31 stycznia 2009


Uwaga, uwaga! Na życzenie PT Publiczności publikujemy dzisiaj wiersz Charlotte Mew pod francuskim tytułem „À quoi bon dire?” (co znaczy dosłownie: „Po co mówić?”, a ładniej: „Po cóż słowa?”) - w oryginale oraz w doskonałym tłumaczeniu znakomitej osiemnastolatki, tegorocznej maturzystki, KC Aleksandry Ejsmont z Warszawy. Gratulacje!


Charlotte Mew

À quoi bon dire

Seventeen years ago you said
Something that sounded like Good-bye;
And everybody thinks that you are dead,
But I.

So I, as I grow stiff and cold
To this and that say Good-bye too;
And everybody sees that I am old
But you.

And one fine morning in a sunny lane
Some boy and girl will meet and kiss and swear
That nobody can love their way again
While over there
You will have smiled, I shall have tossed your hair.


Lat siedemnaście – tak mijają lata,
Odkąd wyrzekłeś jakby pożegnanie.
I wszyscy inni myślą: zszedłeś z tego świata;
A tylko ja nie.

Więdnie me ciało, mija ma uroda.
Żegnam się z nimi, nim ich czas upłynie;
I wszyscy inni myślą, że jestem niemłoda.
A tylko ty nie.

Raz przyjdzie dzień pogodny, w parku o poranku
On z nią przyrzekną sobie wśród słodkich wynurzeń,
Że po nich już nie będzie podobnych kochanków.
A nad nimi w górze
Uśmiechniesz się, gdy dłonią włosy twoje wzburzę.

Przełożyła Aleksandra Ejsmont




26 stycznia 2009


Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, z przyjemnością zauważam, że, uruchomiona po przerwie, nowa Księga Gości funkcjonuje aż miło. Niektórzy z Was twierdzili, że nie da się uniknąć przekształcenia Księgi Gości w chaotyczne forum. Ja wiedziałam, że się da. Żyjąc już na tym świecie kawałek czasu przekonałam się, że nie warto mówić: „nie uda się”, „to nieuniknione”, „to niemożliwe”. Te fatalistyczne stwierdzenia kryją w sobie zalążek klęski. Unikam ich. Natomiast mówiąc: „to się może udać” albo: „trzeba spróbować”, a najlepiej: „no, to – do roboty!”, przygotowujemy grunt pod przyszły sukces.

Z wielkim zainteresowaniem czytam te Wasze wpisy w KG, które mówią o ulubionych książkach. Sama bardzo lubię o nich gadać i słuchać tego, co inni mają do powiedzenia – dlatego tak przepadam za uwagami KC lotty7, która, jak widzę, wciąż coś pilnie czyta, a w dodatku – czyta same dobre rzeczy! (Aha, wiadomość dla nowych gości, których niniejszym witam tu jak najserdeczniej: zaglądajcie do szufladek mojego regału – trzeba kliknąć w gałeczki przy zmianie działów – są tam poukrywane różne moje skarby i niespodzianki, np. „złote trzynastki” miłych książek, godnych przeczytania!). Cieszę się, że wpadacie tu do mnie z wizytą, że siedzimy sobie pod moim rysunkowym regałem (naprawdę, jest bardzo podobny do tego prawdziwego, domowego), popijamy wyimaginowaną herbatkę z wyimaginowanych filiżanek i gawędzimy o książkach – na przykład Elizabeth Gaskell. W mojej bibliotece znajdują się tylko miłe „Panie z Cranford” (Czytelnik, Warszawa 1970, przekład Aldony Szpakowskiej). Jedyne to, o ile wiem, dzieło tej autorki, przełożone na język polski. Urodzona w roku 1810, pani Gaskell napisała jeszcze powieści „Mary Barton”, „Ruth”, „North and South”, „Wives and Daughters” (tej nie dokończyła), wreszcie – biografię: „Life of Charlotte Brontë”.

O bliskiej znajomości tych pisarek, pani Gaskell i autorki „Jane Eyre”, można przeczytać w bardzo ciekawej książce Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej „Na plebanii w Haworth”. Otóż, w roku 1851 Charlotte Brontë, po miesięcznym pobycie w Londynie, zatrzymała się w Manchesterze, w domu państwa Gaskell. „Dostatni, obszerny, gościnny – był szeroko dla wszystkich otwarty. Bywali tu i wielcy pisarze – Thackeray, Dickens, Browning, Ruskin, Matthew Arnold – i ubogie dziewczęta z manchesterskich slumsów, którym pani Gaskell dawała co tydzień lekcje. Urocza, piękna, szczęśliwa pani Gaskell – jak różne były losy tych dwóch kobiet. W ciepłej atmosferze szczęśliwego domu dwojga wiktoriańskich intelektualistów i społeczników, światłych i tolerancyjnych, poczuła się Charlotte zaskakująco swobodnie. Różnica przynależności wyznaniowej nie odgrywała najmniejszej roli, unitariańskie małżeństwo reprezentowało wszystko, co ceniła najwyżej” – pisze pani Przedpełska-Trzeciakowska.

Rewizyta odbyła się we wrześniu 1853 i została przez Elizabeth Gaskell szczegółowo opisana. Dzięki temu mamy możność ujrzeć jej oczami wnętrze najbardziej literackiej plebanii, już po śmierci trojga z genialnego rodzeństwa Brontë. Mieszkała tam wtedy tylko Charlotte z ojcem. Ciekawy fragment tego opisu, zamieszczony w „Na plebanii w Haworth”, pozwala nam także poznać i polubić panią Gaskell – osobę ciepłą, wrażliwą i otwartą, bystrą i mądrą obserwatorkę. Sposób, w jaki Elizabeth Gaskell opowiada o Charlotte, koleżance-pisarce, która właśnie zdobyła sławę, jest pełen życzliwości i uznania, szczerego zainteresowania oraz przyjaznej empatii. Cóż – to po prostu relacja Angielskiej Damy (dama to odpowiednik dżentelmena), i to damy z tej odmiany, którą osobiście najbardziej podziwiam.

Wracajmy do naszej KG: świetna Aleksandra Ejsmont, czyli KC Żuczek, rzuciła świetny oczywiście pomysł – zbierajmy, jak Łusia Pałys, Ciekawostki Minionych Dni. Bardzo mi się to spodobało i widzę, że kilkoro z Was już pomysł podchwyciło. Dobrze! Zobaczymy, co będzie dalej. KC Annna z Canterbury natomiast poleca nam lekturę wierszy Charlotty Mew. Osobiście obiecuję sobie zdobyć je i przeczytać – dotychczas ich nie znałam, poza „The Farmer’s Bride”. A może KC Annna zechce napisać nam nieco więcej o swojej ulubionej poetce, tak szczególnie uzdolnionej i zarazem – tak nieszczęśliwej, a nawet tragicznej? Zapraszam!

Wreszcie – pytania, skierowane bezpośrednio do mnie. Odpowiadam – tak jak obiecałam. KC Fanka Robrojka w pierwszym wpisie do nowej KG pyta: - Kiedy „McDusia”? – oczywiście, nie wiem tego, bo chociaż mam już zaplanowaną „Jeżycjadę” do samego końca, nie potrafię przewidzieć, czy wystąpią podczas pracy nad kolejną częścią tzw. czynniki nieprzewidziane. Zwykle mają one ścisły związek z moimi najbliższymi: kiedy rodzina przeżywa jakieś kłopoty, czy choćby nawet radosne wydarzenia, jak np. narodziny, nie jestem w stanie oderwać się od świata realnego, by przejść w wyimaginowany; i wcale też nie chcę. W pierwszej kolejności – jestem człowiekiem. W drugiej – kobietą. Pisarką dziecięco-młodzieżową jestem dopiero w trzeciej kolejności. Na temat „McDusi” więc mogę powiedzieć tylko tyle: „będzie, kiedy będzie”. Na pewno Was pierwszych, KC i DC, o tym fakcie zawiadomię! DC beniaminek, będąc w trakcie lektury „Sprężyny”, wstawia się (wpis 21) za Ignasiem, a KC ats zaraz potem (wpis 22) wstawia się za mną. Dziękuję obojgu! I dodam od razu, że oczywiście każda z postaci w „Jeżycjadzie” rozwija się zgodnie z moim planem i że nie przypadkiem postacie te są zróżnicowane, mają swoje specyficzne wady, dziwactwa, słabości i śmiesznostki. Gdyby wszyscy byli jednakowi, piękni i pozbawieni jakichkolwiek przywar, akcja stanęłaby w miejscu, jak statek na mieliźnie, i nawet nie byłoby po co pchać jej dalej. Ośmielam się sądzić, że to naprawdę ja wiem najlepiej, jak bohaterowie „Jeżycjady” mają wyglądać, działać, starzeć się i dorastać. Jeśli zechcę, sprawię, że wyrosną im zęby lub wypadną włosy, jeden typ będzie gadułą, drugi – skarżypytą, trzeci – milczkiem. I tak dalej. Do woli. Rzecz w tym, że jestem bardzo samowolna. I dlatego – wolna. I to mi się podoba.

KC Patrycja (wpis 28) pyta, kiedy ukaże się zapowiadana „Silva rerum” i co to będzie – otóż, zgodnie z tytułem („Las rzeczy”), ma to być zbiór wiadomości, drobiazgów i anegdotek, obrazków, fotografii miejsc i przedmiotów, związanych z „Jeżycjadą” i jej powstawaniem – będą to więc, uszeregowane alfabetycznie, jak w encyklopedii, przeróżne ciekawostki jeżycjadowe. Ponieważ tych ciekawostek i historyjek, anegdot i obrazków wciąż przyrasta, zamierzam przesunąć napisanie i wydanie tej książki na sam koniec, to jest – na rok ukazania się ostatniego tomu „Jeżycjady” (już jest porządnie zaplanowany i mam nawet dla niego dobry tytuł!). KC Karola (wpis 34) prosi mnie o porady dla osób, które próbują pisać, i całe szczęście, że od razu odpowiadają jej DC beniaminek oraz KC Ania T, bo ja byłabym w kłopocie… Nie mam bowiem dla piszących żadnych porad poza taką: żeby jak najwięcej pisali i jak najwięcej czytali. Bo reszta, jeśli ktoś ma talent, po prostu sama przyjdzie. I już! No, zaraz, może jeszcze rada druga: bądźcie bardzo samowolni (i dlatego – wolni) i nigdy nikogo nie pytajcie o radę! – to przeszkadza w procesie tworzenia. Pisanie to jest robota do wykonania w pojedynkę. Rady trzeba szukać we własnej głowie. Można też – w sercu.

Wreszcie KC Magda – we wpisie 63 – pyta o proces tworzenia „Sprężyny”, a KC Kris (wpis 99) chce wiedzieć, które sceny i którzy bohaterowie „Sprężyny” są mi szczególnie bliscy. Tu z odpowiedziami kłopotu nie będzie, choć przypuszczam, że Was rozczarują. Wszystko to takie zwyczajne, mało romantyczne, i polega po prostu na intensywnej, ciężkiej wręcz pracy. Nie wiem, skąd biorą mi się pomysły. Nie mam żadnych malowniczych, twórczych kryzysów. Siedzę jak przymurowana do krzesła i piszę. Jak już jestem maksymalnie zmęczona, to biorę rower albo tzw. norweskie kijki i okrążam jezioro albo sunę na przełaj przez lasy. Jaką scenę w „Sprężynie” pisało mi się najlepiej? – pyta KC Magda. Bez wahania odpowiadam: - Ostatnią! Jak po maśle, z ulgą, że to już koniec. O ile pamiętam, zmieniłam tylko słówko czy dwa w jednym z ostatnich wersów – aha, już wiem: „poprawił pan polonista” zmieniłam ostatecznie na: „skorygował błąd pan polonista”. A którą scenę pisało się najtrudniej? – pyta KC Magda. Tu odpowiedź pada również bez wahania: tę na Starym Mieście, tę z Andante. Pisałam ją pewnie i dziesięć razy, wciąż od nowa. Aha, tu mam jeszcze coś do dodania: czytałam Wasze opinie o „Sprężynie” i uśmiechałam się, widząc, jak obwieszczacie: „domyśliłam się od razu (albo: od sceny takiej to a takiej), że pan polonista to jest Adam!”. No pewnie, że się domyśliłaś, Kochana Czytelniczko, skoro ja to starannie zaplanowałam. „Sprężyna” to nie kryminał, w którym tożsamość zabójcy powinna być jak najdłużej utrzymana w tajemnicy. Twoje domyślanie się zostało wyreżyserowane przez przebiegłą autorkę i stało się elementem konstrukcyjnym powieści. Może nie od razu miałaś się domyślić całej prawdy, tylko – zacząć gdzieś w okolicy strony 92: Łusia na werandzie z bułeczką, Laura przy rowerze. Łusia gada o panu poloniście, Laura wściekle go atakuje, po czym jedzie do „Daglezji”. W tym momencie – raczcie zauważyć, KC i DC, bo to wiadomość warsztatowa – Wy nabieracie określonych podejrzeń, napięcie od razu wzrasta, początkowo nieznacznie; w miarę gęstnienia Waszych przypuszczeń robi się coraz ciekawiej. Czy scena ze stron 170-172 byłaby tak samo zabawna, gdybyście już nie mieli 82% pewności, że za drzwiami kuchni siedzi Adam, podczas gdy w pokoju obok Laura opycha się kiełbasą? A czy kiedy na stronie 162 pan polonista jakoś tak dziwnie podpytuje Łusię o jej pleonazm, nie przeleciał Wam po plecach lekki dreszcz? Cóż, był zaplanowany. Na tej stronie podejrzenia Wasze miały się przerodzić nieomal w pewność, którą utwierdzić miało spotkanie dziadka i polonisty w deszczu, przed szkołą, s.166 (zwróćcie uwagę na opis polonisty, przeprowadzony z punktu widzenia Ignacego Borejki. Ten opis miał Wam już powiedzieć prawdę… no, w 94%). Autorka igra sobie z Wami nadal. Na stronie 204 następuje nieznaczna podpowiedź (etykietka „Daglezji” z nazwiskiem dziwnie podobnym do Witalisa). Perora dziadka o Odyseuszu, ta ze strony 214, tylko wtedy śmieszy, gdy już wszyscy są na 98. procencie pewności, zaś reszta wyjaśnia się bez żadnych wątpliwości w scenie końcowej, dosłownie w ostatnich jej wersach. W tej sytuacji wiadomość, że niektórzy z Was nie domyślili się prawdy aż do ostatniego rozdziału, bynajmniej autorki cieszyć nie może. Tak więc, jak sami widzicie, KC i DC, konstrukcja „Sprężyny”, wbrew pozorom lekkości, jest całkiem solidna i przy tym misterna, a kosztowała mnie dużo pracy i skrupulatnego szlifowania. Wiele też godzin poświęciłam na wyobrażanie sobie Waszych reakcji. O, właśnie, przypadkiem wpadłam oto na trzecią radę dla próbujących pisać: myślcie nie o sobie, tylko o Waszych czytelnikach. I to by było tyle.

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, za życzenia, za pamięć i sympatię. Serdeczne pozdrowienia dla cioci KC Karoli!

Dla wszystkich uściski od

- Waszej MM




16 stycznia 2009


Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, melduję się po przerwie, spowodowanej zasłużonymi (o, wierzcie mi, były bardzo zasłużone!) wakacjami. Największą przyjemność sprawiło mi w tym okresie proste stwierdzenie, które powtarzałam sobie kilka razy dziennie, z błogim uśmiechem: „Nic nie muszę!”. I tego właśnie - to jest: warunku podstawowego dla pełnego, zdrowego wypoczynku, życzę Wam, tuż przed feriami zimowymi. Plus śniegu -śniegu - mnóstwa śniegu, idealnego dla narciarzy i saneczkarzy oraz dla tych, którzy lubią raźne spacery przez biały las. Bawcie się dobrze! Odpoczywajcie! I jak najwięcej świeżego powietrza! A do komputera nawet nie zaglądajcie, oczy też muszą odpocząć.

Po powrocie otworzyłam skrzynkę mailową przepełnioną do granic możliwość (jakieś 670 listów, jeśli się nie mylę), wszystkie ze wzruszeniem przeczytałam i odpowiadam na nie po kolei lub na wyrywki. Bardzo, bardzo dziękuję za miłe, serdeczne i wspaniałe życzenia urodzinowe, których nadeszło tak wiele! Wszystkim przesyłam w zamian mocne uściski i  najlepsze życzenia na cały nowy rok 2009!

Pytacie niecierpliwie, czy zgodnie z obietnicą zaczęłam już pisać „McDusię” - a ja odpowiadam, że obietnic staram się pilnie dotrzymywać, choć nie zawsze mi się to udaje. Ale tej dotrzymałam: w Sylwestra, kiedy świat wokół oddawał się beztroskim rozrywkom, puszczał petardy i pił na umór, zasiadłam do pisania i - tak, już jest pierwszy rozdział! To znaczy: pierwsza wersja pierwszego rozdziału - bo będzie na pewno kilka wersji. Teraz muszę koniecznie narysować sobie Magdusię, żeby ją w pełni zobaczyć na jawie (w wyobraźni już ją widzę). A jak już ją zobaczę, pisanie pójdzie szybko. Jedno wiem na pewno: już nie ma mowy o tym, bym się poddała skracaniu terminu - nie będzie już żadnych błędów, wynikłych z pośpiechu!

Ale żeby już tak całkiem nie wywróżyć sobie przepełnionego bez reszty pracą roku 2009, a także - dla higieny psychicznej - obejrzeliśmy sobie tejże sylwestrowej nocy kostiumowy serial produkcji BBC, adaptację powieści Elizabeth Gaskell, „Żony i córki” - w świetnej obsadzie. Tak więc rok 2009 zaczął mi się doskonale!
W skrzynce mam jeszcze Wasze wiersze i sonety! - i, rzecz jasna, czekam na kolejne. KC Aleksandra Ejsmont z Warszawy, nasza wybitnie uzdolniona rymopisarka, tegoroczna maturzystka, stworzyła specjalnie dla Was mały poradniczek poetycki. Zamieszczamy go poniżej, rzecz jest godna uwagi, zachęcam do lektury.

Pękająca w szwach Księga Gości została zarchiwizowana (mamy na płycie 3116 wpisów!) i jutro uruchamiamy ją na nowo. Raz jeszcze prosimy pamiętać, że Księga Gości nie może zamienić się w forum; służy ona przecież do dokonania wpisu, złożonego z kilku zaledwie zdań. Jakiego wpisu? Na przykład: jeśli ktoś ma jakieś postulaty czy uwagi co do naszej strony lub też ma do mnie pytania albo prośby, chciałby coś wyjaśnić lub czegoś się ode mnie dowiedzieć - właśnie nasza Księga jest idealnym miejscem do tego. Odpowiem niezawodnie.

W dziale „niespodzianki” znajdziecie nowe e-kartki, bo zbliżają się imieniny Marty i Pauliny oraz oczywiście Dzień Babci i Dziadka.

A w niedalekiej przyszłości zapełnią się kolejne szufladki naszego regału.

Tymczasem - pa!

Wszystkich serdecznie pozdrawiam, łącząc uśmiechy -

Wasza -

Małgorzata Musierowicz




Specjalnie dla nas:

KC Aleksandra Ejsmont o sztuce pisania sonetu


Pisanie sonetu jest jak staranie się o rękę królewny. Jej serce może zdobyć jedynie ten, który ją prawdziwie miłuje. Aby jednak zostać w końcu jej mężem, śmiałek musi spełnić wymagania króla i królowej. Z początku wydaje się, że nie sposób tym wymaganiom sprostać, a rodzice królewny są tacy kapryśni, bo wolą nie wydawać królewny za mąż. Jednakże po chwili rozsądny młodzian wszystko pojmuje i postanawia podjąć wyzwanie. Udowodni, że jest godzien ręki królewny, a wtedy czeka go już tylko wesele, pół królestwa, a także, ma się rozumieć, długie i szczęśliwe życie.

Podobnie jest z młodym poetą, który pragnie stworzyć sonet. Natchnienie go rozpiera, już unosi się dłoń dzierżąca pióro, ale... Tu poeta musi się zatrzymać i cierpliwie wysłuchać, czego wymaga od niego forma. A jest ona bezlitosna dla tych, którzy o nią nie dbają i nie podporządkowują się jej z pokorą. Co więc należy uczynić, aby zadowolić formę? Poniżej zamieszczam kilka wskazówek, do których młody poeta winien się bezwzględnie dostosować.

1

Aby sonety pisać, sonety należy czytać. Przyglądając się warsztatowi ponadczasowych mistrzów, młody poeta uczy się, na czym polega kunszt, ów skarb, który w przyszłości ma się stać również jego udziałem. Wybór jest ogromny. Wystarczy sięgnąć po jakikolwiek podręcznik do języka polskiego i zacząć poszukiwania od rozdziału o poezji odrodzenia.

Niezależnie jednak od tego, czy młody poeta trafi na sonety Petrarki, Michała Anioła, Szekspira, Sępa Szarzyńskiego, Mickiewicza czy Staffa, zauważy on pewne prawidła, którymi rządzi się sonet. Najłatwiejszą do zaobserwowania cechą jest regularna liczba wersów: sonet ma ich zawsze 14, a pogrupowane one są w 2 czterowiersze i 2 tercety (czyli strofy zawierające po trzy wersy każda). Ten wyraźny podział jest naprawdę wygodny, bo dzięki niemu można zauważyć, że w wielu sonetach treść także jest rozbita na pół. Pierwszą część, ośmiowersową, stanowi najczęściej opis, druga zaś zawiera refleksje poety.

2

Zmorą młodego poety jest z pewnością układ rymów, wymagany przez formę sonetu. W rzeczywistości nie taki on jednak straszny! Przede wszystkim poeta może śmiało wybierać pomiędzy różnymi układami, które wykształciły się przez wieki. W XXI wieku mamy prawo pisać i w stylu włoskim, i francuskim, i angielskim – byle konsekwentnie. Lepiej nie zmieniać zdania co jeden wers, bo może się zrobić niezły bałagan! Jakie układy proponują nam dawni mistrzowie? Proszę bardzo, oto przykłady: ab ab ab ab cdc dcd; abba abba cdc dcd (albo też: cde cde); abab bcbc cdcd ee. Zakończyć można także: ccd eed. Byle nie przytrafiła się sytuacja, w której jakiś wers pozostaje sam, bez swojego rymowego brata – nie ma nic smutniejszego niż taki samotny wers. Przypomnienie dla tych, którzy nie uważali na lekcjach polskiego poświęconych rymom: literki oznaczają poszczególne wersy, które powinny się ze sobą rymować, jeśli młodemu poecie zależy na stworzeniu pełnowartościowego sonetu.

3

Rymować... Ale jak? Warto, żeby młody poeta, który w celu podszkolenia swoich umiejętności staje się badaczem poezji, sięgnął po Słownik terminów literackich i zajrzał pod hasło „rym”. Dobrze jest móc się przyjrzeć sztuce rymowania od kuchni. Exemplis discimus – wtrąciłby Ignaś, który długo siedział nad Mickiewiczem, zanim stworzył swój pierwszy sonet.

Młody poeta nie zawsze umie wychwycić, dlaczego niektóre rymy są lepsze od innych. Instynktownie jednak czuje, że kocha-szlocha i róża-burza to nie są najszczęśliwiej dobrane pary... Uniwersalna wskazówka (dotycząca nie tylko sonetów, ale wszelkiej poezji rymowanej): niech młody poeta stara się nie rymować tych samych części mowy, bo szkoda zeszpecić wiersz banalnym rymem. Przykład? Poeta pragnie stworzyć sonet, w którym się będzie żalił, jak ciężko pracuje, żeby mógł on powstać. Planuje użyć słowa „sonety”. Co mu się rymuje?... Sonety – kotlety, omlety... Wszystko, tylko nie to! Po pierwsze - przewidywalne, po drugie – nieładne, po trzecie – zupełnie bez sensu (sonet opowiada o niełatwym fachu poety, ma być przejmujący – kotlety tylko by rozbawiły czytelnika, który powinien wszak ronić łzy wzruszenia!). A może sonety – poety? Ha, a „poety” to też jest rzeczownik – zauważy bystry uczeń. Oczywiście, słuszna uwaga, ale... Trzeba zauważyć, że jest on w innym przypadku niż „sonety” i może służyć jako wcale nie najgorszy rym. Wniosek? Młody poeta ma jednak prawo rymować te same części mowy, pod warunkiem, że będę różniły się one przypadkiem (czasem, liczbą, osobą itp.). Prawda, że to wszystko można ogarnąć przy minimalnej znajomości teorii?

4

Rymy są bardzo ważne, trzeba jednak coś zrobić z nierymowaną resztą sonetu. Z treścią młody poeta poradzi sobie sam, jednak pamiętać musi, że i tu trzeba pozostać posłusznym wymaganiom formy. Ach, a czegóż może ona jeszcze chcieć? Rytmu.

I w tym momencie znowu warto powrócić do sonetów już napisanych i policzyć, ile sylab przypada na wers. No tak, zawsze tyle samo. Najczęściej: jedenaście albo trzynaście. I tu także nie ma wykrętów. Ile sobie poeta sylab na wers wymyśli, tyle będzie musiało być. Trzeba się pilnować i już. Jest jednak pewna pociecha... Wiadomo, że najwygodniej liczy się na palcach, ale jak tu liczyć, skoro sylab tak dużo? I teraz objawia się nam pani średniówka, dzięki której każdy wers możemy podzielić na dwa. W jedenastozgłoskowcu średniówka ulokuje się między piątą a szóstą sylabą, zaś w trzynastozgłoskowcu – między siódmą a ósmą. Dobrze sobie dla wprawy poczytać choćby „Pana Tadeusza”, żeby zobaczyć, że średniówka nie jest wymysłem teoretyków i kolejnym wymogiem złośliwej formy, ale że rzeczywiście dzieli wers na połowy. Wprawiony poeta nie musi już liczyć sylab, bo sam słyszy tę przerwę.

Rytm rządzi się swoimi zasadami, a teoria bywa niekiedy męcząca. Na dobry początek młody poeta powinien zapamiętać, że przedostatnia sylaba – czy to przed średniówką, czy przed końcem wersu musi być akcentowana. Najlepiej niech naśladuje w swoich utworach rytm podpatrzony (czy może lepiej: podsłuchany) u innych poetów. Dobrą metodą jest wystukiwanie rytmu albo układanie wierszy do konkretnych melodii.  Można też poprosić kogoś, aby czytał głośno kolejne wersy powstającego utworu, aby sprawdzić, czy brzmią on naturalnie. Bo właśnie naturalne brzmienie sonetu jest celem młodego poety.

To prawda, wymagania formy są niemałe, jednak bardzo jasne. Król i królowa także nie mają wątpliwości, że narzeczony ich córki musi być: sprawiedliwy, mądry, dzielny, z poczuciem humoru. Brak którejkolwiek z tych cech wyklucza z grona kandydatów. Podobnie sonet nieprawidłowo zbudowany, bez rytmu, nie jest godzien zwać się sonetem. I jeszcze: nie obejdzie się bez miłości. Bo tylko na jej fundamencie powstają udane związki i najpiękniejsza poezja.






Archiwum wiadomości:

[rok 2010] wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń  
[rok 2009] grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń  
[rok 2008] grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec