I już po maturze!

matura1

 

A tyle było strachu, nerwów, nocy zarwanych z racji totalnego przerażenia, tyle wkuwania do rana, hektolitrów mocnej kawy, tyle nagłych chwil załamania, warczenia na rodzinę, słowem, tego wszystkiego, co każdy kiedyś musi przejść, właściwie na próżno.

Wystarczyło tylko się systematycznie uczyć. No, ale komu by się chciało. Nikomu.

Zdawanie matury (zawsze tak uważałam) jest przeciwne naturze.

Jest się młodą, rześką, radosną istotą, przystosowaną przez szczodrą naturę do tarzania się w zielonej trawie, do wędrowania po lasach i górach, pływania, tańców, skakania przez ognisko, włażenia na drzewa et cetera – to po to dostajemy te mocne nogi i chwytne ręce, wspaniałe płuca, młode mięśnie i niezawodny krwiobieg, a młode serce nasze słabnie tylko wtedy, gdy trafi je z nagła strzała Amora. Do tego szaleją w nas młode hormony! A tu każe się nam siedzieć godzinami bez ruchu i słowa, przyswajać olbrzymie obszary wiedzy niekoniecznie najbardziej nam potrzebnej czy choćby – interesującej.  Tego natura dla nas nie przewidziała. Stąd problemy.

No, ale skoro trzeba, to trzeba. Yyy.

Jakaż jednak nagroda nas czeka!

Jakie nieskażone poczucie wolności, ekstaza i upojenie!

Doskonale to pamiętam! (To było tak niedawno…).

W porywie radości spaliłam w wielkim ognisku podręczniki i zeszyty, które, jak sądziłam (i miałam rację!) nie przydadzą mi się już nigdy w życiu. Te, które miały się przydać, zachowałam (nigdy się nie przydały…).

I już byłam wolna na zawsze.

Czego i Wam życzę najgoręcej, kochani Maturzyści, którzy tu zaglądacie, zaglądaliście lub dopiero zajrzycie, po tych wszystkich trudach.

Hej, jeszcze tego nie wiecie, ale zatęsknicie za swoimi nauczycielami, słowo daję!

I – pewnie mi nie uwierzycie w tej chwili – za jakiś czas (no, może nieprędko) niespodziewanie poczujecie wobec nich rzewną czułość.

Cóż, oni także odwalili kawał dobrej roboty.

Popatrzcie na naszą Babcię Gąskę!

 

Radosnego lotu w przyszłość życzy Wam –

MM

 

 

Dzień Matki

1.dzien w domu

 

To matki uczą nas miłości.

Proszę spojrzeć, ile jej tutaj, na tym zdjęciu. Szczęśliwa chwila! Jakie ciepło wibruje pomiędzy tymi trzema istotami!

Pierwszy dzień w domu – mały Teo właśnie przybył z mamą. Wita go oczarowana siostrzyczka Ida. Mama (KC Monika) promienieje miłością. Teo chłonie. Niewiele jeszcze pojmuje, ale czuje już wszystko.

(A tę fotografię wykonał uszczęśliwiony tata!)

Nieomal można by narysować ciągłymi, płynnymi liniami ten przepływ uczuć.

Cóż, nie widać ich. Ale widać, jak się splotły w więź. I to raz na zawsze!

Czyż to nie cudowne?

Podziękujcie swoim mamom. Jeśli Was nauczyły kochać – dały Wam najważniejszą w życiu umiejętność!

 

Brawo dla matek! Najlepsze życzenia, wy wspaniałe istoty!

MM

Na Zielone Świątki

tam w górze

 

Kazimierz Wierzyński

POCZĄTEK

 

Trzeba przeczytać raz,

trzeba przeczytać dwa razy,

Trzeba czytać przez lata:

Wtedy przyleci ptak

Do ręki twojej,

Nie zlęknie się, oswoi,

Ptak który teraz przed tobą

Ulata.

 

Trzeba napisać raz,

Trzeba napisać dwa razy,

Trzeba pisać przez lata:

Aż ptak ci wywróży

Koniec twej samotności,

Uniesie cię nad wodami

Ze ślepej nocy i burzy,

Wtedy zaufaj mu,

Zaufaj samemu sobie,

Zacznij początek

Świata.

 

(z tomu Sen mara, Instytut Literacki, Paryż 1969)

 

Taki oto wiersz mi się przypomniał na tę niedzielę.

I  znalazłam  piękne zdjęcie, nadesłane kiedyś przez naszą utalentowaną KC Marple.

W sam raz.

 

MM

Dla Zosiek

bzy2

 

Julian Tuwim

RWANIE BZU

 

Narwali bzu, naszarpali,

Nadarli go, natargali,

Nanieśli świeżego, mokrego,

Białego i tego bzowego.

 

Liści tam – rwetes, olśnienie,

Kwiecia – gąszcz, zatrzęsienie,

Pachnie kropliste po uszy

I ptak się wśród zawieruszył.

 

Jak rwali, zacietrzewieni

w rozgardiaszu zieleni,

To się narwany więzień

Wtrzepotał, wplątał w gałęzie.

 

Śmiechem się bez zanosi:

A kto cię tutaj prosił?

A on, zieleń śpiewając,

Zarośla ćwierkiem zrosił.

 

Głowę w bzy – na stracenie,

W szalejące więzienie,

W zapach, w perły i dreszcze!

Rwijcie, nieście mi jeszcze!

 

 

 

Kochane Zośki, Miła Wannabe!

Wszystkiego najmilszego z okazji imienin!

Przesyłam wam stosowny widok z mego okna (jest duży wiatr, bzy się miotają)  i uściski!

MM

 

 

 

Hana (kwiaty)

jablonki

 

 

Nan-no ki-no

hana-to-wa shirazu

nioi-ka-na

 

Nie widzę drzewa

nie wiem jakie to kwiaty

– czy tylko zapach

 

Bashō Matsuo [ z dziennika Oi-no kabumi, 1688]

 

 

 

z tomu Haiku – Ossolineum 1983

z japońskiego przełożyła

Agnieszka Żuławska-Umeda

 

 

 

PS

Wiem jakie to kwiaty: jabłoń ozdobna (malus purpurea Makowiecki) , we wdzięcznym towarzystwie klonu złocistego Aureus i właśnie w pełnym rozkwicie.

Świat jest doskonale piękny!

A mój ogród coraz piękniejszy!

W gruncie rzeczy piękno związane jest ściśle z właściwym wzrastaniem.

 

 

 

 

Autorką zdjęcia jest Adminka, czyli Emilia Kiereś.

Witaj, majowa jutrzenko!

osiria

 

KC Klaudynko, znalazłam!

Dzięki Tobie tym niezwykłym dziełem słynnego hodowcy Kordesa (Osiria rose) witamy nowy miesiąc, który przyniesie nam co najwyżej piękną różę Maigold – w naszych stronach Europy ta jedna zakwita w maju. (Tak, żółta Maigold, która rosła pod oknem w ogrodnictwie „Daglezja”, jak pilne Czytelniczki może pamiętają).

Natomiast od wszystkich innych róż dzieli nas jeszcze co najmniej miesiąc!

No, jakoś musimy wytrzymać. Będą bzy!

A w ogóle, maj jest także miesiącem ogrodnika.

Nawet, kiedy deszcz pada.

A może zwłaszcza wtedy?

Karel Čapek, nasz ulubiony:

„…I naraz znowu na horyzoncie zahuczą burze, powieje wiatr nasycony wodą, i oto już mamy: strumyki deszczu ciekną po bruku, ziemia oddycha nieomal głośno, woda szumi, bębni, tłucze, dzwoni do okien, stuka tysiącem palców w okapy, leje się strugami i dzwoni w kałużach, a człowiek chciałby krzyczeć z radości, wysadza głowę z okna, aby ją ostudzić niebiańską wilgocią, gwiżdże, pokrzykuje i chciałby brodzić boso żółtymi strumieniami pędzącymi po ulicach. Błogosławiony deszczu, chłodząca rozkoszy wody! Wykąp mą duszę i obmyj moje serce, połyskliwa zimna roso. Byłem już zły z powodu gorąca, zły i leniwy, byłem leniwy i ciężki, tępy, materialistyczny i sobkowski, wyschłem już od suszy i dusiłem w sobie ciężar niezadowolenia. Dzwońcie, srebrne pocałunki, za których pośrednictwem spragniona ziemia przyjmuje uderzenia kropli, hucz, spadający welonie wszystko zmywającej wody. Żaden cud słońca nie dorówna cudowi błogosławionego deszczu. Cieknij, zmętniała wodo, strugami ziemi; napój i spulchnij spragnioną materię, która nas więzi. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, trawa i ja, gleba, my wszyscy; tak jest nam dobrze.

Szumiąca ulewa ustała, jakby za pociągnięciem sznureczka; ziemia rozjaśnia się srebrzystym oparem, w zaroślach kos drze się jak opętany; i my chętnie byśmy sobie poszaleli, ale tymczasem wychodzimy z prostymi włosami przed dom, aby odetchnąć świeżą i lśniącą wilgocią powietrza i ziemi.

‚Pięknie popadało’, powiadamy sobie.

‚Pięknie’, mówimy, ‚ale powinno jeszcze dłużej popadać’.”

 

(Rok ogrodnika, wyd. Iskry 1986, przełożyła Halina Janaszek-Ivaničková)

 

Gałąź kwitnąca

jakuchu

Itō Jakuchū
(伊藤若冲; 1716–1800)

„Kwitnąca śliwa i księżyc”(1755),
tusz i farby wodne na jedwabiu.

 

 

Śliwy w kwiecie

Moja wiosna

Jest zachwyceniem

                            Issa

 

 

Świat rozpaczy i bólu.

Kwiaty kwitną

Nawet wtedy.

                             Issa

 

 

Zaufaj:

Czyż płatki kwiatów

Nie sypią się w dół jak trzeba?

                             Issa

 

 

Co za księżyc –

Złodziej przystaje

Żeby śpiewać.

                           Buson

 

 

Oby temu,

Który tej nocy przynosi kwiaty,

Świecił księżyc.

                         Kikaku

 

 

Dźwięki milkną.

Kwiaty pachną,

Dzwon zadzwonił wieczorem.

                         Basho

 

 

Jakże chciałbym zobaczyć

Między kwiatami o świcie

Twarz Boga

                        Basho

 

 

 

Z tomu „Haiku” – wybór i przekład Czesława Miłosza,

Biblioteka NaGłosu, Wydawnictwo m,  Kraków 1992

Receptariuszyk

zeszyt

 

Lud sobie życzył, Lud ma: oto licząca lat 47 księga z przepisami (słowo „przepiśnik” kojarzy mi się jakoś fizjologicznie, więc może zaproponuję: „receptariusz”). Przepisy dotyczą oczywiście kulinariów, a wiek księgi mogę podać aż tak dokładnie, bo założyłam ją w panice tuż po zaręczynach (1968).

Skąd panika?

A bo nie miałam zielonego pojęcia o gotowaniu. Kończyłam wtedy studia plastyczne (Wydział Malarstwa i Grafiki, dwukrotne stypendium artystyczne, sukcesy, głowa w chmurach) i zdawało mi się, że kuchnia to nie jest miejsce dla obiecującej artystki. Jakże gruntownie się myliłam!

Ale to się miało dopiero okazać.

Do tego znamiennego czasu raczyłam odwiedzającego mnie absztyfikanta, pięknego jak młody Hermes pana Musierowicza, tym, co przyrządziła na obiad nasza gosposia (Mama, chirurg-stomatolog, pracowała od rana do wieczora, biorąc mnóstwo dyżurów, żeby wyżywić i wychować mnie oraz Stasia, mojego młodszego brata). Gosposie zmieniały się od czasu do czasu, ale łączyło je jedno: nie pozwalały mi nawet wchodzić do kuchni, zazdrośnie nad nią panując. Nie nalegałam.

Niekiedy zaglądałam do odkładanych roczników „Ty i ja” (świetny to był miesięcznik!) i z działu kulinarnego wybierałam nieskomplikowane a wdzięczne przepisy na koktajle, które z fantazją przyrządzałam i podawałam w pięknych wysokich szklankach. Zdobiłam taki napój a to listkiem mięty, a to margerytką, a to płatkiem róży, a mój nieśmiały absztyfikant wyjmował te ozdoby z pewnym zakłopotaniem (nie wiedział, co z nimi zrobić) i posłusznie wszystko wypijał, nie szczędząc słów zachwytu. Raz tylko umilkł na dłużej, z ustami pełnymi koktajlu czekoladowego i z policzkami jak balony. Długo milczał, patrząc na mnie wiernym, oddanym, błękitnym spojrzeniem, aż wreszcie wydobył z ust nadpaloną zapałkę i jak najdyskretniej odłożył ją na spodeczek.

Jak trafiła do koktajlu, mogę się tylko domyślać. Natura nie obdarzyła mnie wybitną urodą, ale wynagrodziła to cechami równie ważnymi dla przeżycia, jak ona: siłą i rozmachem. To się przydaje. Wszystko robię szybko i natychmiast, szerokim gestem. Tak też  (pod nieobecność gosposi)  gotowałam mleko na koktajl czekoladowy. Ktoś, kto właśnie zaczął odkrywać, że kuchnia jak najbardziej może być warsztatem pracy twórczej i miejscem realizacji natchnienia, nie będzie przecież pedantycznie odkładał wypalonej zapałki na specjalną podstawkę. Nie, ktoś taki po prostu rzuci sobie zapałeczkę w dal.
Nie patrząc, gdzie ona wyląduje.

Wracajmy jednak do receptariusza.
Pan Musierowicz został zmuszony do przywdziania garnituru i krawata, do zakupienia róż i do wyuczenia się na pamięć wdzięcznej literacko formuły (tak, mojego pióra!), którą miał wygłosić, wręczając kwiaty mojej Mamie. Miał też nie dać się zbić z pantałyku, nawet gdyby się jej wymknęło, że alpinista po wojsku, który z opóźnieniem zaczął studia plastyczne, będąc starszym od swej wybranki o lat cztery, a którego od dyplomu dzieliły niestety jeszcze trzy lata, nie jest wymarzonym kandydatem na zięcia.

Mama natomiast została uprzedzona, że przyjdzie Bolek i że będzie miał coś ważnego do powiedzenia. Miała się zachować odpowiednio do sytuacji i nie popsuć wszystkiego (ją też poinstruowałam) oraz wyrazić należny zachwyt i zgodę, bo nie pieniądze liczą się w życiu, tylko wielka a prawdziwa miłość. Efekt moich zabiegów był taki, że kiedy zabrzmiał dzwonek i Mama pospieszyła otwierać, nieśmiałość tych dwojga skumulowała się i sięgnęła zenitu, właśnie wtedy. Pan Musierowicz zamarł bez słowa i ruchu, przełykając ślinę. Mama, ogarnięta empatią, pospieszyła na ratunek. Wyrwała bukiet z rąk mojego absztyfikanta i krzyknęła, wciąż w progu:
– Ależ oczywiście! Wiem wszystko, zgadzam się i bądźcie szczęśliwi!

Te róże jeszcze stały w wazonie, kiedy przyniosłam do domu duży żółty zeszyt „akademicki” z kartkami w kratkę i zaczęłam do niego systematycznie wklejać przepisy, wycięte z „Ty i ja”. Następnie przepisałam na maszynie sporo z doskonałej przedwojennej książki kucharskiej Marii Disslowej i wkleiłam w odpowiednie działy. Potem dołączyłam kaligrafowane przepisy cioci Luci. I tak już poszło.
Sam fakt posiadania aż tylu mądrości w jednym zeszycie bardzo mnie uspokoił, jestem bowiem wyznawczynią słowa drukowanego – w ogóle, Słowa. Lecz okazało się, że od tego droga do doskonałości jest jakże odległa!

Jakieś czterdzieści lat to trwało. A jeszcze o doskonałości mowy nie ma. Jest biegłość.
Czego życzę jak najgoręcej Kochanej Czytelniczce Patrycji F. Wszystko przed Tobą!
I tak już umiesz więcej, niż ja umiałam w wieku lat czternastu.
Powodzenia!
MM

 

Od Justysi

P1120963-1

 

Kochana Czytelniczka Justysia, z którą od dawna miło sobie koresponduję  (wystarczy powiedzieć, że po raz pierwszy napisała do mnie mając lat 14, a obecnie sama jest mamą nastolatków!), mieszkała kiedyś  w Mielcu, a teraz – w Kanadzie. I oto, dokąd się wybrała:

Wszyscy kojarzą Lucy Maud Montgomery z Wyspą Księcia Edwarda, ale
mało kto wie, że 11 z 22 jej powieści zostało napisanych w innej
kanadyjskiej prowincji - Ontario, gdzie autorka mieszkała po wyjściu
za mąż. W miejscowości Leaksdale, około 80 km. na północny wschód
od Toronto znalazłam dom, w którym LMM przeżyła najszczęśliwsze
lata swojego życia. Tak napisała w swoich pamiętnikach. W 1911r.
zamieszkała tam wraz ze swoim mężem (Ewen Macdonald), który był
pastorem kościoła prezbiteriańskiego. W Leaksdale mieszkali przez 15
lat. Tam przyszli na świat ich synowie, Chester i Stuart. Dom w
Leaksdale nie był ich własnością, był to dom służbowy (po
angielsku manse), coś w rodzaju plebanii, tak więc gdy wyprowadzili
się stamtąd w 1926 roku, zabrali ze sobą wszystkie swoje rzeczy.
Dlatego nie ma tam - niestety - żadnej rzeczy oryginalnie należącej
do LMM.
Dom ten został jednak urządzony bardzo podobnie jak w czasie, gdy
autorka tam mieszkała. Zachowały się bowiem fotografie, które Maud
sama robiła (oprócz pisania bardzo interesowała ją fotografia) i
według nich odtworzono podobny wystrój domu.

A oto ciekawostki, których dowiedziałam się w muzeum:

1.Lucy Maud otrzymała imię po swojej prababce - Lucy i po angielskiej
księżniczce, córce królowej Wiktorii - Alice Maud Mary. Autorka nie
lubiła imienia Lucy, wolała, by mówiono do niej Maud. Nie
lubiła też, gdy przekręcano jej imię i pisano Maude zamiast Maud,
bardzo zwracała no to uwagę. Z tego samego względu główna bohaterka
jej książek ma na imię "Anne-with-an-E" i tak samo ważne dla niej
jest, by imię to pisane było poprawnie.

2.Skąd się wzięło nazwisko "Shirley"? Otóż niedługo przed
wykreowaniem Ani, Maud dostała bukiet maków, gatunku "Shirley Poppy" i
ta nazwa pozostała jej w pamięci, by potem stać się inspiracją do
nazwiska Ani.

3.Gdy pięciu kanadyjskich wydawców odrzuciło maszynopis "Ani", Maud
włożyła tekst do starego pudełka na kapelusze (autorka lubiła
nosić kapelusze i miała ich dużą kolekcję) i schowała w szafie,
myśląc by przerobić powieść na krótkie opowiadanie, podobne do
tych, które wcześniej publikowała w gazetach. Tak powieść o Ani
leżała w "hat box", zapomniana na kilka miesięcy. Po jakimś czasie
autorka, sortując rzeczy, odnalazła tekst, przeczytała jeszcze raz i
stwierdziła, że powieść jest całkiem dobra, po czym wysłała ją
tym razem do amerykańskiego wydawnictwa L.C. Page & Company. Wkrótce
otrzymała pozytywną odpowiedź, a 20 czerwca 1908r. LMM otrzymała
przesyłkę ze swoją pierwszą książką. Powieść natychmiast okazała się
bestsellerem, nie tylko wśród młodzieży ale i
dorosłych. Sam Mark Twain stał się fanem LMM i napisał do niej list.
Zanim "Ania z Zielonego Wzgórza" została wydana, wydawca naciskał, by
Maud napisała drugą powieść o Ani. Choć autorka lubiła Anię, to
jednak napisanie drugiej części przyszło jej z trudnością, gdyż
nie planowała tworzyć serii. Poza tym LMM musiała napisać tę
powieść szybko, by usatysfakcjonować wydawcę. Tak powstała "Ania z
Avonlea".

4.Po opublikowaniu "Ani" pierwsze honorarium LMM wynosiło $1730. W
tamtych czasach za te pieniądze można było kupić kilka domów na
Wyspie Księcia Edwarda. W 1910r, kiedy "Ania" została przetłumaczona na 
kilka języków,roczne honorarium autorki wynosiło ponad $7000. Dla porównania,
przeciętny pracownik na PEI zarabiał mniej niż $300 rocznie.

Ho, ho, ho!

Dziękujemy Justysi! Niestety, nie mogę tu pokazać wszystkich 36 zdjęć, które zrobiła jej córka,  dwunastoletnia Asia (bardzo miła i mądra osóbka!), więc pokazuję to najważniejsze – przedstawia ono Wymarzony Domek pisarki od frontu.

Na pozostałych widać, owszem, wnętrze domu, ale skoro nie ma tam oryginalnych mebli i książek LMM, nie musimy bardzo żałować – to przecież tylko rekonstrukcja.

Z całą pewnością jednak należał do LMM  ten oto stabilny obiekt i niewątpliwie niekiedy z niego korzystała, choć pewnie miała kucharkę:

 

Piec

 

Miło spojrzeć, prawda? Fajerki, czyli ruchome kręgi żeliwne, pozwalające regulować obwód otworu nad ogniem, popielnik (po lewej na dole), bardzo porządny piekarnik i  – chyba się nie mylę?- dwie tak zwane dochówki czyli duchówki (te z białymi drzwiczkami) do utrzymywania potraw w cieple.  Jest i kubełek na węgiel, po prawej na dole, a w kącie chyba stoi pogrzebacz?

Jakie ładne, solidne  i funkcjonalne są te stare przedmioty !

Asiu, piękne dzięki za fotoreportaż!

Ściskam mocno Mamę i Córkę!

MM

Azalia od Ann

azalia

 

„Kwiecień to ten właściwy i błogosławiony miesiąc ogrodników. Niech się dadzą wypchać kochankowie ze swoim uwielbieniem dla maja, w maju drzewa i kwiaty tylko kwitną, ale w kwietniu wypuszczają pędy; bo trzeba wam wiedzieć, że to kiełkowanie i przedzieranie się, te pąki, pączki i kiełki są największym cudem natury, i nie zdradzę ich tajemnicy już ani słowem; przykucnijcie sami, grzebiąc palcem w pulchnej ziemi z utajonym tchem, gdy palec, o którym mowa, dotyka kruchego, pełnego pąka. Tego się nie da opisać, tak samo jak nie da się słowami wyrazić pocałunków i kilku innych rzeczy.

(…) Nikt nie wie, jak to się dzieje, ale dzieje się to niezwykle często: gdy wejdziecie na grządkę, aby podnieść z niej zeschłą gałązkę, albo wyplewić ten paskudny dmuchawiec, nadepniecie zazwyczaj na podziemny pąk lilii lub pełnika, chrupnie on wam tak pod nogą, że zdrętwiejecie ze zgrozy i wstydu uznawszy się za potwora, pod którego kopytami trawa nie rośnie. Albo też gdy z niezmierną ostrożnością spulchniacie na grządce ziemię, macie zagwarantowane rozsiekanie motyczką młodej cebulki albo obcięcie gładko łopatą kiełków anemonów; cofając się w przerażeniu rozwalicie swą łapą kwitnącą prymulkę lub też złamiecie młody pęd ostróżki. Z czym większą ostrożnością pracujecie, tym więcej wyrządzacie szkody; dopiero lata praktyki nauczą was mistycznej i surowej pewności siebie prawdziwego ogrodnika, który depcze, gdzie popadnie, a przecież niczego nie zadepcze, a jeśli już tak się stanie, to przynajmniej nic sobie z tego nie robi. ”

 

To jest początek rozdziału ”Kwiecień” ze ślicznej książeczki Karela Čapka „Rok ogrodnika” (wyd. Iskry, Warszawa 1986 , przekład: Halina Janaszek Ivaničková).

Przepisała go dla was ta, która właśnie przed chwilą, przesadzając rozrośnięte floksy, za pomocą ostrej łopaty zgładziła dwie kiełkujące cebulki lilii tygrysiej.
Ech, i gdzież wreszcie ta surowa i mistyczna pewność?….!
Wiosenne uściski od
MM

 

Piękne zdjęcie kwietniowej azalii  zrobiła Kochana Czytelniczka Ann.