Witaj, majowa jutrzenko!

osiria

 

KC Klaudynko, znalazłam!

Dzięki Tobie tym niezwykłym dziełem słynnego hodowcy Kordesa (Osiria rose) witamy nowy miesiąc, który przyniesie nam co najwyżej piękną różę Maigold – w naszych stronach Europy ta jedna zakwita w maju. (Tak, żółta Maigold, która rosła pod oknem w ogrodnictwie „Daglezja”, jak pilne Czytelniczki może pamiętają).

Natomiast od wszystkich innych róż dzieli nas jeszcze co najmniej miesiąc!

No, jakoś musimy wytrzymać. Będą bzy!

A w ogóle, maj jest także miesiącem ogrodnika.

Nawet, kiedy deszcz pada.

A może zwłaszcza wtedy?

Karel Čapek, nasz ulubiony:

„…I naraz znowu na horyzoncie zahuczą burze, powieje wiatr nasycony wodą, i oto już mamy: strumyki deszczu ciekną po bruku, ziemia oddycha nieomal głośno, woda szumi, bębni, tłucze, dzwoni do okien, stuka tysiącem palców w okapy, leje się strugami i dzwoni w kałużach, a człowiek chciałby krzyczeć z radości, wysadza głowę z okna, aby ją ostudzić niebiańską wilgocią, gwiżdże, pokrzykuje i chciałby brodzić boso żółtymi strumieniami pędzącymi po ulicach. Błogosławiony deszczu, chłodząca rozkoszy wody! Wykąp mą duszę i obmyj moje serce, połyskliwa zimna roso. Byłem już zły z powodu gorąca, zły i leniwy, byłem leniwy i ciężki, tępy, materialistyczny i sobkowski, wyschłem już od suszy i dusiłem w sobie ciężar niezadowolenia. Dzwońcie, srebrne pocałunki, za których pośrednictwem spragniona ziemia przyjmuje uderzenia kropli, hucz, spadający welonie wszystko zmywającej wody. Żaden cud słońca nie dorówna cudowi błogosławionego deszczu. Cieknij, zmętniała wodo, strugami ziemi; napój i spulchnij spragnioną materię, która nas więzi. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, trawa i ja, gleba, my wszyscy; tak jest nam dobrze.

Szumiąca ulewa ustała, jakby za pociągnięciem sznureczka; ziemia rozjaśnia się srebrzystym oparem, w zaroślach kos drze się jak opętany; i my chętnie byśmy sobie poszaleli, ale tymczasem wychodzimy z prostymi włosami przed dom, aby odetchnąć świeżą i lśniącą wilgocią powietrza i ziemi.

‚Pięknie popadało’, powiadamy sobie.

‚Pięknie’, mówimy, ‚ale powinno jeszcze dłużej popadać’.”

 

(Rok ogrodnika, wyd. Iskry 1986, przełożyła Halina Janaszek-Ivaničková)

 

Gałąź kwitnąca

jakuchu

Itō Jakuchū
(伊藤若冲; 1716–1800)

„Kwitnąca śliwa i księżyc”(1755),
tusz i farby wodne na jedwabiu.

 

 

Śliwy w kwiecie

Moja wiosna

Jest zachwyceniem

                            Issa

 

 

Świat rozpaczy i bólu.

Kwiaty kwitną

Nawet wtedy.

                             Issa

 

 

Zaufaj:

Czyż płatki kwiatów

Nie sypią się w dół jak trzeba?

                             Issa

 

 

Co za księżyc –

Złodziej przystaje

Żeby śpiewać.

                           Buson

 

 

Oby temu,

Który tej nocy przynosi kwiaty,

Świecił księżyc.

                         Kikaku

 

 

Dźwięki milkną.

Kwiaty pachną,

Dzwon zadzwonił wieczorem.

                         Basho

 

 

Jakże chciałbym zobaczyć

Między kwiatami o świcie

Twarz Boga

                        Basho

 

 

 

Z tomu „Haiku” – wybór i przekład Czesława Miłosza,

Biblioteka NaGłosu, Wydawnictwo m,  Kraków 1992

Receptariuszyk

zeszyt

 

Lud sobie życzył, Lud ma: oto licząca lat 47 księga z przepisami (słowo „przepiśnik” kojarzy mi się jakoś fizjologicznie, więc może zaproponuję: „receptariusz”). Przepisy dotyczą oczywiście kulinariów, a wiek księgi mogę podać aż tak dokładnie, bo założyłam ją w panice tuż po zaręczynach (1968).

Skąd panika?

A bo nie miałam zielonego pojęcia o gotowaniu. Kończyłam wtedy studia plastyczne (Wydział Malarstwa i Grafiki, dwukrotne stypendium artystyczne, sukcesy, głowa w chmurach) i zdawało mi się, że kuchnia to nie jest miejsce dla obiecującej artystki. Jakże gruntownie się myliłam!

Ale to się miało dopiero okazać.

Do tego znamiennego czasu raczyłam odwiedzającego mnie absztyfikanta, pięknego jak młody Hermes pana Musierowicza, tym, co przyrządziła na obiad nasza gosposia (Mama, chirurg-stomatolog, pracowała od rana do wieczora, biorąc mnóstwo dyżurów, żeby wyżywić i wychować mnie oraz Stasia, mojego młodszego brata). Gosposie zmieniały się od czasu do czasu, ale łączyło je jedno: nie pozwalały mi nawet wchodzić do kuchni, zazdrośnie nad nią panując. Nie nalegałam.

Niekiedy zaglądałam do odkładanych roczników „Ty i ja” (świetny to był miesięcznik!) i z działu kulinarnego wybierałam nieskomplikowane a wdzięczne przepisy na koktajle, które z fantazją przyrządzałam i podawałam w pięknych wysokich szklankach. Zdobiłam taki napój a to listkiem mięty, a to margerytką, a to płatkiem róży, a mój nieśmiały absztyfikant wyjmował te ozdoby z pewnym zakłopotaniem (nie wiedział, co z nimi zrobić) i posłusznie wszystko wypijał, nie szczędząc słów zachwytu. Raz tylko umilkł na dłużej, z ustami pełnymi koktajlu czekoladowego i z policzkami jak balony. Długo milczał, patrząc na mnie wiernym, oddanym, błękitnym spojrzeniem, aż wreszcie wydobył z ust nadpaloną zapałkę i jak najdyskretniej odłożył ją na spodeczek.

Jak trafiła do koktajlu, mogę się tylko domyślać. Natura nie obdarzyła mnie wybitną urodą, ale wynagrodziła to cechami równie ważnymi dla przeżycia, jak ona: siłą i rozmachem. To się przydaje. Wszystko robię szybko i natychmiast, szerokim gestem. Tak też  (pod nieobecność gosposi)  gotowałam mleko na koktajl czekoladowy. Ktoś, kto właśnie zaczął odkrywać, że kuchnia jak najbardziej może być warsztatem pracy twórczej i miejscem realizacji natchnienia, nie będzie przecież pedantycznie odkładał wypalonej zapałki na specjalną podstawkę. Nie, ktoś taki po prostu rzuci sobie zapałeczkę w dal.
Nie patrząc, gdzie ona wyląduje.

Wracajmy jednak do receptariusza.
Pan Musierowicz został zmuszony do przywdziania garnituru i krawata, do zakupienia róż i do wyuczenia się na pamięć wdzięcznej literacko formuły (tak, mojego pióra!), którą miał wygłosić, wręczając kwiaty mojej Mamie. Miał też nie dać się zbić z pantałyku, nawet gdyby się jej wymknęło, że alpinista po wojsku, który z opóźnieniem zaczął studia plastyczne, będąc starszym od swej wybranki o lat cztery, a którego od dyplomu dzieliły niestety jeszcze trzy lata, nie jest wymarzonym kandydatem na zięcia.

Mama natomiast została uprzedzona, że przyjdzie Bolek i że będzie miał coś ważnego do powiedzenia. Miała się zachować odpowiednio do sytuacji i nie popsuć wszystkiego (ją też poinstruowałam) oraz wyrazić należny zachwyt i zgodę, bo nie pieniądze liczą się w życiu, tylko wielka a prawdziwa miłość. Efekt moich zabiegów był taki, że kiedy zabrzmiał dzwonek i Mama pospieszyła otwierać, nieśmiałość tych dwojga skumulowała się i sięgnęła zenitu, właśnie wtedy. Pan Musierowicz zamarł bez słowa i ruchu, przełykając ślinę. Mama, ogarnięta empatią, pospieszyła na ratunek. Wyrwała bukiet z rąk mojego absztyfikanta i krzyknęła, wciąż w progu:
– Ależ oczywiście! Wiem wszystko, zgadzam się i bądźcie szczęśliwi!

Te róże jeszcze stały w wazonie, kiedy przyniosłam do domu duży żółty zeszyt „akademicki” z kartkami w kratkę i zaczęłam do niego systematycznie wklejać przepisy, wycięte z „Ty i ja”. Następnie przepisałam na maszynie sporo z doskonałej przedwojennej książki kucharskiej Marii Disslowej i wkleiłam w odpowiednie działy. Potem dołączyłam kaligrafowane przepisy cioci Luci. I tak już poszło.
Sam fakt posiadania aż tylu mądrości w jednym zeszycie bardzo mnie uspokoił, jestem bowiem wyznawczynią słowa drukowanego – w ogóle, Słowa. Lecz okazało się, że od tego droga do doskonałości jest jakże odległa!

Jakieś czterdzieści lat to trwało. A jeszcze o doskonałości mowy nie ma. Jest biegłość.
Czego życzę jak najgoręcej Kochanej Czytelniczce Patrycji F. Wszystko przed Tobą!
I tak już umiesz więcej, niż ja umiałam w wieku lat czternastu.
Powodzenia!
MM

 

Od Justysi

P1120963-1

 

Kochana Czytelniczka Justysia, z którą od dawna miło sobie koresponduję  (wystarczy powiedzieć, że po raz pierwszy napisała do mnie mając lat 14, a obecnie sama jest mamą nastolatków!), mieszkała kiedyś  w Mielcu, a teraz – w Kanadzie. I oto, dokąd się wybrała:

Wszyscy kojarzą Lucy Maud Montgomery z Wyspą Księcia Edwarda, ale
mało kto wie, że 11 z 22 jej powieści zostało napisanych w innej
kanadyjskiej prowincji - Ontario, gdzie autorka mieszkała po wyjściu
za mąż. W miejscowości Leaksdale, około 80 km. na północny wschód
od Toronto znalazłam dom, w którym LMM przeżyła najszczęśliwsze
lata swojego życia. Tak napisała w swoich pamiętnikach. W 1911r.
zamieszkała tam wraz ze swoim mężem (Ewen Macdonald), który był
pastorem kościoła prezbiteriańskiego. W Leaksdale mieszkali przez 15
lat. Tam przyszli na świat ich synowie, Chester i Stuart. Dom w
Leaksdale nie był ich własnością, był to dom służbowy (po
angielsku manse), coś w rodzaju plebanii, tak więc gdy wyprowadzili
się stamtąd w 1926 roku, zabrali ze sobą wszystkie swoje rzeczy.
Dlatego nie ma tam - niestety - żadnej rzeczy oryginalnie należącej
do LMM.
Dom ten został jednak urządzony bardzo podobnie jak w czasie, gdy
autorka tam mieszkała. Zachowały się bowiem fotografie, które Maud
sama robiła (oprócz pisania bardzo interesowała ją fotografia) i
według nich odtworzono podobny wystrój domu.

A oto ciekawostki, których dowiedziałam się w muzeum:

1.Lucy Maud otrzymała imię po swojej prababce - Lucy i po angielskiej
księżniczce, córce królowej Wiktorii - Alice Maud Mary. Autorka nie
lubiła imienia Lucy, wolała, by mówiono do niej Maud. Nie
lubiła też, gdy przekręcano jej imię i pisano Maude zamiast Maud,
bardzo zwracała no to uwagę. Z tego samego względu główna bohaterka
jej książek ma na imię "Anne-with-an-E" i tak samo ważne dla niej
jest, by imię to pisane było poprawnie.

2.Skąd się wzięło nazwisko "Shirley"? Otóż niedługo przed
wykreowaniem Ani, Maud dostała bukiet maków, gatunku "Shirley Poppy" i
ta nazwa pozostała jej w pamięci, by potem stać się inspiracją do
nazwiska Ani.

3.Gdy pięciu kanadyjskich wydawców odrzuciło maszynopis "Ani", Maud
włożyła tekst do starego pudełka na kapelusze (autorka lubiła
nosić kapelusze i miała ich dużą kolekcję) i schowała w szafie,
myśląc by przerobić powieść na krótkie opowiadanie, podobne do
tych, które wcześniej publikowała w gazetach. Tak powieść o Ani
leżała w "hat box", zapomniana na kilka miesięcy. Po jakimś czasie
autorka, sortując rzeczy, odnalazła tekst, przeczytała jeszcze raz i
stwierdziła, że powieść jest całkiem dobra, po czym wysłała ją
tym razem do amerykańskiego wydawnictwa L.C. Page & Company. Wkrótce
otrzymała pozytywną odpowiedź, a 20 czerwca 1908r. LMM otrzymała
przesyłkę ze swoją pierwszą książką. Powieść natychmiast okazała się
bestsellerem, nie tylko wśród młodzieży ale i
dorosłych. Sam Mark Twain stał się fanem LMM i napisał do niej list.
Zanim "Ania z Zielonego Wzgórza" została wydana, wydawca naciskał, by
Maud napisała drugą powieść o Ani. Choć autorka lubiła Anię, to
jednak napisanie drugiej części przyszło jej z trudnością, gdyż
nie planowała tworzyć serii. Poza tym LMM musiała napisać tę
powieść szybko, by usatysfakcjonować wydawcę. Tak powstała "Ania z
Avonlea".

4.Po opublikowaniu "Ani" pierwsze honorarium LMM wynosiło $1730. W
tamtych czasach za te pieniądze można było kupić kilka domów na
Wyspie Księcia Edwarda. W 1910r, kiedy "Ania" została przetłumaczona na 
kilka języków,roczne honorarium autorki wynosiło ponad $7000. Dla porównania,
przeciętny pracownik na PEI zarabiał mniej niż $300 rocznie.

Ho, ho, ho!

Dziękujemy Justysi! Niestety, nie mogę tu pokazać wszystkich 36 zdjęć, które zrobiła jej córka,  dwunastoletnia Asia (bardzo miła i mądra osóbka!), więc pokazuję to najważniejsze – przedstawia ono Wymarzony Domek pisarki od frontu.

Na pozostałych widać, owszem, wnętrze domu, ale skoro nie ma tam oryginalnych mebli i książek LMM, nie musimy bardzo żałować – to przecież tylko rekonstrukcja.

Z całą pewnością jednak należał do LMM  ten oto stabilny obiekt i niewątpliwie niekiedy z niego korzystała, choć pewnie miała kucharkę:

 

Piec

 

Miło spojrzeć, prawda? Fajerki, czyli ruchome kręgi żeliwne, pozwalające regulować obwód otworu nad ogniem, popielnik (po lewej na dole), bardzo porządny piekarnik i  – chyba się nie mylę?- dwie tak zwane dochówki czyli duchówki (te z białymi drzwiczkami) do utrzymywania potraw w cieple.  Jest i kubełek na węgiel, po prawej na dole, a w kącie chyba stoi pogrzebacz?

Jakie ładne, solidne  i funkcjonalne są te stare przedmioty !

Asiu, piękne dzięki za fotoreportaż!

Ściskam mocno Mamę i Córkę!

MM

Azalia od Ann

azalia

 

„Kwiecień to ten właściwy i błogosławiony miesiąc ogrodników. Niech się dadzą wypchać kochankowie ze swoim uwielbieniem dla maja, w maju drzewa i kwiaty tylko kwitną, ale w kwietniu wypuszczają pędy; bo trzeba wam wiedzieć, że to kiełkowanie i przedzieranie się, te pąki, pączki i kiełki są największym cudem natury, i nie zdradzę ich tajemnicy już ani słowem; przykucnijcie sami, grzebiąc palcem w pulchnej ziemi z utajonym tchem, gdy palec, o którym mowa, dotyka kruchego, pełnego pąka. Tego się nie da opisać, tak samo jak nie da się słowami wyrazić pocałunków i kilku innych rzeczy.

(…) Nikt nie wie, jak to się dzieje, ale dzieje się to niezwykle często: gdy wejdziecie na grządkę, aby podnieść z niej zeschłą gałązkę, albo wyplewić ten paskudny dmuchawiec, nadepniecie zazwyczaj na podziemny pąk lilii lub pełnika, chrupnie on wam tak pod nogą, że zdrętwiejecie ze zgrozy i wstydu uznawszy się za potwora, pod którego kopytami trawa nie rośnie. Albo też gdy z niezmierną ostrożnością spulchniacie na grządce ziemię, macie zagwarantowane rozsiekanie motyczką młodej cebulki albo obcięcie gładko łopatą kiełków anemonów; cofając się w przerażeniu rozwalicie swą łapą kwitnącą prymulkę lub też złamiecie młody pęd ostróżki. Z czym większą ostrożnością pracujecie, tym więcej wyrządzacie szkody; dopiero lata praktyki nauczą was mistycznej i surowej pewności siebie prawdziwego ogrodnika, który depcze, gdzie popadnie, a przecież niczego nie zadepcze, a jeśli już tak się stanie, to przynajmniej nic sobie z tego nie robi. ”

 

To jest początek rozdziału ”Kwiecień” ze ślicznej książeczki Karela Čapka „Rok ogrodnika” (wyd. Iskry, Warszawa 1986 , przekład: Halina Janaszek Ivaničková).

Przepisała go dla was ta, która właśnie przed chwilą, przesadzając rozrośnięte floksy, za pomocą ostrej łopaty zgładziła dwie kiełkujące cebulki lilii tygrysiej.
Ech, i gdzież wreszcie ta surowa i mistyczna pewność?….!
Wiosenne uściski od
MM

 

Piękne zdjęcie kwietniowej azalii  zrobiła Kochana Czytelniczka Ann.

Ikona

zmartwychwstanie

Ikona Anastasis (Saloniki, Grecja). 

(fot. Józef Wolny)

 

Anastasis czyli po grecku Zmartwychwstanie.

Widziałam kilka ikon podobnej treści. Ta jest bardzo piękna.

Dziękuję  za wielkanocne dobre życzenia i z  całego serca je odwzajemniam!

Niech to Święto wciąż na nowo wydobywa nas z naszych otchłani.

Po prostu, tylko pozwólmy sobie pomóc.

 

Alleluja!

 

Niedziela Palmowa

wielkanoc2015

 

„Otóż Wierzbna, otóż Kwietna zawitała nam niedziela” – jak napisał Władysław Syrokomla.

Zanim sobie od rana sporządzę coś takiego na żywo, namalowałam Wam palmę z zielonych trawek, listków, fiołków, małych szafirowych cebulic i innego ziela. Wszystko to już rośnie w ogrodzie, fiołki zakwitły, a każdy dzień przynosi nowy przyrost zielonego życia.

Wielkanoc blisko!

Kochana Czytelniczka PatrycjaF, nasza mądra czternastolatka, zamierza upiec na Święta babkę i poprosiła o przepis. Już się robi! Mam taki, niezawodny! W rodzinnej księdze z wklejanymi i wpisywanymi przez lata przepisami, wyraźnie zużytej i pożółkłej, ze śladami ciast, czekolady i lukrów, figuruje on pod nazwą: BABKA WIELKANOCNA BARDZO DOBRA.

Natomiast w moim „Łasuchu literackim” znajdziecie ją na stronie 25, jako

„Babkę wielkanocną Mamy Żakowej”:

(„Babka wielkanocna musi być babką drożdżową, rzecz to pewna. Żadne inne ciasto nie komponuje tak cudownie swej woni z dźwiękiem dzwonów, wzywających na rezurekcję, z zapachem świeżo wyprasowanego obrusa, wyszorowanych podłóg, pierwszych żonkili i ostrego, wiosennego powietrza.”)

 

Oto przepis:

7 dkg masła roztopić w rondelku, odstawić do przestygnięcia.

Lekko podgrzać ćwierć litra mleka.

3 dkg świeżych drożdży rozetrzeć w miseczce z łyżeczką cukru, dodać je do letniego mleka, rozmieszać, po czym lekko posypać po wierzchu mąką (1 łyżka). To jest zaczyn. Naczynie,w  którym się znajduje, należy postawić w ciepłym miejscu i przykryć czystą ściereczką  na 10 minut.

W tym czasie utrzeć 1 całe jajko i 2 żółtka z 15 dkg cukru. Przygotować rodzynki, migdały, skórkę pomarańczową smażoną w cukrze.

Kiedy rozczyn podwoi swoją objętość, łączymy go z utartymi jajkami i cukrem, wsypujemy powoli, mieszając, 50 dkg przesianej mąki tortowej, dodajemy posiekane bakalie i przestudzone masło. Trochę otartej skórki cytrynowej, nieco waniliowego zapachu – i można ubijać. Kopystką. Albo mikserem. Mikser (na wolnych obrotach) zrobi to doskonale i wcale się przy tym nie zmęczy. Kiedy ciasto jest gładkie i lśniące, odstaje od kopystki (lub mieszadła), a spod jego powierzchni wydobywają się pęcherzyki powietrza, można już więcej nie ubijać.

Naczynie z ciastem przykrywamy czystą ściereczką, po czym stawiamy je w ciepłym miejscu na godzinę lub dłużej. Kiedy urośnie tak, że jest go dwa razy więcej, delikatnie przekładamy je do formy babkowej, wysmarowanej masłem. I niech znów odpoczywa oraz rośnie. Ale już bez przykrycia.

Teraz trzeba nagrzać piekarnik, żeby babka od razu znalazła się w cieple. Potrzebna jest temperatura 180-200 stopni, a piec należy tak długo, aż ciasto wyrośnie, jest przyjemnie rumiane i odstaje od brzegów formy, zaś patyczek, wetknięty w ciasto, jest po wyjęciu całkiem suchy.

I tyle!

Wyjmujemy babkę dopiero wtedy, gdy forma z nią jest już zupełnie przestudzona.

Lukrujemy ją nazajutrz (cukier puder, trochę śmietany tortowej, sok z pół cytryny – utrzeć energicznie na gęstą, lśniącą masę) i posypujemy po wierzchu drobinami skórki pomarańczowej, a w otwór zwany kominkiem wtykamy trochę bukszpanu i oczywiście chorągiewkę!

Co za widok, Patrycjo, mówię Ci!

Bierz się śmiało do dzieła, nic się nie bój, najwyżej ptaszki zjedzą coś dobrego. A ty upieczesz babkę nr 2.

Powodzenia!

 

I gotowe!

okladka7-mala

 

W takiej wersji okładka już została przesłana do wydawnictwa.

Ho-ho, czyżby to było aż 15 szczegółów, różniących kolejne wersje?

Chyba mniej.

Ciekawa jestem, kto je wyłapie. Wójt Scoiattolo czyli Wiewiórka jest na dobrej drodze, jak widzę pod wpisem”Oczko do korekty”.

No, a ja teraz jadę na zasłużoną wycieczkę rowerową. Jest piękna pogoda i ptaki śpiewają jak szalone. Czy już Wam mówiłam, że na polach spotykam skowronki?

Jadę, zobaczę, co tam u nich słychać.

 

Oczko do korekty

dzwonek-nowy-maly

 

Przyszła tu w niedzielę wieczorem – ożywiona po pobycie na targach Książki w Poznaniu – autorka „Srebrnego dzwoneczka”, a że jest przede wszystkim moją młodszą córką (proszę zajrzeć na emilia.kieres.net), podzieliła się natychmiast swoją dobrą nowiną. Mianowicie, ta właśnie jej debiutancka książka rozeszła się w bardzo porządnym nakładzie; dzieci ją lubią, bo jest miła i ciekawa, a mamusie chwalą, bo porusza ważny problem dziecięcych obaw przed pójściem po raz pierwszy do szkoły.

Wydawczyni zaś podjęła szybką decyzję o kolejnym nakładzie „Srebrnego dzwoneczka”!

Ponieważ tym razem zmieni się format, postanowiłyśmy, że autorka ilustracji do tej książki (czyli ja) namaluje projekt nowej okładki.

Dobrze, że wszystko, czego potrzeba, mam w zasięgu ręki, na stole lub regale. Ciach!

Oto nowa Marysia w wianku z chabrów, i wszystko byłoby dobrze, tylko oczko oczku nierówne. To po prawej stronie nie ma odrobiny cienia pod powieką.

Się poprawi jutro.

Ale na razie pokazuję obrazek Wam, bo to zawsze ciekawe, jak się twórca zmaga,  dyszy i sapie, a z nosa pot mu rzęsisty kapie.

Po korekcie i wykończeniu okładki też Wam wszystko zademonstruję.

(Chabry zadowalające).

Coś się ruszyło

tulipki

Karel Čapek – „Rok ogrodnika”.

Marzec ogrodnika.

„Jeśli mamy zgodnie z prawdą i stosownie do prastarych doświadczeń przedstawić marzec ogrodnika, musimy przede wszystkim pieczołowicie rozróżnić dwie sprawy: a) co ogrodnik czynić powinien i pragnie, b) co rzeczywiście czyni, nie mogąc robić więcej.
a) A więc namiętnie i usilnie pragnie, to rozumie się samo przez się: zdjąć choinę i odkryć kwiatki, ryć, kruszyć, kopać, przerywać, spulchniać, wyrównywać, podlewać, rozmnażać, podcinać gałązki, preparować, przesadzać, podwiązywać, kropić, gnoić, pleć, wysiewać, czyścić, ciąć, odpędzać wróble i kosy, wąchać ziemię, wygrzebywać z niej palcem kiełki, radować się kwitnącymi przebiśniegami, ocierać pot z czoła, rozprostowywać plecy, jeść jak wilk i pić jak smok, kłaść się do łóżka z łopatą i wstawać ze skowronkiem, wielbić słońce i niebieską rosę, obmacywać twarde pąki, wyhodować sobie pierwsze mozoły i pęcherze i w ogóle szeroko, wiosennie i bujnie po ogrodniczemu żyć.
b) Zamiast tego klnie, że gleba jest nadal jeszcze albo znowu zmarznięta, rzuca się w domu jak lew w klatce, gdy ogród znajdzie się pod śniegiem, wysiaduje pod piecem z katarem, musi chodzić do dentysty, zwala mu się nieoczekiwanie na głowę ciotka, prawnuk, stryj i diabli wiedzą kto jeszcze, w ogóle traci dzień po dniu, prześladowany wszelkimi możliwymi i niemożliwymi dopustami bożymi, klęskami, sprawami i przeciwnościami losu, które dziwnym trafem gromadzą się właśnie w marcu; bo trzeba wam wiedzieć, że ‘marzec jest najbardziej pracowitym miesiącem w ogrodzie, który winien się przygotować na nadejście wiosny’.
(…)
Dla nas, ogrodników, ogromnie ważne są ludowe przepowiednie; my jeszcze wierzymy w to, że ‘święty Maciej lody łamie’, jeśli on sam tego nie uczyni, oczekujemy, że sprawi to św. Józef, niebiański lodołamacz, wiemy, że ‘w marcu jak w garncu’ i wierzymy w trzech zimnych Ogrodników i w to, że ‘ jeśli się rozsierdzi Serwacy, wszystko zmrozi, przeinaczy’, i w inne takie przepowiednie, z których wynika w sposób niezbity, że ludzie od pradawnych czasów mają smutne doświadczenia z pogodą. (…) Krótko i węzłowato, ludowe przepowiednie wieszczą nam w większości sprawy niemiłe i pochmurne. A zatem trzeba wam wiedzieć, że sam fakt istnienia ogrodników, którzy mimo tych złych doświadczeń z pogodą rokrocznie witają entuzjastycznie wiosnę, jest świadectwem bezmiernego i cudownego optymizmu rodzaju ludzkiego.
(…)
Gdy stanie zegarek, rozkłada się go na elementy pierwsze i następnie odnosi do zegarmistrza; gdy nagle zatrzymuje się auto, podnosi się maskę, zaczyna się tam pchać palce, po czym wzywa się montera. Ze wszystkim na świecie można coś zrobić, wszystkim można pokierować i wszystko można zreformować, ale z pogodą nic nie da się zrobić. Żadna gorliwość ani wielkie gesty, ani nowatorstwo, dociekliwość ani bluźnierstwa nie pomogą; pąk się otworzy i kiełek wzejdzie, gdy wypełni się jego czas i prawo. Tu z pokorą sobie uświadamiasz bezsilność człowieka; zrozumiesz, że cierpliwość jest matką mądrości.
Poza tym nic innego nie da się zrobić.”

 
Iskry, Warszawa 1986
Przełożyła z jęz. czeskiego Halina Janaszek-Ivaničková