|
|
26 sierpnia 2008
|
No, proszę, znów tu jestem z Wami, KC i DC, oderwana od „Sprężyny”, ale co tam. I tak już się musiałam wcześniej oderwać, bo dojrzały nasze cudowne śliwki ze starego drzewa. Nie wiem, jak się nazywa ten gatunek, ale takich śliwek już dzisiaj nie ma w żadnym sadzie. Wyglądają jak duże węgierki, w środku jednak są inne: miękkie i złote, słodkie i soczyste, a skórka ich, aromatyczna, granatowa i cienka, smakuje trochę gorzkawo. Są pyszne na surowo, lecz w przetworach sięgają doskonałości! Właśnie robię z nich powidła (bez cukru! - wcale nie jest potrzebny) i w całym domu pachnie wprost niebiańsko. A póki one się smażą wolniutko, ja tu sobie z Wami pogadam.
Po pierwsze, szybciutko melduję o wygaszaczach: problem techniczny wciąż nierozwiązany, więc postanowiliśmy się poddać, prace nad owym działem chwilowo zawiesić i wrócić do sprawy w wolniejszym czasie. Obrazki wygaszaczowe, które namalowałam (KC Moniko! Twoje skrzypeczki!!!) zamieszczamy niniejszym w dziale e-kartek, gdzie też się ładnie prezentują. A ponieważ wszystkie cztery mają za głównego bohatera księżyc, postanowiłam utworzyć w e-kartkach nową kategorię: Kącik Lunofila. Bo jest tu nas trochę – prawda? - tych miłośników księżyca. Oczywiście, z największą przyjemnością będę wzbogacać Kącik Lunofila o coraz to nowe kartki, zresztą, tych księżycowych mamy już trochę i w innych działach.
Cuguar dyskretnie przyrasta. (Julusia! Nie podglądaj!)
Aha! odezwały się KC jeszcze młodsze od Julusi: Noemi hejtoja ma lat jedenaście, a helalom, czyli Helenka – zaledwie dziesięć. Mamy też wśród nas dorkę120 czyli Dorotkę z Bydgoszczy, trzynastolatkę, która pisuje urocze maile wraz z ciocią i babunią. Maile zresztą przychodzą obficie, i nie jest prawdą, że znajdujemy się tu wyłącznie w damskim towarzystwie, Kochane Czytelniczki! Odzywają się i chłopcy i panowie. A jeden miły młody narzeczony napisał długiego maila w sam wieczór panieński swojej ukochanej. Ona poszła świętować z koleżankami, a on, samiutki w domu, siadł do komputera i napisał do mnie: że lubią sobie we dwoje czytać „Jeżycjadę” na głos. I że właśnie wtedy, gdy skończyli „Pulpecję”, coś w nim dojrzało do oświadczyn! (sposób godny polecenia, jak się okazuje...)
Nawet nie przypuszczałam, zakładając tę stronę, że maile od Was będą tak bogate, ciekawe, różnorodne i skłaniające do refleksji. Owszem, przez całe życie zawodowe dostaję od KC i DC mnóstwo listów i mam już ich całe szuflady, a nawet - pudła i worki. Są to piękne i mądre listy, niekiedy bardzo obszerne i bardzo serdeczne. Ale te maile mają w sobie jeszcze coś: zaskakującą cechę kompletnej bezpośredniości, tak jak zdania wyszeptane na ucho w jednej krótkiej chwili. Mailuje się, po prostu, o wiele bardziej spontanicznie, niż pisze listy tradycyjne. Drukuję sobie to wszystko i odkładam do teczek, bo mi żal, że Wasze głosy mogłyby zniknąć gdzieś w tej elektronicznej głębinie. I wyobraźcie sobie wrażenie, towarzyszące czytaniu wszystkich tych wydruków za jednym razem! - coś niebywałego. Fala przyjaźni, zaufania, sympatii, dobrej energii! Fala zwierzeń i opowieści o życiu, fala siły, wiary i nadziei. Dziękuję Wam z całego serca!
KC kajka2509199 upomina się w Księdze Gości, żebym odpowiedziała na jej maila: ależ zrobiłam to, kajko! - i moja odpowiedź wróciła, bo najwyraźniej Twój adres jest niekompletny. Moim zdaniem, brakuje jednej cyfry po ostatniej dziewiątce, bo to pewnie Twoja data urodzenia, prawda? Ale już Ci odpowiadam tutaj: chyba nie mogę spełnić Twojej prośby o kubek z autografem, koniecznie błękitny, taki jak ten u Borejków. Poszukiwanie czegoś takiego po sklepach byłoby dla mnie zadaniem kłopotliwym. Jeśli Tobie się uda gdzieś taki zdobyć (choć wątpię, bo ten jeżycjadowy oczywiście wymyśliłam!) to przyślij go, a ja Ci się na nim podpiszę, nawet wodoodpornym pisakiem.
Bardzo mi się podoba pomysł KC Moniki Borowy, która prosi inne KC o pomoc w kompletowaniu biblioteczki dla małej Gosi. Z maila od Moniki Borowy wiem, że Małgosia ma dopiero 6 miesięcy! - a to mi przypomina moją własną reakcję na wiadomość, że będę miała dziecko (to pierwsze): pognałam do antykwariatu na Starym Rynku i gorączkowo zaczęłam wykupywać klasykę książek dziecięcych, a nawet młodzieżowych. Dziś kolekcja tych książek (a wszystkie zostały przez potomków przeczytane, z najlepszymi efektami!) zapełnia u mnie dwa wielkie regały. Teraz szperają po nich wnuki. A zapewniam Was, że zachowam te książki także dla prawnuków!
Piękna jest też reakcja Wasza na prośbę Moniki Borowy. Rzeczywiście, lista się rozrasta! Ja zwracam skromnie uwagę, że nie ma na niej Bolesława Leśmiana („Klechdy sezamowe” i „Przygody Sindbada Żeglarza”) - a bez niego żadne dzieciństwo się nie udaje w pełni.
Są jeszcze - i na stronie i w mailach - pytania o bohaterów Jeżycjady, postulaty w sprawie ich zwiększonej obecności w kolejnych tomach - itd. Ale to następnym razem, dobrze? Dziś muszę kończyć, bo już są gotowe całe trzy wielkie gary powideł; trzeba je jeszcze umieścić w słoiczkach i pasteryzować. Śliczny kolor! - ach, mówię Wam! Nie są brązowe, jak te z węgierek. Są purpurowe!
No to na razie, mili KC i DC, całuję i ściskam, obejmuję i pozdrawiam, a potem gnam do kuchni. A zaraz potem siądę do pisania „Sprężyny”. Będziecie mieli swój udział w tej książce, bo dostaję od Was potężny ładunek energii!
Co za przygoda, no słowo daję...
Dziękuję! – Wasza -
MM
|
|
|
16 sierpnia 2008
|
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, od razu powiem, że w tych niełatwych dla Gruzji dniach żartuje mi się raczej trudno, ale spróbuję, bo w końcu żartowanie w trudnych czasach to moja specjalność od lat... ilu? – ha! właściwie - odkąd piszę. A raczej nawet: odkąd żyję.
W Księdze Gości KC Agnieszka wstrzeliła się w środek tarczy, typując moje ulubione książki dzieciństwa. Trafiła, co prawda, w jedną tylko dziesiątkę („Słoneczko” Marii Buyno-Arctowej), a w dodatku jest to zaledwie jeden z wielu możliwych strzałów - ale i tak należy jej się złoty medal.
Habent sua fata libelli - to łacińskie powiedzenie tłumaczy się najczęściej: „Książki mają swoje losy”, ale równie prawidłowo można je przełożyć na: „Książki mają swoje przeznaczenia”. Właśnie, w sposób cudowny i niespodziewany, odnalazła mnie książka, która najwyraźniej była mi przeznaczona. Obiecałam, że Wam o tym opowiem – i oto ta tajemnicza historia:
Kiedy byłam mała, w parę lat po wojnie, w Poznaniu było jeszcze sporo ruin po bombardowaniach. Sklepów było niewiele, a księgarń zaledwie kilka. Wydawano już książki dla dzieci, ale mało, a ja uwielbiałam czytać. Kiedy przeczytałam wszystko, co miałam w domu, mama zapisała mnie do biblioteki. Chodziłam tam codziennie po szkole, siadałam sobie w czytelni dziecięcej i pochłaniałam jedną pozycję po drugiej. Spędzałam w ten sposób rozkoszne, zachwycające godziny. Biblioteka ta miała bogaty wybór dobrych książek - wiele z nich pochodziło jeszcze sprzed wojny i przepajała je jakaś urocza atmosfera, różna od tej, jaka nas otaczała w naszym zrujnowanym mieście. Wybierało się książkę z regału, ale nie wolno było wypożyczać jej do domu. Pozwalano za to do woli czytać na miejscu. Jeśli nie skończyło się jednego dnia, można było użyć specjalnej zakładki, odstawić książkę na specjalną półkę i przyjść, kiedy miało się znowu czas - a wybrana lektura spokojnie tam czekała.
W tej właśnie bibliotece trafiłam na pożółkłą, lecz zachowaną w zupełnie dobrym stanie, przedwojenną książkę „Słoneczko” Marii Buyno-Arctowej, z cudownymi ilustracjami Wandy Romeyko, na które mogłam patrzeć godzinami. Czytałam „Słoneczko” kilka razy, a potem jeszcze do niego wracałam.
- Małgosiu, Małgosiu - zatroskała się pewnego razu pani bibliotekarka. - A dlaczego ty czytasz w kółko tę jedną książkę?
Odpowiedziałam, że to jest najmilsza i najładniejsza książka na świecie i nie chcę się z nią rozstawać.
- Ta jest jeszcze milsza i jeszcze ładniejsza – zapewniła mnie bibliotekarka i sięgnęła na półkę. Podała mi nową książkę – kwadratową, przyjemnie grubą, ozdobioną czarno-białymi, dziwnie pociągającymi rysunkami. Usiadłam na moim miejscu przy stoliku pod oknem... i nie wyszłam z biblioteki, dopóki jej nie zamknięto. Trzeba mnie było wypraszać! Zapomniałam, że muszę wracać na obiad, zapomniałam, że muszę odrobić lekcje, zapomniałam o całym świecie, tylko cieszyłam się nowym odkryciem.
Miało ono zwyczajny tytuł: „Książka o Hani”, ale w środku rzecz była całkiem nie zwyczajna. W środku mieścił się mianowicie bezkresny, czarodziejski świat, który, rzecz dziwna, mogła przemierzyć bez wysiłku mała dziewczynka z jednonogim Starszym Bratem. Ten świat był tak pociągający i miły, a przygody dziewczynki - tak ciekawe, że następnego dnia, zaraz po szkole, pognałam do czytelni, żeby się dowiedzieć, co było dalej. I tak to trwało aż do chwili, gdy pojawił się napis „koniec”.
Wtedy zaczęłam czytać „Książkę o Hani” od początku i czytałam tak długo i tyle razy, aż wreszcie umiałam ją na pamięć!
Któregoś dnia pani bibliotekarka znowu poleciła mi ładną powieść - a była to „Kocia mama” Buyno-Arctowej.
- Inne dzieci też by chciały przeczytać o Hani - powiedziała karcąco. - No, już oddaj.
Zwróciłam jej więc mój skarb - niechętnie, bo przeczuwałam coś niedobrego - i zabrałam się za „Kocią mamę”, która podobała mi się znacznie mniej. Ale kiedy ją skończyłam, okazało się, że nie mogę już wrócić do „Książki o Hani”, bo jakieś dziecko ją uszkodziło i dlatego oddano ją do introligatora!
Mijał czas, „Książki o Hani” wciąż nie było, ale pani bibliotekarka zadbała o to, bym miała zajęcie. Biblioteka się stale bogaciła, zaczęły wychodzić całkiem nowe książki dla dzieci, więc z wolna zapominałam o tej nieobecnej. I w końcu zapomniałam na dobre!
Aż do chwili, przed paru laty, gdy w wywiadzie radiowym zapytano mnie o ulubione lektury dzieciństwa.
Sięgnęłam pamięcią wstecz, poprzez setki i tysiące cudownych książek, które od tamtego czasu przeczytałam. I nagle ujrzałam, jak żywy, mój skarb.
- „Książka o Hani”! - powiedziałam.
- Nie znam tego - zdziwiła się pani redaktor. - A kto jest jej autorem?
Ze wstydem musiałam odpowiedzieć, że nie wiem.
I nie wiedziałam też, jak i gdzie „Książkę o Hani” odszukać. A miałam na to coraz większą ochotę, bo nagle zaczęłam za nią tęsknić. To mi się przypominała szklana góra, to znów twarde, złote jabłka albo kulawy Starszy Brat z wielką chustką do nosa, czy też Pan Twardowski na księżycu, z pajączkiem uczepionym buta.
I co się stało? Stało się to, że - skoro ja nie mogłam odnaleźć „Książki o Hani” - ona odnalazła mnie. Wiedziała, że jest mi przeznaczona. Habent sua fata libelli.
