
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!
Zimno? Ponuro? Śnieg, błoto i gołoledź?
A to sobie popatrzcie na obrazek z Afryki, prosto z Konga, gdzie nasza KC Dobrywieczorek, młoda nauczycielka, pracowała jeszcze rok temu na misji, w szkole. (Ciekawa jestem, czy go dziecko malowało? Bardzo zdolne!)
Dobrywieczorek przysłała mi ten obrazek z życzeniami świątecznymi. Przybył już po Nowym Roku, więc postanowiłam Wam go pokazać dopiero na Boże Narodzenie 2016. A ponieważ schowałam go bardzo starannie, żeby nie zaginął – on właśnie to mi zrobił. Zaginął.
Szukałam i szukałam, po wszystkich szufladach, teczkach i skrytkach, aż wreszcie się poddałam i wpis na Boże Narodzenie otrzymał inną ilustrację.
A obrazek znalazł się dzisiaj! Po prostu nagle spojrzałam na półkę z książkami, tę samą, na którą patrzę sto razy dziennie, bo stoi obok mego biurka. No i on tam był, oprawiony w ramkę, za szkiełkiem.
Jest to afrykańska szopka! Czy widzicie w niej Świętą Rodzinę? Gwiazda wskazuje drogę. Jest bardzo gorąco, piasek rozpalony, aż świeci w słońcu. Ktoś na pierwszym planie, świetnie uchwycony w ruchu, miesza w kotle. Pasterz? Czy wieśniak? Obok szopki rośnie drzewko z bujnymi kwiatami, czy liśćmi. To jest afrykańskie Betlejem, naprawdę wzruszające. Tak zresztą, jak wzrusza i Betlejem polskie, które zasypane jest zawsze śniegiem, ściśnięte trzaskającym mrozem, i w którym jest tak zimno, że zwierzęta w stajence lichej muszą chuchać ciepłym oddechem na Dzieciątko.
Każdy ma własne Betlejem!
Chyba obrazek z Konga specjalnie o sobie przypomniał, żeby nam rozjaśnić ponury lutowy przednówek.
I już nam cieplej, prawda?
Dziękujemy, Dobrywieczorku!








Muzyka do snu:
Claude Debussy – „La mer”.
Vladimir Ashkenazy, Cleveland Orchestra.
Dobranoc, KrzysztOfie, dobranoc DUA i Ludu Księgi.
IciMaman, to jest agentura wpływu w postaci, rzekłbym, czystej. Najpiękniejszy bezpośredni wpływ, jako może sobie wyobrazić władca nieprzyjacielskiego państwa.
O, jakie roztropne odpowiedzi.
Przesyłam uściski!
Żeby było inaczej? ;o)
Dobry wieczór! A czerwień rozumiem, bardzo! I jeszcze pomarańcze..
DUA, tylko po to żeby filet nabrał kształtu. Hi, hi.
No, owszem, można podawać filety w dzbanuszkach, tylko po co?
Żeby utrzymać się w gorącym klimacie postanowiłam zrobić czerwoną serwetkę. Filetowe dzbanuszki i filiżanki w ognistej czerwieni.
O, jak miło, K8!
Mamo Isi, kiedy Krzysztof wróci, to powie.
Dobry wieczór. Afrykański obrazek ogrzewa. Aż mi się uśmiech przyplątał. Wirtualnie ściskam anonimowego Twórcę, nieanonimowego Dostarczyciela, ulubionego Wystawcę i miły Lud.
O, tak, Starosto! Te wyrocznie w istocie były ośrodkami, gdzie mocarze tego świata lokowali swoją agenturę.
Oto mamy rok 395 p.n.Ch. Flota perska zbliża się do Knidos. Knidyjczycy postanawiają skuć skalny przesmyk łączący część reprezentacyjną na półwyspie od pozostałych dzielnic na lądzie. Tym samym zlikwidowaliby oba porty, co agresorom znacznie utrudniłoby zadanie. Jednak zwyczajem ówczesnym zanim zabrali się na dobre do roboty, wysłali posłańca do Delf, aby spytał wyroczni, jaka jest wola Apollina. Odpowiedź wyroczni brzmiała: „Gdyby Apollo chciał, aby Knidos było wyspą, to by ją stworzył wyspą.” Na takie dictum obrońcom wypadły z rak kilofy, Persowie zaś zdobyli miasto bez najmniejszych trudności.
Czyli razwiedka perska miała swojego człowieka w wyroczni delfickiej.
A piętą Achillesową Greków okazała się ślepa wiara w orzeczenia wyroczni.
To jeszcze tylko przytoczę taką anegdotkę z pracy i też się już dzisiaj pożegnam.
Kiedyś odwiedziły nas maluchy z takiego przedszkola prowadzonego właśnie przez siostry. Oprowadzał ich kolega, człowiek z olbrzymią wiedzą, którą bardzo lubi dzielić się ze wszystkim turystami, nawet najmłodszymi. Zdaje się, że zorientował się, że dzieci mogą już być nieco przytłoczone ilością informacji i postanowił je zaktywizować. Pokazał im więc obraz misternie wygrawerowany na szkle trójwarstwowym (Piłsudski na Kasztance, na podstawie portretu Kossaka) i pyta:
-Dzieci, a wiecie, co to za pan?
Dzieci milczą, nie wiedzą. Przewodnik podpowiada:
– Pan, pan …
-Pan Bóg! – odpowiedział jakiś maluch.
Dobranoc:)
Staję dzielnie w obronie przedszkoli- jak już tata wspomniał, ja uczęszczałam (bo chciałam ;)), wspomnień mam niewiele, ale te, które są są baaardzo pozytywne. Moja starsza Puchalątka już w momencie skończenia roku zmuszona było do udania się do żłobka (gdyż ja zmuszona byłam do udania się do pracy), czyli uczęszcza tam już półtora roku i zadowolona jest i ona i ja. Malutki Puchalątek (który dzisiaj kończy pół roku!), najpewniej do niej dołączy :) żłobek/przedszkole jest prywatne i prowadzone w duchu pedagogiki Marii Montessori.
Tak jest, Zuziu, poszukaj w internecie. Oko Ci zbieleje!
Krzysztof też właśnie poszukał i aż się zdziwił, cha,cha!
Krzysztofie, dobranoc, śpij sobie na tych turkusowych wodach.
Krzysztofie, nie wiem czy to to, ale w moim atlasie na L widzę tylko Lakszadiwy, przy Indiach. Ale to pewnie nie to, bo tylko literka się zgadza. W każdym razie, to bardzo daleko. Podziwiam Cię.
Chyba poszukam w internecie.
Ja z zerówki pamiętam tylko, że cieszyłam się z długiej czytanki. I że jako jedyna z grupy umiałam czytać. Bawiłam się na ogół sama, plastikowymi zwierzętami, nie zwracałam uwagi na innych. Niedawno dowiedziałam się, że wybuchały regularne konflikty między koleżankami o przyjaźń ze mną. :)
A dzięki Wam zrozumiałam, jak cenną książkę mam na półce: „Czarodziejskie miasto” Edith Nesbit z ilustracjami Szancera.
Acha, Alku, oni tam zdaje się zdrowie Leśmiana pili.
Faktycznie, ładne zdjęcia (też zerknąłem do sieci). Ale muszę już pomachać na dobranoc, tutaj pora spać.
Alku, mam wrażenie, że oni chcieli odtwarzać folklor polski, nie irlandzki, więc w jakimś sensie też byli autentyczni. O tańcach nic mi nie wiadomo.
Krzysztofie, w dużym stopniu się z Tobą zgodzę. Natomiast z instytucjami bywa różnie, przedszkola zakonne zwykle bardzo dbają o dzieci i ich właściwe wychowanie. W zwykłych nie zawsze tak jest. Plus duże grupy. Jeśli chodzi o tzw. uspołecznienie też nie widzę wielkiego związku, szczególnie w rodzinach wielodzietnych, bo one mają przedszkole w domu – naturalne, najlepsze. Generalnie każde dziecko ma swoje preferencje, jedne przedszkole lubią, inne nie i dobrze, gdy da się to uszanować.
O, ale ładnie tam masz!
I jak to daleeeko!
Chyba wiem, Pani Małgosiu, bo i ja się zawsze uśmiecham, gdy pomyślę o tym jak wspaniale jestem obdarzona przez los.
Ostatnio się z kuzynostwem śmieliśmy, że my tak z jednego domu do drugiego przechodziliśmy i tak nam mijało dzieciństwo.:)
Zuziu, śpieszę zaspokoić Twą ciekawość – miejsce, gdzie się obecnie znajduję, nosi nazwę Lakshadweep Sea. Znajdziesz?
Bezlitosna Zuziu!
No, kto by pomyślał.
Wiesz, zawsze się uśmiecham, jak wspomnę to Twoje rodzinne podwórko. Naprawdę, szczęśliwa z Ciebie istotka.
Krzysztofie, tak, czytałam po polsku (a teraz wysłałam Mamie Isi, wraz z „Blackoutem;’ i „All Clear”). Nie kupuj, tylko się umówcie na book-crossing.
„Przejście” takie sobie.
Dzień dobry!
Krzysztofie! Myślałam dziś o Tobie, a to dlatego, że na geografii zaczęliśmy temat o zasobach wodnych Ziemi. Jak tak pani wodziła palcem po mapie, zastanawiałam się, gdzie sobie teraz pływasz.
Ależ ja musiałam być szczęśliwa! (I nadal jestem.) Nie dość, że chodziłam do przedszkola, które wspaniale wspominam (zwłaszcza jedną z pań), to miałam też zapewnione wychowanie nie tylko rodziców i dziadków, ale całej rodziny z podwórka.
W przedszkolu szalał za mną pewien chłopiec. Biedak, spał ponoć z moim zdjęciem, a raz to nawet próbował mi się oświadczyć, ale ja bezlitośnie chowałam się po kątach. He, he.
Ciepło i owszem, ale w tej chwili już ciemna noc. Księżyc, oczywiście, świeci.
Wyczytałem, że polskim debiutem Connie Willis było opowiadanie „A Letter from The Clearys” opublikowane w „Fantastyce” nr 22 (7/1984). Czyli musiałem je czytać, bo pismo to prenumerowałem i eksplorowałem do ostatniej literki od pierwszego numeru do momentu, kiedy to stało się „Nową Fantastyką” i zaczęło zamieszczać rzeczy, delikatnie mówiąc, nieodpowiednie. Gdzieś te wszystkie stare numery leżą.
A czy Madame, jak pisuje jego Wysokość, czytała „Przejście”? Tego jeszcze nie udało mi się kupić. Za to chyba nie wytrzymam i zakupię „Blackout”, bo ileż można czekac na polskie wydanie.
W dużym stopniu.
Jak tam na morzu, Krzysztofie?
Miło pomyśleć, że masz wokół ciepło i niebiesko.
Co do przedszkola, to potomstwo się podzieliło. Najstarsza dwójka czas przedszkolny spędziła w domu, ale kiedy Casciolina z młodszym bratem poszli do szkoły, została pięcioletnia Puchałka, która była zwierzęciem towarzyskim, więc z wielką ochotą uczęszczała przez dwa lata do przedszkola (łącznie z zerówką). Tzw. drugi rzut, czyli jeszcze dwie dziewczyny po wielu latach przerwy, chodził do przedszkola nazaretanek (a później także do ich podstawówki). Nie dostrzegam żadnego wpływu tych faktów na stopień uspołecznienia poszczególnych dzieci. Jak zawsze i wszędzie, wszystko zależy od konkretnych ludzi, nie od instytucji.
Wszystko prawda. Nawiasem mówiąc, chodziło o dzisiejszą Syrię.
Ech, mój ty świecie.
Dziękuję Autorko, tak, zasadniczo myślałem o père, ale syn też brał udział, dowodził o ile pamiętam jednostkami kawalerii i tam też poległ. W ogóle bitwa była z punktu widzenia Rzymu skandaliczna, bardzo silna ekspedycja została pobita przez trzykrotnie słabszego przeciwnika, który niestety zastosował niedżentelmeńskie metody walki, to znaczy dysponował łukami o większej donośności i niewyczerpanym zapasem strzał, co wykorzystał. Przewaga taktyczna i techniczna. W dodatku Krassus został parokrotnie wyprowadzony w pole przez przewodników sprzyjających konkurencji. Dwadzieścia lat spędzonych na urzędach nie wyostrzyło mu dowcipu. Podobnie zresztą było z Warusem: ów administrator i prawnik, kiedy zorientował się, że własne jednostki posiłkowe zwodziły go przez długi czas i właśnie rzuciły się do gardła jego legionistom (w Lesie Teutoburskim), początkowo zażądał, aby ich aresztować. Kolejny dowód, że orientacja polityków w świecie rzeczywistym nie tylko współcześnie jest upośledzona. Nie za dużo piszę?
Och, Gio, od tego czasu zostały mi takie ślady, żebyś widziała, po tym gotowaniu… O, tu i tu jeszcze… Gosposia była świeżutkim produktem wsi kaszubskiej (peryferie Gdyni wspomniane w „Piosence o Janku Wiśniewskim” dopiero zaczynały dyszeć miejskością) i mieszkała na ulicy niejakiego „Zademhofa”. Rany, jakie ja dziwne szczegóły pamiętam… Ale ja pamiętam też, jak zbierałem ślimaki w ogrodzie w wielu lat trzech, albo jak rodzice mi się w lesie zgubili, w podobnym okresie.
Sowo, ale tamci to był irlandzki autentyk. Nawiasem mówiąc, zmarły był Meksykaninem, ale miał irlandzkich przyjaciół, więc poniósł konsekwencje. W drugiej strony, w krajach wschodniejszej tradycji do dziś nie jest niczym niewłaściwym chlapnąć sobie przy nagrobku w intencji osoby spoczywającej i to jest w sumie w porządku. A ci twoi bohemiści może dziarskiego trepaka też wycięli w intencji przedwcześnie zgasłego? Na płycie? Jak szaleć to szaleć.
Sowo, gdy się urodziłam moja mama wzięła sobie opiekę nad dzieckiem, czy coś takiego, w każdym razie była w domu aż skończyłam sześć lub pięć lat (niedokładnie pamiętam) i dopiero wtedy poszłam do przedszkola, a raczej do zerówki.
Później miejsce jej pracy zamknięto i poszła pracować gdzie indziej. Gdy urodziła się Maja już jej tego nie przyznali i gdy moja siostra skończyła rok (bodajże), mama musiała wrócić do pracy. Mimo to nie posłała Mai do przedszkola – opiekuje się nią babcia, która już jest na emeryturze.
Alku, przy śniadaniu obłożyłam się księgami i próbowałam znaleźć odpowiedź na dręczące Cię pytanie co do numerów legionów Krassusa (nota bene, było ich trzech, Marcus Licinius Crassus Dives, triumwir, za czym jego syn Publius Licinius Crassus, oraz wnuk, Marcus Licinius Crassus), lecz Ty badasz seniora.
Otóż nigdzie nie ma mowy o tej numeracji, wszyscy podkreślają natomiast bolesny fakt utraty złotych orłów legionowych w przegranej bitwie pod Karrami w roku 53. To była okropna hańba, utracić te orły, wieńczące drzewca sztandarów. Orły, jak i 10 000 jeńców rzymskich, zwrócili Partowie dopiero w roku 20.
Wertując „Cesarstwo Rzymskie” Tadeusza Zielińskiego natknęłam się na rozdział poświęcony Sybilli, „wieszczce kumańskiej”, a tam na takie słowa:
„To Sybilla po klęsce Krassusa pod Karrami w roku 53 wywołała widmo ‚króla rzymskiego’ jako jego mściciela i w taki sposób stała się przyczyną zguby Cezara w krwawe idy marcowe roku 44. Po jego śmierci wywierała dalej swój wpływ na dusze Rzymian, napełniając je to strachem, to znowu nadzieją”.
To mi dało do myślenia. Zdaje mi się, że wyrocznia Sybilli odgrywała w tamtym czasie rolę, którą dziś wypełniają media.
Wniosek: nie należy się przejmować ich straszeniem. I tyle.
Tak jak myślałam.
Tej pięknej książki, polecanej przez Panią, nie ma niestety w naszej bibliotece.
Tygodnie upłyną, zanim na książkę będę sobie mogła pozwolić.
I to jest naprawdę okropne.
Choć są gorsze rzeczy na świecie. Metodą Pollyanny mogłabym parę wymyślić.
Ale raczej odpowiem Magpie. :)
Alku, też miałam niby-nianię, niejaką Józię, która się mną opiekowała po powrocie ze szkoły (rodzice dużo pracowali). Podobno mnie kopała w ramach aktów wychowawczych, ale na szczęście wyparłam z pamięci te barbarzyńskie metody.
O, Ludu!
Cóż za cudownie piękna książka do mnie dziś przybyła!
„Stanisława Witkiewicza styl zakopiański”. wydawnictwo Bosz. Co za radość! Pięknie wydany album, wspaniałe zdjęcia, także stare, sepiowe. Dużo ślicznych detali, ciekawy tekst, dobra czcionka, słowem – klejnot! Bardzo polecam!
Nie mogę tego powiedzieć o poprzednio kupionym albumie tego samego wydawnictwa „Kresy w sztuce polskiej”- bure ilustracje, kiepski druk, a co najgorsze – brak indeksu.
Dziękuję Wam! Mam napad śmiechu z drgawkami… Do przedszkola nie chodziłam, raz próbowano mnie zostawić w tzw. kapliczce (nie na stałe – figlarze!), ale wyraziłam słuszny opór. I dzięki temu mogłam w spokoju czytać co chciałam.
Książkę Nowaka znam i również polecam!
Madziu, okropnie długi mail do Ciebie napisałam, nie przestrasz się.
Gio, hehe.
A, Alku, takie dziadowskie libacje przy grobie (ale nie trumnie) są teraz modne i w Warszawie. Ostatnio była jedna przy grobie pewnego słynnego poety, co pić lubił. Z przemowami i z pieśniami, a jakże.
Z przedszkolami trudna sprawa, nie każda matka może pozwolić sobie na luksus pracy w domu albo wyłącznie pracy domowej. Inaczej też dzieciom, które mają rodzeństwo, inaczej jedynakom. Ja też do przedszkola nie chodziłam (w ramach szykan politycznych nie chciano nas przyjąć) i bardzom z tego rada, nie masz to jak dzieciństwo u dziadków, z dużym Tajemniczym Ogrodem.
Nie dość, że lała, to jeszcze gotowała Cię, Alku? W dodatku ohydnie? A to paskuda! I sadystka!
/emotikon [zgadnij jaki]/
Och, przepraszam za ten listopad, nie zamierzałam wywoływać dyskusji o upiorach i dyniach, tylko wyrazić swój żal nad zmianami jakie zaszły w literaturze dziecięcej. Mam wrażenie, że kiedyś istniało coś w rodzaju niepisanej umowy społecznej, że książki dla dzieci muszą być nienaganne językowo i treściowo, że spełniają mniej lub bardziej rolę wychowawczą. Przy czym wizja wychowania dzieci była mniej więcej spójna. Teraz tak już nie jest i rodzice jakoś muszą się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.
Ach, Ulubiona, w kwestii przedszkola: nie chodziłem, co nie znaczy, że nie próbowałem. Kilka razy przyniosłem do domu potworne zarazy jakieś, a raz wszy. Po takich doświadczeniach rodzice uznali, że nie nadaję się do zbiorowej hodowli i zafundowali mi niańkę od wszystkiego, imieniem Helenka, która lała mnie regularnie i ohydnie gotowała. Nie wiem, czy w tym czasie nie uważałem, że przedszkole z jego insektami i zarazkami było jednak lepsze. Z tym, że w przedszkolu jedzenie było też paskudne, pamiętam marchewkę i tłuczone kartofle.
Dzień dobry Autorko i ty, Ludu. Casciolino, przypomina mi się specyficzny irlandzki rytuał czuwania przy zmarłym polegający na straszliwej libacji. Poszukam na półce, jest felieton Artura Perez-Reverte, w którym wspomina o takim pożegnaniu, brał w tym udział jego przyjaciel (nieletni wówczas syn zmarłego), rzecz miała miejsce w latach 50.-60., byli tam najwięksi ludzie filmu z samym Księciem – Johnem Wayne na czele, pili straszne ilości irlandzkiej whiskey i wygłaszali przemowy w stronę trumny, wychwalając nieboszczyka i wykrzykując „łajdaku, jak mogłeś nas opuścić!”, a płakali przy tym jak bobry. Wspaniała scena.
Dobrywieczorku, jak miło, że wspomniałaś o książce Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez czarny ląd”. Jest to lektura fascynująca, zwłaszcza jeśli pozna się wszystkie okoliczności powstania tego tekstu (konieczność zapewnienia bytu pozostałej w Polsce rodzinie), ale także historię ponownego odkrycia go przez Łukasza Wierzbickiego i doprowadzenia do wznowienia tej opowieści. Polecam innym Księgowym, którzy lubią podróże, zarówno te realne, jak i te per procura.
Jas, rzeczywiście, swojej czwórce zrobiliśmy wesołe przedszkole w domu. Wyrośli wspaniale, nigdy nie mieli problemów z adaptacją w społeczności.
Casciolino, to prawda: fascynujące. Jak ten świat mało się starzeje. Mam, swoją drogą, coś na ten temat i pokażę w następnym wpisie.
Nagle zrobiło się w Księdze zupełnie listopadowo ;)
Sowo P., doskonale rozumiem Twoje pragnienie uchronienia Sowiątka przed wpływami „tego świata”. Sama jeszcze nie muszę się z tym konfrontować, ale już czuję, że łatwo nie będzie. Zwłaszcza, że mąż mój wyznaje zasadę „każda okazja jest dobra do zabawy”.
To fascynujące, że w XXI wieku ciągle są powtarzane antyczne rytuały! Spożywanie posiłku na grobach zmarłych (a właściwie nad nimi, na dachach i tarasach grobowców) to tzw. refrigerium. Dzisiaj obserwuje się ten zwyczaj właśnie wśród Cyganów, ale nie tylko, w Hiszpanii, Meksyku, Chinach, Wietnamie również. I w kościele prawosławnym. Natomiast dzielenie się ze zmarłymi (głównie) napojami nosi nazwę libacji (libagione). Dlatego w posadzkach grobowców są specjalne otwory, dzięki którym można było do grobów wlewać różne płyny (np. mleko, wino, miód) czy wrzucać kawałki chleba i winogron.
Ja się nauczyłam tego od Pani Małgosi, tego by nie posyłać dziecka do przedszkola. Zrozumiałam to jak w ramach socjalizacji przed zerówką wysłałam maluszka do prywatnego i musiałam kwitnąć pod salą, a mała sprawdzała,czy mama jest. Panie cieszyły się, że jeszcze jedna pani chodzi z nimi na spacerki. Zła byłam,gdy zobaczyłam jakie świetne mają relacje w szkole dzieci, które nie chodziły do przedszkola! Wesołe,zadowolone, a te po przedszkolu wystraszone. Przedszkole po 2 roku to praktyka szwedzka, dzieci po tym nie chcą kontaktu z rodzicami w późniejszym życiu. U nas jest w modzie też homeschooling, dostaje się wtedy nawet 500 zł na dziecko, na materiały. Tylko nasza jedynaczka lubi szkołę. Może dlatego, że robimy jej ferie jesienne, wiosenne, wycieczki w tygodniu, bo byliśmy po reformie zmuszeni dać ją od 5 lat do szkoły i jakoś nie może okrzepnąć-jak mnie poinstruowała jedna matka. Matki wszystko wiedzą. Uczę ją w domu.
Już jestem przekonana, dowód jest mocny.
Rozszczepiaj, rozszczepiaj.
Dobranoc!
Jest moneta z czasów Oktawiana z oznaczeniem „Orły zwrócone” (Signis receptis), znalazłem jej trzy warianty w naszym dzielnym internecie, ale w trosce o lapidarność stylu zwięźli Rzymianie nie napisali, które orły konkretnie. Wiadomo, że Oktawian doprowadził do jakiego takiego pokoju z Partami i odzyskał znaki legionowe, ale jeńców już nie – o ile jeszcze wtedy żyli, bo roboty kamieniarskie w Sogdianie prawdopodobnie skracały życie bardzo poważnie. Dobranoc, Ulubiona Autorko, mówiłem, że o tej porze zajmuje się głównie tetrapiloktomią? To teraz jest dowód.
Jasne, jasne, samokrytyczny! Będę się tego trzymać. Teraz tak przeskakuję pomiędzy waszym towarzystwem, a nieudacznikiem Krassusem i jego legionami. Wie ktoś może, jakie numery nosiły legiony Krassusa i czy w ogóle były numerowane? Bo te, które zaprzepaścił Warus w Lesie Teutoburskim, nosiły numery XVII, XVIII, XIX. A Krassus pod Carrhae miał podobno siedem, ale które? Informacje o legionach z okresu republiki są strasznie słabe, przynajmniej w podręcznych źródłach.
Nadążają, i to jak! Żebyście widzieli z jaką swobodą Sowiątko przewija i powiększa paluszkiem zdjęcia na smartfonie! Tego bronić dzieciom nie należy, byle korzystały z umiarem.
Jas, przedszkola wychodzą z mody? Gdzie jest tak pięknie? Bo w moim otoczeniu (również rodzinym) czuję się jak ten ufoludek, co nie dostrzega ogromu zalet wynikających z posłania dziecka do przedszkola, najlepiej już w wieku dwóch lat.
Nutrio, nie mówię, że wszędzie. Mówię, że to powszechność. I tak jak napisała Wiola, są placówki (znam), gdzie nauczyciel nie może się temu sprzeciwić, jeśli nie chce stracić pracy. A, i nie jestem pesymistką, bać się też nie boję. Mam rozum, to pilnuję, co dzieć czyta i dokąd pójdzie się kształcić, choć wolałabym nie musieć tego robić. Ot, takie marzenie.
Nieco kokieteryjny :)
W Bytomiu widywałam na Wszystkich Świętych Romów, biesiadujących na grobach swoich bliskich. Wspominają ich, skrapiają trunkiem ziemię. To ich tradycja. Co ciekawe, na zabytkowym cmentarzu Mater Dolorosa wyglądało to zupełnie na miejscu.
Ale, swoją drogą, jak to miło brzmi: po STARYM wypadku!
Wszystko mija. Także cierpienia i stresy.
Wiolu, dom, nawet z konsolą i Youtube, jest dla dzieci najlepszy.
Kiedyś tak się ludzie zżymali na radio kryształkowe, którym się dzieci fascynowały, potem na kinematograf, potem na telewizję, no, cóż chcesz, widocznie tak być musi. Postęp. A dzieci nadążają.
Mówię Wam: samokrytyczny.
Bożena, no co ty. Ja po prostu po starym wypadku nie odrestaurowałem sobie jeszcze w pełni uzębienia i wyglądam jak ta dynia.
Och, Jas, oczywiście że o trupach, w kocu to wigilia dnia Wszystkich Świętych, All Hallows’ Eve. Nawiasem mówiąc, także jedna z książek Agathy Christie (Hallowen Party czy jakoś tak). U nas w tradycji nazywało się to Dziady, ale wtedy szło na poważnie, zaś obchody w takiej ludycznej postaci przyszły do Europy z Irlandii via Stany. Irlandczycy ze swoją wyjątkowo starą tradycją katolicką zawsze mieli skłonność do mieszania tego z pogańskimi obrzędami. A bliżej nas specjalne obrzędy w Wigilię Wszystkich Świętych stosują unici, z procesjami na cmentarze i zdaje się karmieniem zmarłych też. Różne cuda ludzie wyprawiają.
Sowo, jakże się z Tobą zgadzam i piórem podpisuję!
Mam szczęście, że pracuję w placówce, w której nikt mnie nie przymuszał do zorganizowania tego typu zabawy, bo byłoby to sprzeczne z moimi wartościami. Czasami jednak nauczyciele, choćby chcieli, nie mają nic do powiedzenia, zwłaszcza w przedszkolach, zwłaszcza w prywatnych. A jak ktoś ma zostać bez pracy to… różnych rzeczy się podejmie, niestety nasza rzeczywistość.
Sówka jest dobrą mamą, tak sądzę. To zaowocuje, ba – już owocuje, czasem o tym tu czytamy. Takie wychowywane dzieci w domu każdego dnia nauczyciel od razu może „wychwycić”. Mówię to z mojego jakże krótkiego doświadczenia. Kontakt z takimi rodzicami i dziećmi – bezcenny. Takie światełko i nadzieja. : )
Gorzej, gdy dziecko na pytanie „Co ci się kojarzy ze słowem dom?”, odpowiada „Konsola, youtube”. I to niestety, załamana, usłyszałam…
Upjohn! Pierwsza korekta :)
A toś mi, Bożenko, zaimponowała.
Hobbystycznie!
Wielkie brawo.
Cytacik fajny.
Ogniście, gorąco! Rozgrzewka skuteczna.
Siedem korekt. Marzenie.
Machnęłam sobie niedawno, hobbystycznie, wraz z Córką, podyplomowo edytorstwo. I chyba z tamtych zajęć pochodzi zapamiętany jędrny przykład braku starannej korekty: „Pod sztandarami Osła Białego”.
Aluzję do słynnej wymiany zdań Stanley/Livingstone ładnie wplata w fabułę Agatha Christie w „Kocie wśród gołębi”. Przy okazji – uwielbiam panią Upjon i jej mądrą córkę.
Alku, Ty po prostu – tak po męsku – skąpisz nam uśmiechu. Choć uśmiechnąłeś się do DUA :) Uśmiechnij się też do nas :)
Ja tam mówię dzieciom, że tradycja halloween to o trupach, więc nie ma co się nią zajmować. A z ewangelicznego punktu widzenia: „grzebanie umarłych zostawcie umarłym…”, kultura śmierci, a JPII prosił o budowanie cywilizacji miłości, więc to nie ten adres. Sowo nie bój się, przedszkola są już nie modne, w szkołach nie jest tak źle, z nauczycielkami też można się dogadać. U nas robią dla chętnych, jakoś udaje nam się sprytnie wywinąć, bo córka też nie gustuje w zwłokach.
O nie, Sowo! Nie możesz mieć takiego pesymistycznego mniemania o rzeczywistości. Czuję się w obowiązku sprowadzenia Cię na ziemię: w naszej szkole nie ma balu Halloweenowego, co więcej to ,,święto” jest w naszej placówce w sposób najsurowszy tępione.
Jeśli pozwoliłam sobie na zbyt wiele – przepraszam pokornie.
Aha.
Dzięki, Sowo.
Przepraszam:)
Madziu, już zrozumiałam, że słuchanka ma być codziennie, nie musisz się przypominać. ;) Tylko czasem będzie późno.
Camille Saint-Saens – Fantazja na fortepian i orkiestrę „Afryka” op. 89.
Marc-Andre Hamelin.
Wiesz, Alku, myślę, że ta rzeczywistość taka jest, bo za słabo na nią społecznie reagujemy. Owszem, mogę dać takiemu „kolędnikowi” kamienne ciastko, ale nie mogę mu się dziwić, że się w to bawi, skoro on do tej rzeczywistości jest przyzwyczajany od pieluch. Jeśli, dajmy na to, w książce traktującej o tym, jak fajnie jest w przedszkolu, na dwóch stronach A4 jest wyrysowany wspaniały bal przebierańców urządzony przedszkolakom z okazji Halloween… Odkąd to odkryłam wiem, że jeśli poślę moje dziecko do przedszkola, to pierwszą rzeczą, o którą zapytam się w potencjalnej placówce będzie to, czy organizują tam takie bale. Bo, że w szkołach podstawowych są, to już oczywiście norma. Albo taka książeczka o kolorach, przeznaczona dla rocznych dzieci – w dziale „pomarańczowy” szczerzą się do dziecka wampirze dynie. Niech sobie tam dynie będą, ładne i pomarańczowe to wszak warzywo, ale po co zaraz musi być tak paskudnie pocięte? Niemniej, tak jak mówiłam wcześniej, ten temat nie jest najdziwniejszym jaki spotkałam w dziecięcych książkach dla małych dzieci. Są takie, o których nie będę tu nawet wspominać, bo to jednak strona dla dzieci i młodzieży, a nie miejsce gorzkiej krytyki litecakiej. Ale powiem Wam, że ja już doszłam do tego etapu, że nie pozwalam dziecku otwierać paczek, które zamawiam w internetowych księgarniach (najpierw muszą przejść przez cenzurę rodzicielską), obawiam się każdej wizyty synka z babcią w bibliotece (czego to mi już dziecko stamtąd nie przyniosło), a znajomych proszę o inne prezenty niż książkowe. Bo znajomi to jeszcze to pokolenie, które przywykło do książek bezpiecznych treściowo dla maluchów i przed kupnem szczgółowo ich nie przegląda.
Cóż, Iskro, teraz papier ma coraz lepszą jakość. Polecam się.
Względność. Odwiedził nas kiedyś szkolny kolega mojego taty i wszedł do mojego pokoju, bo u mnie jest komputer, a potrzebował dostępu. Spojrzał okiem krytycznym na półeczki i mówi: „Jak mój syn skończył studia, to spakowałem wszystkie książki i zawiozłem do antykwariatu. Nie chcieli, to oddałem na makulaturę”. A przecież u mnie mieści się tylko mizerne pół tysiąca tomów i (+/-) 80 wypożyczonych z biblioteki. Co bym tu krytykowała? No, nie był to jakiś bardzo niesympatyczny facet, tylko troszeczkę może troglodyta.
Chciałabym dopomnieć się o słuchankę. Sowo, czy jeszcze mi wypada, czy może robię się natrętna?
Alku, nieźle mnie wystraszyłeś!
Zamiast ukochanej Jeżycjady kupka proszku dla wnuków?!
Dobrze,że pani Małgorzata ruszyła do uspokajania, bo już Cię chciałam o firmie z tymi bawełnianymi egzemplarzami wypytywać.
Są książki których okropnie żal…
Dobrego wieczoru wszystkim życzę.
Makabra.
I robaczków.
Dobry wieczór.
Alku, mam niestety te same doświadczenia. Starsze wydania(lata 50 i 60-te) prawie nieczytelne, z lat 70-tych w stadiach początkowego rozkładu. W dodatku w tych najstarszych odkryłam jakieś małe robaczki, mniejsze od ziarenek maku. W obawie o resztę księgozbioru, z bólem serca, spaliłam je w kominku, bo do czytania się nie nadawały, a za nic nie wyrzuciłabym książki do kosza na śmieci.
W trójmieście mróz i ślizgawica. Poszukam tych nakładek na buty, bo wśród krewnych i znajomych kilka przypadków solidnych potłuczeń i jedna złamana noga( już skręcona na śruby plus 30 dni gipsu), więc strach mnie obleciał.
Często zaglądam do KG, ale siedzę głównie w norce pod regałem i chłonę dobre fluidy.
:))
A pewnie.
Ale spokojnie, Alku, dobrze będzie, tylko nie zapuśćcie w domu grzyba.
Wasza Królewska Mość, mam szczerą nadzieję, że mój pesymizm jest przedwczesny. Mój syn odziedziczy kiedyś łącznie jakieś osiem tysięcy tomów (po paru pokoleniach zapamiętałych czytelników). Wolałbym, żeby nie odziedziczył wywrotki żółtego proszku, to by postawiło cały ten interes pod znakiem zapytania.
O, zajrzałam teraz do działu „Spam”, i nie znalazłam tam Twojego wpisu, Czytelniczko. Czyli – nie wysłałaś.
Za to był tam komentarz Joli o Zagłobie. Przywróciłam.
Jolu, powód, jaki podał komputer: „Fake IP”. No, nic nie poradzę.
Spam wali do mnie potężną falą, w tej chwili jest już znowu 1569 spamowych wiadomości, reklamy pisane cyrylicą etc. Nic dziwnego, że komputer traci rozeznanie.
Nie są kasowane, Czytelniczko. Niektóre, niestety, same trafiają do spamu, ale czasem je stamtąd wydobywam, jak zajrzę.
Nowy tom Jeżycjady będzie w tym roku.
Alku, a nie wiesz Ty, że „czytając w wannie tracisz wzrok”? Heheh, ja też z tych czytających, ale lata praktyki już mnie tak wyćwiczyły, że nie moczę, choć moczyłam.
Księgozbiór antykwaryczny u mnie w niezgorszym jest stanie, choć niektóre książki już dwa razy nie wytrzymywały przemiału rąk (rekord: „Dag, córka Kasi” kupowana była aż trzy razy!). „Krystyna..”, cokolwiek sfatygowana, ale jeszcze nie pożółkła, no i ukochany „Pinokio”-wydanie z lat 50, ma się całkiem nieźle, już trzecie pokolenie go czyta. Mamy tego mnóstwo i ,co ciekawe, z każdą książką wiąże się jakaś ciekawa historia. Dziatwa w naszej rodzinie również przyuczana jest do kultu pożółkłych stroniczek.
Dlaczego komentarze są kasowane? Tylko chciałam wiedzieć kiedy ukaże się nowy tom :-/
Aha, a sąsiad przewrotna bestia. Irysy zmieszane z kostkami rosołowymi!
Zgroza.
Odwagi!
Słyszałam te straszne prognozy. A tu proszę, przechowywane w poprawnych warunkach książki z lat dwudziestych XX wieku trzymają się znakomicie, choć kartki im faktycznie żółkną. Ale się nie rozpadają!
Strachy na Lachy, Wasza Wysokość.
SowoP, Hallowen istnieje obiektywnie, więc pewnie nie ma powodu, żeby o nim nie wspominać. Ale jeśli chce się przeciwdziałać, czyli wzbudzać we wrażliwych dziecięcych umysłach instynktowną niechęć do tej imprezy… Jeden mój sąsiad, chyba okropny tetryk, irysy miesza z kostkami rosołowymi. Zetknięcie się z taką kostką w charakterze cukierka może zaowocować katharsis, a przynajmniej nauczyć (w wariancie minimum), żeby nie brać do ust bez sprawdzenia trzy razy. Zawsze jakaś korzyść. Trzeba się jednak liczyć z akcją odwetową. Kiedy ostatnio bandzie dzieciaków daliśmy z braku laku (o ile pamiętam) jakieś pierniczki własnej roboty, w odwecie odkryłem w poranek zaduszny, że moje drzwi są starannie (i nawet estetycznie) ozdobione serpentynami z papieru toaletowego. „Brittany, jak odkrywczo wykorzystałaś papier toaletowy!” – powiedziałaby jedna z bohaterek Connie Willis.
A propos pożółkłych książek. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że jeśli nie zmieniła się w międzyczasie technologia produkcji papieru (a chyba nie zmieniła), to z naszych książek guzik będzie, a nie pożółkłe. To znaczy będą bardzo szybko pożółkłe, a potem się rozsypią na proszek, a to wszystko przed upływem stu lat. Stare rodzinne księgozbiory to sprawa dawnych pokoleń, która nie wróci. W czym rzecz? Otóż dawniej książki produkowano z pochodnych bawełny (najczęściej były to szmaty z ówczesnego recyklingu). O pergaminach itp. papirusach nie wspominam, bo nie w nich rzecz. Papier na bazie bawełny jest bardzo trwały i w zasadzie wytrzymuje wiecznie, jednak jest drogi. Natomiast papier produkowany z pulpy drzewnej szybko żółknie, przez co druk traci czytelność, potem zaś karty rozpadają się. Książki z tanich wydań z lat 50., których trochę mam w domu, są pomiędzy etapem drugim a trzecim, to znaczy są już niezbyt czytelne ze względu na słaby kontrast między wyblakłym drukiem a pociemniałym papierem, a poza tym już się sypią począwszy od krawędzi kart. Część taniej wydanych książek z lat 70. jest na etapie pierwszym, tzn. stopniowo ciemnieją. Cieszmy się naszymi i naszych rodziców książkami, bo szybko odchodzą. Ale słyszałem też o firmie, która wykonuje skład i przedruk dostarczonych książek na najtrwalszym papierze z włó