26 kwietnia 2009


Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy,

dziś nie ma mnie tu, bo jestem tam:






Uściski - MM




16 kwietnia 2009






Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!

Nie do wiary, znów mamy dzień szóstkowy... Jak ten czas leci. Fiołki na schodku już przekwitły, za to pojawiły się wokół inne kwiaty, śliczne, świeże i kolorowe. W sezonie żonkilowym przytoczmy tu nieco pesymistyczny w wymowie, lecz dziwnie miły wiersz. Jego autorem jest angielski poeta Robert Herrick (1583-1648), ten sam, który dostrzegł fiołki (patrz: wpis z dnia 6 kwietnia).



DO ŻONKILÓW

Żonkile piękne, krótkim torem
Przebiega wasze życie:
Giniecie, nim poranne Słońce
Rozjarzy się w Zenicie.
Żonkile,
Wstrzymajcie się, aż chwile
Pędzące
Przyniosą Zmrok z gwiazdami;
Gdy pomodlimy się wieczorem,
Uśniemy razem z wami.


Krótkie jak wasz są ludzkie losy,
Krótka jest Wiosna luba;
Rosnąc jak wy, nie wiemy jeszcze,
Jak bliska nasza Zguba.
Więdniemy
Jak wasze płatki, schniemy
Jak Deszcze,
Co spadły przed godziną,
Albo jak perły rannej Rosy
Które na zawsze giną.


(przełożył: Stanisław Barańczak)



Dawniej poeci nie mogli nie zauważać kwiatów. Dziś mogą. Pisanie wierszy, opiewających kwiaty lub do kwiatów skierowanych, całkowicie wyszło dziś z mody. Osobiście uważam, że to szkoda. Sama niegdyś, jako romantyczna czternastolatka, napisałam klasyczny wiersz pod tytułem „Chryzantema”, pełen tęsknej zadumy i refleksji metafizycznej. Dodam, że z dumą i emfazą odczytałam go przy stole, nad zupą pomidorową z kluseczkami. („Chryzantema... Chryzantema?... Jesień...” - brzmiał, jak pamiętam do dziś, ostatni wers mego utworu).

Szczere zachwyty naszej Mamy nie trwały długo. Wszystkie rozproszyły się w powietrzu po potężnym wybuchu śmiechu. Powód wybuchu: mój braciszek (któż by przypuszczał, że  wyrośnie na poważnego człowieka - a wyrósł...) wyrwał mi kartkę z utworem i odczytał go, zamieniając wszędzie słowo „chryzantema” na „elewator”. Dlaczego akurat na elewator, zapytacie? Ano, nie wiadomo do dziś. W każdym razie romantyczne poetyckie westchnienia moje w kierunku elewatora doprowadziły naszą Mamę do czkawki ze śmiechu. Z braciszka wyrósł, jak wiadomo, wybitny poeta i srogi krytyk literacki... ja zaś zmieniłam ostatecznie formę i pozostałam przy prozie, co było bardzo szczęśliwą decyzją, w pełni zresztą zaakceptowaną przez brata. Notabene, na krytykę swoich utworów jestem do dzisiaj odporna w bardzo wysokim stopniu, po tej tak wczesnej szczepionce, dokonanej tak znaczącą dłonią.