Wyobraźcie sobie, że tamtą audycję radiową usłyszała przypadkiem (?) pani Anna. A jej siostra, Barbara, napisała do mnie ostatnio list – prosto na adres tej strony.
Autorką „Książki o Hani” była ich mama, Wanda Ottenbreit! - kobieta uczona, matematyk i astronom, wykładowca na uniwersytecie w Rzeszowie. Można o niej przeczytać w internecie.
Wanda Ottenbreit pisała również opowiadania fantastyczne i drukowała je w różnych czasopismach, była też autorką wierszy. Ale przede wszystkim była mamą – aż ośmiorga dzieci!
W życiu tej pięknej rodziny nastały wydarzenia smutne i nawet tragiczne. Pośród wielu zmartwień zapomniano o wydanej w roku 1949 „Książce dla Hani”. Jedyny zachowany jej egzemplarz zaginął, szukano go potem bezskutecznie. A w roku 1992 pani Wanda Ottenbreit umarła.
Przyjaciel rodziny, znany rzeszowski twórca, zajmujący się konserwacją i artystyczną oprawą książek, zaczął szukać „Książki o Hani” i odnalazł ją w jednej z bibliotek warszawskich. Wykonał kopie i pięknie oprawił kilka unikalnych egzemplarzy - dla dzieci pani Wandy Ottenbreit.
Jej córka, Barbara, postanowiła podarować mi swój egzemplarz i jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo oto spełniło się moje marzenie, skarb mojego dzieciństwa wrócił do mnie. W dodatku – nic a nic się nie zmienił, nie postarzał ani nie zniekształcił! Nadal jest to cudowna, ciekawa opowieść, która wzrusza i bawi; teraz potrafię już powiedzieć (wtedy zaledwie to wyczuwałam), że jest też świetnie napisana: z talentem, kulturą literacką, z wyczuciem słowa i przede wszystkim – z wielkim, ale dyskretnym ładunkiem uczucia.
I - czy uwierzycie? - całe jej fragmenty nadal znam na pamięć!
Książkę tę zapewne uda się pani Barbarze wydać niebawem i wtedy sami zobaczycie, KC i DC, jaka jest ładna. Pewnie zostanie wydana jako reprint, w tej samej więc oprawie graficznej, która mnie tak urzekła , kiedy byłam pierwszo- a może drugoklasistką.
To mi przypomina, że KC evan z Księgi Gości prosi o zaznaczenie, gdzie jestem na tych starych zdjęciach klasowych, widocznych w galerii. No, zwykle stoję pośrodku. Są już tam takie niewyraźne znaczki, ale zamieściłam te zdjęcia przede wszystkim po to, byście sobie obejrzeli wszystkie dzieci – jedne z kokardami, inne umorusane, jedne w szelkach, drugie - z obwisającymi pończochami bawełnianymi. Kilku z tych chłopaków bawiło się, pamiętam, niewypałami na Cytadeli, cudem uszli z życiem. A wszyscy byli z lekka niedożywieni. Åatwo się domyślić, jaki to był czas. Klasa pierwsza podstawowa, zakończenie roku szkolnego 1951/52. Nauczycielka, sroga pani Tezlaff, właścicielka trzcinki (do bicia po łapach). Jureczek J. Trochę o tym pisałam w „Tym razem serio”.
A właśnie! W Księdze Gości (a czytam ją bardzo uważnie i z wielką przyjemnością, często się przy tym uśmiechając!) znalazłam apel KC Dany do wydawnictwa o wznowienie „Tym razem serio”. Otóż, wydawca pali się, by to wydawać; to ja wstrzymuję wznowienia. Wydaje mi się, że ta książeczka jest zbyt powierzchowna i już nieaktualna wobec tego, co się potem w naszej rodzinie wydarzyło. Rodzinne historie tam opowiedziane zasługują na dużo większy pietyzm z mojej strony. Może się tym kiedyś jeszcze zajmę należycie.
Jeszcze o Księdze Gości (bo na te setki wspaniałych listów mailowych, tak jak od początku przewidywałam, muszę jednak odpowiadać indywidualnie, inaczej się nie da...). Pełno tu przyjaznych uczuć i sympatii. KC Hanka czuje się na tej stronie jak u dobrej znajomej. Dziękuję za to! A tu już się KC i DC umawiają, zapoznają, korespondują i pomagają sobie wzajemnie. Bardzo mnie to cieszy!
Piętnastoletnia Paulka napisała (a KC bazylekk jej wtóruje), że ma nadzieje, iż tacy ludzie, jak w Jeżycjadzie, żyją naprawdę. No, pewnie, że tak! Może nie tacy sami, i może nie wszędzie, ale zacnych, porządnych ludzi naprawdę jest na świecie dużo. Zawsze uważam, że musi ich być więcej niż złych, bo inaczej ten świat dawno by już zginął.
KC Lioness z Lubina dziękuje za „niezniszczalną” Gabrysię B. KC lotta7 deklaruje sympatię dla Åusi i Józinka. KC Marta z Turka „zaraża Jeżycjadą” swojego chłopaka, jego mamę i brata, a KC Agnieszka namówiła do czytania tejże swego tatę, prawdziwego mola książkowego! KC AniaT kopiuje żmudnie ilustracje, KC Olusia czyta Jeżycjadę odkąd skończyła lat 9, i tak dalej. Powinnam już dawno pęknąć z dumy, zbryzgana obficie wodą sodową, ale na szczęście poczucie humoru pozwala mi zachować właściwe proporcje we wszystkim. Więc tylko skromnie drepczę do mojego stołu i przykuwam się do niego za nogę, żeby nie wabił mnie ogród, rower, spacery, wiewiórki na sosnach, dojrzewające śliwki, dzieci, wnuki, gry i zabawy, filmy, książki, księżyc, jezioro i inne przeszkadzacze. I piszę. To, co mnie spotyka z Waszej strony - przede wszystkim zobowiązuje!
Dziękuję oddzielnie KC Adriannie za zrozumienie („nie wolno poganiać twórcy”). A KC julusia, dwunastolatka, co prawda tylko raz była pod zimnym prysznicem, ale Strasznego Cuguara Nie Dla Dzieci obejrzała bez większych uszczerbków na zdrowiu. Czyli jednak - zahartowana... Nawiasem mówiąc, cuguara po cichutku wciąż więcej i więcej przyrasta - i jeszcze kilka odsłon, a ohydna całość ujawni się w pełni. Julusia! Zamknij oczy.
Kochane Czytelniczki: Literakomanka, Kasiunia, Hanka, Monika i Wszystkie Miłe Osóbki z Księgi Gości zechcą przyjąć mocne uściski. Serdecznie je pozdrawiam i każdą z osobna całuję w to jej mądre czółko!
Małgorzata Musierowicz.
PS WAŻNE! - Siostra KC Marysi wróciła już ze szpitala. Życzymy jej poprawy zdrowia, siły ducha i pogody w znoszeniu różnych trudów. Odwagi!!! My tu jesteśmy, wytwarzamy fale energii pozytywnej, trzymamy kciuki, myślimy i wspieramy. Prawda?
PS 2 Dziś mija drugi miesiąc od uruchomienia tej strony. Oto wyniki statystyczne:
Wysłano 496 kartek;
Dziennie wchodzi tu średnio 190 osób;
Odwiedziło nas w sumie 6811 osób.
PS 3 Ojej, ale mi się dużo dzisiaj napisało... Czy aby nie za dużo?
|
|
|
06 sierpnia 2008
|
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy! - już pędzę z nową odpowiedzią zbiorową i melduję też, że można dziś, jakby kto chciał, oglądać kolejną odsłonę cuguar cannibalis. „To był świetny pomysł, tak ukryć tego potworka.” - pisze w długim liście mailowym miła KC fucia, po czym, zaradne dziewczę, dodaje: „Czekam na ujawnienie się całego i chyba zrobię tak, że za jakieś dwa tygodnie po prostu wejdę na tę stronę i zobaczę potworka w całości”. No, faktycznie. To jest jakieś rozwiązanie. Praktyczna KC fucia postuluje również przedstawienie na e-kartkach całych jeżycjadowych familii, bowiem świetnie rozumie, jak trudne byłoby spełnienie życzeń z księgi gości (żeby pokazać na stronie wszyściutkie ilustracje ze wszystkich części Jeżycjady). Obliczyła (ona jest naprawdę zorganizowana, ta fucia!), że skoro jest tych powieści 17, a w każdej średnio 10 ilustracji (notabene, ja myślę, że jest więcej, ale nie chce mi się liczyć), to w sumie byłoby 170 obrazków. „Po tygodniu ładowania obrazków na stronę śniłoby się pani : kopiuj>>wklej kopiuj>>wklej i tak jeszcze 168 razy!”. Tak jest, fuciu. Ty mnie rozumiesz. Zrozumiesz więc także i to, że Ci jednak nie odpowiem jednoznacznie, czy i kiedy wykonam te wymyślone przez Ciebie e-kartki. Nauczyłam się już, żeby za wiele nie obiecywać, bo mnie potem chcą linczować, jak się opóźniam z realizacją, przedkładając własne sprawy ponad potrzeby czytelników. Pożywiom, uwidim, jak rozsądnie mówią Rosjanie, czyli po naszemu - będzie, co będzie.
A co będzie? Niespodzianka. I to jest miłe.
Mały kłopot rysuje się też na horyzoncie w związku z zapowiedzią e-kartek „na specjalne życzenie”. KC emiko odezwała się od razu z prośbą o kartki dla Agnieszki, Emilii oraz Róży. Z przyjemnością je zrobię, emiko kochanie, bo i tak zamierzałam uhonorować przynajmniej KC Agnieszki i Emilki. Jednak muszę zwrócić wszystkim uwagę, że te zamawiane kartki powinny być naprawdę na specjalne życzenie, bo wszystkich życzeń nie zdołam spełnić. Codziennie - jak pokazują statystyki - wchodzi na tę stronę średnio 150-200 osób. W sumie odwiedziło nas tu, przez półtora miesiąca, ponad 5000 istot ludzkich, jak by powiedział Bernard Ż. Sami widzicie. Życzenia muszą być specjalne i bardzo potrzebne - tak jak było w przypadku Marysi. Inaczej będę tylko malować karteczki, a „Sprężyny” pisać nie będzie kiedy.
Codziennie dostaję dziesiątki Waszych listów mailowych, ale nie na wszystkie jednak odpisuję e-pocztą. Na przykład DC anima vilis zadaje pytanie, które jednocześnie znajduję w wielu innych listach, dlatego wolę jej odpowiedzieć zbiorowo: „Czy pani się utożsamia z Milą Borejko?” (z Gabrysią, z Natalią? – etc. etc.- pytają inne KC.)
Otóż, nie utożsamiam się z żadnym ze swoich bohaterów, choć niewątpliwie każdego z nich sama wymyśliłam. Przeciwnie: jest nawet tak, że bardzo się staram, żeby nie zamęczać czytelników projekcjami swojego EGO (ponieważ sądzę, że to jest w złym guście). Natomiast bardzo lubię wchodzić w skórę takiej wymyślonej postaci i próbuję oglądać świat jej oczami. Fantastyczna zabawa, bardzo pouczające doświadczenie. Przy okazji można zaobserwować, jak wiele osób spośród dorosłych nawet czytelników nie umie oddzielić punktu widzenia postaci literackiej od punktu widzenia narratora, który to punkt wcale przecież nie musi być identyczny z własnymi poglądami autorki. Zabawne!
KC natalia 0011 i KC dominika zadają również często występujące pytanie: czy istnieją pierwowzory jeżycjadowych bohaterów. Odpowiadałam na to już wielokrotnie, ale odpowiem znowu, ponieważ rosną nam ciągle nowe roczniki KC i DC (przy okazji: jak dotąd, najmłodszą KC, jaka pojawiła się na tej stronie, jest oliwiazyrafa z Zabrza. Ma ona lat jedenaście! Druga w kolejności jest KC juliattr, lat dwanaście. A najstarszy jest, jak sądzę, DC Plugawy Pawełek z księgi gości: co tu dużo gadać, on jest nawet profesorem!!!). Otóż, wracając do rzeczy: wszystko wymyślam. Strasznie lubię wymyślać i świetnie się przy tym bawię. Ale kiedy mam opisywać to, co właśnie przeżyłam naprawdę, ziewanie rozrywa mi szczęki. Przecież to się właśnie zdarzyło - więc po co o tym pisać? Nudno! Nie cierpię pisać dziennika. Uwielbiam pisać powieści i bajki. Lubię stwarzać w wyobraźni wydarzenia i ludzi, których nie było. Czasem ktoś ze świata realnego poprosi mnie o to, bym go umieściła w Jeżycjadzie - i jest kilka takich portrecików, porozsiewanych, dla zabawy i uciechy, po różnych powieściach. Ale to są wyjątki.
DC piotr.nawara i KC monika24 choć są w różnym wieku, zadają podobne pytanie. Chodzi im mianowicie o to, jak zostać pisarzem. DC piotr.nawara zastanawia się nawet, czy słusznie czyni, nie czytając w ogóle niczego (obawia się „zainfekowania obcymi pomysłami”). Odpowiadam zbiorowo: uważam, że ten, kto chce napisać coś własnego, musi przedtem przeczytać maksymalnie dużo książek innych (najlepiej: świetnych!) autorów. W ten właśnie sposób uczymy się tego zawodu my, szaraczki-amatorzy: jak rzemieślnicy, terminujący u mistrza – podglądamy jego metody, odgadujemy jego zawodowe tajemnice. Pewnie, może się zdarzyć, że niechcący zapatrzymy się w któregoś z mistrzów, że „zainfekujemy się” i przez moment będziemy trochę wtórni. Trudno. Wypadek przy pracy. To się zdarza. Ale przynajmniej nie napiszemy nowej (zakład, że gorszej!) wersji „Dżumy” czy „Lalki”, bo już będziemy wiedzieli, że takie książki istnieją!
Podobno wszystko już było – e, nieprawda. Wciąż jeszcze możecie mówić własnym głosem, bo każde z Was jest przecież wyjątkowe i jedyne. A skoro będziecie mówić własnym głosem, to z pewnością i własny temat się znajdzie. Każdy człowiek ma do opowiedzenia jakąś wyjątkową historię!
Czytajcie, czytajcie, czytajcie bez umiaru! - a potem dopiero piszcie. Piszcie tak, jak jeszcze nie pisano. I nie proście NIKOGO o pomoc czy radę. Nie wolno!!! Tę pracę MUSICIE wykonać sami! - inaczej po prostu się nie da. Jedyną zaś osobą, której słuchać powinniście po napisaniu swojej książki, jest redaktor w wydawnictwie. Inni się nie liczą. Kropka.
W Księdze Gości mnóstwo sympatycznych głosów. KC kerstin pyta, czy Jeżycjada mogłaby choć w jednej powieści rozgrywać się w Krakowie. Prośba zostanie rozpatrzona i zobaczymy, co się da zrobić. KC małgonia informuje, że Jeżycjadę czyta zawsze, gdy choruje. Ojej... A czy gorączka od czytania Ci spada, czy wręcz przeciwnie? Życzę Ci jednak zdrowia, małgoniu! KC mmaupa, z której mamusią mamy podobny charakter pisma, bawi się również, jak my, w mimo-grę (czyli: kalambury). Hasełko o sztuce mięsa zgrabne, mmaupo, i już wiem, jak można by je zademonstrować. A co powiesz na nasze? (cytuję z kajeciku mimo-growego, który zawiera wiele już zapisów):
1. Pospiesz się, dziarski przechodniu!
2. Człowiek, który żeglował w błękicie
3. Proponujesz nam ohydne machinacje giełdowe
4. Sprecyzowałbym to, ale ostatnio otępiałem
5. Nieuzasadniona konfiskata mienia
6. Nieciekawy kandydat poparty przez motłoch
7. Przygody niezamężnej stenotypistki sądowej
8. Zachwyceni niewolnicy różanopalcej Jutrzenki
9. Turkusowe są przestworza w obrębie morza
10. Bo ty to byś tylko wymyślał głupoty.
Wszystkie hasełka zostały prawidłowo pokazane – i wszystkie zostały odgadnięte w tempie rekordowym! Odstąpię darmo, podaj dalej.
Miło tu stale widzieć naszego DC jupitersa, który czeka na wygaszacze, podobnie jak KC Monika; otóż, z tym mamy mały problem techniczny i uporczywy brak czasu na jego rozwiązanie. Ale wygaszacze już namalowałam (są skrzypeczki!) i jeśli nam się nie uda z techniką, to wkleimy je do tapet, żeby się takie ładne obrazki nie zmarnowały.
Kochana Czytelniczka julusia, lat 12, wzorem Gabrysi Borejko bierze zimny prysznic. Oj, kochanie, przyhamuj, to nie miał być wzorzec postępowania, lecz raczej obraz młodzieńczego bzika i przesady. Obawiam się o Twoje gardło. Letni prysznic, julusiu, letni, dziecinko. Wystarczy.
KC ola z Edynburga zachwyca się dziećmi z audycji Radia Merkury, zamieszczonych w naszym dziale Multimedia. Jak najsłuszniej! Były to trzy cudowne, błyskotliwe i urocze siostrzyczki N. oraz chłopiec Jasio, jeszcze bardziej uczony niż Ignacy Grzegorz. Fantastycznych dzieciaków poznałam przez tych osiem lat pracy w RM doprawdy mnóstwo i śmiać mi się chce, gdy mi kto zarzuca, że dzieci w moich powieściach są zbyt mądre. Ludzie, ludzie! Co wy wiecie o dzieciach!... Zwłaszcza dzisiejszych. Mnie się pytajcie, jestem specjalistką. Tak, dzieci to moja specjalność, że strawestuję sobie, za pozwoleniem, znany tytuł Chandlera.
KC iza pisze, że przy tym regale można tkwić godzinami (dziękuję!), a mnie się przypomina, ile to razy chowałam w skrytkach i szufladkach mebli (z mebli mamy głównie regały...) przeróżne niespodzianki dla naszych czworga dzieci – np. prezenty gwiazdkowe, lub urodzinowe. Albo choćby jakieś pyszne cukierki „na po obiedzie”. Wiadomo było, że wszystko zostanie wywęszone i zjedzone, ale i tak kontynuowałam chowanie. (Pisałam zresztą o tym w „Na Gwiazdkę”). Sami widzicie, KC i DC, że jesteście niemal jak moje dzieci, skoro i dla Was utykam niespodzianki w zakamarkach regału. A będzie ich jeszcze, będzie! - ho, ho. Niech no tylko skończę tę „Sprężynę”.
KC kasia.glinka pyta, dlaczego nie można nigdzie kupić „Tym razem serio”. Odpowiedź znajdziesz, Kasiu, w wywiadzie, jakiego udzieliłam gabuniborejko - odsyłam Cię na jej bloga (http://gabuniaborejko.blog.onet.pl), żeby tu za długo nie przynudzać i się nie powtarzać. (Znakomita Gabuniu, uściski, pozdrawiam Cię serdecznie!)
Księga Gości jest doprawdy świetnym wynalazkiem i w naszym przypadku obfituje w osoby miłe, kontaktowe i dowcipne. Strasznie lubię tu wpadać od czasu do czasu i czytać sobie te Wasze głosy, a nawet już i – rozmówki. Pomijam oczywisty fakt, że miło jest czytać pochwały i serdeczności pod własnym adresem – kto by tego nie lubił?! Jest tu jednak coś jeszcze, co mnie mile zaskakuje, jakiś ogólny duch przyjaźni, wspólnoty, życzliwości. Czyż nie jest prawdą, że tam, gdzie te elementy występują - tworzy się kawałek lepszego świata? (i vice versa, oczywiście: kiedy dominują złośliwość, wrogość i frustracja, świat robi się coraz gorszy).
Bardzo jestem Wam wdzięczna, KC i DC, za ten kawałek dobrego świata i cieszę się, że los mnie z Wami zetknął! Wszystkich Was razem serdecznie i mocno ściskam, każdego z osobna też – i bardzo dziękuję.
Wasza -
MM.
PS Pozdrowienia, uściski i podziękowania dla KC Siella, dla arletty, asi, Anny Marii Magdaleny, dla Kasi, Brianny, Yasai, mani i aduśki!
Wpadnę tu jeszcze w tym miesiącu i opowiem Wam o niezwykłej przygodzie, jaką miałam ostatnio w związku z ulubioną książką dzieciństwa! - dziś już nie zdążę. Cześć i czołem.
|
|
|
03 sierpnia 2008
|
Uwaga!!! Cuguar cannibalis już straszy!!!
Na życzenie najodważniejszych (a może: najbardziej ciekawych?) KC rusza pokaz tego potwora (rok produkcji: 1965, praca studencka). Publikowany jednak będzie w odcinkach, dla bezpieczeństwa najmłodszego pokolenia KC i DC. Publikacja odbywać się będzie w rytmie: trzy odcinki cuguara co trzy dni. Odcinki będą zakamuflowane, to znaczy - ukryte za zdrapką, którą usuwa się za pomocą myszy. A dodatkowym zabezpieczeniem będzie ukrycie odcinków w szufladzie. W której? A, to już sobie sami wydedukujcie. He, he. (Oj, jak ja lubię tak się z Wami bawić! Bardzo inspirujący jest ten internecik.)
6 sierpnia wpadnę tu z odpowiedzią zbiorową.
No, to na razie. Ściskam Was. MM
|
|
|
|
|