
(wiersz i rysunki Kate Greenaway nadesłała KC SowaP – dziękuję!)
Julian Tuwim
STROFY O PÓŹNYM LECIE
1
Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.
2
Nazłociło się liści,
Że koszami wynosić,
A trawa jaka bujna,
Aż się prosi, by kosić.
3
Lato, w butelki rozlane,
Na półkach słodem się burzy.
Zaraz korki wysadzi,
Już nie wytrzyma dłużej.
4
A tu uwiądem narasta
Winna jabłeczna pora.
Czerwienna, trawiasta, liściasta,
W szkle pękatego gąsiora.
5
Na gorącym kamieniu
Jaszczurka jeszcze siedzi.
Ziele, ziele wężowe
Wije się z gibkiej miedzi.
6
Siano suche i miodne
Wiatrem nad łąką stoi.
Westchnie, wonią powieje
I znów się uspokoi.
7
Obłoki leżą w stawie,
Jak płatki w szklance wody.
Laską pluskam ostrożnie,
Aby nie zmącić pogody.
8
Słońce głęboko weszło
W wodę, we mnie i w ziemię,
Wiatr nam oczy przymyka.
Ciepłem przejęty drzemię.
9
Z kuchni aromat leśny:
Kipi we wrzątku igliwie.
Ten wywar sam wymyśliłem:
Bór wre w złocistej oliwie.
10
I wiersze sam wymyśliłem.
Nie wiem, czy co pomogą,
Powoli je piszę, powoli,
Z miłością, żalem, trwogą.
11
I ty, mój czytelniku,
Powoli, powoli czytaj.
Wielkie lato umiera
I wielką jesień wita
12
Wypiję kwartę jesieni,
Do parku pustego wrócę,
Na zimną, ciemną ziemię
Pod jasny księżyc się rzucę.
(z tomu Rzecz czarnoleska)

PS
I jeszcze jeden owoc, który trafił do mnie w pierwszy dzień jesieni: książka, która spodoba się Sowie P, a także innym melomanom tu obecnym – bardzo pięknie wydany przez wydawnictwo a-5 zbiór librett i innych tekstów, towarzyszących muzycznym arcydziełom, a tłumaczonych przez mojego Wielkiego Brata. Książkę opracował graficznie Wojciech Wołyński. Jest piękna!

Oto próbka – przekład tekstu partii chóralnej (Was mein Gott will, das g’scheh allzeit) z Pasji wg św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha:
Niech poznam, co to Boża moc,
Niech Pan mój bunt uśmierzy.
Nie zbłądzi w najczarniejszą noc,
Kto duszę Mu powierzy.
W najgłębszą toń
Zanurzy dłoń,
Wybawi mnie, gdy tonę.
Kto ufa Mu,
Ten dzień po dniu
Ma broń w nim i osłonę.
Oprócz Pasji według św. Mateusza znajdziemy tam Dydonę i Eneasza Purcella, Wesele Figara i Don Giovanniego Mozarta, Podróż zimową Schuberta i Księżycowego Pierrota Schoenberga.








Molu Książkowy, dziękuję pani Basi za pamięć i gratulacje!
Decyzja w sprawie podkoszulka – prawidłowa.
Pani Małgosiu, czy Pani wie, że Pani jest najlepszą terapeutką, że trudne chwile łatwiej przetrwać z „Jeżycjadą”- mamusiom oczekującym dzidziusia [trzy z nich musiały pobyć trochę w szpitalu- i tam zwłaszcza, przed chwilą właśnie wyszła jedna młoda mama z kolejnymi częściami :) ], młodym mamom przy dzieciach, babciom przy wnukach, a nawet co ciekawe samotnym starszym paniom. Brakuje jeszcze panów, ale dołączą, dołączą… Tak to jest :)
Czytałam, Matyldo!- jak wszystko, co napisał ten autor (przepadam za nim).
Co do przekładów: ja też wolę te dawniejsze, są piękne i staranne. Dawniej tłumacze świetnie znali język polski.
Ach, to „lato, w butelki rozlane”!… To ja muszę koniecznie zapytać – czy czytała Pani „Słoneczne wino” („Dandelion wine”) Raya Bradbury’ego? Tam właśnie rozlewają… :)
Słowa autora wyraziste i kwieciste, układają się w nadzwyczajne kompozycje i malują cudowne obrazy – wspominając lekturę pamiętam dokładnie upalne dni i kojące wieczory, ciepły wiatr, odurzające kwietne i trawiaste zapachy, i jestem prawie pewna, że stałam tam obok małego Duglasa, gdy jego Dziadek zamykał tamto lato w butelkach mniszkowego wina…
Książka do tego przetłumaczona bajecznym, cudownym językiem – takim, jakim już się u nas nie tłumaczy… (choć może jednak się mylę – nie tracę nadziei!)
Tymczasem jesień dzielę na kawałki i kęsy, i posypuję korzenną przyprawą… :)
Dobry wieczór,
jak widać Mickiewicz potrafi upiększyć nawet niemiecki. Ten język jakoś tak ładniej brzmi.
W ogóle lepiej jak posługują się nim romantycy.
Zabawne wydają się francuskie przeboje w wykonaniu Zaz np.: Zaz à Montmartre,
La Vie en Rose-Zaz albo Zaz-Paris, jazzujące. Pewnie już to wszyscy znają…
A kuku!
Czyżby wszyscy w pracy lub w szkole, stosownie do „wieku i urzędu”?
E tam, no nie?;)
Ile to już lat trwa krytykowanie Mickiewicza?
I wszystko na nic.
Czytałam kiedyś (do egzaminu, a jakże!) jakiś tekst Boya-Żeleńskiego na temat francuskiego przekładu „Pana Tadeusza” prozą. Boy, zdaje się, był zdania, że nasza epopeja narodowa broni się głównie wierszem, bo historia to jakaś szemrana, co rzeczone tłumaczenie mu ukazało ;) Ja mam jednak w głowie te wszystkie rymy i rytmy, więc chyba nie umiem się wielce oburzać na to, że ślub Tadeusza z Zosią miał być tylko „metodą legalizacji grabieży”.
Kochani! Zaintrygowal mnie „Pan Tadeusz” po niemiecku… Niestety, nie znam zupelnie tego jezyka, ale widze, ze sa piekne rymy i rytm chyba tez odpowiedni. Oczywiscie, zaraz wyszukalam poczatek „Inwokacji” po wlosku. Nie rymuje sie, niestety – mysle, ze przeklad (zwlaszcza od strony formalnej) nie jest tak dobry jak niemiecki, ale brzmi ladnie:
« Lituania! Patria mia! tu sei come la salute.
Quanto ti si deve apprezzare, può solo testimoniarlo
Chi ti ha persa. Oggi la bellezza tua nei suoi ornamenti tutti
Vedo e descrivo, poiché a te anelo. »
(Signor Taddeo)
Co ciekawe, wyczytalam, ze juz w XIX wieku „Pan Tadeusz” zostal przetlumaczony na 10 jezykow (w tym na wloski). Do dzis przetlumaczono go na ponad dwadziescia jezykow, w tym na chinski i na japonski. :)
Krzepiace!
Fanko Robrojka (wiad.pryw.)- dziękuję za wieści i za propozycję (mam to, nie trzeba) i serdecznie gratuluję sukcesu!
Jej, Szkrabie, nawet nie chce sobie wyobrazac tego oczekiwania w napieciu na pana organiste.
Goscie jak goscie – opoznienie moze nie bylo dla nich dramatem, bo sami lubia sie spozniac czasem..ale ksiadz z asysta tak czekal w zakrystii…? Czy zaczeliscie bez organisty po prostu? :)
Mamo Isi ,opowieść wyborna.Jak zdążyłam się zorientować -wybitnie w Twoim stylu.Uśmiałam się.
Najpiękniej dla mnie brzmią piosenki po francusku.To język który wyjątkowo nadaje się do śpiewania. Kocham i Brela i Cabrela,Piejko .Dobrze ziemi przypomniałas ,posłucham sobie tej październikowej.:)
Dzien dobry!
Klaniam sie Kochanej Autorce i Wszystkim po dlugiej przerwie…
Francis Cabrel to moj ulubiony piosenkarz . Pieknie spiewa o pazdzierniku. Prosze, posluchajcie (wprawdzie po francusku,ale co to dla Was!)!
Niedawno znalazłam w moim muesli pojedynczą nogę pająka. Aaa!!!!
Mamo Isi, wyborne :)
Ateno, rzeczywiście nie powinnaś mieć Arachn(e)ofobii :)
Historynko wybieram się z moimi licealistami do Ossolineum na lekcję o „Panu Tadeuszu „i do Muzeum również. Jak bym chciała, żebyś to Ty ją poprowadziła. Byloby miło.
Fluidy jak zwykle kraza. Czytalam sobie wczoraj o Mickiewiczu (znajoma wrocila z Wilna), a widze ze wasze mysli tez tam skierowane.
Nie mam arachnofobii, ale fakt, ze toto biega po mieszkaniu i snuje pajeczyny, mnie zniesmacza. Przyjdzie wytworna dama w sukni na fajwokoloka i wiemy juz jak to sie skonczy. Pozbede sie pajaka, ktory zahipnotyzowany perlami, opusci moje mieszkanie.
Czytam właśnie niemiecki przekład w sieci – jest zaskakująco dobry.
Miły drobiazg: tłumacz współpracował z poznańskim Uniwersytetem Adama Mickiewicza, a dokładniej – z Katedrą Romantyzmu.
Historynko, dzięki za wiadomość o tym przekładzie, przegapiłabym – a to tak bardzo podnosi na duchu!
Ciekawe, Historynko, ciekawe!
Chyba przyjadę.
A ja jeszcze dodam, że dyrektor muzeum ma w swoim gabinecie przekład na język dolnołużycki. Nie miałam go jeszcze okazji zobaczyć (tzn. przekładu, a nie dyrektora).
„Pan Tadeusz” – I wydanie niemiecko-polskie – pod tym tytułem znajdziecie
rozmowę z autorem przekładu Hansem Gregorem Njemzem na stronie wroclaw.pl – bardzo ciekawa!!!
Przekład, jak widać, naprawdę bardzo wierny.
„Herr Thaddäus”:
Lithauen! Wie die Gesundheit bist du, mein Vaterland!
Wer dich noch nie verloren, der hat dich nicht erkannt.
In deiner ganzen Schönheit prangst du heut’ vor mir,
So will ich von dir singen, – denn mich verlangt nach dir!
O heil’ge Jungfrau, Czenstochowa’s Schirm und Schild,
Leuchte der Ostrabrama! Du, deren Gnadenbild
Schloß Nowogrodek und sein treues Volk bewacht:
Wie mich, als Kind, dein Wunder einst gesund gemacht,
Als von der weinenden Mutter in deinen Schutz gegeben,
Ich das erstorb’ne Auge erhob zu neuem Leben,
Und konnte gleich zu Fuß in deine Tempel geh’n,
Gerettet, Gott zu danken für’s Heil, das mir gescheh’n:
So wird zum Schooß der Heimat dein Wunder uns wiederbringen! …etc.
Merynosku, witaj i dzięki za przypomnienie!
Szkrabie, Szkrabie, ależ to tylko na dobre wyjdzie, zobaczysz!
Najlepsze życzenia szczęścia i stałego porozumienia!
„Niech Kupido chwil szczęsnych hojnie wam przyczyni,
Crescite, nowożeńcy! Multiplicamini!” (Pan Zagłoba) :)
Ten Mickiewicz całkiem ładnie brzmi po niemiecku, a podobno tłumacz nie mógł znaleźć wydawcy.
W tym moim miłym miejscu pracy czuję się bardzo szczęśliwa.
Błękitna, przekażę dziewczynom prowadzącym lekcje, na pewno się ucieszą.
Pozdrowienia dla Waszych Aniołów Stróżów kochani Księgowi. Dobrze, że są i czuwają bez ustanku od pierwszych chwil naszego życia. Dobrego świętowania zatem.
Dzień dobry,
Borejkowskie fatum związane z ślubami przeniosło się na mnie… (Chyba niepotrzebnie ostatnio śmiałem się z Laury). Proszę sobie wyobrazić, że na mój własny ślub spóźnił się Pan organista i to prawie godzinę…
No, nie był to jeszcze egzamin. Dokupię sobie wcześniej dodatkowych godzin jazdy. Ale może rzeczywiście za szóstym razem? (Rekordzistka, o której słyszałam zdawała 17 razy). Dziękuję za słówko otuchy.:) Bo już się zaczęłam łamać niczym najbardziej kruchy makaron. ;)
Histroynko, byłam z klasą na wystawie w muzeum Pana Tadeusza i wszystkim się bardzo podobało. Myślę, że ważną sprawą było zaangażowanie pań prowadzących lekcję, odpowiadały na każde pytanie wykazując się dużą wiedzą, a moją klasę trudno utysfakcjonować. Mam nadzieję, że zainteresujesie tłumy.
Onegdaj koleżanka ze studiów zabrała mnie na ferie do rodzinnej Białowieży, której uroki roztaczała mi w trakcie nocnej podróży pociagiem (na siedzaco, na stojaco, na kucajaco, jak to w PRL-u). Gdy dotarłyśmy do wymarzonej chaty dziadka, okazało się, że wewnatrz panuje nieziemski bałagan i 10 stopni C. Woda tylko w studni, a do niej prowadza zaspy śniegu. Widzac, że podupadłam na duchu, koleżanka zastosowała argumentację trafiajaca do romantyczek: jak w powieściach Jacka Londona, prawda? Wraz z kieliszkiem wody ognistej (argument dziadka), podziałało i wieczorem odpoczywałyśmy już pod pierzynka, czytajac na przemian 5-letniemu synkowi koleżanki „Misia Nalle”. Gdy zgasiłyśmy światło rozległ się przerażajacy szurgot: SZCZURY!!! Gdyby nie pięciolatek, wskoczyłabym do łóżka jego mamy. Nie wiem, jak udało mi się wytrzymać tam tydzień (pamięć milczy). Podejrzewam w tym zasługę szampana, którego można było dostać w Białowieży.
Wójcie Wiewiórko, bardzo to być może, wraz z najmłodszym synkiem obejrzałam CALUTKIEGO „Mc Gyvera”. Przepadał za tą serią!
Madziu, odwagi!
Nie każdy zdał za pierwszym podejściem. Za szóstym razem będzie już idealnie, zobaczysz.
Asiu, pochwaliłabym kotka, rzecz jasna. Następnie wyniosłabym truchełko na łopatce ogrodniczej, położyłabym je na trawie i zostawiła zmartwienie naturze.
Otz, wszystko to wina naszych skarlałych czasów. Degeneracja cywilizacyjna dotknęła nawet niektóre koty.
Mama Isi opowiedziała historię grozy, a mnie się udało przeżyć taką na własnej skórze i to w ten śliczny, niedzielny poranek, kiedy, ćwicząc parkowanie, wjechałam w świerka. Ugiął się zderzak, rama i świerk – a mnie się ugięła motywacja. :(
Oj, długo się chyba nie będę śmiała, kiedy Natalia Borejko przekroczy prędkość na wiadukcie, oblawszy uprzednio egzamin na manewrach (choć niedawno jeszcze rozbawiła mnie ta scena do łez).
Mamo Isi:D:D:D:D
Cudowny, cudowny obrazek, chciałabym to w formie miniatury filmowej obejrzec!!
Pani Małgosiu, a co zrobiłaby Pani z myszką, którą ułożyłby pod Pani stopami dumny kotek?
I tak by na Panią spoglądał, spoglądał swymi oczętami czekając na słowa pochwały…
( dylemat mojej stroskanej przyjaciółki ).
Ateno, z zapartym tchem śledziłam Twoje zmagania z pIjakiem.
Też bym się bała. Takiemu to nie wiadomo co do głowy strzeli:))
Dobrze, nad całokształtem polata motylek cytrynek. A zamiast ryczącego jelenia mamy baranka. Wprowadzenie elementu sielankowego w środek horroru może być dobrym chwytem literackim.
Może się brzydzi myszy, ale to kot, więc mu nie wypada. Założył rękawiczki i po kłopocie.
:)))
Otz, ale żeby kot przynosił mysz w samych rękawiczkach! – cuda, cuda.
Mamo Isi, soczysty ten obrazek rodzajowy. Lubię zwłaszcza ten badylek!
Nad nim polata motylek, rzecz oczywista.
Dobrze jest niekiedy tak zajrzeć znienacka w głąb Twej wyobraźni!!!:))))
Historynko, co za konkluzja krzepiąca!
I jakie miłe masz miejsce pracy!
Swoją drogą, jakże brzmi ten trzynastozgłoskowiec po niemiecku, ciekawa jestem!
Od miesiąca mam zaszczyt pracować w najbliższym sąsiedztwie rękopisu „Pana Tadeusza” ( a tak dokładniej w dziale edukacji Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu.
Wczoraj prowadziłam lekcję muzealną dla dzieci z Niemiec, mieli około 10 lat. Pokazałam rękopis, opowiadałm o polskiej szlachcie, dałam grę na tablety i pozwoliłam poprzemieszczać kontusze (oczywiście nie oryginalne) i w ogóle „stawałam na rzęsach”, żeby ich zainteresować, a cały czas miałam wrażenie, ze nie interesuje ich nic. Na koniec, już lekko zrezygnowana rozdałam zwykłe białe kartki z inwokację po niemiecku. Zadziałało. Przeczytali. Zainteresowali się! Spodobało im się!
Jednak słowo wieszcza oddziałuje lepiej, nawet niż gra na tablet!
Niewątpliwie racja jest po Twojej stronie, Starosto kochany. Bo wyobraźmy sobie tylko, że któregoś wieczoru w sukni, oczywiście, wieczorowej wracałabym z udanego fajwokloku przedzierając się przez chaszcze wokółdyniowe. Wtem, sznur bezcennych pereł zahaczonych o badylek rozrywa się! Opadam na czworaki i zbieram je gorliwie nie bacząc, że zbliżam się do punktu zero. Przy okazji zauważam leżące wokół orzeszki laskowe, malinówki etc. Sprawnie z wieczorowej torebki wydobywam torebkę foliową jednorazową i czołgam się dalej zbierając wszystko cuzamen do kupy ciesząc się, że tak praktycznie kończę ten wieczór. No i docieram do miejsca, gdzie dynia tkwi dokładnie nad mą głową. Natenczas nielitościwy los urywa dyni ogonek, a ona z siłą równą emcekwadrat przydzwania mi w potylicę kładąc na miejscu zimnym trupem. I tak to powstaje nature morte par excellance; ja w sukni szmaragdowej w poprzek, na mej głowie szafranowa dynia 3 kilo żywej wagi, wokół jesienna zieleń, a na pierwszym planie rozsypane malinówki, orzeszki laskowe i perły luzem. A w tle zachodzące krwawo słońce. Brakuje jeno ryczącego nad wodopojem jelenia, ale trudno mieć wszystko.
Żeby dodać grozy obrazowi umieszczamy na dyni pająka Ateny. Czy on był w prążki i włochaty? Bo muszę go sobie plastycznie wyobrazić.
Dynia ma już 3 kg?? A jak ją ważycie? Wchodzicie z wagą na świerk?
Kubek i kartka! Ile istot dzięki temu ocaliłam: konika polnego (wielkiego i zielonego), muchy, pszczoły, osy, a nawet dwa szerszenie! (tzn. szyrszynie).
Pamiętam, że kiedyś wyniosłam z domu mojej Babci mysz, którą przyniósł kot. W samych rękawiczkach. Złapałam za ogonek i na dwór. :) A teraz mam w domu dwa szczurki. Wszystko lubię. :)
Tak, tak, zaiste, Starosto, miałam na myśli pełznącą Mamę Isi. Brałam też pod uwagę przebieganie pod drzewem na czworaka:)
A ta akcja z salaterką i linijką to jak żywcem wyjęta z MacGyvera.
Uciekl byl. Na lodce i w namiocie mi nie przeszkadzaja, w domu tak.
He he, tez bym nie uzyla tego naczynia.
U nas to plastikowa obcięta butelka,a potem na trawkę. Ostatnio pojawiają się takie strasznie wielkie.Tez nie mam serca zrobić im krzywdy ,doskonale Cię rozumiem, Ateno.
Kubek faktycznie lepszy od słoiczka.:))
Dobranoc!
DUA, dobrze, ze ta salaterka sie nie rozbila, skoro byla szklana!
Och, ja sie bardzo boje myszy… brrr. (Wiem, ze one nic czlowiekowi nie zrobia, ale boje sie i juz.)
Pajaki zazwyczaj lapie na gazete, ktora potem klade na balkonie. Albo do plastikowego kubka, ktory przykrywam np. kartka papieru. I za okno.
Bożenko, myślę, że to jest dobry, a wręcz najlepszy system pracy!
Ateno, dzielna żeglarko, a gdyby pająk wlazł Ci na jacht, na pełnym morzu?!
Uspokój się, weź słoik i zgarnij do niego pająka. (Możesz to zrobić w rękawiczkach, jeśli bardzo się brzydzisz).
A potem wystaw słoik za okno.
Kiedyś w skrzynce z jabłkami przyjechała do nas ze wsi mysz. Mieliśmy malutkie dziecko, więc narobiłam rabanu i pan Musierowicz postanowił ją złapać. W tym celu położył na parkiecie kawałek słoninki, opierając go o ustawioną na sztorc linijkę. Na to położył ukosem szklaną salaterkę.
– Sprytna pułapka!- oceniłam.
W istocie, mysz się dała nabrać, pociągnęła za słoninkę, linijka się przewróciła, salaterka opadła. Mysz była uwięziona. Pan Musierowicz mógł, jak zamierzył, wynieść ją na śmietnik.
Tylko kompletnie nie wiedzieliśmy, jak ją wydostać spod tej salaterki.
Żeby nie zrywać parkietu, wymyśliliśmy, że trzeba pod mysz podsunąć arkusz bristolu, przez cały czas przyciskając salaterkę do podłogi i powoli wysuwając linijkę.
Udało się! – po wielu próbach.
Tak straciłam salaterkę. Mysz bowiem została wyniesiona na brystolu, pod przykryciem. I dopiero na śmietniku pan Musierowicz uwolnił spanikowaną ofiarę, po czym słusznie uznał, że już nigdy nie użyję tego naczynia. I je zostawił.
Brawo, Wannabe!
Będziesz świetnym psychoterapeutą. Nawet dla japońskich pacjentów!;) O, życzę Ci tego wspaniałego roku akademickiego! Niech będzie jeszcze wspanialszy!
Wzruszył mnie wpis DUA o młodzieży w internecie. Poczułam nadzieję. Tak bardzo rani mnie, kiedy każdy temat dzielony jest na dwa stanowiska i to nie ustaje nigdy, nigdy, nigdy, nigdy.
Chcę budować nową jakość. Dla mnie tę jakość stanowi humanizm. Dlatego pracowałam w wakacje jako osoba wypychająca pluszowe misie puchem i uzbierałam pieniądze, aby dalej móc uczyć się psychoterapii. Mam nadzieję, że czeka mnie wspaniały rok akademicki :)
Dobry wieczór, DUA!
Ależ tu było udane przyjęcie! Tyle zwabionych torcikiem gości! Wygląda, że zdemaskowaliśmy się jako grupa niezłych łakomczuszków :) A ten torcik, róże i podlatujący łasuchować Księgowi to obrazek – nomen omen – pycha :)
Joanno, jak miło, może rzeczywiście mnie tutaj ściągnęłaś :) Ale, choć nieobecna w KG, po wielekroć w ostatnich trzech miesiącach myśli moje były przy Was. O DUA i Admince miałam nawet zaszczyt pisać w moich bibliotecznych „Lekturach na wakacje”. Łączyć pracę z przyjemnością – to ponoć sztuka życia :) Pani MM jest tutaj niedoścignionym przykładem :)
Kochani, wlasnie mialam wyjsc, otworzylam drzwi balkonowe, w celu sprawdzenia temperatury, a tu wskoczyl mi do domu pajak. Przysiegam, ze on tam czyhal na mnie. Szybko wbiegl, a ja nie umiem zabijac pajakow, no po prostu nie moge.Teraz sie gdzies zaczail i co ja mam zrobic. Jeden taki ( Franek) mieszkal kilka ,miesiecy w moim lusterku samochodowym, bardzo byl pracowity. Jak sie wyprasza pajaki z mieszkania, hm. Jestem pewna, ze bedzie robil swoje.
Dziękuję, Olgo!:)
I nawzajem, pomyślności!
Tak jest, róbmy swoje, a róbmy dobrze i porządnie.
Racja, jak śpiewał Młynarski Róbmy swoje. Bardzo Pani dziękuję za wszystko, to już 25 lat z Jeżycjadą. Wszystkiego najlepszego dla Pani, Pani rodziny i wszystkich gości tutaj
No to może kiedyś spróbuję, Olgo, skoro mnie tak namawiasz.:)
A co do reszty – ech, kto by tam się przejmował głupstwami.
Stoicyzm pomaga.
Dziekuję za odpowiedź. Przez wstawki edukacyjne miałam na myśli komentarz odautorski. Pisarz Pani klasy na pewno potrafił by to ująć w odpowiedniej i przekonującej formie. Oczywiście rozumiem Pani punkt widzenia o fakt że to Pani decyduje co i jak umieszczać w swoich książkach. W kwestii nielegalnego rozpowszechniania treści elektronicznych życzę korzystnego rozwoju sytuacji.
O, dobrze powiedziane!
Zuziu, oczarował mnie ten Twój mentalny obrazek :) Może to kwestia tego, że ostatnio czytamy z moim najmłodszym bratem „Akademię Pana Kleksa”, a tam ciągle o lataniu ;)
Wstawki „edukacyjne” w literaturze to trochę jak lokowanie produktu w filmach czy serialach – wychodziłyby chyba bardzo nienaturalnie i raczej irytowały, niż spełniały swoje zadanie.
Nie mam, Madziu! Dzięki za cynk!!!
Mamo Isi, ostrzeżenia Wójta są racjonalne. A gdybyś tak zapragnęła przepełznąć pod dynią?! I ona wtedy… tfu, tfu, na psa urok.
Forsowanie? E, nie, normalka. Owszem, zmęczyłam się, ale zdrowie nienaruszone. Zdrowo jest się zmęczyć w ogrodzie. Sama wiesz!
Zuziu, zapomniałam powiedzieć, że obrazek, który wyczarowała Twoja fantazja, jest bardzo uroczy.
Sen Madzi też fajny.
Ano miałam, DUA, miałam! Zdarzają mi się tego rodzaju fuksy. Za to nie mam szczęścia w miłości. Cóż, jakaś równowaga musi być… ;-)
Aha, przepraszam – spojrzałam jeszcze raz i widzę, że Zuzia opisała nie sen, tylko wyobraźnia jej podsunęła taki miły obrazek. :)
Zuziu! Co za senny fluid – mi też się dziś śnili Księgowi wśród róż Pani Małgosi – tylko niestety nie latali, a siedzieli na krzesełkach. :D To chyba po tym czekoladowym torciku z marcepanem nastąpiły takie słodkie sny. :)
Czy Pani już ma tom II „Dzieł (niemal) wszystkich” Jeremiego Przybory?
Starosto kochany, proszę, nie bądź taki stachanowiec, bo takie forsowanie się odbije się na cennym zdrowiu.
Gio, a to faktycznie miałaś fuksa!
Olgo, dzień dobry. Nie zdziwiłabym się, gdyby Józef dał Agacie piracką wersję utworu. Oni teraz wszyscy tak robią. Nie widzą w tym niczego złego, i to mimo dość powszechnej wiedzy, że jest to nielegalne. Może młodzi rozumieją coś więcej niż dorośli – na przykład, że lada chwila wszystko absolutnie będzie dostępne w sieci za darmo, bo w istocie niezwykle trudno jest nad tym zapanować. Może samo życie to wymusi.
Wstawek edukacyjnych w literaturze nie lubię, prawdę mówiąc. Rzadko które się sprawdzają; prawne – raczej nie. (Chyba że w kryminałach!)
Wójcie, nawet specjalnej szansy nie mam przechodzić pod dynią, bo po osiągnięciu wagi 3 kg przygięła gałąź, na której wisi na jakieś 1,30 m nad ziemią. Nie mam pojęcia, czy dynie spadają po osiągnięciu dojrzałości? Chyba nie, ale będę obserwować i meldować dalsze wydarzenia;)
Ale jakie by to było nadzwyczajne, gdyby jednak spadła! Już widzę te ogłoszenia w prasie bulwarowej. Spadła i zabiła! Zabita na śmierć przez wyrodne warzywo! Dynia – morderczyni! Oryginalne samobójstwo ogrodniczki! Itp.itd.
Yyyyh. Posadziłam 60 cebulek tulipanów i 10 – lilii trąbkowych.
I przesadziłam dwa krzaki bzu.
Ziemia w Wielkopolsce wysuszona na popiół, trudno się wbija łopatę.
O, a jaki nasz Wójt Wiewiórka przezorny!:)))
Mamo Isi, tylko nie przechodź pod tym drzewem z dynią, a już absolutnie nie pod samą dynią. A nuż uzna ona w tym momencie, że już dojrzała i spadnie?
Sowo, Joanno, widzę, że z „Powiastkami” w wersji lux to ja miałam jakieś niebywałe szczęście. Dla siebie kupiłam już dawno, tuż przed Gwiazdką, z bardzo dobrym rabatem. A w tym roku w maju zamówiłam w Empiku dwa egzemplarze (dla dzieci moich kuzynek). W dodatku w cenie obniżonej o 50%! Aż nie wierzyłam, dopóki nie dostałam ich do rąk. :-) I chyba byłam jedną z ostatnich osób, którym się trafił taki korzystny zakup. Zaraz na drugi dzień po złożeniu zamówienia zobaczyłam na stronie Empiku, że książka oznaczona jest jako „produkt niedostępny”. Ale skoro nakład został wyczerpany, to może wydawca pokusi się o dodruk?
Pani Małgorzato, z zaciekawieniem przeczytalam Pani odpowiedź odnośnie elektronicznego wydania Jeżycjady. A może warto by edukowac społeczeństwo w kwestii piractwa? Może taka scena w McDusi, że Józek bierze piosenkę dla Agaty z legalnego źródla, np. przegrywa ją z posiadanej przez siebie oryginalnej płyty lub wysyła smsa i kupuje ten utwór legalnie. Bo nie wierze że Agata dostała w prezencie piracką wersję utworu na przechodnim pendrivie. Myślę że takie wstawki edukacyjne mogły by zrobić wiele dobrego w kwestii nielegalnego ściągania treści internetowych. Pozdrawiam
Sowo P.,wiosną nabyłam trzy sadzonki dyni i posadziłam je na łysinie ( zniwelowałam stertę kompostową) mając nadzieję, że bujnie ją obrosną. Tymczasem one natychmiast wspięły się na płot i usiłowały umknąć do sąsiadów. Brutalnie oderwałam je od płota i puściłam po czarnoziemie, ale tylko jedna uległa sile mojej perswazji i porosła łysinę. Nawet miała sporo kwiatów, ale zawiązki każdorazowo coś zżerało, tak że wyrosła tylko jedna dynia. Druga natychmiast wlazła na świerk, gdzie zjawiskowo zaowocowała (ma już 3 kg), a trzecia korzystając z chwili mojej nieuwagi ponownie umknęła do sąsiadów, wspięła się na leszczynę i postanowiła dosięgnąć nieba nie marnując energii na kwitnienie.
Jeszcze raz kukam!
Muszę się podzielić obrazkiem, jaki pojawił mi się w głowie, gdy napisała Pani, że do tortu nie potrzeba talerzyków.
Otóż był to ogród, a w nim księgowi latający w powietrzu, połykający w całości kawałki tortu, które wbrew grawitacji przemieszczały się między różami Pani Małgosi. Przy muzyce klasycznej w dodatku.
:))
Sowo, mama Isi sama została zaskoczona skłonnościami dyni.
Dzień dobry, Aniu!
A gdyby tak książki wysłać zwykłą przesyłką pocztową?
Sposób niezawodny. Tak wysyłałam bratu pół jego biblioteki za ocean.
Ponadto, polscy czytelnicy rozsiani po całym świecie zamawiają po prostu książki u krajowych wydawców, albo w polskich księgarniach internetowych. Dziś wszystko jest możliwe.
Elektroniczna wersja Jeżycjady byłaby dobra, gdyby nie skłonność współobywateli do zwykłej kradzieży. Wydawca mój zwalcza, i to na drodze prawnej, wszelkie pirackie e-booki z Jeżycjady, a i tak wciąż pojawiają się nowe. Czy możesz sobie wyobrazić, co by było, gdyby ukazała się całość serii w legalnej formie elektronicznej? Potop kopii. Moglibyśmy śmiało zrezygnować z wydawania książek. A z nich przecież żyję, nie zapominajmy.
Miłego pobytu na Tajwanie!
Figę można posadzić też w szklarni, wtedy nie trzeba jej wynosić na zimę do piwnicy.
Mamo Isi, musisz nauczyć mnie tej sztuki z dynią. Parę lat temu usiłowałam zmusić jedną do porośnięcia zeschłego drzewa na trawniku, ale uparta była niczym fiołki DUA.
Joanno, od dwóch tygodni obserwuję allegro pod kątem powiastek, osobliwe machinacje z cenami tam się dzieją. :)
Kochana Pani Małgorzato,
nie wiem w jaki sposób się z Panią skontaktować, więc po prostu piszę w komentarzu do Pani ostatniego posta, choć wiem, że całkiem nie na temat. Zadam wprost nurtujące mnie od dawna pytanie: czy mogę mieć nadzieję na to, że ubóstwiana przeze mnie Jeżycjada ukaże się kiedyś w formie elektronicznej? Ja wiem, że ebook to nie to samo co drukowana książka i sama jestem zagorzałą zwolenniczką zestawu „dobra książka (najlepiej z pożółkłymi stronnicami) + kubek aromatycznej herbaty + kaloryfer za plecami (straszny ze mnie zmarźlak)”, ale dziś tak często się przemieszczamy, że nie sposób wozić ze sobą całą bibliotekę. W lecie tego roku przeprowadziłam się z mężem do Tajwanu, gdzie prawdopodobnie spędzimy kilka lat. Szykując się do wyjazdu do ostatniej dosłownie chwili zastanawiałam się, czy nie spakować do walizki całej Jeżycjady. Miałam poważny dylemat, bo z jednej strony nie chciałam rozstawać się z Borejkami, którzy na pewno okazaliby się nieocenieni gdyby dopadła mnie homesickness, a z drugiej strony linie lotnicze pozwoliły mi zabrać ze sobą jedynie 20 kilogramów. Ostatecznie w walizce wylądowało więcej grubych ubrań (zimy w Tajwanie są podobno wyjątkowo chłodne ze względu na dużą wilgotność powietrza). Żal było zostawiać tyle ukochanych książek na rodzinnej Lubelszczyźnie, ale braku Jeżycjady po prostu nie mogę przeboleć. Podejrzewam, że pod moją gorącą prośbą podpisałoby się wiele fanek Jeżycjady, które mieszkają za granicą. Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie! :-)
Ania
Ileż tu łasuchów. Dzień dobry!(kuku)
Celestyno no tak, miło tu i gwarno a nie hałaśliwie, tak lubię.
Mam już w domu ” Barańczak słucha arcydzieł „, piekę szarlotkę, wieczór muzyczno- literacki przede mną.
Cieszę się ogromnie.
Dziękuję Sowo za wprowadzenie do Innego Świata.:)
Lubię przysłowia.
Mamo Isi (wiad.pryw.), Adminka się odezwie zaraz po niedzieli.
Co do Stewart, racja całkowita.
Mamę najserdeczniej pozdrawiam.
Codziennie dostaję od pewnej strony internetowej cytat, k