No, dobrze, dość wspomnień, ogród wzywa, mnóstwo jeszcze mam do posiania i posadzenia. Odpowiem więc tylko na parę pytań, zadanych przez was w KG, i powitam nowych gości, wśród nich KC i DC: Natalię 141844, Filipa Tarnawskiego, Olivkę, Majkę 007, Mariannę (dziękuję za wiadomość o kalendarzu!), nioosię (musiałyśmy się chyba widzieć w tej nieklimatyzowanej księgarni, prawda?), Daniela, violetkę skarpetkę, Arianę 23, agrypinkę, maglenę 94, honey i wreszcie KC mador, z biblioteki w Liceum Dąbrówki (pozdrawiam Panią i czcigodne mury!). KC magdusi dziękuję za obserwacje o pękających właśnie szyszkach i ich wirujących nasionkach: jak dobrze, kiedy ktoś umie tak pilnie obserwować przyrodę! - ja też właśnie słucham tego ciągłego, delikatnego potrzaskiwania: pod oknami mam dwie wielkie sosny. Chciałabym też pozdrowić szanownego Tatę KC marcellki, przestrzec KC lunię-olunię przed eksperymentowaniem z żarówką, podziękować dziesięcioletniej KC Adze2 za ewolucję (poczuła się już tak dobrze na tej stronie, że oprowadza nowych gości i pokazuje im szufladki...). Odpowiem też KC honey w sprawie Michała, który, na jej życzenie, miałby się pojawić w którejś z moich powieści. Pomyślę o tym, honey! KC maglena24 prosi o newsletter ze streszczeniem tego, co pisze się w Księdze Gości, lecz ja niestety odpowiadam na tę prośbę odmownie. Albo się bowiem pisze newslettery, albo powieści... i tak mam stanowczo za wiele zajęć, które odciągają mnie od laptopa.

Na specjalne życzenie z Księgi Gości pozdrawiam też wszystkich mieszkańców Torunia, jednego z najmilszych i najładniejszych  miast.

Ale dla Was wszystkich, KC i DC, mam też mnóstwo krzepiących uścisków i pozdrowień. Maturzyści! - odpoczywajcie w przyrodzie. I nie denerwujcie się tak bardzo, proszę Was! Będzie dobrze! To samo zawołanie kieruję do wszelkich szkolnych istot, nękanych o tej porze sprawdzianami, testami i egzaminami. Będzie dobrze! Tylko się nie denerwujcie, bo w stresie źle się zdaje.

Czym prędzej odejdźcie od tego komputera! - i jazda na spacerek, na rowerek, na trawkę zieloną, do lasu - słuchać, jak pękają szyszki i jak śpiewają ptaki.

Słowiki już są!!! Wczoraj słyszałam jednego o zachodzie słońca, siedział na akacji i śpiewał z zamkniętymi oczkami.

Pa! Lecę do ogrodu, siać maciejkę.

Wasza - MM



10 kwietnia 2009



Radosnych świąt Wielkiej Nocy
życzy wszystkim KC i DC -

Małgorzata Musierowicz




06 kwietnia 2009


Czas na wycieczkę, KC i DC, czas na spacery po lesie! - zielono, wiosna, budzi się Nowa Nadzieja, a w dodatku - zakwitły już fiołki! - O tych miłych kwiatkach napisał w wierszu „Do fiołków” Robert Herrick (1591-1674):


Dwórki, bądźcie pozdrowione:
Wasza świta
Wiosnę wita,
Niesie jej koronę.


Niech się inne w kras rozkwicie
Kłonią przed nią:
Wy straż przednią
Zawsze stanowicie.

(przekład: S.Barańczak)





Ale coś Wam powiem, fiołki rozkwitły nie tylko w lasach i ogrodach, lecz i na schodkach, wiodących do naszej komórki z narzędziami! Ta fotografia zrobiona została dziś w południe, specjalnie dla Was, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy - po to, byśmy razem zachwycili się ową wibrującą, budzącą nadzieję tajemniczą energią, ową niepowstrzymaną siłą życia, „tą siłą, która przez zielony lont prze kwiaty” - jak pisał angielski poeta, Walijczyk z pochodzenia, Dylan Thomas (1914-1953). Fiołki znalazły sobie u nas miejsce najzupełniej niesprzyjające rozwojowi: minimalną szparę pomiędzy płytkami z granitogresu. Nie mają tam ziemi, nie mają wody, słońce pali - a one, zacząwszy od jednego listka i jednego kwiatuszka, rozrosły się i rozkwitły bujniej niż te, które posadziłam na pobliskiej rabatce! I co roku kwitną na nowo, coraz okazalej, a ja nie śmiem ich przesadzić, nie śmiem ich nawet tknąć, by nie zmarnować tego, co same sobie wypracowały i zdobyły.

„Życia nic nie zmoże!” - jak pisał Jeremi Przybora w piosence „Nad Prosną”. Co roku na wiosnę musze sobie przypominać te słowa, albo też te: „- Gryka? - Nie, lucerna. - Ta natura jest niezmierna.”

Jeremi Przybora, niezwykły poeta, występował dla niepoznaki jako autor tekstów kabaretowych i piosenek. KC crispia pyta w Księdze Gości, czy go lubię, bo tu i ówdzie w Jeżycjadzie można znaleźć Przyborowe tropy. Czy lubię! - kocham go, po prostu. I nie ja jedna. Kto rozumie poezję, kto docenia finezję, absurd, styl i mistrzostwo, nie może nie podziwiać tego wirtuoza. Sam nie lubił nazywać siebie poetą lirycznym - w swej skromności sugerował raczej termin: „lirycysta”. Ale jego talent i jego biegłość były wprost niesłychane. „Poeci serio”, ci poważni i nadęci, mogliby się od niego bardzo dużo nauczyć. Wielki poeta, mistrz słowa, mistrz persyflażu i pastiszu, genialny humorysta, z całą powagą zajmujący się uroczymi drobiazgami - Jeremi Przybora z wdziękiem i uśmiechem stwarzał od niechcenia całe obszary kontrrzeczywistości, gdzie żart, piękno, delikatność, dobre maniery i ciepły urok  panowały w najlepsze, w pełnej swobodzie i krasie, niosąc pokrzepienie nam, mieszkańcom krainy szarego absurdu i nieoczekiwanie poszerzając przestrzenie wolności.

Mój brat Stanisław, zagorzały wielbiciel twórczości Jeremiego Przybory, napisał o tej jego niezwykłej roli w życiu Polaków z PRL-u cały esej. Kiedy ten tekst ukazał się drukiem, jego bohater zareagował kurtuazyjnym listem z podziękowaniami - i tak się zaczęła ich korespondencja, trwająca przez kilka lat, niemal aż do śmierci Jeremiego Przybory.

W roku 1998 miałam zaszczyt poznać pana Przyborę osobiście. Ukazał się wtedy album jego wspomnień – „Przymknięte oko opaczności”. Podpisywałam swoje książki na majowych Targach w Warszawie. W największym tłoku i gwarze usłyszałam, jak głos z megafonu, dotąd przypominający o stoisku Akapit-press, zapowiada teraz przybycie pana Jeremiego Przybory! Nie mogąc oderwać się od swoich obowiązków, poprosiłam siedemnastoletnią wówczas córkę, Emilkę, żeby pobiegła na piętro do stoiska wydawnictwa Tenten i zdobyła dla nas autograf naszego ukochanego autora.

Wróciła po półgodzinie, rozbawiona i przejęta. Okazało się, że kiedy w tłumach podeszła wreszcie do poety i wyznała mu uczucia całej naszej rodziny, zaś na koniec podała nasze nazwisko, Jeremi Przybora poderwał się i zawołał:

- O! To pani! A ja - czytam panią! - po czym dodał z aprobatą, przyjrzawszy się jej dyskretnie: - Nie przypuszczałem jednak, że jest pani aż tak młodziutka!

Kiedy wyjaśniła, że przyszła w imieniu mamy i bliskich, którzy go, jak jeden mąż, podziwiają, Starszy Pan z rozmachem wpisał jej do egzemplarza albumu dedykację: „Państwu Musierowiczom - wzruszony - Jeremi Przybora”.

Po tej relacji nie wytrzymałam: przeprosiłam na moment moją kolejkę i pognałam schodami w górę, gdzie w oblężonym stoisku cieszył się chwilą przerwy na kawę sam pan Jeremi Przybora w towarzystwie żony i przyjaciół.
Przedstawiłam się i nareszcie mogłam wyznać osobiście, jak bardzo lubię i podziwiam jego twórczość. Byłam onieśmielona, stremowana, w dodatku zaraz musiałam wracać! - ale w odpowiedzi usłyszałam żartobliwy komentarz Starszego Pana:
- Bardzo dziękuję... jestem zachwycony. Taka recenzja - z takich ust!

Minęło parę miesięcy. Któregoś dnia zadzwonił mój brat: właśnie dostał list od Jeremiego Przybory, z długą i szczegółową relacją z naszego spotkania na Targach. Relacja zawierała sformułowania i uwagi, które brat koniecznie chciał mi przeczytać, a które wprawiły mnie w doskonały nastrój. Chętnie bym podziękowała ich autorowi, ale nieśmiałość nie pozwalała mi chwycić za pióro. Nadszedł jednak grudzień - i znalazł się pretekst. Napisałam  kartkę świąteczną. O adres Starszego Pana poprosiłam brata, otrzymawszy zaś dane przez telefon, natychmiast, swoim zwyczajem, pomyliłam cyferki. Wysłałam kartkę. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać: ot, parę miesięcy.






„Szanowna i niezwykle miła Pani!
Pani urocze i uroczo zaskakujące życzenia dotarły do mnie niemal bez zwłoki, chociaż adres na nich nie całkiem zgodny był z rzeczywistym. Mieszkam rzeczywiście na Piekarskiej, ale w domu nr 4, mieszkania - 26. Nr kodu też inny, nieco niższy, bo tylko 264 (00-2640). Co ciekawe, to to, że w obu wersjach, prawdziwej i domniemanej, cyfry domu i mieszkania powtarzają się w cyfrze kodu, tyle że - w innej kolejności. Ale co tam cyfry! Słowa, słowa były kroplami miodu na moje serce... A to, że tak późno odpowiadam na nie, odsłania jedną z tych ciemnych stron charakteru mojego, o których wolałbym się nie rozpisywać... W dużym skrócie jeno donoszę, że w końcu odnalazłem tę tak cenną kartkę od Pani w penetraliach bałaganu, jaki niestety utrzymuję wokół siebie, a adres przepisałem, „zabezpieczając” go w 2 (dwóch) jednocześnie notesach! Jednocześnie uczę się go na pamięć, co przychodzi mi o tyle łatwo, że kiedyś mieszkałem przy ul. Mickiewicza 18.
(...)
Kłaniam się nisko, przepraszam i przyrzekam poprawę -
Jeremi Przybora.”

Tak zaczęła się nasza miła korespondencja - nie obszerna i nie długa, niestety. W 2004 roku, na przedwiośniu, niedługo po śmierci ukochanej żony, Alicji, odszedł od nas Jeremi Przybora. Jego ostatni utwór – „łabędzi śpiew”, jak sam go określił - to libretto do musicalu „Piotruś Pan” wg Barriego. Nie można bez głębokiego wzruszenia czytać teraz słów Wendy i Piotrusia, siedzących na skale pośród oceanu, podczas gdy wokół nieubłaganie wzbiera przypływ:


Syreny:

Ogarnie was przypływ ze wszechstron
migotem odbitych w nim gwiazd
i świt swą poranną orkiestrą
ze snu nie obudzi już was

Wendy:
Na jakie wiecznego snu plaże
pozwoli dopłynąć nam Bóg?

Piotruś:
Jeżeli mi rosnąć nie każe,
to przyjaźń z nim zawrzeć bym mógł.

Oboje:
Rękę mi podaj
Rękę mi podaj
To będzie najniezwyklejsza przygoda
My tej przygodzie sami we dwoje
czoło stawimy twoje i moje
Nim się nad nami zamknie toń
Podaj mi rękę
Podaj mi dłoń


Tak więc myślę o Jeremim Przyborze nie tylko wtedy, gdy mi się znów w głowie odzywa jakieś: „Nie, nie, nie budźcie mnie, śni mi się tak ciekawie, jest piękniej w moim śnie niż tam, na waszej jawie”, albo też - gdy przyjaciele mówią do mnie jego tekstami i wszyscy świetnie rozumiemy, o co chodzi.
Całkiem niezależnie od tego myślę o nim co roku przed Wielkanocą.

Ech! - Na dzisiaj tyle, KC i DC.

Mocne uściski dla Was wszystkich - małych, większych i całkiem dużych - podziękowania za dobre słowa, za miłą Waszą obecność w Księdze Gości, za Waszą przyjaźń i serdeczność. Odezwę się jeszcze przed Świętami, złożę Wam życzenia...

Wasza wierna -
MM






Archiwum wiadomości:

[rok 2010] wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń  
[rok 2009] grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń  
[rok 2008] grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec