Naprawdę najlepsze życzenia

van_hornthorst_adoration_children_800x583

 

„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata, jest Boże Narodzenie.” 

(Matka Teresa z Kalkuty)

 

Uśmiechając się także do „Adoracji  Dzieciątka” – obrazu barokowego malarza holenderskiego Gerrita van Honthorsta (1592-1656) – i do Was wszystkich, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, składam Wam najlepsze życzenia na Boże Narodzenie: bądźcie dobrzy. Bądźcie radośni i wyrozumiali, starajcie się łączyć ludzi, a nie – dzielić, starajcie się zawsze być posłańcami Dobrej Nowiny dla Świata.

To wcale nie jest trudne!

Radosnych Świąt!

 

Różne muzyk chory,

alty i tenory,

śpiewajcie i grajcie!

Bóg się nutą staje,

w ziemskie wchodząc kraje.

Śpiewajcie.

Lutnie wdzięcznobrzmiące

i trąby krzyczące,

śpiewajcie i grajcie!

Wdzięczne grajcie trele

Bogu w ludzkim ciele.

Śpiewajcie.

Krzykliwe kornety,

poważne mutety,

śpiewajcie i grajcie!

Na nutach nie schodzi,

gdy się słowo rodzi.

Śpiewajcie.

Wiole ze skrzypcami,

tuby z puzonami,

śpiewajcie i grajcie!

Z aniołami z nieba

śpiewać dziś potrzeba.

Śpiewajcie.

I szpinecie mały,

i klawicymbały,

śpiewajcie i grajcie!

Grajcie na przemiany

zrodzonemu z Panny.

Śpiewajcie.

I inne muzyki,

wesołe okrzyki,

śpiewajcie i grajcie!

Wdzięczną melodyją

Jezusa z Maryją

Wsławiajcie.

( z Kapeli Generalnej

–  polska kantyczka z XVII-XVIII w.)

 

 

Święty Mikołaj. Niewątpliwie.

Na prośbę Kochanej Czytelniczki Zuzi 12 przenoszę dziś z archiwum wpisów szóstkowych ten, traktujący o największej życiowej przygodzie małej Virginii O’Hanlon, urodzonej  w roku 1889, w Nowym Jorku.

Oto ona we własnej osobie (śliczną ma sukienkę, prawda?):

 

Virginia_O'Hanlon_(ca._1895)

 

Ośmioletnia Virginia pewnego dnia spytała ojca, czy Święty Mikołaj naprawdę istnieje. Tato był zapewne zakłopotany pytaniem, więc poradził córeczce, by napisała do najpopularniejszej wówczas gazety „The Sun” i po prostu poprosiła o odpowiedź. I Virginia to zrobiła.

To jest ten jej list:

 

Virigina-letter

 

Droga Redakcjo, mam osiem lat. Niektórzy z moich kolegów mówią, że Świętego Mikołaja nie ma. Tatuś mówi: „Jeśli piszą o czymś w The Sun, to tak na pewno jest.” Proszę, powiedzcie mi prawdę – czy jest Święty Mikołaj?
Virginia Hanlon

 

Virginia otrzymała natychmiastową odpowiedź w formie komentarza wstępnego w gazecie „The Sun” w dniu 21 września 1897. Odpowiedź nie była sygnowana, lecz wiadomo już dzisiaj, że napisał ją wytrawny reporter Francis Pharcellus Church. Był on w swoim czasie korespondentem wojennym, widział wiele cierpienia, bólu i śmierci, widział – i sam przeżywał – rozpacz i upadek nadziei. Możemy się tylko domyślać, jakie uczucia nim kierowały, kiedy osobiście zajął się listem najmłodszej czytelniczki „The Sun” – przeczytał go i z powagą udzielił dziecku wyczerpującej, pięknej odpowiedzi.

I nawet nie przypuszczał, że tym samym stworzył najczęściej przedrukowywany i cytowany artykuł wstępny w historii dziennikarstwa! Pojawiał się ten tekst w całości lub we fragmentach, w dziesiątkach języków świata, w książkach, w innych wydawnictwach, w filmach, na plakatach i znaczkach pocztowych. Mała Virginia rosła, dorosła, dożyła 82 lat, wreszcie zmarła (w roku 1971), a aż do samej śmierci otrzymywała z całego świata listy dotyczące sprawy Świętego Mikołaja i odpowiadała na nie, rozsyłając drukowane kopie tej oto odpowiedzi Franka P. Churcha:

 

santa2

 

Virginio, twoi koledzy się mylą. Zostali oni dotknięci sceptycyzmem sceptycznego wieku. Wierzą tylko w to, co widzą. Sądzą, że nie może istnieć nic, czego nie pojęliby swoimi małymi umysłami. Wszystkie umysły, Virginio, niezależnie od tego czy dorosłe, czy dziecięce, są małe. W tym naszym wielkim wszechświecie człowiek ze swoim intelektem jest po prostu robaczkiem, mrówką, w porównaniu z bezgranicznym światem wokół niego, a wedle miary inteligencji, zdolnej objąć całość prawdy i wiedzy.

Tak, Virginio, Święty Mikołaj istnieje. Istnieje z taką samą pewnością, jak istnieją miłość, szczodrość i oddanie, a wiesz przecież, że jest ich pełno wokół i że przydają naszemu życiu piękna i radości. Niestety! Jakże ponury byłby świat, gdyby nie było na nim Świętego Mikołaja. Byłby tak samo ponury, jak gdyby nie było na nim małych Virginii. Nie byłoby wtedy na nim dziecięcej wiary, nie byłoby poezji, nie byłoby romantyczności, potrzebnych, by uczynić naszą egzystencję znośną. Nie mielibyśmy przyjemności innych niż te, dane nam przez wzrok i rozsądek. Zgasłoby wieczne światło, którym dzieciństwo napełnia świat.

Nie wierzyć w Świętego Mikołaja! Równie dobrze mogłabyś nie wierzyć we wróżki! Mogłabyś poprosić tatusia, by wynajął ludzi do pilnowania w Wigilię wszystkich kominów i złapania Świętego Mikołaja, ale nawet gdyby nie zobaczyli jak Święty Mikołaj się pojawia, czegóż by to dowiodło? Nikt nie widzi Świętego Mikołaja, ale to nie znaczy, że Świętego Mikołaja nie ma. Najbardziej realne rzeczy na świecie nie są widoczne; ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Czy widziałaś kiedyś wróżki tańczące na trawniku? Oczywiście nie, ale to nie dowód, że ich tam nie ma. Nikt nie potrafi sobie nawet wymyślić lub wyobrazić wszystkich cudów tego świata, które są niewidoczne lub – niewidzialne.

Możesz rozerwać niemowlęcą grzechotkę i zobaczyć, co tam w środku tak stuka, ale istnieje welon okrywający niewidoczny świat, welon, którego nie mógłby rozerwać nawet najsilniejszy człowiek ani nawet połączone siły wszystkich najsilniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek żyli. Tylko wiara, fantazja, poezja, miłość, romantyczność mogą rozsunąć ów welon i odmalować skryty za nim widok tego niebiańskiego piękna i chwały.

Czy to wszystko jest prawdziwe? Ach, Virginio, na całym tym świecie nic nie jest bardziej prawdziwe i niewzruszone. Nie ma Świętego Mikołaja? Dzięki Bogu – on żyje! – i to żyje na zawsze. Za tysiąc lat, Virginio, nie, za dziesięć razy po dziesięć tysięcy lat, Święty Mikołaj wciąż jeszcze będzie napełniał szczęściem dziecięce serca.

(przekład: Małgorzata Musierowicz)

 

Tak sobie pomyślałam, że to będzie ładny prezent od Św. Mikołaja  – nie tylko dla Zuzi12, ale także dla wszystkich dzieci, dla młodych ludzi i dla dorosłych, i całkiem starszych osób, którzy tutaj zaglądają. Nie ma już odważnej Virginii, nie ma dobrego i mądrego Franka P. Churcha, ale wciąż są na świecie rzeczy, o których pisał, rzeczy niewidoczne i niewidzialne, których nie możemy pojąć naszymi małymi umysłami, a które dają naszym sercom tyle radości.

 

Listopad

pfafrowicz

Autorem tego wyjątkowo pięknego obrazka jest wybitny polski ilustrator, Piotr Fąfrowicz.

Obrazek jest mój! – hura! – mój na zawsze, mój ci jest! Wraz z wieloma innymi, równie pięknymi, kupiłam go od artysty parę lat temu.

Można na niego patrzeć i patrzeć, i wciąż odkrywać nowe cuda, które za nas zobaczył i odtworzył artysta, i podziwiać jego mistrzostwo i jego wspaniałą technikę.

Zwróćcie uwagę na światło: jest łapane przez wirujące liście, które pokazują tego światła zasięg.

Popatrzcie, jak namalowane jest tło: mrok gromadzący się w dolnej części, tam gdzie blask księżyca nie dociera, osiągnął artysta rozpylając delikatnie czarną farbę na papierze, którego właściwą barwę widzicie w górnej części arkusza.

Drzewa: każde zupełnie inne, innego kształtu i innej barwy. Światło księżyca wydobywa je z półmroku, rysuje kształty ich pni i gałęzi.

I oczka ptaków też łapią światło.

I prawda, że widać ruch tych listeczków, ich powolne spadanie?

I prawda, że widać mglistość jesienną i jesienny smutek? I jesienną samotność?

A mimo to: „żeby jesień cudna była” życzył mi wtedy własnoręcznie pan Piotr.

A ja mu życzę tego samego teraz.

No i wszystkim Wam! – ze szczególnym uwzględnieniem księżycowej SowyP.

Uściski od

MM

 

Po spotkaniu

feblik-p

 

Wróciłam! – oto teraz, zmęczona i wzruszona, siedzę za stołem, założonym prezentami, listami i kwiatami, a wdzięczność mnie przepełnia!

Co za spotkanie! Ile miłych twarzy! Jakie kochane istoty przyjechały, nawet z bardzo daleka (Białystok! Kielce! Lublin! Gdynia! Krosno! Katowice! Zakopane!!!). Ileż to serdeczności trzeba mieć w sobie, żeby stać przez kilka godzin w takiej długiej kolejce, po długiej podróży, a przedtem jeszcze piec ciasteczka owsiane i sezamkowe, a nawet domowy chleb! Przyjechała też nalewka owocowa, konfitury, śliczne rękawiczki czerwone własnej roboty (tak! będę je nosić!), książki, rysunki, zakładki, oraz – uwaga! – piernikowe ilustracje!

Jedną z nich widzicie powyżej. Autorką jest KC Chesterka (fantastyczna, radosna  kobitka z dołeczkami w policzkach, mama Kapucynki, która też ma dołeczki i też w policzkach!). A tu  dzieło Łucji z Narnii, młodszej córki Chesterki:

 

wnuczka-p

 

Prawda, że obie bardzo podobne?! (Aga ma nawet garbaty nosek, a korale Doroty – białe błyski!). A to ci dopiero!  A Kapucynka też  idzie w ślady  swojej mamy i oto, co upiekła:

 

nilsson-p

 

Tak, to pan Nilsson, oczywiście. Jak żywy!

I to mi nasuwa myśl, że trzeba będzie chyba zrobić,  jak zwykle w styczniu, Galerię Piernika. Co Wy na to? Piekąc na Święta, pamiętajcie o Galerii i dajcie z siebie wszystko! Macie tyle talentów!

Ale, wracając jeszcze do dzisiejszego spotkania w Empiku: kiedy się skończyło, zabrałam zamiejscowych gości na spóźniony obiad do pobliskiej knajpki i tam, ledwie usiedliśmy, zaczęliśmy jednocześnie mówić o tym, jak krzepiące było spotkanie na małej przestrzeni empikowego salonu WYŁĄCZNIE sympatycznych, życzliwych ludzi, i to w takiej liczbie!

Cóż, zwykle się ich nie widzi. Nie pokazują  ich media. Ludzie cisi żyją i pracują, uczą się i działają gdzieś na uboczu, w tle, przyćmieni przez agresywnych, krzykliwych, aroganckich ważniaków.

Ale są!

I to jest najważniejsze – dla nas – i dla świata.

Dziękuję za wspaniały dzień – wszystkim, którzy zechcieli mnie odwiedzić. A był to dzień przyćmiony wiadomymi wydarzeniami, ludzkimi tragediami, niezawinionym cierpieniem. Nawet zdawało mi się, że  nie wypada organizować teraz  takich spotkań. Ale się myliłam.

Dobrze było spotkać się z tym, co wielki francuski pisarz, Albert Camus, autor „Dżumy” i „Obcego”, określił jako „ludzkie ciepło”.

I za nie właśnie Wam dziękuję!

Wasza

bardzo wdzięczna

MM

 

Dary jesieni!

feblik3

 

Wszystko to własne plony, a jakże! – orzechy włoskie, miechunka rozdęta (Physalis alkekengi L.) oraz świeżutki, pachnący jeszcze drukarnią, „Feblik”.
Miłe chwile! Idzie zima, i to podobno sroga, a u nas pełna spiżarnia. Są i powidła z własnych śliwek, i miód, i grzyby suszone, i dużo zamrożonej dyni na Zapiekankę Kopciuszka, i „Feblik” wreszcie.
Ach! To poczucie zadowolenia! To musi być jakiś atawizm, jak powiedziałaby Dorota Rumianek.
„Feblik” jest w sam raz na listopadową pogodę! Miłego czytania!

Co do spotkań promocyjnych: będzie jedno  zaledwie, bo oficjalnie jestem starszą panią, a nieoficjalnie wcale nie jestem starszą panią, tylko całkiem rześką kobitką „na fleku” (jak to się mawia w Poznaniu i Wielkopolsce), ale „Ciotka Zgryzotka” czeka. (Albo się jeździ, albo się pisze!)

Spotkanie:  14 listopada, w sobotę, o godzinie 12.30 – Empik w Poznaniu, przy ul. Ratajczaka 44  (koło Placu Wolności).
Zapraszam serdecznie!
Miło będzie Was zobaczyć, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy!
Do zobaczenia!
MM

PS Ściskam serdecznie klasę 1c w wrocławskiego gimnazjum! Dla Waszej Pani Polonistki – miłe pozdrowienia!

Obrazki do „Feblika”

 

1a

 

Jak obiecałam KC Moonwalk – oto jeden z tych obrazków, narysowany minionej nocy – winieta otwierająca rozdział pierwszy.
Nasza tajemnicza bohaterka (nikt z Was jeszcze nie odgadł jej tożsamości, he, he!) czyta sobie w cieniu, jest upał, sobota 10 sierpnia 2013.

Pamiętacie oczywiście, że „Feblik” to ciąg dalszy „Wnuczki do orzechów”? Ma rację Ania, która pod poprzednim moim wpisem deklaruje, że przeczyta sobie teraz ponownie „Wnuczkę”. Były w jej akcji (z konieczności, dla lepszej kompozycji) tzw. „białe plamy” – najnowsza książka plamy te wypełnia treścią!

Melduję Wam oficjalnie, że zdążyłam, terminu dotrzymałam (z wyprzedzeniem nawet!), a zredagowany przez Emilię Kiereś tekst „Feblika” już pomknął do wydawnictwa. Niebawem pójdzie do składu. A ja w tym czasie spokojnie dokończę ilustracje. Potem kilka korekt – i druk! Ciach-ciach!

Premiera 6 listopada!

A pamiętajmy jeszcze , że nasz kochany Wójt Wiewiórka czyli KC Scoiattolo też w listopadzie będzie się cieszyć premierą swojej pierwszej książki – „Lawendowa czarownica”.

I nie lubić tu jesieni! Jakaż owocna!
Ściskam wszystkie Kochane Czytelniczki i wszystkich Drogich Czytelników – i lecę rysować.

Wasza
MM

Halo, halo!

ign

 

Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy! Cześć i czołem po wakacjach!

Kochana Dziatwo Szkolna Wszystkich Szczebli! Dobrego pierwszego września! Dobrego szkolnego roku!

Zaczynam, oczywiście, od razu trzymać moje kciuki mentalne za wszystkich uczniów i uczennice, za to, żeby nowy rok szkolny nie był Wam przykry, żebyście mieli w nim czas i na naukę, i na kulturę, i na przyrodę, i na zabawę! I na śmiech!
Dziękuję Wam za wszystkie listy z wakacji, za zdjęcia, pamiątki i prezenty (Beatuszko! Kwituję świeżo otrzymaną wzruszającą przesyłkę z Wilna, dziękuję bardzo!). Przepraszam, że nie odpisywałam na listy, nie odpowiadałam na propozycje etc. – to dlatego, że po prostu zrobiłam sobie, kategorycznie jak co roku, wakacje od internetu. Wyłączyłam go. Ciach! – i co?

I nic się nie stało.

A w dodatku wcale nie pojechałam w podróż naokoło świata, czego, jak widzę, niektórzy tutejsi goście się spodziewali!
Zaczęliśmy trasę od wizyty u miłych przyjaciół, aż tu nagle nadeszły takie upały, że natychmiast mi się radykalnie odechciało jakichkolwiek podróży, zaszyłam się w Chłodnym Pokoju przy Zasłoniętych Oknach i Dużym Wentylatorze, kąpałam się dziesięć razy dziennie, jadłam wyłącznie lody i… i… co? Co można robić w takiej przymusowej izolacji, kiedy nic człowiekowi nie przeszkadza, kiedy na zewnątrz jest 50 stopni gorąca, a przed sobą ma się laptop z chłodzącym mini wiatraczkiem, podarowanym przez Jelly? Co w takiej sytuacji może człowieka porwać i zająć?

Tak jest. Praca. Czyli – „Feblik”.
Napisałam go wreszcie! I ostatecznie tak będzie wyglądał:

 

 

feblik-rozkl-s

 

Panuje w nim – trudno się dziwić! – taki sam straszliwy upał, jak we „Wnuczce do orzechów”. Widać to też po Ignasiu: ale się opalił, co?! (Starannie mu dobrałam odcień opalenizny, co możecie prześledzić na pierwszym rysunku, na tych próbnych plamkach po prawej: róż pastelowy, ugier jasny, umbra palona).
Mogę Wam już zdradzić, że spotęgowałam sobie trudności, tak, jak lubię: bowiem im trudniej, tym ciekawiej, a im więcej łamigłówek, tym milej i weselej się pracuje.
Założyłam mianowicie, że „Feblik” będzie opowiadał o tym, co się zdarzyło pomiędzy sobotą 10 sierpnia a wtorkiem 13 sierpnia 2013 roku. Jeśli zajrzycie do „Wnuczki”, stwierdzicie, że wydarzeń z dwóch dni, pomiędzy ową sobotą a pamiętnym burzowym (i burzliwym) wtorkiem, po prostu tam nie ma!
W sobotę szczęśliwy Ignaś wyruszył z dolinki przez Kostrzyn do Poznania, a dalej – do Wrocławia. Co się z nim działo przez ten czas? A co się wtedy działo w wiejskiej kuchni u Pulpecji? A co – przy Roosevelta 5 w Poznaniu, gdzie przecież został Grzegorz Stryba? A co powiedziała (i jaką miała minę!) Ida, we wtorek po burzy, kiedy bryczka zaprzężona w Kobyłkę przywiozła nie tylko Dorotkę , ale i autora jej korali?
Miło było sobie to wymyślać! Sama śmiałam się przy tym. Pyszna zabawa, takie podglądanie czasu i układanie w nim kawałeczków puzzla. I naprawdę dobrze się pisało! (Niech żyją wentylatory i wiatraczki!)
Ech, lubię swoją pracę!

Mam nadzieję, że Was „Feblikiem” zaskoczę, ucieszę i rozbawię.

Książka jest „złapana” za łeb, hura! Potrzebuję jeszcze miesiąca: na „dodanie ciałka” (jak sobie nazywam obudowywanie szkieletu niektórych naszkicowanych dopiero scen), na wykończenie całości (przyjemne zajęcie), i na ilustracje. I właśnie ten miesiąc mam. Obiecałam mojej Wydawczyni, że oddam tekst i obrazki na początku października. I – będzie „Feblik” na św. Mikołaja!
No i to jest właśnie ta niespodzianka, którą tu Admineczka pod moją nieobecność zapowiedziała.
Dziękuję Wam za doping! Za to wymagające oczekiwanie! Za to, że mnie ono stale zmusza do pisania! Bardzo, bardzo za to dziękuję, bowiem – mówię to z największym przekonaniem – praca naprawdę jest najlepszym lekarstwem na wszystkie smutki.
Przesyłam Wam zbiorowego CAŁUSA !

Wasza
MM