|
|
26 listopada 2008
|
Już lecę, już lecę, przedzieram się przez śniegi i wpadam tu zziajana. Cześć i czołem! Witajcie, KC i DC!
Aaależ mnie zasypało - listami, mailami, wpisami na stronie! Czy ja nie mam za dobrze? Czy mi się czasem w głowie nie przewróci? Odpowiedź: nie. Nie ma siły.
A teraz już czas na sprawozdanko z podróży do Grudziądza i Bydgoszczy.
Otóż 21 listopada pojechaliśmy tam sobie we dwoje z panem Musierowiczem, z kanapkami, herbatką w termosie i jabłkami. Miło nam się jechało przedpołudniową porą, słonko świeciło, odtwarzacz mruczał nam Raya Charlesa, a zdążaliśmy do biblioteki dziecięcej w Grudziądzu na godzinę dwunastą. Widząc w oddali zabytkowe Chełmno, pięknie położone na wzgórzu, nad Wisłą, wymieniliśmy, jak zwykle, zachwycone uwagi na temat krzyżackich budowniczych i stwierdziliśmy, że nigdzie nie ma drogowskazu na Grudziądz.
Gdzieś za Dragaczem powinniśmy skręcić w prawo, ale ponieważ nadal nie było stosownego drogowskazu, jechaliśmy ostrożnie dalej. Pierwszym zauważonym przez nas większym skrętem w prawo był zjazd na autostradę do Gdańska. Nie mieliśmy czegoś takiego na mapie, lecz ufnie skręciliśmy. Było wpół do dwunastej i mieliśmy mnóstwo czasu.
Teraz pędziliśmy widmowo pustą, nowiuteńką autostradą (bez jednego nawet zjazdu w bok), u której początku nabyliśmy w milczącym automacie bilet, do skasowania w przyszłości. Moment ten nastąpił po przejechaniu 30 kilometrów: pokazała się budka z samotną panienką. Panienka skasowała bilet i poradziła nam skręcić w prawo. Była godzina dwunasta. Pan Musierowicz był zdesperowany. Ja miałam stres czasowy.
Głos mojego wydawcy brzmiał w telefonie dziwnie nerwowo, a w tle rozbrzmiewał jakiś wielogłosowy gwar.
- Tu są ich całe setki! - rzucił pan Konrad Pakuła. - Co my tu z nimi zrobimy przez pół godziny?!
Tyle istotnie czasu minęło, nim boczną drogą, poprzez osady i miasteczka, dotarliśmy na miejsce.
Grudziądz też zbudowali Krzyżacy. Umieli budować, psiajuchy! Z mostu na szerokiej Wiśle rozpościera się piękna panorama miasta. Niestety, nie mogłam się nią napawać, bo staliśmy w ogromnym korku przed skrzyżowaniem i stres czasowy zaćmiewał mi wzrok.
Ale w budynku biblioteki panowała względna cisza, chociaż pękał on w szwach: młodzież, zwolniona z lekcji, przybyła na spotkanie tak ochoczo i tak licznie, że siedziała nawet na podłodze oraz schodach, wiodących na piętro. Wszyscy wyglądali na bardzo zadowolonych z sytuacji i nikt nie chciał gwałtem wracać do szkoły, i nikt też mi nie powiedział nawet jednego złego słowa! Była tam również miła pani, która przyznała pocieszająco, że i ona niedawno została tak zwiedziona na manowce, to jest - na tę nową autostradę. Poczułam się odrobinę lepiej.
Wszystkim KC i DC z Grudziądza dziękuję za cierpliwość, wyrozumiałość i dobrą wolę. Poznałam mnóstwo miłych osób - młodziutkich, młodych i starszych! Bardzo serdecznie Was pozdrawiam i raz jeszcze przepraszam za spóźnienie!
Do Bydgoszczy wyjechałam z Grudziądza z wydawcami - pp. Iwoną i Konradem Pakułami. Wyruszyliśmy po drugiej, w pogodę chmurną, nie zdążywszy już zjeść obiadu ani nawet napić się herbaty (mój termos i kanapki - niestety, niestety! - odjechały w kierunku zachodnim, wraz z panem Musierowiczem). Pan Konrad przestrzegł, że w Bydgoszczy zdarzają się korki i dlatego musimy po prostu jechać przed siebie, nigdzie się nie zatrzymując.
- A może być ciężko - dorzucił.
I było.
Nagle wokół zrobiło się biało od śniegu. Samochody jechały powoli. I było ich coraz więcej. Przed Bydgoszczą już utykaliśmy na dłużej, a w samym mieście po prostu staliśmy (zapadła już ciemność) i to przez kolejne kwadranse - w tym samym miejscu. Pani Iwona z nagłą determinacją złapała za telefon i zawiadomiła szefa „Matrasu”, że chyba się spóźnimy, bo stoimy w korku.
- Nawet się specjalnie nie zdziwił - zauważyła, zaskoczona.
Z korka - przesuwającego się z wolna, metr po metrze - dzwoniliśmy do księgarni jeszcze kilka razy, informując, w którym punkcie miasta się znajdujemy. Pan Konrad był ponury i miął w ustach jakieś wyrazy. Pani Iwona była jak zwykle spokojna i wesoła. Ja miałam jak zwykle stres czasowy. Dziwna rzecz, rozmawialiśmy nie tylko o korku. Mówiliśmy też co chwila o jedzeniu.
Na Długą dotarliśmy z 45-minutowym opóźnieniem. Przed księgarnią ulica ziała pustką i byłam przekonana, że wszyscy się obrazili i poszli do domu. Ale nie! Wytrwali! Cała wielka kolejka została zaproszona do środka i grzała się w cieple przyjaznej księgarni. Spóźnienie nasze przyjęto bez zdziwienia: „W Bydgoszczy to normalne” - powiedzieli wszyscy pobłażliwie. Jak się okazało, niedawno, podczas remontu jezdni na którejś z ważnych ulic znaleziono jakieś pradawne szkielety i inne wykopaliskowe skarby, więc remont wstrzymano i zabrano się za odkrywkę. Zanosi się na jeszcze wiele korków. Ludność, podobno, już przywykła...
Znów poznałam mnóstwo miłych ludzi - a wielu przyszło do tej księgarni po raz kolejny, bo w Bydgoszczy spotykamy się zwykle przy Długiej właśnie. Przyszedł jak zwykle DC Michał z rodziną - jest to mądry, czarnobrewy młodzieniec (ależ urósł od zeszłego roku!). Michał wpisał się, nawiasem mówiąc, na moją prośbę, do Księgi Gości. Chciałam, żebyście mi wreszcie uwierzyły; są tu z nami panowie, ja to wiem z licznych od nich listów mailowych!).
Przyszła też Babcia Irenka z córką i śliczną wnuczką. Poznałam KC Sandrę, godnie reprezentującą wielkie forum Jeżycjada jedyna i KC rudzielec, która wcale nie jest ruda. Dostałam od rudzielca płytę z nagraniem chóru żeńskiego z I LO, pod dyrekcją Moniki Wilkiewicz. Wspaniała robota! Dziewczyny śpiewają jak anioły - a jak różnorodny mają repertuar! Od psalmów Mikołaja Gomółki po gospel! Pani Moniko, dziewczęta! - gratuluję i pozdrawiam!
Drugą płytę wręczyła mi miła osóbka, której imienia nie pamiętam: Pieśni Bożonarodzeniowe. Już przesłuchałam. Śliczne! Bardzo dziękuję - będziemy ich słuchać w Wigilię (ładna ta okładka: grubiutki noworodek, trzymany czule w dłoniach).
Po wyjściu z księgarni (było już po siódmej) udaliśmy się biegiem na kolację do pobliskiej knajpki. Nie pamiętam, kiedy jeszcze w życiu byłam tak strasznie głodna! Ubłagałyśmy z panią Iwoną kelnera, żeby dał nam zupę natychmiast, bo inaczej od razu mu zemdlejemy pod stołem. Przeląkł się naszej determinacji i przyniósł szparagową. Była gorąca, biała, kremowa - z grzaneczkami. Nigdy nie jadłam lepszej!
W domu byłam przed północą. Ze zmęczenia nie mogłam zasnąć do czwartej.
A Wy mi każecie jeździć do Krakowa! - no, nie wiem.
Dobrze! - to już koniec tego przydługiego sprawozdania. Przejdźmy teraz do odpowiedzi na Wasze wpisy w Księdze Gości. W pierwszym porywie odpowiadam DC Zgredowi 1967. Drogi Czytelniku! Ty rzeczywiście - jak sam napisałeś - masz skłonność do nadinterpretacji. Słowa „kadencja” w żadnej mierze nie użyłam jako „aluzji do polityków”. Czy jeśli użyję w powieści słów: „leń”, „ignorancja”, „rozczarowanie”, „sobek”, „kłótliwość”, „nuda”, „próżność”, „niekompetencja” - to też będziesz to interpretować jako polityczne aluzje? No, widzisz. Poza tym, do aluzji trzeba było się uciekać w czasach, gdy rządzili cenzorzy peerelu. Teraz mamy już tylko samozwańczych cenzorów myśli, więc - co tam! - stawiamy na otwarty tekst. Oczywiście, jeśli mamy ochotę. Osobiście do wielu tematów jestem zniechęcona.
KC Agaja postuluje, bym ułożyła program Koncertu Mozartowskiego i pomysł ten bardzo mi się podoba. Oczywiście, nie jestem w stanie zorganizować takiego wydarzenia w Filharmonii, ale obiecuję, że rzecz rozważę wnikliwie i ułożę nawet kilka takich programów. Znajdziecie je (w dniu św. Mikołaja), w szufladkach, do których poza tym zamierzamy z Adminem napakować różnych miłych niespodzianek mikołajkowych. Na przykład, schowamy tam tak pożądany (przez KC mruwkę, AleksandręwoleOla i Kalimer ) przepis na babeczki kokosowe z żurawinami. I tak dalej.
KC Agaja zapytuje też, dlaczego bliźniak Żeromski w „Sprężynie” zwraca się do Idy per „pani”, kiedy przedtem mówił do niej: „ciociu”. A dlatego, Kochana Czytelniczko, że tak mi się podoba. Taka już jestem, widzisz, samowolna. Nawet gdyby mi się spodobało wypisywać niekonsekwencje, to bym sobie wypisywała. Ale, poważnie mówiąc, zauważyłam, jako matka wielodzietna, że dorośli już młodzieńcy wolą używać formy oficjalnej wobec koleżanek mamusi. Wolą też, kiedy do nich zwracają się te damy per „pan”, a nie np. per „Pimpuś Sadełko”, jak kiedyś. Rozumiem to stanowisko.
Kilka KC porusza w Księdze temat ekranizacji „Jeżycjady”. Przychylam się do zdania KC asieńki: przecież ja już ich wszystkich narysowałam! - więcej naprawdę nie trzeba. Odrzuciłam definitywnie dwie propozycje uczynienia serialu telewizyjnego z „Jeżycjady”. Seriali w telewizji jest pod dostatkiem i wszystkie są do siebie dziwnie podobne. Ja tam wolę, żebyście czytali, a nie gapili się w telewizor.
Nasza junioreczka KC julusia z Wadowic napisała w mailu, że jest tu ciągle z nami, ale nie wpisuje się do Księgi Gości. A dlaczego, julusiu? Hm? Dlaczego, pytam?! Proszę, byś nam tak nie skąpiła swojej obecności. Lubimy Cię! Przestań się kryć w cieniu - żeby mi tego więcej nie było!
Czy KC joanka z Gdańska już wyzdrowiała? Prosimy o znak życia. Co za młodzież. Najpierw straszy, że ledwo zipie i leży z wysoką gorączką, a potem – ani słowa, że jej spadło.
KC bea zechce ucałować w czółko swojego małego Ziutka. Mniam!
Ach! No i właśnie! Zapomniałam o najważniejszym! Odezwały się te dwie Kochane Czytelniczki z Poznania, co to wymyśliły Ziutka! I co się okazuje - zgroza! Inicjatorka Ziutka, a wnuczka moich znajomych wcale nie ma na imię Aśka! (jak mogłam się tak pomylić!) - jest to Madzia! A jej koleżanka nosi imię Misia! Obie urocze dzieweczki wyrażają uprzejmie zadowolenie ze sposobu, w jaki przeniosłam ich postulaty na karty „Sprężyny”. Postać Ziutka wydaje im się w pełni udana. No, ja myślę! Wasz pomysł był przedni!
Chciałabym jeszcze specjalnie serdecznie powitać na naszej stronie DC beniaminka. Ten młody człowiek, specjalnie przywiązany do postaci Staszki z „Języka Trolli”, właśnie założył sobie w domu internet i będzie teraz z nami. Jak to miło! Beniaminku, o Staszce obiecuję napisać w przyszłości. Pewnie, że wyzdrowiała!
A czy wiecie, że DC jazłowiak jest prawdziwym ułanem?! Już ze sobą korespondujemy. Myślałam, że ma ze sto lat i zastanawiałam się, jak on się trzyma na tym koniu, ale nie - to młody człowiek. Bardzo miły! Do twarzy mu w furażerce (przysłał zdjęcia szarży ułańskiej).
Wreszcie, na zakończenie tego przydługiego dziś wpisu, witam z uśmiechem gościnnym nowe osoby, które pojawiły się w Księdze Gości i od razu się tu zadomowiły. Są to KC i DC: Rudzielec, Justine xD, Lena, Molka książkowa, mentalnie w niebie, Azig, hanka, migotka, karola, bucialaluna, Pam, ewa, jolar80, Doktorek Kombinatorek, as, Magnolia, HolleeRa, E.F., Michał, Słoninka, kasiarzynka, ajtt, Gosiula86, maturzystka, A1utka, mellon, lilia, Renia, domkov, Puszczykowianka, krychu8, marysia219, beatitudo, Olaik, Dżasta, shiri, Volke, Olciuuś, mamaIdy, zofia5, martito, joannaL, BM, MaNIa, Mała, Cel, syrenka, Asia, Åaś, madzialk, wielbicielka, amonite, basza, Asieńka, Dominika/Domas, Olagia, Monika„Aki”, KasiaR-N, tasza, koliberek73, Maga, Monia, joanna, Shea, Kota, Róża, reah, Aldona, Arletta, Åobuzek, S1Anna, jazłowiak, marusia, Jarek, fasolka1986, agreska7, Maciek, Katia,Malinka75, aniaa93, beniaminek1983, Izolda, Paweł-fan, PaltoSześć, Zgred 1967.
Coraz więcej Was tutaj. Statystyki strony wykazują rekordy frekwencji. Rekord mieliśmy dnia 14 listopada: wpadło Was do mnie z wizytą aż 978!
Skrzynka mailowa pęka w szwach. Odpisuję wiernie wszystkim, ale stopniowo.
A w końcu pozdrawiam specjalnie KC Martynę. Zechciała ona przypomnieć nam o rocznicy wystawienia „Dziadów” u Dejmka (które to wydarzenie poprzedziło Marzec’68), oraz o rocznicy śmierci (26 listopada 1855 roku) Adama Mickiewicza.
Aa-dammm! (u córki wisi portret Mickiewicza - stary, świetny oleodruk, który jej kiedyś kupiłam w graciarni. Nauczyli moją malutką wnuczkę, że to wujek. A ona, siedząc na podłodze, wpatrywała się w portret i mówiła grobowym głosem: „Aaa-dammm! Aaa-dammm!”)
Oczywiście - pamiętacie, że urodził się w Wigilię? Co roku, łamiąc się opłatkiem, myślę o nim.
A w niedzielę zaczyna się Adwent! Hej! Gwiazdka już blisko!
Moim zdaniem, mogłoby napadać pełno śniegu, mogłoby sypać codziennie aż do Świąt. Potem powinno wszystko stopnieć i od 1 stycznia zapanowałoby przedwiośnie. Nie lubię długiej zimy w ogrodzie.
Co ja się tak dzisiaj rozgadałam? Przepraszam za gadulstwo.
Do zobaczenia w Toruniu! (Empatyczna KC lotto7! Przybywam!)
Ściskam Was serdecznie -
Wasza - MM
|
|
|
19 listopada 2008
|
Informujemy, że w dniu 10 grudnia 2008 Małgorzata Musierowicz otrzyma Medal Polskiej Sekcji IBBY w dziedzinie literatury za całokształt twórczości. Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się o godz. 17.00 w Sali Konferencyjnej Biblioteki Głównej m. st. Warszawy (ul. Koszykowa 26/28).
|
|
|
16 listopada 2008
|
Kochane i Drodzy, zalały mnie setki rozkosznych maili, listów, wpisów do księgi Gości, słowem - fala przyjaźni i uznania. Dziękuję! Jednakże rozpocząć muszę nie od uciechy, tylko od erraty i bicia się w piersi (au! au! - ojoj, co to za bolesny obyczaj). Ledwie w dniu 12 listopada otworzyłam - na dowolnie wybranej stronie 203 - świeżutką „Sprężynę” - już oko me poraził okropny błąd, który - niestety - uczyniłam sama i którego nie mam nawet na kogo zwalić, bo zrobiłam go już po redakcji i korekcie, w ostatniej chwili.
Czy mogę prosić, byście wzięli długopisy w Wasze szlachetne dłonie i starannie poprawili to, co sknociłam? Strona 203! Początek podrozdziału 3. Jest: „Zażyła gorącą kąpiel” - (och, och!). A powinno być: „Zażyła gorącej kąpieli”. Naszpan Polonista na pewno wpisałby mnie do zeszytu z Ciekawostkami Minionych Dni. Ale, skruszona, wytłumaczyłabym mu się nadmiarem staranności, przy jednoczesnym jej niedoborze. Było bowiem tak (może Was to zainteresuje, bo sekrety kuchni zawsze są ciekawe) - w ostatecznej wersji, już po redakcji i korekcie, a przed moim ostatnim czytaniem, całe zdanie brzmiało:
„Wzięła gorącą kąpiel, wypiła duszkiem coldrex oraz herbatę z malin, zaprawioną cytryną i miodem, a mimo to miała wrażenie, że biorą ją dreszcze.”
Otóż, ja - pisząc - walczę z wieloma nawykami, a jednym z nich jest skłonność do mimowolnych powtórzeń. Zazwyczaj praca redakcji nad moimi tekstami polega głównie na wyłapywaniu powtarzających się słów. A teraz sama wyłapałam, że w jednym zdaniu jest „wzięła” i „biorą”. Poprawiłam szybko „wzięła” na „zażyła” i... zadowolona z szybkiej interwencji w ostatniej chwili, nie poprawiłam już tej nieszczęsnej „gorącej kąpieli”.
Niewielką jest dla mnie pociechą, że - poza jedną Karoliną S., która przysłała w tej sprawie list - nikt błędu owego nie skomentował. Sądzę, że to jedynie dobre wychowanie powstrzymało Was od uwag. Mam nadzieję jednak, że kto z Was ów błąd zauważył, nie omieszkał go dyskretnie poprawić, a kto dowiaduje się o nim dopiero teraz - poprawi go niezawodnie jeszcze dziś. W książce o Panu Poloniście nie powinno być takich byków!!! Ten wyrzucimy oczywiście w następnym wydaniu.
Ale poza tą jedną łyżką dziegciu w beczce miodu - jest dobrze. KC Marta słucha Mozarta, KC Kasia95 chyba też, bo skąd by wiedziała, dlaczego ja go lubię? I powracacie do „Pana Tadeusza”! Jak wspaniale! Pan Adam na pewno się cieszy.
Żałuję, bardzo żałuję, że dotychczas nie udało mi się dogadać z właściwymi instancjami (są ospałe!) i uzyskać zgody na zamieszczenie na tej naszej stronie nagrania Andante z Sinfornii concertante Es-dur Mozarta. Chciałam Wam zrobić taką niespodziankę, żebyście nie musieli długo szukać tej płyty i żebyście usłyszeli ten piękny utwór w absolutnie najlepszym wykonaniu. Ja mam kilka różnych nagrań, mogę je porównać i uważam, że nikt nie wykonał tej Sinfonii concertante lepiej niż Itzhak Perlman i Pinkas Zuckerman, z towarzyszeniem Israel Philhamonic Orchestra pod dyrekcją Zubina Mehty. Nagranie to pochodzi Festiwalu Hubermana, utwór wykonany tam został w grudniu 1982. Musiało tam być tego dnia coś cudownego w powietrzu - może sam Mozart przybył z zaświatów i przesyłał jakieś fluidy, w każdym razie - wykonanie jest niezrównane, wzruszające i doskonałe. Może jeszcze mi się uda to załatwić, będę się starała, bo oczywiście bez zgody właściwych osób żadnego utworu wykorzystywać w internecie nie wolno.
W każdym razie, wracając do „Sprężyny” i stresu czasowego, powodującego błędy, obiecuję Wam, że przy pisaniu „McDusi” nie pozwolę już sobie skracać terminu jej oddania o dziesięć dni! - niezależnie od tego, co ma w tej sprawie do powiedzenia niewidzialna, zimna i bezwzględna ręka wolnego rynku! A Wy najwyżej poczekacie trochę dłużej - prawda?
Tak, tak, he-he, słyszę, słyszę te okrzyki protestu... KC agataa już pisze w Księdze Gości, że nie może się doczekać 19 tomu, a dostałam też kilka maili w tej sprawie. Na pytanie „kiedy będzie McDusia?” odpowiem więc tak, jak zwykła to czynić moja kochana Przyjaciółka i Redaktorka, Danka, nagabywana przez wydawców: „książka będzie, kiedy będzie”. Uważam, że to jest świetne zdanie. Chciałabym też podkreślić, że nie jest możliwe, bym w kolejnych powieściach cyklu realizowała wszystkie zamówienia, postulaty i prośby czytelniczej rzeszy. Nie będę, na przykład, rozpisywać się o pieskach i kotkach, bo ludzie wydają mi się o wiele ciekawszym materiałem literackim, a i tak namnożyło się ich już tylu, że nie dam rady opowiedzieć o każdym, chyba że zdecyduję się rozdąć powieść do monstrualnych rozmiarów. Zresztą, niepodobna zadowolić wszystkich postulujących i nie da się też zrealizować wszystkich zamówień, zwłaszcza że są częstokroć wzajemnie sprzeczne.
Czasem jednak nie mogę się oprzeć i ulegam; tak było w przypadku „Sprężyny”. Przed niespełna dwoma laty przybyli do mnie, mianowicie, dawni znajomi z dziesięcioletnią, wymowną i bystrą wnuczką (oraz z jej równie bogato obdarzoną przez naturę koleżanką z klasy). Od razu zrozumiałam, że mam przed sobą Åusię, jak żywą, tylko z włosami prostymi i jasnoblond. Jakże ona miała na imię, ta dziewczynka? Aha! - Aśka. Powiedziała, że marzyła o tym spotkaniu, bo przeczytała już całą „Jeżycjadę” i nie może się doczekać „Sprężyny”.
- Całą Jeżycjadę!? - zdziwiłam się, a na to koleżanka Aśki dorzuciła, że phi, wielkie rzeczy, ona też całą przeczytała, a niektóre powieści to nawet dwukrotnie!
Powiedziałam, że wobec tego należy im się ode mnie nagroda, a one odparły zgodnie, że im też tak się wydaje, po czym powiedziały, że, będąc starszymi siostrami dzidziusiów, proszą o wzbogacenie „Sprężyny” problemem młodszych braci.
- Postać taka - dodała Aśka - powinna mieć na imię Ziutek, tylko Ziutek, powinna też ulewać, wymiotować ludziom na marynarki i ciągnąć wszystkich za nos. Ziutek musi też być bardzo ciepły, bo jest owocem gorącego tygodnia na plaży Copacabana.
Pomysł wydał mi się tak ciekawy, a podany został z takim Åusiowatym wdziękiem, że go zaakceptowałam bez zastrzeżeń. Teraz tylko się martwię, że zgubiłam telefon do dziadków Aśki i że nie mogę dać jej znać o ukazaniu się Sprężyny z Ziutkiem. Ale może sama ją znajdzie.
Pytacie więc już o „McDusię” - czy zaczęłam ją już obmyślać, a może i pisać? Odpowiedź brzmi: tak! Tym razem nie ma widocznych przeszkód w pisaniu (odpukać, odpukać!), wszyscy, dzięki Bogu, jesteśmy zdrowi, Mama - lat 92 - w najlepszej formie i mieszka już u mnie, więc nie muszę jeździć do Poznania, w ogrodzie posprzątałam, okopałam róże przed zimą, posadziłam trochę nowych i przesadziłam małą żółtą katalpę na przód domu, bo ta duża, którą widzicie w galerii, pokazała, jak bardzo drzewo to potrafi się rozrastać. Powinnam jeszcze umyć okna, bo zapuszczone są niemożliwie, z winy „Sprężyny”, ale właściwie to nie jest przeszkoda, więc siedzę sobie przy moim wielkim, wygodnym stole (to ten sam, KC Mago, którego historię opisałam w „Na Gwiazdkę”), obmyślam akcję i szkicuję twarzyczkę Magdusi. Jak tylko narysuję taką, jaka ona jest naprawdę (tj. w mojej wyobraźni) - Magdusia ożyje, a ja zaczynam pisanie. Oj, będzie się działo, mówię Wam!
A teraz już kończę, bo oto zajrzałam do Księgi Gości, a tu - wielkie czekanie na wpis! No, dziękuję Wam, moje Kochane, miłe i dobre, oraz Wam, Drodzy, w Księdze dziś nieobecni, lecz, jak mi wiadomo, obecni na stronie!
Jeszcze tylko powitam nowych gości, a więc przede wszystkim KC doodusię (ściskam Cię serdecznie, malutka!). A dalej w kolejce do ściskania są Kochane Czytelniczki: mewina, Dominika, Inka, zieloona, julibi, Marta, Mannowa Kasza, didi166, Sylwenka, gosia, olla1608, balonowa, agataa, Gabuniuś, snoopy, Vit, nkatharos, Pam, robaczek, mari-anna, kasiutek, filolożka klasyczna, Beata, Adzika, efcia, Małgosia Stachura, johanna, Gabka, kasia, Tapsia, podobna, Maga, Justyna Katowice, A., Magda, Miranda, pszczolka z Kanady, Milena, Joasia z Kostrzyna nad Odrą, moomoo, jelly, mimi, Magda-admiratorka starszawa, Mila i kasia bronowicka. Jeśli coś pomyliłam, to proszę się nie gniewać, ja wciąż wszystko muszę robić w pośpiechu i na ostatnią chwilę! Taki los. Moje życie ma zawrotne tempo. Dziwne jest to, że zawsze zdążam ze wszystkim na czas. Na peron wpadam w ostatniej chwili i wskakuję do ruszającego właśnie pociągu. A kiedy idę na zdrowotny, codzienny spacer z kijkami, to szybkim marszem okrążam jezioro w godzinę, podczas gdy inni wloką się przez prawie dwie. Chciałabym nawet zwolnić, ale chyba mam za mocno nakręconą - co?- sprężynę!
Aha! KC Beato! Twój wpis do Księgi Gości, ten z 14 listopada, o urodzinach Leopolda Mozarta, Władysława Zambrzyckiego i Leopolda Staffa, ucieszył mnie niesłychanie i sprawił wielką radość pani Marii Pajzderskiej, siostrzenicy Zambrzyckiego. Dziękuję i ściskam!
Mieliśmy znów rekord frekwencji na stronie: statystyka pokazuje, że przedwczoraj było u nas 978 gości. Serdecznie witam i zapraszam do starannego przejrzenia zawartości strony - są tu wszystkie informacje, potrzebne wielu pytającym - a wiec bibliografia, tłumaczenia na języki obce, nagrody, artykuły, recenzje itd. Nie nadążam już z odpisywaniem na maile, przepraszam!
A teraz już koniec, idę wrzucać tekst, a potem - piec babeczki kokosowe. Z żurawinami!
Tysiąc uścisków i podziękowań od - MM.
|
|
|
06 listopada 2008
|
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy (KC i DC),
W pierwszych słowach zwracam się porywczo do KC ateny: Dziewczyno!!! Napisałam do Ciebie już dwa listy mailowe, a próbowałam je wysłać uparcie z dziesięć razy, ale za każdym razem maile wracają z informacją, że adres Twój jest mylny. Natychmiast poprawić! Jestem tak ciekawa książki, którą obiecałaś przysłać, a Ty wciąż mylna i mylna. Ateno!!! Skoryguj tę złą literkę lub dopisz opuszczoną, jasny gwint, bo już jestem zniecierpliwiona!!!
No, a teraz o spotkaniach: bardzo mi przykro, naprawdę, że nie zdołam wszędzie dojechać. Dzieci kochane, Polska jest wielka, długa i szeroka, pełno w niej księgarń i bibliotek i ja po prostu nie zdołam dojechać wszędzie, choć ciało mi całkiem-całkiem dopisuje, a duch mój jest wręcz bardzo ochoczy.
W efekcie KC Ania T jest zrozpaczona, a KC psiamama - niezadowolona, bo w rzeczy samej - miło się gada w Szczecinie, w empikowskiej kawiarence, prawda? Ale tym razem nie dało się tego przeprowadzić, z wielkim żalem musiałam skreślić kochany Szczecin z listy wyjazdowej. No, ale przecież na pewno jeszcze się tam wybiorę (może już na wiosnę?).
KC Adzika zaprasza do Nysy, KC Kinga i KC Magda - do Mikołowa, a KC lady niebieska - do Krakowa.
Wszystko to bardzo ode mnie daleko, tam więc też tym razem nie pojadę. Podobnie - KC olu - do Trójmiasta. Może innym razem. A do Częstochowy, KC Śmieszko, wybiorę się na pewno, byłam tam już wielokrotnie, chociaż nie w sprawach zawodowych.
Natomiast KC sygnaturce i KC Patrycji mogę z przyjemnością odpowiedzieć, że mój wydawca urządza jednak w Åodzi spotkanie - a nawet dwa, w bibliotece i w księgarni (szczegóły w skorygowanym terminarzu spotkań, poniżej).To ja się bardzo cieszę, że Was zobaczę!
Z ciekawością i radością przeczytałam w Księdze Gości, jak to nasza miła Ania T deklamowała wiersz Herberta na wieczornicy. To musiało być naprawdę wspaniałe, wielkie brawa dla Ani, ale przede wszystkim - dla Pani Polonistki! Zaraz też odezwała się inna KC, przypominając swoją szkolną wieczornicę, Mickiewiczowską, a ja też wróciłam pamięcią do licealnych czasów i do przedstawień, urządzanych często przez naszego Polonistę, prof. Latawca lub Åacinniczkę, prof.Graczykową.
Były to prawdziwe spektakle, z kostiumami i muzyką. Z racji słusznej postury (zawsze należałam do najwyższych w klasie) nigdy nie miałam szansy zagrać amantki; dawano mi role mężczyzn (bo nasze liceum było żeńskie) albo też grałam role matron. Na tym dawnym czarno-białym zdjęciu amatorskim, zamieszczonym w Galerii, widzicie właśnie, jak, ubrane w rzymskie szaty z upiętych prześcieradeł, dajemy spektakl w języku łacińskim - jakie to było dzieło, nie pamiętam. Ja oczywiście jestem tu matką i ochrzaniam po łacinie swego nieposłusznego syna (w tej roli moja przyjaciółka Ela), siedzącego ze skruchą na krześle.
Na draperii ponad nami widnieje napis z literek papierowych: „Exegi monumentum aere perennius” - jest to cytat z „Pieśni” Horacego, które to pieśni oczywiście wszystkie znałyśmy i znamy do dziś na pamięć. Poemat „Arion” przełożyłam nawet osobiście na język polski, dla przyjemności, zarabiając wszakże tuż przed maturą na serię piątek (szóstek wtedy nie dawali!!!). Jakże nas złościło, kiedy prof. Graczykowa zadawała nam wciąż nowe i nowe teksty do wykucia na pamięć! - a jednak dzisiaj, po latach, mając wciąż zakodowane w pamięci wszystkie te cudowne wiersze, czuję się bardzo bogata, myśl układa mi się w nadanym jej wtedy rytmie i są te wiersze zawsze punktem odniesienia, podobnie jak inne: Mickiewicza, Słowackiego i Norwida.
Warto uczyć się wierszy na pamięć! - tworzymy w ten sposób własny, prywatny, tajny skarb, który wielokrotnie nam się przyda, nawet jeśli nie będziemy sobie z tego zdawać sprawy!
KC GaBa chwali mnie za przekład Cyrana de Bergerac Edmunda Rostanda - bardzo dziękuję! Dobrze mi się tłumaczyło tych kilka wierszy, a pomysł, bym przełożyła całość, podoba mi się i obiecuję o tym pomyśleć, w wolnej - hehe - chwili. Przy okazji: GaBa założyła ciekawą stronę http://cyranodebergerac.prv.pl, polecam! A mój felieton o Cyranie, wraz z przekładami, też się tam znalazł, co mnie bardzo zaszczyca. Napisałam go dla miesięcznika W drodze. Miałam teraz przerwę w pisaniu tych tekstów, redaktor naczelny, o. Paweł Kozacki dał mi uprzejmie urlop na skończenie „Sprężyny” - ale już, zaraz, biorę się za felieton o Władysławie Zambrzyckim, do numeru grudniowego.
Cieszę się, że wspaniała KC Afrykander wspomina w księdze Gości o niesłusznie zapomnianym Zambrzyckim - jednym z najlepszych polskich pisarzy, moim skromnym zdaniem. I cieszę się, że niezawodna KC lotta7, rasowa polonistka, natychmiast złapała trop i postanowiła przeczytać Zambrzyckiego. Ja też go czytam w kółko, teraz przypominam sobie „Pamiętnik Filipka”, a od KC Afrykander dostałam w prezencie pyszną „Oficynę Elerta”, wydaną po raz pierwszy, niedawno, przez warszawskiego antykwariusza, pana Cieślaka. KC Afrykander przysłała mi też „Kwaterę Bożych Pomyleńców” - książkę piękną, mądrą i wzruszającą, znaną mi od dawna, lecz w wersji ocenzurowanej w PRL. Obecne wydanie (znów zasługa pana Cieślaka) po raz pierwszy przynosi całość tekstu, bez żadnych ingerencji. Do kosztów wydania przyłożyli się wielbiciele Zambrzyckiego, wierni czytelnicy, wśród których jest i Afrykander wraz z rodziną. Czy to nie wspaniałe? Jestem zachwycona.
Jeszcze kilka słów do Kochanych Czytelniczek i Drogich Czytelników z Księgi Gości:
Ania T (lat 14) i kasia 95 (lat 13) przeprowadziły na jej łamach rozkoszną rozmowę na temat warkoczy, nad którą śmiałam się bardzo i z powodu której przesyłam obu dzieweczkom mnóstwo buziaków.
KC Aurora dostała nagrodę w konkursie fotograficznym za świetne zdjęcie „Spotkanie z kozicą” - gratulacje!!! Ty mały zuchu!
26 października KC Magdanela ochrzciła synka, Gustawa, i przesłała nam od niego pozdrowienia, więc natychmiast odpowiadam młodziankowi tym samym: przesyłam ponadto uściski i - jak mówił mój synek przed laty - „pocałuny w skórę”. Mam nadzieję, że już w genach młody Gustaw otrzymał literackie predyspozycje, a z mlekiem matki wysysa obecnie miłość do książek. Wszystkiego najmilszego!
KC jaginka, która, mam nadzieję, już ozdrowiała, obchodzi urodziny w dniu 13 XI, więc już dziś składam jej najlepsze życzenia. Także KC oja zechce przyjąć najlepsze myśli i urodzinowe życzenia.
KC Nieznośna melduje, że słucha Sinfonii concertante Es-dur Mozarta. Cieszę się! Teraz będziesz wiedziała, co właściwie stało się z Laurą.
Miła KC buczyna poleca „Tajemniczego opiekuna” Jean Webster - jak najsłuszniej; to urocza książka. A czy wiecie, że ukazał się jej dalszy ciąg - „Kochany wrogu”? (Równie dobra!)
KC ats pięknie pisze o przyrodzie, a ja przyłączam się do jej opinii: im więcej się o przyrodzie wie, tym bardziej się ją podziwia i kocha. Sama pożeram książki przyrodnicze i mam nawet kilka prawdziwie rzadkich w swojej kolekcji. Są tam wiadomości niewiarygodnie ciekawe!
KC sylwenko! Przepis na tort orzechowy znajdziesz w mojej książce „Na Gwiazdkę”. Pyszności! Delikates! A do tego - całkiem łatwy w wykonaniu.
KC Marto z Lublina! - oczywiście, że pamiętam cztery chichotki z lubelskiego spotkania! Mam Was nawet na zdjęciu! Pozdrówcie Tatusia!
Na koniec pozdrawiam Panów - DC Błażeja i DC Zgreda 1967, uroczą parę wrocławiaków, Beatę i Adama, calutką klasę II a z gimnazjum w Kobylu oraz witam serdecznie nowych gości na stronie, którzy zostawili swój ślad w Księdze.
Są to KC i DC:
Syrenka, Dominika, Agnieszka W, fiołek, Daria, madzia32, Dusia, margolcia, trzecia wiedźma, Madzix, Błażej, Grecia, Anuszka, AniaM, oOpauline3kaOo, Kinga, GaBa, podobna, Kaja z Czerwonaka, Cel, lineczka, buczyna, Marta , joasia, Dorota, Emilka, Michasia, AniaQ, lady niebieska.
I serdecznie też pozdrawiam tych, co na stronę zaglądają, lecz niczego nie piszą. Jest ich coraz więcej, co pokazują nieomylne statystyki.
Rekord frekwencji: 612 osób, dnia 3 listopada.
Czołówka e-kartek pozostaje niezmieniona – nadal największą popularnością cieszą się: „na szczęście” (101 wysłanych), „spójrz w niebo” (77) i „księżycowy kot” (66).
Na maile odpowiadam sukcesywnie - proszę o wielką cierpliwość, stosowną do ilości listów.
Uściski, serdeczności, podziękowania dla wszystkich -
Wasza - MM
|
|
|
01 listopada 2008
|
Wszystkich Świętych
Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy,
Tak miło i żywo zareagowaliście na przytoczone tu 26 bm słowa mojej Babci Weroniki Konopińskiej, że postanowiłam Wam ją dziś właśnie przedstawić.
Fotografię zamieszczamy w Galerii; kto czytał „Tym razem serio”, zna i to zdjęcie, i tę historię - ale ponieważ książki tej nie wznawiano od lat, mogę chyba to i owo powtórzyć - w dużym skrócie. Prawdę mówiąc, to właśnie ta skrótowość zniechęca mnie do wznawiania „Tym razem serio”. Losy mojej rodziny są tak naładowane tragizmem, dramatyzmem, patosem, miłością, że niepodobna o nich opowiadać tak, jak to wtedy z konieczności zrobiłam: krótko i powierzchownie. Już lepiej milczeć i zostawić tę opowieść w gestii Wielkiego Narratora i Sędziego.
Weronika Dobierska ma na tej starej fotografii osiemnaście lat. Jeszcze nic nie wie o swoim przyszłym życiu i nawet nie przeczuwa, ile ono jej przyniesie cierpienia. Nie wie, że wyjdzie za mąż za dobrego człowieka i będzie z nim miała pięcioro dzieci. Nie wie, że jej najstarszy syn - ich duma i radość - zostanie wybitnym księdzem, kapelanem 15. Pułku Ułanów Poznańskich, że w chwili wybuchu II wojny światowej zgłosi się na ochotnika na front, by towarzyszyć ułanom w bitwie pod Modlinem. Weronika nie wie, że ten ukochany jej syn zostanie uwięziony w oflagu, a potem - w obozie koncentracyjnym w Dachau. Nawet nie przeczuwa, że Marian zostanie tam zamęczony. Zrozpaczona matka nie dożyje już dnia, gdy ksiądz Marian Konopiński zostanie beatyfikowany przez Jana Pawła II, w gronie 108 męczenników.
Na razie ma osiemnaście lat - najstarsza córka z trzynaściorga dzieci; rudowłosa dziewczyna, wysoka, poważna, odpowiedzialna, po prostu ciężko pracuje, pomagając matce w wychowaniu rodzeństwa. Skończyła tylko szkołę podstawową, w zaborze niemieckim. Na razie tyle.
Wzrusza mnie to zdjęcie, bo pamiętam Weronikę-staruszkę: majestatyczną, surową i promieniującą wielką dobrocią i mądrością.
Cieszę się, że zdołałyśmy - Mama i ja - namówić Babcię, żeby pisała pamiętniki.
Pod koniec życia (urodziła się w 1882 roku, a zmarła w 1968) nie wychodziła już z domu, więc to pisanie urozmaicało jej czas. Miała duży talent literacki, bogate słownictwo, umiała prowadzić ciekawą narrację; lubiła zresztą czytać i pochłaniała wielkie ilości prasy oraz książek. Któregoś dnia, kiedy zakończyła już dokumentowanie historii rodziny, powiedziała mi, że nie wie, o czym jeszcze miałaby napisać. Dobrze pamiętam, jak - studentka tuż przed dyplomem - wpadłam na pomysł, by Babcia opisała sprzęty i wygląd domu, w którym mieszkała jako dziewczyna. To był szczęśliwy pomysł: jakże ją to zajęło!
Opis tego wiejskiego domu, procesu pieczenia chleba, prania itd. - wszystko to ma już teraz wartość, jakiej, pisząc, nawet nie przeczuwała.
Podobnie - te pamiętniki.
A także - całe jej skromne, pracowite, uczciwe życie, pełne wiernej miłości. Nabrało ono z czasem takiego znaczenia i wagi, zyskało taką tajemniczą głębię, że trudno oprzeć się wzruszeniu, kiedy się spogląda wstecz, z dzisiejszego punktu widzenia.
Jest to bardzo krzepiące wzruszenie: możemy tylko się domyślać, jak Wielki Narrator planuje nasze losy, radości, cierpienia oraz dalekie happy-endy, których nawet jeszcze nie możemy przeczuć. Ale jednego możemy być pewni: ciąg dalszy nastąpi.
Krótko mówiąc: może nie każdy z nas jest Mozartem czy Mickiewiczem; ale każdy jest ważny. Życie każdego z nas to wielka opowieść Wielkiego Autora; jesteśmy bohaterami tej opowieści i zarazem sami ją tworzymy.
Czy to nie piękne?
Pozdrawiam Was serdecznie - MM
|
|
|
|
|