|
|
26 listopada 2009
|
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy! - (czyli KC i DC) -
a zwłaszcza uczniowie Gimnazjum w Kołbieli z nauczycielami, uczniowie klasy Ia z Gimnazjum w Żabnie oraz ci, których Pani Polonistka ma nicka Joanka. Witajcie! Zapraszamy! Czujcie się tu jak w domu! A Paniom Polonistkom przesyłam szczególne podziękowanie za to, że zaprosiły Was na moją stronę. Bardzo mi miło!
I zaraz pokażę Wam coś ładnego: ponieważ ostatnio - tak się złożyło - pokazuję tu, w dni „z szóstką”, różne siedziby, dziś mam dla Was, z okazji jesieni, małe cudo, które dla dziewczynki dwuletniej wymyślił i wykonał jej Tatuś, Bartek, architekt.
Jak widzicie, jest to po prostu kawałek pnia, w którym próchnica zrobiła swoje. Pomysłowy Tatuś uruchomił wyobraźnię i uczucie i stworzył uroczy dom dla zabawek: wiewiórki i sowy. Z pewnością żaden pałac lalki Barbie, żaden w ogóle domek lalczyny, nawet najpiękniejszy, nawet wiktoriański, nawet z mebelkami mahoniowymi i nawet z porcelanową zastawą, nie może się równać z tą, własnej roboty, dwupoziomową dziuplą. Helenka potrafi się nią bawić godzinami, w skupieniu i ciszy. Nawiasem mówiąc, w domu Helenki nie ma telewizora, toteż jej Tatuś bez trudu znalazł czas, żeby po pracy zająć się światem wyobraźni swojej córeczki. To piękne, prawda?
Dla interesującego kontrastu - siedziba w Brazylii. KC AniaEmigrantka, mieszkająca w Rio de Janeiro, odwiedziła Parque Lage, przepiękny, jak pisze, zakątek tego miasta. Jest to posiadłość otoczona cudownym ogrodem, w którym Ania widziała wszystkie możliwe stworzonka z wyjątkiem wiewiórek. Nie wyklucza jednak ich obecności pośród tamtejszych drzew. Posiadłość, jak pisze Ania, nabył w latach dwudziestych ubiegłego stulecia niejaki Henrique Lage i wyremontował ją oraz przerobił tak, by zachwyciła wybrankę jego serca, włoską śpiewaczkę Gabrielę Benzoni. Zamiar ten najwyraźniej się powiódł, bowiem para zakochanych osiadła tam na długo i dorobiła się gromadki dzieci. Zdjęcie wykonał mąż Ani, a ręka, widoczna na pierwszym planie i trzymająca „Brulion”, należy do samej AniEmigrantki. Dzięki temu jej pomysłowi zresztą czuję się trochę tak, jakbym odbyła wirtualną podróż i sama stała przed tym pałacem w Rio! Dziękuję!
Bardzo się cieszę, kiedy Goście tej strony nadsyłają mi różne różności, którymi następnie mogę podzielić się z Wami. Jak nadsyłać? pytacie wielokrotnie. Bardzo to proste: pod formularzem wpisu do Księgi Gości jest malutkie okienko „wiadomość prywatna”. Napiszcie w formularzu, co chcecie, kliknijcie w okienko. Wpis znajdzie się, zamiast na stronie, w mojej skrzynce. A wtedy będę mogła odezwać się do Was. Innego sposobu nie ma, bo po ubiegłorocznym ataku hakerów na tę stronę, trzeba było pozamykać wszelkie furtki, którymi mogliby wtargnąć ponownie. Nieznośny kod literowy, który wszystkich nas tak irytuje, a który trzeba za każdym razem wpisywać na nowo, jest właśnie zabezpieczeniem przed najróżniejszymi atakami, zalewem reklam etc. Przy okazji: nie bójcie się wpisywać do formularza swoich adresów mailowych. Zostaną one przez automat tak przetworzone, że żaden haker i reklamodawca nie wyłapie ich z sieci. Jesteście tu bezpieczni. Administracja strony czuwa nad tym by nie pojawiały się tu złe obyczaje, brzydkie słowa, obraźliwe uwagi. Jest na nie dosyć miejsca w innych obszarach internetu. A poza tym - staramy się zachowywać kulturalnie, po prostu dla zasady. Człowiek kulturalny wyraża się starannie, poprawnie, jeśli się pomyli - szybko swój błąd prostuje, a jeśli kogoś niechcący urazi - przeprasza. To takie proste!
Lubimy tu książki, cieszymy się nimi, bawimy (w soboty i niedziele wieczorami wspaniała grupa Dzieci i Młodzieży zadaje sobie literackie zgadywanki, dołączcie do nich, zapraszam! Dorośli bawią się w środy i piątki od 20.00 - zapraszamy Panie Polonistki i wszystkich chętnych!). Lubimy też malarstwo i poezję.
Oto najnowszy wiersz KC Fanki Robrojka, która nazywa się naprawdę Agnieszka Zięba i jest studentką. Przysłała mi go z wiadomością, że wygrała dzięki niemu IV Turniej o Myślenicki Laur (wielkie, wielkie brawa, Faneczko!). Oto on:
Dogania mnie dorosłość Nadzieja Na tytuł
Męża
Psa
Troje dzieci
Dom z ogródkiem Pracę - od-do A nie zawsze i jeszcze trochę Dogania mnie dorosłość Rozumiem żarty I nawet się nie czerwienię Wiem, że język trzeba trzymać Za zębami I słyszeć wszystko Nawet myśli, których Jeszcze nie ma.
Kolejny wiersz nadesłała nasza KC Marcelina.
Droga Pani Małgorzato, wczoraj dostałam e-mail od mojej Siostry, a w załączniku coś, co chciałabym Pani pokazać - wiersz mojej siostrzenicy. Milusia, czyli Anna-Milena ma dziewięć lat, mieszka z rodzicami i rodzeństwem w Holandii, chodzi do anglojęzycznej szkoły, mówi biegle po polsku, angielsku i niderlandzku, nieźle po rosyjsku (jej Tata jest Rosjaninem). Jest naprawdę zdumiewającą dziewczynką - gra też na pianinie i flecie, jeździ konno, tańczy - wszystko na własną prośbę. Ma też oczy i spojrzenie mojej Mamy, którą pamięta, mimo, że Babcia Eugenia umarła, kiedy Milusia miała trzy lata. To o tej Babci mowa w wierszu, napisanym w klasie, w ramach lekcji. Podaję z oryginalną pisownią, są małe błędy.
JOY
If joy was a taste it would be...
Cold coca cola on a hot summer day...
Fresh water melon, refreshing, slowly crunched...
Warm milk sipped on a snowy winter's eve...
Joy, oh joy! Oh what a taste it would be!
If joy was a smell it would be...
Fresh, sweet cherries in my Granddad's garden...
Scented blooming roses perfuming my nose...
Moist cut grass mowed a second ago...
Joy, oh joy! Oh what a smell it would be!
If joy was a sound it would be
Michael Jackson playing “Beat it”
A sweet and gentle cat purring
Someone talented singing “Don Giovanni”
Joy, oh joy! Oh what a sound it would be!
If joy was a sight it would be
Someone winning the Olympic medal in the high jump
A beautiful horse, galloping in the moonlight
Seeing an "Outstanding" in my report..!
Joy, oh joy! Oh what a sight it would be!
If joy could be felt it would be
A puppy’s soft fur petted gently
Fluffy snowflakes landing on my eyelashes
My Grandma stroking my hurt head
Joy, oh joy! Oh what a feeling it would be!
Wczoraj w Księdze Gości odezwała się rankiem KC Sierotka Marysia z propozycją, byśmy rzucili okiem na jej blog biblioteczny (http://bibliotekaspbolkow.blogspot.com) i spróbowali zgadnąć, która z dziewczynek na starym zdjęciu, przedstawiającym aktorki ze szkolnego spektaklu („Kopciuszek”), jest nią, Marysią. Obiecała nagrodę za trafną odpowiedź! Odgadłam bez trudu, bo poznałam tę naszą Marysię kochaną na którychś Wrocławskich Promocjach Dobrej Książki (coroczna, świetna impreza). Ale wobec tego nagroda, która przyszła dzisiaj rano, nie należy mi się i chętnie się nią podzielę z Kingusią, Oleńką i Klaudynką, które zgadywały razem ze mną. Oto ona:
W nagrodę - „Sąd Ostateczny” - fragment fresku z XIII wieku - odkrytego podczas renowacji naszego kościoła - przepyszne są te anioły! - pisze KC Sierotka Marysia z Bolkowa i oto, co załącza:
Nowi Goście Księgi: KC i DC morf, Kingusia, Mela, Kala, Asiulek, Tygrysica, Zuza, Ewka, Adolescentka, Marysia, Ferdynand, Hexe, Ola_Pantharei, Fotografka, Befana, Majka007, Myszunia (vel Myszeczka?), rubeole, Agnieszka, GB, Pankowska, athis, Wera, Małgosia, wielbicielkaMM, marika, Oleńka - oraz skrzynki Priv: Kakina, Dominika, Abigail:D, Alusia (lat 9, z siostrą Paulinką), Karioka09, Joanka, Paolo, Agataq, BambOla, Terrax, Kasiula91, BB i Mycha. Serdecznie Was witam i dziękuję za wszystkie miłe, serdeczne listy i tyle dobrych słów! Aha, ponieważ KC Agataq nie podała swojego adresu, pod który mogłabym napisać, muszę tu, na stronie głównej pogratulować jej całego serca. Cudowna, wspaniała wiadomość, Agatko! Bardzo się cieszę!
Wiadomość dla tych osób, które prosiły o specjalne e-kartki z różnych okazji: przepraszam Was (zbiorowo), ale teraz naprawdę nie mogę się rozpraszać, mam mnóstwo pracy! I z trudem nadążam! Piszę „McDusię”, felietony dla „W drodze”, ilustruję piękną książkę „Srebrny dzwoneczek” i mam masę innych obowiązków - trudna sprawa. Jak wszystko pokończę i trochę odzipnę, zabiorę się do malowania nowych e-kartek. To czysta przyjemność, ale wymaga jednak czasu; mam go za mało w tej chwili. Z tego jednak, co już zamieściłam w dziale „Niespodzianki”, można dużo wybrać. Nawiasem mówiąc, największym powodzeniem, wg statystyk strony, prowadzonych na nowo od maja br., cieszą się następujące kartki: „Urodziny” (129 wysłanych), „Uszy do góry 1” (92) i „Dziękuję” (89).
Na koniec zostawiłam sobie przyjemność pogadania o malarstwie: jakiś czas temu KC Xymena spytała o mojego ulubionego malarza. Mam zawsze kłopot z odpowiedziami na podobne pytania: lubię mnóstwo książek i bardzo, bardzo wielu malarzy oraz kompozytorów. Ale wybrałam jednego malarza dla Xymeny (kto ciekaw jest wiadomości o nim, niech zerknie do wspaniałej książki „Witold Wojtkiewicz” pióra Wiesława Juszczaka lub do mojego felietonu „Bez klucza wiedzy” w 3. tomie „Frywolitek”). I zaraz pomyślałam, że równie mocno, jak Wojtkiewicza, lubię Konrada Krzyżanowskiego.
Obaj ci wspaniali artyści tworzyli okresie Młodej Polski; kto wie, czy nie był to najświetniejszy okres w historii polskiego malarstwa. Wojtkiewicz (który umarł w wieku zaledwie 29 lat!) był wytwornym, delikatnym człowiekiem o bogatej osobowości. Wykwintne formy zewnętrzne - jak pisze Wiesław Juszczak - skrywały wielką uczuciowość i nieśmiałość. Dowcip, poczucie humoru, ironia i nieprzystępność osłaniały jego nadwrażliwość i głęboki „smutek chorego dziecka”.
Postać dziecka jest stale obecna w jego twórczości (był także utalentowanym pisarzem, gorliwym czytelnikiem Maeterlincka i Wilde’a); zwłaszcza w późniejszym, ostatnim jej okresie, subtelne malarstwo Wojtkiewicza przeniknięte jest klimatem pokoju dziecinnego. Ale smutny i dziwny to pokój dziecinny: smutne, dziwne dzieci bawią się tam w teatr, odtwarzają bezwiednie sceny z mitów i baśni lub też przenoszą do swojego świata dorosłe strachy i konflikty.
Ten obraz znam i podziwiam od zawsze: „Baśń zimowa” wisi w poznańskim Muzeum Narodowym, gdzie bywałam często jako zachwycona dziewczynka i jeszcze częściej - jako studentka malarstwa i grafiki. Myślę, że i Wam się spodoba; zdaje się zresztą, że jest obecny w którymś z podręczników do polskiego?
A oto, dla porównania i zastanowienia, dziecko namalowane przez Konrada Krzyżanowskiego – „Dziewczynka przy fortepianie”.
Zgodnie ze swoim kresowym, „kozackim” temperamentem, Konrad Krzyżanowski namalował ten obraz z fantastycznym zupełnie rozmachem i zarazem z niewiarygodną precyzją. Cóż to było za oko! Cóż to była za ręka, która potrafiła kilkoma szerokimi, śmiałymi ruchami namalować najmniejszy nawet błysk na powierzchni instrumentu, a zarazem dać malarski wyraz nastrojowi świetlistego pokoju... Posłuchajcie, jak sam mówił o swoim malowaniu (utrwalił to Wacław Berent w powieści „Próchno” gdzie nadał osobowość przyjaciela malarzowi Pawlukowi; cytuję te słowa za tekstem Lidii Skalskiej-Miecik zamieszczonym w jej pięknym albumie - „Krzyżanowski”, wyd. Galeria Browarna, Åowicz,1999):
...ja chcę namalować anarchię! (...) Miasto! Wieczór!... Ciemno. Domy, domy, domy... błyski chlapnę tu! Tu! Tam! (...) Dymi się. Kłębi! Czujesz, jak się kłębi? Zasnuło wszystko, wszystko! Nic nie widać-ciemno. A na niebie gwiazdy. (...) Bo u mnie, widzisz (...) farba ma blask, połysk - a!... śmiało trzeba. Farba trzęsie się, świeci!
Śmiały, bezkompromisowy Krzyżanowski, uwielbiany przez studentów, którym wykładał, budzący wrogość i zawiść w zwierzchnikach i kolegach po fachu, nie dbał o sławę i zyski, na ogół klepał biedę, a malował krótko, bo tylko przez 20 lat.
Pierwsza Wojna Światowa i długa tułaczka przerwały okres jego pracy twórczej. A był prawdziwym mistrzem światłocienia, genialnym, wnikliwym portrecistą, który, jak podają współcześni, paroma śmiałymi uderzeniami pędzla potrafił przenieść na płótno to, co ujrzały jego mądre, kierowane sercem, przenikliwe oczy: całą złożoną prawdę o modelu, o jego wewnętrznym życiu i o cierpieniu. Popatrzcie tylko na ten obraz („Portret Pelagii Witosławskiej”), jeden z moich ukochanych: portret starej kobiety o płonących życiem, buntem i nadzieją, wspaniałych oczach. O, pan Konrad miał wielkie serce!
W internecie jest sporo wiadomości o obu malarzach. Poszukajcie! Bo do książek, opracowań i albumów nie mieli w ojczyźnie szczęścia. A ich obrazy są rozproszone; rzadko trafia się jakaś większa zbiorowa wystawa; przed laty udało mi się trafić na jedną taką w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Chwała internetowi, który uczy i zbliża!
Co powiedziawszy, kończę mocnymi uściskami dla wszystkich.
Wasza - MM
PS Na przepis szóstkowy nie mam już dziś miejsca, ale widzę, że niezawodny Eryk-Kuchcik już coś fascynującego wpisał do Księgi. Dziękuję!
|
|
|
16 listopada 2009
|
Mnóstwo listów, mnóstwo pytań, skrzynka pęka w szwach. Wybaczcie, KC i DC (czyli: Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy), jeśli nie na wszystkie zdołam odpisać. Gdybym się zawzięła, odpowiedziałabym oczywiście na każdy z nich z osobna, ale wtedy nie byłoby już mowy o pisaniu powieści, felietonów i recenzji, o ilustrowaniu książek, o czytaniu książek, o malowaniu, o prowadzeniu domu i strony internetowej wraz z wpisami szóstkowymi, o czasie dla całej rodziny, o miłych rozmowach z dziewięćdziesięcioczteroletnią Mamą, o zgadywankach literackich, o grabieniu liści i nawożeniu róż oraz piwonii i o spacerach po lesie, bez których nie potrafię żyć, bo dają mi nieliczne chwile spokoju, potrzebne na myślenie.
Dlatego wybaczycie mi, mam nadzieję, że z powodu krótkości doby (no bo co to jest, te 24 godziny, z których 5 i tak muszę przesypiać?) nie przyjmuję zaproszeń na spotkania autorskie od licznych szkół, bibliotek, fundacji (AgatoCzajko, przepraszam!... naprawdę nie mogę!) i domów kultury; i że na część listów udzielić muszę Odpowiedzi Zbiorowej.
Oto ona:
Tak, piszę „McDusię”, jasne! (mnóstwo zapytań!) Nie, nie będzie jej w księgarniach na Gwiazdkę. Nie umiem jeszcze powiedzieć (mnóstwo zapytań!) kiedy będzie gotowa: to zależy od tego, czy mi się spodoba jej druga wersja; na razie jestem jeszcze przy pierwszej - tej, która wymaga najwięcej wysiłku, potu, pracy oraz wykreślania, przycinania, komponowania i nerwów. Z drugą pójdzie już szybciej - to wtedy właśnie książka nabiera ciała. Kiedy drugą wersję uznam za dobrą, będę mogła przystąpić do najprzyjemniejszego zajęcia: do sporządzania trzeciej, tej ostatecznej wersji oraz - ilustracji; i wtedy potrafię już, mniej więcej, wyznaczyć datę premiery.
Proszę Was więc o cierpliwość, bo ja też ją mieć muszę.
KC Altariel, a także KC Klussy i Paulared pytają, czy zaplanowałam z grubsza losy bohaterów całej serii, gdy ją zaczynałam pisać, czy też całą „Jeżycjadą” rządzi przypadek. Odpowiedź: ani jedno, ani drugie. Kiedy pisałam „Szóstą klepkę”, wcale nie przypuszczałam, że tworzę pierwszy tom długiej serii. Ale to logika rządzi losami bohaterów części kolejnych, nie przypadek. Tak więc, na pytanie KC Altariel, czy planuję opisać dalsze losy Konrada, Aurelii oraz ich dziecka, odpowiedzieć mogę twierdząco. Podobnie jak na pytanie KC p1991, dotyczące Cyryjka i Terpentuli oraz Belli i Czarka. Tylko czy aby na pewno interesuje Was późna starość tej pierwszej pary? Bo czas w moich powieściach biegnie przecież równolegle do czasu naszego życia… Swoją drogą, sama jestem ciekawa, kiedy i jak się to wszystko skończy. Rozstrzygnięcie tej kwestii jednakże nie w moich leży rękach. Zobaczymy.
KC Atrament pisze: „szczerze podziwiam Pani pomysłowość i zapał. Skąd to się bierze, to znaczy zapał. Ja na przykład bardzo lubię pisać, zdarzają się też całkiem ciekawe pomysły. Tylko słabo mi idzie rozwijanie ich. Jak to Pani robi??”. Ot, pytanie! (jest też kilka innych w tym duchu) - i jestem w kropce. Jak ja to robię? Jak ja to robię? Ojejku, no jak ja to robię?! Zaraz, no, całkiem zwyczajnie: siadam i piszę. Pomysły przychodzą same. Największą sztuką jest - zmusić się do tego siedzenia. Oj, tak. Trzeba umieć siedzieć! - i pisać przez co najmniej kilka godzin, najlepiej: kilkanaście. A zapał? Och, on rośnie właśnie wskutek tego siedzenia. Dziwne, nieprawdopodobne, lecz prawdziwe. A poza tym, bo ja wiem, po prostu mam dużo zapału w sobie! - do życia, do pracy, do miłości, do przyjaźni, do dzieci, do wszystkiego właściwie. Czasem nawet za wiele tego zapału: idę na spacer i nagle patrzę, a już obiegłam całe jezioro; łapię za łopatę, a tu już pół ogrodu przekopane; napiszę książkę, a tu już ich się robi trzydzieści i kilka. Moja Mama twierdzi, że wszystko to z powodu koziego mleka. Karmiono mnie nim, w braku jakiegokolwiek innego, w samym zaraniu życia; Armia Czerwona wyzwalała wtedy Poznań z użyciem bomb i ciężkiej artylerii (patrz: wspomnienie „Urodzona na Jeżycach czyli tajemnice i zagadki” w dziale „Teksty” na tej stronie). Kozie mleko jest, jak powiadają, bardzo energetyczne.
Muszę też przyznać, że zawsze jestem z lekka zakłopotana, kiedy ktoś (mnóstwo zapytań!) uroczyście prosi mnie o rady w sprawie pisania książek, całkiem, jakbym była Poważnym Pisarzem. Otóż, na jedną rodzinę przypadać może, wedle rachunku prawdopodobieństwa, tylko jeden taki. U nas Poważnym Pisarzem jest mój wielki brat, Stanisław. Ja natomiast jestem Wesołym Samoukiem. Przez długi czas nie miałam nawet własnego pokoju z biurkiem i pisywałam powieści nocami, w kuchni, żeby stukaniem maszyny do pisania nie budzić dzieci. Sama siebie traktuję z przymrużeniem oka (wiedząc aż nadto dobrze, jak wygląda prawdziwa pisarska wielkość) - a swoją drogą, takie przymrużenie oka bardzo ułatwia bycie autorką; ego więdnie i można się niczym nie przejmować.
Bardzo miły jest wpis do Księgi Gości autorstwa KC MagdyMewy; po dłuższym, jak twierdzi, namyśle odezwała się wreszcie, ponieważ i ona „zna Józefa”, podobają się jej Goście naszej strony i cieszy ją, że nie wszyscy jeszcze „dali się zwariować światu, w którym żyjemy”. Ano, nie dajemy się, staramy się bardzo, MagdoMewo. Swoją drogą, miło, że dostrzegłaś także moją pracę. Tak, to jest kawał roboty. Ale warto się trudzić. Kto się nie trudzi, nie ma prawa narzekać na świat, w jakim żyje.
Z radością witam nowych, miłych Gości z Księgi oraz skrzynki Priv. Są to KC i DC: MagdaMewa, Sway, Ika, mari.anna, aniarej, Basia, paula 707, Kyrka, Bosssh, metzli, gaba, Karolajna, AlaK, Silela, czeska księżniczka, Frosti, TomekP, Marta 274, Paulina999, Karolina, rotkaa, Junior, meryselery, zaciekawiona, Martucha, Marti274, Nysia121, Atrament, Jonasz, anulka, JustynaBorejko, altariel, izoldka89, dzwonek , Paulina:), beatuszka, Aniołeczek, Kreska o23, Marti274, Tolla, misty, Paulared, Klussy, Tygrys, meryl, Katik, Lena, Moniczka.
Cieszę się, że tylu Was, i takich sympatycznych! Witamy, bawcie się u nas dobrze! Obejrzyjcie całą stronę, jej zakamarki i szufladki (te z gałeczkami, na dole regału) - dużo tam niespodzianek. A przed Gwiazdką będzie ich jeszcze więcej!
Dziękuję Wam za wszystkie miłe słowa, za serdeczność i życzliwość. Trafiły się też w KG głosy, wyrażające dezaprobatę z okazji poprzedniego wpisu szóstkowego, tego o zwierzętach (podobno obraża ich osobiście). O, pardon. Doprawdy, nie to było moją intencją. Hej, ale przymrużcie oko! - naprawdę, naprawdę będzie Wam się milej żyło.
Powyższy akapit kieruje moją myśl w stronę posiłków wegetariańskich - i oto Przepis Szóstkowy na pyszne drugie danie, wonne i sycące; robi się je z białej, długiej rzodkwi, tej, która wygląda jak odbarwiona marchew, a którą właśnie teraz można zastać w warzywniakach. Ze względu na swojski, zadzierżysty i zdrowy charakter nadałam potrawie nazwę:
Przysmak Borynowej
(przepis na 2 osoby)
Kilogram zdrowych, ładnych ziemniaków o cienkiej skórce obieramy i dzielimy na ćwiartki. Posypujemy ulubionymi ziołami (pyszny jest z ziemniakami świeży tymianek) i zmiażdżonym czosnkiem. Można zastąpić zioła i czosnek np. ziarnami kminku. Na głębszej blaszce do pieczenia rozgrzewamy w piekarniku pół szklanki oleju i na wrzący wrzucamy przygotowane ziemniaki. Przewracamy je łopatką tak, by pokryły się równo olejem. Pieczemy je około 30-40 minut, aż się pięknie zrumienią. Zdejmujemy ziemniaki z blachy łyżką cedzakową, osączając nadmiar oleju. Solimy. W czasie pieczenia ziemniaków obieramy cztery duże białe rzodkwie, myjemy i kroimy w talarki. Gotujemy je do miękkości w osolonej wodzie. Podajemy z sosem białym: łyżka masła (roztopić na patelni), pół łyżki mąki (wymieszać z masłem), filiżanka gęstej kwaśnej śmietany i dwie łyżki wody (rozprowadzić zasmażkę i raz zagotować), sól, cukier, pieprz do smaku, garść świeżego, posiekanego drobno koperku. Do tego chrupiące, gorące ziemniaki - i listopadowe słoty przestają nas przygnębiać!
I wreszcie - głosy od Zagadkowych Księgowych. Oto zdjęcia z podróży do Anglii (Hever Castle - miejsce, gdzie spędziła młode lata Anna Boleyn, nieszczęsna żona Henryka VIII):
Zdjęcia nadesłała mądra i miła KC Marcelina. Była w Hever Castle z mężem i dwojgiem dzieci (to malutkie w chuście jest Åusią!).
Jak pięknie było w Anglii! Czułam się, jakbym wsiadła w taki nieduży wehikuł czasu, który zabrał mnie zaledwie o kilka tygodni wstecz. Było cieplej, jaśniej, złote liście ciągle na drzewach i ostatnie róże w ogrodach. Odwiedziliśmy Hever Castle w hrabstwie Kent, rodzinny dom Anny Boleyn. Mała twierdza, fosa naokoło, grube mury, nieduże komnaty, w niektórych oknach szybki z XV-XVI wieku! Wewnątrz można zobaczyć na przykład modlitewnik Anny, pobazgrany na marginesach, hafty jej roboty i kopie listów jej i Henryka. Choć Anny specjalną sympatią nie darzę, jako że stała się przyczyną wielu nieszczęść, to zawsze zdumiewającym dla mnie doświadczeniem jest oglądać zapiski kogoś, kto dawno się obrócił w proch, a kiedyś żył, romansował i nie mógł się skoncentrować na modlitwie. Wokół zamku przepiękne ogrody, głównie w stylu włoskim - prawdziwe pomarańczki i grejpfruty na drzewkach! I ogród różany, mimo listopada nadal uroczy.
A tu - obiecany nam w KG już dawno temu wizerunek Tajemniczego dwustuletniego Domu, który Zagadkowa Księgowa Sebajka wraz z mężem i synkami nabyli w stanie bliskim ruiny i zamierzają wyremontować do stycznia. Sebajka się tłumaczy: to z powodu pilnych prac budowlanych nie wpada ostatnio na Zagadki Kącika Dorosłych (środy i piątki wieczorem, przypomnijmy; Kącik Dziecięco-Młodzieżowy szaleje w soboty i niedziele od godziny 18!)
Prace, jak widać, w toku... Piękna jest ta stara posiadłość, „z duszą” i z nastrojem, a przy tym - podziwu godne samozaparcie dzielnych posiadaczy. Mnóstwo ciężkiej roboty już za nimi, a sporo jeszcze czeka... Ale to taka miła praca. Stary, opuszczony dom zaczyna nowe życie, z komina uniesie się dym i znów będzie słychać na schodach tupot małych bucików. Ajaj, a ileż książek Sebajki i jej Czytacza zmieści się na tym wielkim poddaszu! Wspaniale! Życzmy im powodzenia!
Przysyłajcie i Wy, KC i DC, co tam macie ciekawego! Chętnie tu wszystko pokażę!
Uściski, lecę do pracy - MM.
|
|
|
06 listopada 2009
|
NINIEJSZYM ZAŚWIADCZAM, ŻE MM LUBI ZWIERZĘTA -
I TO TAK BARDZO JE LUBI,
ŻE BARDZO NIE LUBI ICH WIĘZIĆ
I ZJADAĆ.
POTWIERDZAM!
DO UST NIE BIERZE KURCZAKA
ANI MYSZEK!
ANI INNEGO PTAKA!
ANI TYM BARDZIEJ - ŚLIMAKA....
Trzeba przyznać, że dużo zwierząt narysowałam. I namalowałam. I nakarmiłam.
Ale niewiele ich opisałam.
Dlaczego? - pytanie to gnębi najwyraźniej niektórych moich czytelników (DC Marek i Alek z Księgi Gości) i wciąż nie mogą oni pogodzić się z tym, że powieść doskonale potrafi się obejść bez bohaterów zwierzęcych. Zwłaszcza, jeśli, jak w mojej „Jeżycjadzie”, nawet na wszystkich bohaterów z gatunku Homo sapiens nie starcza miejsca i autorka musi rezygnować z wielu interesujących wątków lub postaci, w trosce o to, by nie przeładować kompozycji i zachować klarowność stylu.
Osobiście - lubiąc, a co najważniejsze: szanując zwierzęta - nie przepadam za dziełami literackimi, w których opisuje się stany ducha piesków, kotków, zajączków, papug etc. (no, chyba, że dziełami tymi są baśnie lub bajki, ale to zupełnie inna sprawa...). Miłe te stworzenia Boże mają zapewne duszę, osobowość i charakter; możemy też przypuszczać, że cieszą się posiadaniem wspomnień, nadziei, tęsknot, myśli etc., słowem - życia wewnętrznego.
Cóż z tego, kiedy nie potrafią o nim mówić ani pisać.
A skoro tak, to autor, pragnący opisać życie wewnętrzne zwierzaka, zmuszony jest, siłą rzeczy, do snucia domysłów i przypuszczeń; nieliczni tylko, wybitni pisarze, sprostali temu trudnemu zadaniu. Czytałam też kilka wstrząsających dzieł literackich, w których los zwierzęcia służy za metaforę losów ludzkich, np. w nieludzkim systemie. Niestety, wielu mniej wybitnych autorów ma sentymentalną skłonność do odczytywania drgnień duszy zwierzęcia przez pryzmat własnych, tanich sentymentów i do przypisywania zwierzęcym bohaterom ludzkich myśli, intencji, pragnień i zachowań. Takie przeniesienie jest na ogół działaniem nieuczciwym i chybionym artystycznie. Mija się z prawdą Biologii. Bywa też niezamierzenie komiczne.
Chyba że - jako antropomorfizacja, czyli zabieg świadomy - występuje w baśniach, przypowieściach i bajkach . W nich jednakże autor nie usiłuje odgadnąć życia wewnętrznego zwierzęcia, ale używa postaci zwierzaka jako przebrania, jako figury symbolicznej, do zobrazowania ludzkich cech, zachowań, przywar i śmiesznostek (poniżej: ilustracja Grandville'a do Bajek Jeana de La Fontaine'a).
Pamiętam, jak w latach licealnych, spacerując z młodszym o półtora roku Braciszkiem po poznańskich księgarniach (była to nasza ulubiona trasa spacerowa...), toczyłam z nim poważne dyskusje na tematy literackie. Świetnie nam się rozmawiało, bo na ogół byliśmy innego zdania. Pewnego razu, wędrując od Księgarni Mickiewicza do Antykwariatu Przy Starym Rynku, gawędziliśmy o banalności. Nasza Mama bowiem, która lubiła zadawać nam literackie łamigłówki i zagadki oraz wysoko stawiać tzw. Poprzeczkę, zleciła w tamtym czasie swym dziwnym a posłusznym dzieciom napisanie nowelki, złożonej wyłącznie z banałów. Te, jak ustaliliśmy, rodzą się z lenistwa umysłowego, braku starania i braku wyobraźni. Każde z nas napisało po zamówionej nowelce i niemal równocześnie odkryliśmy, co to jest Tani Chwyt, czyli Samograj.
Zaczęliśmy się prześcigać w rzucaniu stosownych przykładów. Zwierzę, które myśli i czuje jak człowiek, zyskało pierwszą pozycję na Liście Samograjów.
Od tamtej pory datuje się moje przeświadczenie, że bohater powieściowy, który myśli i czuje jak człowiek, powinien być zdecydowanie człowiekiem, nie zwierzęciem.
Mam nadzieję, że to wyjaśnienie wystarczy i że odtąd nie będę już musiała odpowiadać na pytania o zwierzątka w Jeżycjadzie, zwłaszcza na pytania zaczynające się od „Dlaczego?...” Nie ma na nie zresztą lepszej odpowiedzi niż: „Bo tak mi się podoba i już! Bo to moje książki i ja za nie odpowiadam”.
A ktoś, komu „brakuje zwierząt w Jeżycjadzie” (choć przecież roi się od nich w tle kolejnych powieści) może poszukać ich sobie gdzieś indziej; może też sam napisać książkę i umieścić w niej wszystko, co zechce, na własną artystyczną odpowiedzialność.
A ja sobie nadal będę pisała tak, jak mi się podoba.
I z lekkim uśmieszkiem spoglądać będę na wielbicieli zwierząt, którzy, utuliwszy pieska i kotka, podniósłszy z ulicy rannego gołębia, w następnym epizodzie bez mrugnięcia okiem skonsumują kurczaka lub zatłuką karpia. („I zwierząt, młodszych swoich braci, przenigdy nie bił on po głowie…” - Sergiusz Jesienin. Pamiętam ten cytat jeszcze z lat szkolnych).
I jeszcze jedno: widziałam w swoim życiu czułych właścicieli piesków i kotków, którzy byli nieczuli, a nawet podli względem ludzi. Nadmierne przenoszenie uczuć na zwierzęta może niekiedy dowodzić poważnych zaburzeń w relacjach z bliźnimi. Tego samego, lub nawet czegoś gorszego, może dowodzić panoszenie się człowieka w życiu zwierząt, niewolenie ich, wydawanie im, ostrym oczywiście tonem, rozkazów, manipulowanie ich uczuciami itd. (nie mogę na coś takiego patrzeć!). O tym aspekcie życia zwierząt mogłabym napisać dość celnie. I co? I nikt nie chciałby zapewne tego czytać.
Obawiam się, Drodzy Czytelnicy, że nie macie innego wyjścia, niż pogodzić się z faktem, że to ja wiem najlepiej, jak powinny wyglądać moje książki. Pardon.
Nowych Gości zapraszam do korzystania z archiwum Strony Głównej (patrz: dół), w którym to archiwum znajdują się liczne i szczegółowe odpowiedzi na zadawane stale pytania, w tym: o termin wydania „McDusi”, o to, ile jeszcze będzie tomów Jeżycjady, czy już wiem, jaki będzie tytuł następnej książki, kiedy ukaże się „Silva Rerum” etc., etc.
Ogólnie rzecz biorąc - staram się nie podawać żadnych terminów „na wyrost”, bo mnie to potem zmusza do szaleńczej pracy po nocach. Pracowałam tak przez trzydzieści z górą lat, a właściwie to przez całe dorosłe życie; teraz przykładam większą wagę do racjonalnego odpoczynku.
W tym: do rozwiązywania zagadek literackich; ta cudowna zabawa kwitnie w naszej Księdze Gości i muszę przyznać, że pisanie „McDusi” nieco mi się z winy tych rozrywek spowalnia. Ale coś trzeba mieć z tego życia, prawda? (tak się tłumaczę sama przed sobą… i przed moją Mamą, która w swym 94. roku życia nie zrezygnowała bynajmniej z zaganiania mnie do pracy. Musielibyście widzieć jej minę, kiedy się usprawiedliwiam z poświęcania czasu na te Wieczory Zagadkowe!...).
W Księdze Gości wielki ruch, podobnie w skrzynce Private Messages. Oto, kto do nas przybył ostatnio: KC i DC Agnieszka, Gabusia 777, Ola, Benia, Kingusia, CherryL, Mnoika, Adka, MamaMagda, paulina, martusiaaa, karioka09Magda, p1991, Nutria, Fanka z Siedlec, jabłuszko, marek, Ula, polka, Izdoldka90, AgataCzajka, Ginevra, PaPu, nina98, Buszmen, Almanka1, Paulina88, Bernadka18, Agata123, Kasia, Antoninka85, Bez kapelusza, Laura, Julka, Szalona Kapeluszniczka, Kick, Kala, Iris, Wyszokop, DominikaSz., Agata. Bardzo dziękuję za miłe listy, za serdeczność, za słowa uznania i za wyrazy sympatii, które z całego serca odwzajemniam! Cieszę się z naszej więzi, z bliskości, z radości, jaka sobie sprawiamy nawzajem. Dziękuję Wam za to!
Przesyłam uściski i wiele serdeczności -
Wasza
MM
PS KC DominikaSz. pyta o mojego ulubionego malarza i obraz. To pytanie podobne do tego o ulubioną książkę - mogłabym ich wymieniać setki! Chyba jednak najbardziej lubię malarstwo okresu Młodej Polski, a największym sentymentem darzę obrazy Witolda Wojtkiewicza.
|
|
|
|
|