna zjawa z jakiegoś angielskiego zamku”. Przyswajamy poranną kawę i suniemy do roboty. Ale jest i promyczek słońca: właśnie kurier przyniósł egzemplarz „Opowieści upiornych” Edith Nesbit. To dopiero była niepospolita osoba.

  162. To ja jeszcze dorzucę całemu Ludowi, dla rozjaśnienia przednówka, ściągnięte zza okna słońce, błękit nieba i białą pianę na grzbietach fal :-)

    DUA, dziękuję za przepis

  163. Dzień dobry! Myślę o Was i trzymam kciuki za wszystkich, którzy tego potrzebują. Permanentnie, co prawda nie fizycznie, ale w myślach.
    Przeuroczy obrazek, rozczulający. Przyda się rozgrzewka, człowiek by tylko leżał i spał. Mąż wczoraj zmienił się w niedźwiedzia i przespał całą niedzielę. Mnie rozbudził spacer z psami, więc trochę poczytałam. Byle do wiosny…

  164. Dzień dobry:)
    I już jest dobry, bo się zaczął świetnym wpisem i to takim, jaki najbardziej lubię: czyli niekrótko i własnymi słowami :)
    (Przepraszam za emotikony, ale trudno mi się powstrzymać).
    A to dopiero: Ulubiona Autorka miała obrazek przed oczyma i dostrzegła go dopiero po dwóch miesiącach.
    Mnie się tak jeszcze nie zdarzyło, ale pewnie dlatego, że nie mam aż tylu obrazków. Często za to szukam okularów, czasami na dotyk i po omacku.
    Naprawdę bardzo się ucieszyłam tym wpisem (dziękuję, Pani Małgosiu!) i się uśmiecham, o tak:)))), plotąc androny, bo idę jeździć (stres i reakcje nerwowe).
    Dobrego poniedziałku!
    (A tak mi się przypomniało, że przeczytałam niedawno „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”. Pod wpływem namów i felietonu Alka).

  165. A jednak przeczytałm go teraz.
    Zabawna historia z tym obrazkiem, ale on sm w sobie piękny. Wzruszające jest to, że oni też mają swoją szopkę. Tylko trochę inną. I sami ją zrobili. Ale pani to już powiedziała.
    Dobrywieczorku, kto to namalował?

  166. Dziękuję, Pani Małgosiu, za kciuki i nowy wpis. A obrazek będzie mi zapewne towarzyszył cały czas podczas pisania testu. Emotikon.

  167. O! Nowy wpis. Chyba go jednak przeczytam po szkole, bo jeszcze się okże, że się spóźnię.

Dodaj komentarz