Nie, Kasiu, niestety!
Trzeba będzie cierpliwie poczekać.
Oczekuję z wielką nadzieją, że już niedługo, że przed świętami się ukaże nasza „Ciotka” :-)
Ach! kiedy będzie ta jesień ?? :)
Nawiązując do pewnego komentarza – i ja nie moge dorosnąć i przestac wypatrywac kolejnych tomów Jeżycjady :) Mam 27 lat, 16 miesięczna córe i po raz kolejny wracam do poczatku Jeżycjady :) od gimnazjum!
Bardzo mnie teraz cieszy fakt, ze kolejne książki nie sa „rozwleczone” w czasie – tylko rok po roku, a nawet dni po dniach :)
Prosze tworzyć! nie przestawac! Bo ja absolutnie dorosnąć nie chce! :) :) :) :)
I wciąż to samo pytanie: kiedy KIEDY będzie kolejna część. :)
Pozdrowienia i uściski z pochmurnego poznańskiego Grunwaldu! :)
Dzień dobry!
Uwielbiam pani książki.Mam pełno tomów ” Jeżycjady” w domu. Kocham ją. Na kiedy przewiduje Pani premierę ” Ciotki Zgryzotki”? Muszę w tym dniu koniecznie iść do księgarni :) Pani książkami zaczęłam się interesować gdzieś w drugiej klasie szkoły podstawowej, a mam dziesięć lat. Na początku były dla mnie- powiem Pani szczerze- nieciekawe. Wieki błąd. Długo, oj długo:) Moją ulubioną postacią jest… Cała rodzina Borejków. Nie mam ulubionej postaci;) Chcę być pisarką ( może pod pani wpływem?).
Bardzo dziękuję, Zuzko!
Ależ ręcznie, ręcznie, czy tego nie widać? :)
Komputer pomaga tylko z liternictwem, albo przy kadrowaniu, albo przy czyszczeniu kleksów po farbie, które to kleksy lubią się usadzić zawsze w najważniejszym punkcie obrazka!
Czy Pani wszystkie ilustracje rysuje na komputerze czy ręcznie? Ja też lubię rysować, a Pani obrazki baaaardzo mi się podobają!!!:)
Na kiedy przewidziana jest premiera ? :)
Hu,hu!
Byliście na stronie naszej Adminki? Jeżeli nie, to zachęcam,są tam nowe smaczki.., a w zasadzie kolorki..ciepłe..
PS Pamiętacie, jakie Walentynki miała Róża? Chyba sobie przypomnę. Wtedy też było ciepło, w lutym. Zupełnie jak teraz. Lubię to.
W tej chwili jedyne co możemy powiedzieć na pewno, to że kanon znany był we Francji już w XVII wieku i że znajdował się wśród kanonów Rameau.
Ja za to mam swoją zabawną hipotezę na temat polskiego tłumaczenia: skoro w wersji Rameau w tekście znajduje się „levez-vous” zamiast „dormez-vous”, to możliwe, że polski tłumacz znał wersję Rameau. I że podmienił brata Jakuba na pana Jana na cześć kompozytora ;)
Tymczasem rozkoszuję się wersją węgierską: húzza a harangot! Brzmi jak zagrzewka do bitwy (huzia na Józia!).
Celestyno, ależ ja nie wątpię ani trochę w solidność pani muzykolog! Artykuł przeczytałam fragmentarycznie, więc tym bardziej nie śmiem nic wyrokować. Chodziło mi tylko o to, że w badaniach historycznych trzeba być wręcz „nadkrytycznym” w stosunku do tego co się widzi, szczególnie jeśli nie jest to autograf, a i do oryginałów trzeba podchodzić z dużą ostrożnością. Ludzie byli, są i będą omylni, kompozytorzy, bibliofile i wydawcy również, dlatego historycy każdej dyscypliny wolą mówić o hipotezach, a nie pewnikach. Ta nieufność i krytyczność motywuje do ciągłych badań i nie jest tożsama z krytykanctwem! Tego przynajmniej nauczono mnie na studiach. Osobiście jestem za to baardzo nieufna w stosunku do Wikipedii i zawsze weryfikuję ją z innymi źródłami. Przy okazji „Pana Jana”, ten cały ustęp o korzeniach średniowiecznych nie ma żadnego poparcia w źródłach (brak przypisów), dużo tam „prawdopodobnie” i „być może”. Hiszpanie o tym nic nie piszą, w dodatku sami mają kilka wersji tego kanonu, a niektóre zupełnie oddalone od zakonnego kontekstu. Wydaje się zatem, że jedynym argumentem na pochodzenie kanonu wg autorów wpisu jest jego globalność i istnienie wersji łacińskiej. To tak jakby powiedzieć, że „Kubuś Puchatek” powstał w średniowieczu, bo znają go wszyscy i ma tłumaczenie łacińskie.
To powołanie!
A złośliwcy niech się ugryzą w piętę.
Ja też nie dam.:)Przez ponad dwadzieścia lat pracy naprawdę rzadko zdarzało mi się trafić na tych mniej wspaniałych, a i oni w większości przypadków okazywali się reformowalni.
Efekt jest taki, że z przyjemnością na feriach poleniuchowałam ( ludzie pracujący w innych zawodach nie zawsze, niestety, rozumieją,że w naszym te przerwy dla higieny psychicznej i dobra naszych uczniów, a ich dzieci, to konieczność), a w poniedziałek z przyjemnością pójdę do pracy.
Złośliwcy twierdzą,że nauczyciel to nie zawód, ale diagnoza.:)
Joanno, nadzwyczajnie się cieszę! – i w imieniu młodszych Księgowych bardzo dziękuję!
I tak, zgadzam się całkowicie: wspaniałą mamy dziś młodzież i nie dam na nią złego słowa powiedzieć!
W trakcie wysyłania przerwane zostało połączenie i przepadł mój wczorajszy wpis, więc w ogólnych zarysach go powtórzę.
DUA ,a propos katharsis i innych ważnych pojęć spieszę z zapewnieniem, że w szkołach ciągle tego uczą.Ja przynajmniej się staram, a i liczne moje koleżanki i koledzy również.Do kunsztu dawnych mistrzów polonistycznych w stylu Profesora Latawca z całą pewnością mi daleko, ale podchodzę do tego z pokorą, która sprawia,że przynajmniej staram się to robić najlepiej jak potrafię.Dzięki Bogu wciąż trafiam też na uczniów,którzy chcą tego słuchać, bo zależy im nie tylko na zdaniu matury (standardy wymagań po ostatnich reformach są mocno zaniżone i często mam wrażenie,że uwłaczają inteligencji wielu młodych ludzi), ale na szeroko pojętym osobistym rozwoju.
Tutaj wielki ukłon w stronę młodszych Księgowych, których inteligencję, oczytanie i humanistyczną wrażliwość wiele razy szczerze podziwiałam i podziwiam.Aż mi czasem żal,że nie mogę Was uczyć.:)
Z myszka przy komputerze jest banalnie prosto zjechac w dol, zeby wpisac komentarz.
Probowalam na smartfonie – mordega, nie polecam:)
Magda.leno, popełnić można zbrodnię, nie wpis.
A przedzierać się jest trudniej, nie ciężej.
Ale tak, przewidziany jest wpis walentynkowy.
Celestyno, racja!- dzwońcie, bracie, na jutrznię!
Poprawiajmy się nawzajem.
Ponad 1000 wpisów! Szaleństwo :)
Uprasza się SzanPanią o popełnienie nowego wpisu, już coraz ciężej przedzierać się przez istniejące.
Wiem, że słońce, wiosna nadchodzi i ogród wzywa i w ogóle, ale może? :)
Pozdrowienia przyjmujemy i bardzo za nie dziękujemy!
Dzień dobry Wszystkim :) Dziś rano usłyszałam egzotycznie dla mnie brzmiący , ptasi głos . Oczywiście od razu rozpoczęłam „śledztwo” w tej sprawie. I cóż się okazało – to po prostu …….sójka, moja leśna sąsiadka która na co dzień odzywa się głosikiem skrzekliwym i mało romantycznym, tym razem wydawała dźwięki rzewne i kojące . No cóż, sójki , jeżeli zechcą, to podobno i zamiauczą i zaszczekają – co kto lubi. Miłego dnia :)
Dzien dobry, dzien dobry!
Za pozwoleniem, ale ten brat, ktory budzi drugiego, nakazuje mu dzwonic (tryb rozk. sonnez), na modlitwe poranna, czyli jutrznie (les matines). Mial dyzur i zaspal.
Fluid poranny.
Aha, juz widze, Sowa czuwala:)
Sowa wybiła tysięczny.:)
Dzień dobry!
Co do kanonu: w oryginale nie mówi się o tym, że dzwonnik jest zakonnikiem! Raczej jeden zakonnik zwraca się do drugiego, i to per „wy” (Bracie Jakubie, czy śpicie?) :
Frère Jacques, Frère Jacques
Dormez-vous, dormez-vous?
||: Sonnez les matines, :||
Ding ding dong, ding ding dong.
A dzwonnik na wieży robi swoje.
Mysle, Sowo, ze tamta Pani muzykolog to tez solidna firma, nie wyciaga pochopnych wnioskow i dlugo mogla to badac. To tylko artykul prasowy tak skrotowo wyglada.
Czyzby tysieczny komentarz byl moj?
I tysiąc.
Dobranoc.
Mamo Isi, o ruskim pradziadku opowiadał sam zainteresowany w jakimś wywiadzie, więc jeśli pradziadziuś nie koloryzował, to może być prawda.
Celestyno, atrybucje czynione na podstawie dopisków na partyturze to rzecz trudna, do takich rewelacji również należy podchodzić z pewną dozą nieufności. Tak czy siak, jestem skłonna wierzyć autorstwu Rameau bardziej niż ewentualnym średniowiecznym korzeniom tego kanonu – melodycznie i harmonicznie nie przypomina on żadnego znanego mi kanonu z tej epoki.
Po namyśle przyznaję rację DUA w sprawie polskiego tłumaczenia Pana Jana. Tłumacz jednak natchniony był. Poza tym, kto powiedział, że dzwonnik musi być zakonnikiem, świeccy też dzwonili. Żon tylko nie mogli delegować, jak pamiętamy z Synodu Warmińskiego AD 1610. :)
Na dobranoc:
„Sumer is icumen in” („The Cuckoo Song”), ca.1260 – najstarszy znany kanon. O nadejściu lata.
The Hilliard Ensemble
:)!
Czasem wchodzi człowiek jakiś nieswój i poddenerwowany do KG- a tu- znajduje na swój temat coś miłego- i od razu się robi lżej na sercu. :)))
Z tym sapaniem to nawet nie pamiętam, pewnie i w pierwszym etapie Drogi posapywałam.
Ale może nawet nie- raczej chyba zagryzałam zęby.
Potem jakoś ból sam minął i jeszcze poznałam ludzi- i- tak!- śpiewało się, śpiewało! Np. „Padam, padam, padam”, he-he-he ;) Ale „Frere Jacques” akurat nie kojarzę.
Dobranoc!
Mamo Isi, wyobraziłam sobie właśnie biedronki tupiące sześcioma nóżkami. Bezcenne :)
Pragnę się pochwalić, że dzisiaj w tramwaju rozpoczęłam lekturę „Don Camillo” Guareschiego (też był w bibliotece, tylko w katalogu się zagubił widocznie).
Dobranoc!
Dobranoc!
Linka nie zamieszczę, Eviku, ale przekażę Wójtowi.
Wiem, Mamo Isi. Ten właśnie polski wierszyk przytoczyłam, tłumacząc Beatrix Potter.
A pamiętałam, że w przekładzie „Tomka Sawyera” było dosłownie ( i niepotrzebnie, skoro mamy własny wierszyk) : „Biedronko, biedronko, leć prosto do domu, tam pożar…” etc.
Czy to nie miłe, że kiedyś ludzie zwracali się z prośbą do biedronek?
Można opublikować. Nasz Wójt się ucieszy :D
Starałam się to www usunąć (myślałam, że wystarczy), ale i tak formularz za spam uznał ;)
Pozdrawiam i dobrej nocy!!!
Eviku (wiad.pryw.) a rzeczywiście!
Zajrzałam, znalazłam link, kliknęłam, ucieszyłam się.
Dziękuję!
Biedronki nie sapią, kochany Starosto! Boże krówki najwyżej tupią swoimi sześcioma nóżkami zasuwając przed się po el Camino, że jeno im się tych siedem czarnych kropek migoce na tle czerwieni pompejańskiej pancerzyka! I na pewno pomrukują przy tym Frère Jacques;) Chociaż dopuszczam i wersję łacińską.
A w wolnych chwilach latają do nieba po rogale świętomarcińskie;)
A swoją drogą, o ile ładniejszy polski wierszyk do biedronki, która usiadł na palcu dziecka:
„Boża krówko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”
od wersji angielskiej:
„Ladybird, ladybird fly away home,
Your house in on fire and your children are gone
All except one,: And her name is Ann,: And she hid under the baking pan.”
A to się cieszę!:)
Dobry wieczór!
Chciałabym pokłonić się wszystkim nisko i z uznaniem – od lektury komentarzy robię się coraz mądrzejsza (tyle tu ciekawych informacji i inspiracji!) i mam coraz lepszy humor. Jaka szkoda, że doba taka krótka! Nie zdążę wszystkiego przeczytać…
Biedronka tylko sapała. Pamiętaj, Mamo Isi, że niosła plecak z całością wyposażenia. Taki kawał drogi!
Dziękuję za dobre słowo!
Kochany Starosto, a ja znowu na początku Jeżycjady, czyli w „Kłamczusze”. Bardzo mi się podoba. Jak zawsze:)))
Celestyno, masz rację! Wracając do Jeżycjady wraca się do domu, do źródeł, do złotego wieku, do raju utraconego.
Sowo P., powiadasz, że pradziadek Philippe Jaroussky przedzierając się po rewolucji do Francji, kiedy go spytano na granicy, kto on taki, przedstawił się :”Ja Ruski” i tak został zapisany. Nawet jeśli nieprawdziwa to historia, to świetnie wymyślona;)
Biedroneczko, popatrz tylko z tym „Frère Jacques”! Czy idąc Camino podśpiewywałaś to sobie? A jeśli tak, to w jakiej wersji językowej?
O ostatnim spotkaniu dowiedziałam się za późno, dlatego teraz pytam za wcześnie. ;)
O, za wcześnie jeszcze o tym myśleć, miła Otz.
Teraz się muszę skupić na zadaniu.
A sporo rzeczy mnie rozprasza!
Dzień dobry!
Dziękuję ponownie, Beato S. Nie zdecydowałam jeszcze co dokładnie zrobię, ale ten pomysł z różami bardzo mi się spodobał. :)
Pani Małgosiu, planuje pani jakieś spotkanie promocyjne po wydaniu „Ciotki Zgryzotki”? Pewnie, jak zwykle, nie chce pani niczego obiecywać, ale jest chociaż jakaś minimalna szansa? :)
Celestyno, bardzo, bardzo dziękuję.
Madzi też dziękuję!
Nasze lekcje polskiego były uzupełniane przez teatr szkolny pod przewodem prof. Latawca: grałyśmy nie tylko fragmenty „Beatrix Cenci” i „Zawiszy Czarnego” Słowackiego, ale i napisane przez profesora scenki w języku łacińskim.
Kiedy się tak spogląda wstecz, widać, jak wiele osiągnięć zawdzięcza się po prostu szkole i nauczycielom, którzy mieli prawdziwe powołanie.
:D
Dobrze, daje spokoj.
I jeszcze przyznaje, ze nie do konca wlasciwie uzylam pojecia katharsis (wlasnie przypomnialam sobie definicje dotyczaca tragedii antycznej)
To jest raczej tak (w przypadku moim i Jezycjady), ze -przez wybuchy smiechu, lzy wzruszenia, dotykanie sedna spraw – wszystko wraca na swoje miejsce, wraca lad i harmonia, poczucie sensu. Wraca sie do domu, do zrodel. Jakos tak. Moze znaczenie ma tez fakt bycia na emigracji.
O katharsis uczą (dramat grecki) , mnie przynajmniej uczyli w liceum.
No, ale „Antygona” jest dzisiaj omawiana niekiedy na początku gimnazjum – więc sama nie wiem czy jeszcze.
O ars poetica i Horacym też uczono – ale u nas, a to nie znaczy, że wszędzie. :( Wygląda na to, że różnie bywa.
Dzień dobry:)
Ach, dajże bidulom spokój, Celestynko.:)))
Coś sobie przypomniałam: po raz pierwszy usłyszałam (i zrozumiałam) słowo „katharsis” na lekcji języka polskiego w liceum. Wspaniały profesor Czesław Latawiec uczył nas o ars poetica.
Ciekawe, czy dziś w liceum tego uczą i czy to aż tak zapada uczniom w podświadomość.
I nie zapominaj Joanno o przemocy domowej – sloik musztardy:))
Tu tez jednak nic z tego nie wyniklo, bo Jozef potraktowal cala rzecz z odpowiednim dystansem, i jeszcze sie nad zmeczona matka ulitowal, zapakowal do lozka, zaparzyl melise, etc.
O, fluid z Celestyną!:)
Dzień dobry, miła istoto ludzka.
Co do kanonu Rameau: myślę, że w polskiej wersji tekstu dlatego jest „Panie Janie”, a nie „Bracie Jacku”, czy „Bracie Kubo”, że pan Jan się ładnie rymuje i daje dodatkowy efekt dzwonowy, podobnie jak dźwięczne i rześkie : „rano wstań, rano wstań”!.
Joanno, już i żurawie przyleciały, wiosna blisko.
Co do tak zwanej nowoczesności: nihil novi sub sole. To już było, bo pomysłowość ludzka ma swoje granice. Nie dajmy się nabrać i dumnie nośmy łatkę z napisem :”konserwatystka!”. Konserwatyzm też już był, ale przynajmniej niczego nie udaje.
Dzien dobry!
Jakie mile rozmowy tutaj:)
Sowo, dzieki za trop! Wlasnie przeczytalam sobie o tym niedawnym odkryciu Francuzow, polecam ciekawy artykul: „Jean-Philippe Rameau est l’auteur de Frère Jacques”. Pani muzykolog, ktora dokonala tego odkrycia mowi tez, ze Rameau komponowal do slow: „levez-vous! levez-vous!”.
Mnie tez „Pan Jan” nie przeszkadzal, jednak wiedzac teraz, ze wszedzie w Europie starano sie jednak te zakonne konotacje zachowac w tlumaczeniach, nie jestem nim zachwycona:)
Agato, celnie to ujelas: efekt katharsis. Zdradze tu przy okazji, ze w swoim zyciu mialam czas czytania „byle czego”, z rozpedu, gdyz bylo reklamowane i polecane w roznych czasopismach. Nie bede dawala przykladow, w mysl zasady Gospodyni tej strony, ze kiepskie czy niegodne polecenia ksiazki tutaj sie przemilcza. Mowie o tym dlatego, ze kiedy jako marnotrawna cora wracalam do ksiazek MM, nastepowal wlasnie ten efekt katharsis, wszystko znajdowalo sie znowu na swoim miejscu.
Tutaj nawiaze troche do Mamy Isi, ktora pisala o tym, kiedy pani Malgorzata moglaby znalezc sie na czele modnych, nagradzanych i wszedzie recenzowanych (ale nie wiadomo czy kupowanych, ekhem) wspolczesnych pisarzy.
Tu nawet nie chodzi o to, ze ten trup mialby sie slac gesto, ale o to, ze wszelkie zbrodnie, niegodziwosci i anomalie bylyby podswiadomie przez czytelnika usprawiedliwiane (bo tak to czesto sprytnie w owych dzielach wyglada). Mowie jako potworny laik, wiec jak tu sa lieteraturoznawcy, to prosze sie ze mnie nie smiac.
Jak to dobrze, ze mozemy plynac pod prad:) Do rzeczy tutaj polecanych mam pelne zaufanie.
Agato, witam Cię w naszych skromnych progach.
Dziękuję za miłe słowa i za ciekawy trop malarski. Florence Harrison już znałam, ale Ikenaga Yasunari – nie! A to rzeczywiście interesujące obrazy, utrzymane w duchu tradycyjnego malarstwa japońskiego, choć raczej pozbawione jego głębi i symboliki. Technicznie mistrzowskie!
Dzień dobry!
Sowo, jeśli tak, to miło. Rameau bardzo lubię. Musiał to być pogodny, pełen harmonii człowiek.
Dzień dobry:)Witam po powrocie spod samiuśkich Tater. Załapałam się na trzy dni zimy i udało mi się powędrować po oblodzonych ,a potem pięknie ośnieżonych szlakach.Oczywiście nie za wysoko.
Zanim spadł śnieg w Dolinie Strążyskiej widziałam maleńkie koniuszki krokusów.
A u mnie w ogrodzie całkiem już spore czubeczki tulipanów i kotki na leszczynie.I jakaś ptaszyna śpiewa, może kos, ale ja niestety nie rozróżniam.
Jak to miło po powrocie poczytać Wasze wpisy.Czekałam na wiadomość o Wannabe, której wprawdzie nie znam, ale myślałam o niej często i bardzo ciepło.Teraz już będzie tylko lepiej.:)
Ubawił mnie wpis mamy Isi o rodzinie patchworkowej w Jeżycjadzie.To by dopiero było nowocześnie.Dobrze,że tym nieskazitelnym Borejkom przytrafiło się chociaż nieślubne dziecko Róży, ale i tak DUA zepsuła cały efekt spokojnym i wręcz radosnym przyjęciem tego faktu przez całą rodzinę.I oczywiście Fryderykiem, który się nawrócił i zrozumiał,co jest najważniejsze.Jeżycjadowy świat jest dzięki Bogu strasznie konserwatywny.:)Pozdrawiam serdecznie.
Francuzi utrzymują, że „Frère Jacques” zostało skompnowane przez Jeana-Philippe Rameau (manuskrypt różnych jego kanonów, w tym właśnie tego, znaleziono ponoć niedawno w paryskiej Bibliotece Narodowej). Na YT można zobaczyć urocze wykonanie Ensemble Le Parnasse français.
Pradziadek, nie dziadek.
Co do tłumaczenia „Brata Jakuba”, nie znam jego historii, może tłumacz był mało natchniony, albo zobligowany okolicznościami zewnętrznymi, nie wiem. Ale, prawdę mówiąc, nigdy mi to szczególnie nie przeszkadzało, ani dziwiło skąd pan Jan, bo sama czuję się nieswojo, gdy dzwony biją, a ja jeszcze jestem w łóżku. Zawsze traktowałam to jako zwyczajną przyganę dla leniuchowania o poranku, gdy życie w mieście dawno sie już toczy swoim rytmem. A swoją drogą, zauważyliście jak w ostatnich latach drastycznie zmalała ilość dzwonów dzwoniących w miejskich kościołach? Na wsiach jest trochę inaczej, ale w miastach obawiam się, że za parę lat dojdzie do tego, że dzwoniące dzwony będą już tylko ciekawostką turystyczną.
Tekst łaciński najpiękniejszy, zgadzam się z DUA. Od dziś będę uczyć Sowiątka tej wersji, zaszpanujemy latem w piaskownicy. ;) A wiecie pewnie, że można od paru lat kupić podręczniki do nauki łaciny dla przedszkolaków? Pewnie wiecie, mam wrażenie, że była już kiedyś mowa o tym w KG.
Cóż, Mamo Isi, właśnie takie pomysły powodują, że mój stosunek to tego zespołu jest z roku na rok coraz bardziej ambiwalentny. Przy tej okazji rodzą mi się też refleksje natury ogólniejszej, z których najłagodniejsza jest taka, że nie zawsze znajomość tekstu oznacza jego zrozumienie. Obawiam się również, że dzisiaj artysta, który dorobił się sławy może pozwolić sobie na każdą błazenadę, a publiczność i tak będzie zachwycona, bo skoro jest sławny, to automatycznie znaczy, że dobry i mądry. Wystarczy podbudować swoją sztukę mniej lub bardziej karkołomną filozofią, gdzie szczególną rolę odgrywa dziś przymiotnik „dekonstruktywny” i to, o zgrozo, używany w pozytywnym znaczeniu, i już można sprzedać ludziom cokolwiek. W dzisiejszych czasach król bardzo często przechadza się nago, tylko śmiałków, by to głośno powiedzieć, jakby mniej. A wniosek najsmutniejszy jest taki, że talent, czasem wręcz genialny, niekoniecznie idzie w parze z głębią ducha. Ale mam nadzieję, że to nie jest ten przypadek.
PS Kontratenorino jest pochodzenia rosyjskiego, jak samo nazwisko wskazuje. :) Ponoć dziadek uciekając przed rewolucją do Francji, tak się przedstawił na granicy i tak już zostało.
Dobry wieczór!
Chciałam się najpierw ze wszystkimi przywitać, ponieważ piszę po raz pierwszy. Nie raz już zaglądałam na Pani stronę Pani Małgosiu, ale jakoś do tej pory nie włączałam się w komentarze czy wypowiedzi. Właśnie oddaję się lenistwu podczas końcówki (już niestety) moich ferii i regeneruję siły przed powrotem do moich uczniów – Czytanie Waszych wpisów niezmiernie w tym pomaga i napawa świeżym optymizmem. Próbowałam nadrobić wpisy przynajmniej te tutaj, ale to bardzo żmudne zadanie.
Najnowszy „Feblik” oczywiście przeczytany – zawsze czekam ze zniecierpliwieniem na Pani książki, ale zawsze też lektura sprawia mi tyle przyjemności i daje efekt katharsis – dziękuję! Czekam oczywiście na „Ciotkę Zgryzotkę”, choć tym razem może nie tak niecierpliwie, bo stos książek czekających na czytanie ostatnio znacznie urósł.
Widziałam gdzieś „po drodze”, że ktoś pytał o serial „Jeeves and Wooster” z Hugh Lauriem i Stephenem Fry’em – większość odcinków można znaleźć na YT. Uwielbiam! Uwielbiam P. G. Wodehouse’a, jego idylliczny nieco świat, slang, stroje, humor – moje lekarstwo na chandrę! Czytając parskam śmiechem, jak kończę jedną to kupuję następną (Jak dobrze, że Wodehouse tak dużo pisał :) ) Ach, co ja bym dała, żeby mieć takiego Jeevesa ;)
Wybaczcie mi, ale nie będę się zapoznawała ze wszystkimi wpisami od początku (a przynajmniej nie od razu i nie na raz :) ) Chciałam się zapytać czy zna Pani/znają KC ilustratorkę Yelenę Bryksenkovą – moje niedawne odkrycie; myślę, że mogłaby się spodobać :) Albo Florence Harrison prerafaelicką ilustratorkę tomów poezji i książek dla dzieci – cudo! I ostatnie (obiecuję) japoński malarz Ikenaga Yasunari, który maluje piękne portrety.
Pozdrawiam Wszystkich ciepło. Postaram się tu zaglądać – na pewno od czasu do czasu, żeby naładować się pozytywną energią :) Ponieważ jestem też melomanką, żegnam się muzycznie – łagodnymi włoskimi tonami kołysanki śpiewanej przez Cheta Bakera synkowi: Chetty’s Lullaby. Dobranoc!
Dobry wieczór! Była dziś i wzmianka o Camino! :)
O „Frere Jacques” też kiedyś gdzieś w sieci czytałam, że korzenie ma kanon na szlaku św. Jakuba właśnie. Melodia miała motywować pielgrzymów- śpiochów do dalszej wędrówki. :) Z drugiej strony- właśnie poszperałam- angielska, francuska i nawet hiszpańska Wikipedia na ten temat milczą. Ot, zagadka.
Ściskam Wszystkich i dobranoc!
Zosiu, wspaniałe wieści!
Gratuluję serdecznie!
Jestem też pewna, że obejdzie się bez kciuków, ale co tam, potrzymam.
Cześć wszystkim! Długo nie zaglądałam, ale byłam zajęta nauką. To teraz uwaga, będę się chwalić. Dostałam się do finału olimpiady z polskiego! Trzymajcie kciuki 29.02 kiedy będę się męczyć nad rozprawką i 01.03 kiedy zestresowana będę odpowiadać Szanownej Komisji na pytania dotyczące lektur, znajomości języka i zainteresowań czytelniczych :) :) :)
Ale się cieszę! Uściski dla wszystkich! :)
To ja na chwileczkę wpadnę w to siedlisko zarazy;))) Ściskam pozostałych zarażonych oraz nade wszystko Matkę Zadżumionych i lecę na próbę chóru;)))
Aha, ciekawe.;)
Dobry wieczór, Niezapominajko.
Czuję się prawie jak ojciec zadżumionych!
Ale i tak się cieszę.
Dziękuję i pozdrawiam serdecznie całe zarażone grono!
Ciekawe, kim jest tajemnicza panna na okładce..
Witam serdecznie panią Małgosię i wszystkich Księgowych!
Miłością do Jeżycjady zaraziła mnie koleżanka ze szkoły. A ja zaraziłam swoją ciocię, która zaraziła moją kuzynkę,która zaraziła swoje przyjaciółki. Teraz wszystkie jesteśmy fankami Jeżycjady i z niecierpliwością czekamy na ,, Ciotkę Zgryzotkę’. Chcę podziękować Pani Małgosi za to, że stworzyła tak wspaniałą serię, a w szczególności ,, Szóstą klepkę”!
Ale i tak łacina najlepsza. „Resonant campanae”- któryż język lepiej to wyrazi?
Wersja czeska cudna! „Bratře Kubo” :)
Po polsku powinno byc zatem moze „Bracie Kubo”? Albo „Bracie Janie”…
We Wloszech z kolei spiewa sie „Fra Martino” (Bracie Marcinie).
Przekład angielski:
Are you sleeping, are you sleeping,
Brother John, brother John,
||: Morning bells are ringing, :||
Ding ding dong, ding ding dong.
Czeski:
Bratře Kubo, Bratře Kubo,
Ještě spíš, ještě spíš?
Venku slunce září, ty jsi na polštáři,
vstávej již, vstávej již.
János bácsi, János bácsi
Keljen fel, keljen fel!
||: Húzza a harangot!:||
Bimm, bamm, bumm, Bimm, bamm, bumm.
etc.
Dzień dobry Wszystkim :) Co sądzicie o książce naszego polarnika – Marka Kamińskiego ” Odkryj, że biegun nosisz w sobie ” ? Bo mnie się podoba – budująca :):) Miłego dnia.
Mamo Isi, za Wikipedią:
Historia tego kanonu sięga najprawdopodobniej późnego średniowiecza i związana jest z historią szlaków pielgrzymkowych do grobu św. Jakuba Apostoła.
Być może pierwotna wersja powstała w języku łacińskim, który w tamtych czasach był językiem liturgicznym i międzynarodowym – społeczność pielgrzymów mówiła przecież bardzo różnymi językami. Być może pieśń powstała w którejś z grup pątniczych w jej ojczystym języku i wersja łacińska była jednym z pierwszych tłumaczeń.
Quare dormis, o Iacobe,
Etiam nunc, etiam nunc?
||: Resonant campanae, :||
Din din dan, din din dan.
Fabuła „Feblika” fascynuje. Małgorzata Musierowicz ma mistrzowskie, mądre, malarskie metody motywowania młodzieży, mazgajów, memloków, miągw. Natomiast nigdy nie nudzi!
Krocie kalamburów korzystnie kształtuje klasyczną kolekcję.
Humor hartuje!
Jeżycjada – jednoczy!
:) :) ;)
Dziękuję, Starosto, dziękuję, Sowo P., jesteście kochane! Ach, Starosto i Helenko, dziękuję za komplementy:) Lubię komplementy:)))
Czyli jednak w XVII wieku nie nadużywano cierpliwości nieba, tak jak to czynią p. cynkista i p.skrzypek, już nie mówiąc o Philippe Jaroussky;) Chociaż z wdziękiem to czynią. Nb. czy ten ostatni jest polskiego pochodzenia (domniemywam tylko na podstawie nazwiska)?
Sowo P., kos śpiewa u nas co wieczór. Z piosneczek maleństwa bardzo lubią „The Animals went in Two by Two” aż do dziesięciu oraz „Frere Jacques”. Dopiero na stare lata do mnie dotarło, że ta ostatnia piosenka została niedopuszczalnie i bezsensownie ześwieczczona przy tłumaczeniu na język polski. Kto i kiedy to zrobił, Sowo? Przecież w oryginale zakonnik wzywa współbrata Jacka, żeby się obudził, bo dzwonią na jutrznię. Dlaczego nieszczęsny pan Jan ma wstać z powodu dzwonów, nikt nie wie, łącznie z najstarszymi góralami.
Sowa potrafi!
Jestem pod wrażeniem.
Dobranoc!
Rzeczywiście, to co sobie można wyobrazić, tam jest
I to, czego wyobrazić sobie nie można, też.
I to jest wszystko, o Muzo, co mogę powiedzieć,
A więc kończy się [mój] śpiew i kończy się śmiałość.
I tak dalej (jest jeszcze jedna zwrotka o tym, ze w piekle są nienawistnicy, pełni zła i, że stamtąd pragnie się jedynie uciec. Ostatnia zwrotka jest powtórzeniem pierwszej). Zasadniczo, mamo Isi, w tekście nie ma nic z komedii, to tylko (nad)interpretacja L’Arpeggiaty. W dodatku z wykorzystaniem dość już ogranych motywów – po pierwsze, że za śpiew biorą się ci, co do śpiewania nie byli kształceni (cynkiści, na przykład), a po drugie, że ci, co siedzą w niebie, tak naprawdę tęsknią do piekielnych rozrywek (o których ciaccona nic nie mówi). :)
Mamo Isi, ale nie wzywaj dziś przypadkiem słoni, po obejrzeniu piosenki „Hickory, dickory dock” Sowiątko bardzo je znielubiło. Gruby, niebieski słoń wlazł na zegar i ku przerażeniu dziecka zgniótł go w drobny mak. Dziecko wybuchnęło głośnym szlochem: „zepsiuuł! Chyba zawiesimy chwilowo early learning.
Trzecia i czwarta zwrotka ciaccony tłumaczone na bardzo szybko, więc nieszczególnie:
Tam, na górze, nigdy nie królują lód, wiatr czy upał
Klimat jest zawsze łagodny,
Pada deszcz, ale nie ma ulewy ni burzy,
A niebo zawsze jest pogodne.
Ogień, lód, tam, och, co za groza,
Przymrozek, burze i wielki upał,
W jednym miejscu wszystkie złe pogody,
Łączą się tam na dole, och, co za nieszczęście.
Lepiej, lepiej! O wiele lepiej!
Mama Isi jest jedyna w swoim rodzaju.
A ja, Mamo Isi, lubię Twoje wpisy. Śmieszą jak przedwojenne, polskie komedie.
Dobry wieczór, miła Bożenko!
Mamo Isi, na ogół te rzeczy się wie, więc nie wzywaj słoniocy. :)))
To ja tak lapidarnie: zajrzałam do KG, popędziłam na YT wysłuchać kilku piosenek Eugeniusza Bodo, wróciłam uśmiechnięta. Ileż tu zawsze inspiracji czytelniczych, ile miłych przypomnień. Dziękuję DUA, dziękuję Helenko :)
Dobrego wieczoru wszystkim!
Ale to ten Anonim, który to napisał w Mediolanie AD 1675 nie był lapidarny, nie ja!
Rozumiem, że po kolei na zmianę wychwalają raj i wyrażają grozę piekła. W raju widzi się Boga, w piekle na wieczność się Go nie widzi, w raju jest piękna pogoda i spokojne niebo, w piekle ogień i hałas, w raju dźwięczy harmonijna muzyka, w piekle jeno ryczą bestie, w raju jada się nektar, ambrozję i mannę niebieską, w piekle pojęcia nie mam co, jeżeli w ogóle, bo im dalej w las, tym mniej rozumiem;( Ratunku, słoniocy!
Nie, Kasiu, niestety!
Trzeba będzie cierpliwie poczekać.
Oczekuję z wielką nadzieją, że już niedługo, że przed świętami się ukaże nasza „Ciotka” :-)
Ach! kiedy będzie ta jesień ?? :)
Nawiązując do pewnego komentarza – i ja nie moge dorosnąć i przestac wypatrywac kolejnych tomów Jeżycjady :) Mam 27 lat, 16 miesięczna córe i po raz kolejny wracam do poczatku Jeżycjady :) od gimnazjum!
Bardzo mnie teraz cieszy fakt, ze kolejne książki nie sa „rozwleczone” w czasie – tylko rok po roku, a nawet dni po dniach :)
Prosze tworzyć! nie przestawac! Bo ja absolutnie dorosnąć nie chce! :) :) :) :)
I wciąż to samo pytanie: kiedy KIEDY będzie kolejna część. :)
Pozdrowienia i uściski z pochmurnego poznańskiego Grunwaldu! :)
Dzień dobry!
Uwielbiam pani książki.Mam pełno tomów ” Jeżycjady” w domu. Kocham ją. Na kiedy przewiduje Pani premierę ” Ciotki Zgryzotki”? Muszę w tym dniu koniecznie iść do księgarni :) Pani książkami zaczęłam się interesować gdzieś w drugiej klasie szkoły podstawowej, a mam dziesięć lat. Na początku były dla mnie- powiem Pani szczerze- nieciekawe. Wieki błąd. Długo, oj długo:) Moją ulubioną postacią jest… Cała rodzina Borejków. Nie mam ulubionej postaci;) Chcę być pisarką ( może pod pani wpływem?).
Bardzo dziękuję, Zuzko!
Ależ ręcznie, ręcznie, czy tego nie widać? :)
Komputer pomaga tylko z liternictwem, albo przy kadrowaniu, albo przy czyszczeniu kleksów po farbie, które to kleksy lubią się usadzić zawsze w najważniejszym punkcie obrazka!
Czy Pani wszystkie ilustracje rysuje na komputerze czy ręcznie? Ja też lubię rysować, a Pani obrazki baaaardzo mi się podobają!!!:)
Na kiedy przewidziana jest premiera ? :)
Hu,hu!
Byliście na stronie naszej Adminki? Jeżeli nie, to zachęcam,są tam nowe smaczki.., a w zasadzie kolorki..ciepłe..
PS Pamiętacie, jakie Walentynki miała Róża? Chyba sobie przypomnę. Wtedy też było ciepło, w lutym. Zupełnie jak teraz. Lubię to.
W tej chwili jedyne co możemy powiedzieć na pewno, to że kanon znany był we Francji już w XVII wieku i że znajdował się wśród kanonów Rameau.
Ja za to mam swoją zabawną hipotezę na temat polskiego tłumaczenia: skoro w wersji Rameau w tekście znajduje się „levez-vous” zamiast „dormez-vous”, to możliwe, że polski tłumacz znał wersję Rameau. I że podmienił brata Jakuba na pana Jana na cześć kompozytora ;)
Tymczasem rozkoszuję się wersją węgierską: húzza a harangot! Brzmi jak zagrzewka do bitwy (huzia na Józia!).
Celestyno, ależ ja nie wątpię ani trochę w solidność pani muzykolog! Artykuł przeczytałam fragmentarycznie, więc tym bardziej nie śmiem nic wyrokować. Chodziło mi tylko o to, że w badaniach historycznych trzeba być wręcz „nadkrytycznym” w stosunku do tego co się widzi, szczególnie jeśli nie jest to autograf, a i do oryginałów trzeba podchodzić z dużą ostrożnością. Ludzie byli, są i będą omylni, kompozytorzy, bibliofile i wydawcy również, dlatego historycy każdej dyscypliny wolą mówić o hipotezach, a nie pewnikach. Ta nieufność i krytyczność motywuje do ciągłych badań i nie jest tożsama z krytykanctwem! Tego przynajmniej nauczono mnie na studiach. Osobiście jestem za to baardzo nieufna w stosunku do Wikipedii i zawsze weryfikuję ją z innymi źródłami. Przy okazji „Pana Jana”, ten cały ustęp o korzeniach średniowiecznych nie ma żadnego poparcia w źródłach (brak przypisów), dużo tam „prawdopodobnie” i „być może”. Hiszpanie o tym nic nie piszą, w dodatku sami mają kilka wersji tego kanonu, a niektóre zupełnie oddalone od zakonnego kontekstu. Wydaje się zatem, że jedynym argumentem na pochodzenie kanonu wg autorów wpisu jest jego globalność i istnienie wersji łacińskiej. To tak jakby powiedzieć, że „Kubuś Puchatek” powstał w średniowieczu, bo znają go wszyscy i ma tłumaczenie łacińskie.
To powołanie!
A złośliwcy niech się ugryzą w piętę.
Ja też nie dam.:)Przez ponad dwadzieścia lat pracy naprawdę rzadko zdarzało mi się trafić na tych mniej wspaniałych, a i oni w większości przypadków okazywali się reformowalni.
Efekt jest taki, że z przyjemnością na feriach poleniuchowałam ( ludzie pracujący w innych zawodach nie zawsze, niestety, rozumieją,że w naszym te przerwy dla higieny psychicznej i dobra naszych uczniów, a ich dzieci, to konieczność), a w poniedziałek z przyjemnością pójdę do pracy.
Złośliwcy twierdzą,że nauczyciel to nie zawód, ale diagnoza.:)
Joanno, nadzwyczajnie się cieszę! – i w imieniu młodszych Księgowych bardzo dziękuję!
I tak, zgadzam się całkowicie: wspaniałą mamy dziś młodzież i nie dam na nią złego słowa powiedzieć!
W trakcie wysyłania przerwane zostało połączenie i przepadł mój wczorajszy wpis, więc w ogólnych zarysach go powtórzę.
DUA ,a propos katharsis i innych ważnych pojęć spieszę z zapewnieniem, że w szkołach ciągle tego uczą.Ja przynajmniej się staram, a i liczne moje koleżanki i koledzy również.Do kunsztu dawnych mistrzów polonistycznych w stylu Profesora Latawca z całą pewnością mi daleko, ale podchodzę do tego z pokorą, która sprawia,że przynajmniej staram się to robić najlepiej jak potrafię.Dzięki Bogu wciąż trafiam też na uczniów,którzy chcą tego słuchać, bo zależy im nie tylko na zdaniu matury (standardy wymagań po ostatnich reformach są mocno zaniżone i często mam wrażenie,że uwłaczają inteligencji wielu młodych ludzi), ale na szeroko pojętym osobistym rozwoju.
Tutaj wielki ukłon w stronę młodszych Księgowych, których inteligencję, oczytanie i humanistyczną wrażliwość wiele razy szczerze podziwiałam i podziwiam.Aż mi czasem żal,że nie mogę Was uczyć.:)
Z myszka przy komputerze jest banalnie prosto zjechac w dol, zeby wpisac komentarz.
Probowalam na smartfonie – mordega, nie polecam:)
Magda.leno, popełnić można zbrodnię, nie wpis.
A przedzierać się jest trudniej, nie ciężej.
Ale tak, przewidziany jest wpis walentynkowy.
Celestyno, racja!- dzwońcie, bracie, na jutrznię!
Poprawiajmy się nawzajem.
Ponad 1000 wpisów! Szaleństwo :)
Uprasza się SzanPanią o popełnienie nowego wpisu, już coraz ciężej przedzierać się przez istniejące.
Wiem, że słońce, wiosna nadchodzi i ogród wzywa i w ogóle, ale może? :)
Pozdrowienia przyjmujemy i bardzo za nie dziękujemy!
Dzień dobry Wszystkim :) Dziś rano usłyszałam egzotycznie dla mnie brzmiący , ptasi głos . Oczywiście od razu rozpoczęłam „śledztwo” w tej sprawie. I cóż się okazało – to po prostu …….sójka, moja leśna sąsiadka która na co dzień odzywa się głosikiem skrzekliwym i mało romantycznym, tym razem wydawała dźwięki rzewne i kojące . No cóż, sójki , jeżeli zechcą, to podobno i zamiauczą i zaszczekają – co kto lubi. Miłego dnia :)
Dzien dobry, dzien dobry!
Za pozwoleniem, ale ten brat, ktory budzi drugiego, nakazuje mu dzwonic (tryb rozk. sonnez), na modlitwe poranna, czyli jutrznie (les matines). Mial dyzur i zaspal.
Fluid poranny.
Aha, juz widze, Sowa czuwala:)
Sowa wybiła tysięczny.:)
Dzień dobry!
Co do kanonu: w oryginale nie mówi się o tym, że dzwonnik jest zakonnikiem! Raczej jeden zakonnik zwraca się do drugiego, i to per „wy” (Bracie Jakubie, czy śpicie?) :
Frère Jacques, Frère Jacques
Dormez-vous, dormez-vous?
||: Sonnez les matines, :||
Ding ding dong, ding ding dong.
A dzwonnik na wieży robi swoje.
Mysle, Sowo, ze tamta Pani muzykolog to tez solidna firma, nie wyciaga pochopnych wnioskow i dlugo mogla to badac. To tylko artykul prasowy tak skrotowo wyglada.
Czyzby tysieczny komentarz byl moj?
I tysiąc.
Dobranoc.
Mamo Isi, o ruskim pradziadku opowiadał sam zainteresowany w jakimś wywiadzie, więc jeśli pradziadziuś nie koloryzował, to może być prawda.
Celestyno, atrybucje czynione na podstawie dopisków na partyturze to rzecz trudna, do takich rewelacji również należy podchodzić z pewną dozą nieufności. Tak czy siak, jestem skłonna wierzyć autorstwu Rameau bardziej niż ewentualnym średniowiecznym korzeniom tego kanonu – melodycznie i harmonicznie nie przypomina on żadnego znanego mi kanonu z tej epoki.
Po namyśle przyznaję rację DUA w sprawie polskiego tłumaczenia Pana Jana. Tłumacz jednak natchniony był. Poza tym, kto powiedział, że dzwonnik musi być zakonnikiem, świeccy też dzwonili. Żon tylko nie mogli delegować, jak pamiętamy z Synodu Warmińskiego AD 1610. :)
Na dobranoc:
„Sumer is icumen in” („The Cuckoo Song”), ca.1260 – najstarszy znany kanon. O nadejściu lata.
The Hilliard Ensemble
:)!
Czasem wchodzi człowiek jakiś nieswój i poddenerwowany do KG- a tu- znajduje na swój temat coś miłego- i od razu się robi lżej na sercu. :)))
Z tym sapaniem to nawet nie pamiętam, pewnie i w pierwszym etapie Drogi posapywałam.
Ale może nawet nie- raczej chyba zagryzałam zęby.
Potem jakoś ból sam minął i jeszcze poznałam ludzi- i- tak!- śpiewało się, śpiewało! Np. „Padam, padam, padam”, he-he-he ;) Ale „Frere Jacques” akurat nie kojarzę.
Dobranoc!
Mamo Isi, wyobraziłam sobie właśnie biedronki tupiące sześcioma nóżkami. Bezcenne :)
Pragnę się pochwalić, że dzisiaj w tramwaju rozpoczęłam lekturę „Don Camillo” Guareschiego (też był w bibliotece, tylko w katalogu się zagubił widocznie).
Dobranoc!
Dobranoc!
Linka nie zamieszczę, Eviku, ale przekażę Wójtowi.
Wiem, Mamo Isi. Ten właśnie polski wierszyk przytoczyłam, tłumacząc Beatrix Potter.
A pamiętałam, że w przekładzie „Tomka Sawyera” było dosłownie ( i niepotrzebnie, skoro mamy własny wierszyk) : „Biedronko, biedronko, leć prosto do domu, tam pożar…” etc.
Czy to nie miłe, że kiedyś ludzie zwracali się z prośbą do biedronek?
Można opublikować. Nasz Wójt się ucieszy :D
Starałam się to www usunąć (myślałam, że wystarczy), ale i tak formularz za spam uznał ;)
Pozdrawiam i dobrej nocy!!!
Eviku (wiad.pryw.) a rzeczywiście!
Zajrzałam, znalazłam link, kliknęłam, ucieszyłam się.
Dziękuję!
Biedronki nie sapią, kochany Starosto! Boże krówki najwyżej tupią swoimi sześcioma nóżkami zasuwając przed się po el Camino, że jeno im się tych siedem czarnych kropek migoce na tle czerwieni pompejańskiej pancerzyka! I na pewno pomrukują przy tym Frère Jacques;) Chociaż dopuszczam i wersję łacińską.
A w wolnych chwilach latają do nieba po rogale świętomarcińskie;)
A swoją drogą, o ile ładniejszy polski wierszyk do biedronki, która usiadł na palcu dziecka:
„Boża krówko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”
od wersji angielskiej:
„Ladybird, ladybird fly away home,
Your house in on fire and your children are gone
All except one,: And her name is Ann,: And she hid under the baking pan.”
A to się cieszę!:)
Dobry wieczór!
Chciałabym pokłonić się wszystkim nisko i z uznaniem – od lektury komentarzy robię się coraz mądrzejsza (tyle tu ciekawych informacji i inspiracji!) i mam coraz lepszy humor. Jaka szkoda, że doba taka krótka! Nie zdążę wszystkiego przeczytać…
Biedronka tylko sapała. Pamiętaj, Mamo Isi, że niosła plecak z całością wyposażenia. Taki kawał drogi!
Dziękuję za dobre słowo!
Kochany Starosto, a ja znowu na początku Jeżycjady, czyli w „Kłamczusze”. Bardzo mi się podoba. Jak zawsze:)))
Celestyno, masz rację! Wracając do Jeżycjady wraca się do domu, do źródeł, do złotego wieku, do raju utraconego.
Sowo P., powiadasz, że pradziadek Philippe Jaroussky przedzierając się po rewolucji do Francji, kiedy go spytano na granicy, kto on taki, przedstawił się :”Ja Ruski” i tak został zapisany. Nawet jeśli nieprawdziwa to historia, to świetnie wymyślona;)
Biedroneczko, popatrz tylko z tym „Frère Jacques”! Czy idąc Camino podśpiewywałaś to sobie? A jeśli tak, to w jakiej wersji językowej?
O ostatnim spotkaniu dowiedziałam się za późno, dlatego teraz pytam za wcześnie. ;)
O, za wcześnie jeszcze o tym myśleć, miła Otz.
Teraz się muszę skupić na zadaniu.
A sporo rzeczy mnie rozprasza!
Dzień dobry!
Dziękuję ponownie, Beato S. Nie zdecydowałam jeszcze co dokładnie zrobię, ale ten pomysł z różami bardzo mi się spodobał. :)
Pani Małgosiu, planuje pani jakieś spotkanie promocyjne po wydaniu „Ciotki Zgryzotki”? Pewnie, jak zwykle, nie chce pani niczego obiecywać, ale jest chociaż jakaś minimalna szansa? :)
Celestyno, bardzo, bardzo dziękuję.
Madzi też dziękuję!
Nasze lekcje polskiego były uzupełniane przez teatr szkolny pod przewodem prof. Latawca: grałyśmy nie tylko fragmenty „Beatrix Cenci” i „Zawiszy Czarnego” Słowackiego, ale i napisane przez profesora scenki w języku łacińskim.
Kiedy się tak spogląda wstecz, widać, jak wiele osiągnięć zawdzięcza się po prostu szkole i nauczycielom, którzy mieli prawdziwe powołanie.
:D
Dobrze, daje spokoj.
I jeszcze przyznaje, ze nie do konca wlasciwie uzylam pojecia katharsis (wlasnie przypomnialam sobie definicje dotyczaca tragedii antycznej)
To jest raczej tak (w przypadku moim i Jezycjady), ze -przez wybuchy smiechu, lzy wzruszenia, dotykanie sedna spraw – wszystko wraca na swoje miejsce, wraca lad i harmonia, poczucie sensu. Wraca sie do domu, do zrodel. Jakos tak. Moze znaczenie ma tez fakt bycia na emigracji.
O katharsis uczą (dramat grecki) , mnie przynajmniej uczyli w liceum.
No, ale „Antygona” jest dzisiaj omawiana niekiedy na początku gimnazjum – więc sama nie wiem czy jeszcze.
O ars poetica i Horacym też uczono – ale u nas, a to nie znaczy, że wszędzie. :( Wygląda na to, że różnie bywa.
Dzień dobry:)
Ach, dajże bidulom spokój, Celestynko.:)))
Coś sobie przypomniałam: po raz pierwszy usłyszałam (i zrozumiałam) słowo „katharsis” na lekcji języka polskiego w liceum. Wspaniały profesor Czesław Latawiec uczył nas o ars poetica.
Ciekawe, czy dziś w liceum tego uczą i czy to aż tak zapada uczniom w podświadomość.
I nie zapominaj Joanno o przemocy domowej – sloik musztardy:))
Tu tez jednak nic z tego nie wyniklo, bo Jozef potraktowal cala rzecz z odpowiednim dystansem, i jeszcze sie nad zmeczona matka ulitowal, zapakowal do lozka, zaparzyl melise, etc.
O, fluid z Celestyną!:)
Dzień dobry, miła istoto ludzka.
Co do kanonu Rameau: myślę, że w polskiej wersji tekstu dlatego jest „Panie Janie”, a nie „Bracie Jacku”, czy „Bracie Kubo”, że pan Jan się ładnie rymuje i daje dodatkowy efekt dzwonowy, podobnie jak dźwięczne i rześkie : „rano wstań, rano wstań”!.
Joanno, już i żurawie przyleciały, wiosna blisko.
Co do tak zwanej nowoczesności: nihil novi sub sole. To już było, bo pomysłowość ludzka ma swoje granice. Nie dajmy się nabrać i dumnie nośmy łatkę z napisem :”konserwatystka!”. Konserwatyzm też już był, ale przynajmniej niczego nie udaje.
Dzien dobry!
Jakie mile rozmowy tutaj:)
Sowo, dzieki za trop! Wlasnie przeczytalam sobie o tym niedawnym odkryciu Francuzow, polecam ciekawy artykul: „Jean-Philippe Rameau est l’auteur de Frère Jacques”. Pani muzykolog, ktora dokonala tego odkrycia mowi tez, ze Rameau komponowal do slow: „levez-vous! levez-vous!”.
Mnie tez „Pan Jan” nie przeszkadzal, jednak wiedzac teraz, ze wszedzie w Europie starano sie jednak te zakonne konotacje zachowac w tlumaczeniach, nie jestem nim zachwycona:)
Agato, celnie to ujelas: efekt katharsis. Zdradze tu przy okazji, ze w swoim zyciu mialam czas czytania „byle czego”, z rozpedu, gdyz bylo reklamowane i polecane w roznych czasopismach. Nie bede dawala przykladow, w mysl zasady Gospodyni tej strony, ze kiepskie czy niegodne polecenia ksiazki tutaj sie przemilcza. Mowie o tym dlatego, ze kiedy jako marnotrawna cora wracalam do ksiazek MM, nastepowal wlasnie ten efekt katharsis, wszystko znajdowalo sie znowu na swoim miejscu.
Tutaj nawiaze troche do Mamy Isi, ktora pisala o tym, kiedy pani Malgorzata moglaby znalezc sie na czele modnych, nagradzanych i wszedzie recenzowanych (ale nie wiadomo czy kupowanych, ekhem) wspolczesnych pisarzy.
Tu nawet nie chodzi o to, ze ten trup mialby sie slac gesto, ale o to, ze wszelkie zbrodnie, niegodziwosci i anomalie bylyby podswiadomie przez czytelnika usprawiedliwiane (bo tak to czesto sprytnie w owych dzielach wyglada). Mowie jako potworny laik, wiec jak tu sa lieteraturoznawcy, to prosze sie ze mnie nie smiac.
Jak to dobrze, ze mozemy plynac pod prad:) Do rzeczy tutaj polecanych mam pelne zaufanie.
Agato, witam Cię w naszych skromnych progach.
Dziękuję za miłe słowa i za ciekawy trop malarski. Florence Harrison już znałam, ale Ikenaga Yasunari – nie! A to rzeczywiście interesujące obrazy, utrzymane w duchu tradycyjnego malarstwa japońskiego, choć raczej pozbawione jego głębi i symboliki. Technicznie mistrzowskie!
Dzień dobry!
Sowo, jeśli tak, to miło. Rameau bardzo lubię. Musiał to być pogodny, pełen harmonii człowiek.
Dzień dobry:)Witam po powrocie spod samiuśkich Tater. Załapałam się na trzy dni zimy i udało mi się powędrować po oblodzonych ,a potem pięknie ośnieżonych szlakach.Oczywiście nie za wysoko.
Zanim spadł śnieg w Dolinie Strążyskiej widziałam maleńkie koniuszki krokusów.
A u mnie w ogrodzie całkiem już spore czubeczki tulipanów i kotki na leszczynie.I jakaś ptaszyna śpiewa, może kos, ale ja niestety nie rozróżniam.
Jak to miło po powrocie poczytać Wasze wpisy.Czekałam na wiadomość o Wannabe, której wprawdzie nie znam, ale myślałam o niej często i bardzo ciepło.Teraz już będzie tylko lepiej.:)
Ubawił mnie wpis mamy Isi o rodzinie patchworkowej w Jeżycjadzie.To by dopiero było nowocześnie.Dobrze,że tym nieskazitelnym Borejkom przytrafiło się chociaż nieślubne dziecko Róży, ale i tak DUA zepsuła cały efekt spokojnym i wręcz radosnym przyjęciem tego faktu przez całą rodzinę.I oczywiście Fryderykiem, który się nawrócił i zrozumiał,co jest najważniejsze.Jeżycjadowy świat jest dzięki Bogu strasznie konserwatywny.:)Pozdrawiam serdecznie.
Francuzi utrzymują, że „Frère Jacques” zostało skompnowane przez Jeana-Philippe Rameau (manuskrypt różnych jego kanonów, w tym właśnie tego, znaleziono ponoć niedawno w paryskiej Bibliotece Narodowej). Na YT można zobaczyć urocze wykonanie Ensemble Le Parnasse français.
Pradziadek, nie dziadek.
Co do tłumaczenia „Brata Jakuba”, nie znam jego historii, może tłumacz był mało natchniony, albo zobligowany okolicznościami zewnętrznymi, nie wiem. Ale, prawdę mówiąc, nigdy mi to szczególnie nie przeszkadzało, ani dziwiło skąd pan Jan, bo sama czuję się nieswojo, gdy dzwony biją, a ja jeszcze jestem w łóżku. Zawsze traktowałam to jako zwyczajną przyganę dla leniuchowania o poranku, gdy życie w mieście dawno sie już toczy swoim rytmem. A swoją drogą, zauważyliście jak w ostatnich latach drastycznie zmalała ilość dzwonów dzwoniących w miejskich kościołach? Na wsiach jest trochę inaczej, ale w miastach obawiam się, że za parę lat dojdzie do tego, że dzwoniące dzwony będą już tylko ciekawostką turystyczną.
Tekst łaciński najpiękniejszy, zgadzam się z DUA. Od dziś będę uczyć Sowiątka tej wersji, zaszpanujemy latem w piaskownicy. ;) A wiecie pewnie, że można od paru lat kupić podręczniki do nauki łaciny dla przedszkolaków? Pewnie wiecie, mam wrażenie, że była już kiedyś mowa o tym w KG.
Cóż, Mamo Isi, właśnie takie pomysły powodują, że mój stosunek to tego zespołu jest z roku na rok coraz bardziej ambiwalentny. Przy tej okazji rodzą mi się też refleksje natury ogólniejszej, z których najłagodniejsza jest taka, że nie zawsze znajomość tekstu oznacza jego zrozumienie. Obawiam się również, że dzisiaj artysta, który dorobił się sławy może pozwolić sobie na każdą błazenadę, a publiczność i tak będzie zachwycona, bo skoro jest sławny, to automatycznie znaczy, że dobry i mądry. Wystarczy podbudować swoją sztukę mniej lub bardziej karkołomną filozofią, gdzie szczególną rolę odgrywa dziś przymiotnik „dekonstruktywny” i to, o zgrozo, używany w pozytywnym znaczeniu, i już można sprzedać ludziom cokolwiek. W dzisiejszych czasach król bardzo często przechadza się nago, tylko śmiałków, by to głośno powiedzieć, jakby mniej. A wniosek najsmutniejszy jest taki, że talent, czasem wręcz genialny, niekoniecznie idzie w parze z głębią ducha. Ale mam nadzieję, że to nie jest ten przypadek.
PS Kontratenorino jest pochodzenia rosyjskiego, jak samo nazwisko wskazuje. :) Ponoć dziadek uciekając przed rewolucją do Francji, tak się przedstawił na granicy i tak już zostało.
Dobry wieczór!
Chciałam się najpierw ze wszystkimi przywitać, ponieważ piszę po raz pierwszy. Nie raz już zaglądałam na Pani stronę Pani Małgosiu, ale jakoś do tej pory nie włączałam się w komentarze czy wypowiedzi. Właśnie oddaję się lenistwu podczas końcówki (już niestety) moich ferii i regeneruję siły przed powrotem do moich uczniów – Czytanie Waszych wpisów niezmiernie w tym pomaga i napawa świeżym optymizmem. Próbowałam nadrobić wpisy przynajmniej te tutaj, ale to bardzo żmudne zadanie.
Najnowszy „Feblik” oczywiście przeczytany – zawsze czekam ze zniecierpliwieniem na Pani książki, ale zawsze też lektura sprawia mi tyle przyjemności i daje efekt katharsis – dziękuję! Czekam oczywiście na „Ciotkę Zgryzotkę”, choć tym razem może nie tak niecierpliwie, bo stos książek czekających na czytanie ostatnio znacznie urósł.
Widziałam gdzieś „po drodze”, że ktoś pytał o serial „Jeeves and Wooster” z Hugh Lauriem i Stephenem Fry’em – większość odcinków można znaleźć na YT. Uwielbiam! Uwielbiam P. G. Wodehouse’a, jego idylliczny nieco świat, slang, stroje, humor – moje lekarstwo na chandrę! Czytając parskam śmiechem, jak kończę jedną to kupuję następną (Jak dobrze, że Wodehouse tak dużo pisał :) ) Ach, co ja bym dała, żeby mieć takiego Jeevesa ;)
Wybaczcie mi, ale nie będę się zapoznawała ze wszystkimi wpisami od początku (a przynajmniej nie od razu i nie na raz :) ) Chciałam się zapytać czy zna Pani/znają KC ilustratorkę Yelenę Bryksenkovą – moje niedawne odkrycie; myślę, że mogłaby się spodobać :) Albo Florence Harrison prerafaelicką ilustratorkę tomów poezji i książek dla dzieci – cudo! I ostatnie (obiecuję) japoński malarz Ikenaga Yasunari, który maluje piękne portrety.
Pozdrawiam Wszystkich ciepło. Postaram się tu zaglądać – na pewno od czasu do czasu, żeby naładować się pozytywną energią :) Ponieważ jestem też melomanką, żegnam się muzycznie – łagodnymi włoskimi tonami kołysanki śpiewanej przez Cheta Bakera synkowi: Chetty’s Lullaby. Dobranoc!
Dobry wieczór! Była dziś i wzmianka o Camino! :)
O „Frere Jacques” też kiedyś gdzieś w sieci czytałam, że korzenie ma kanon na szlaku św. Jakuba właśnie. Melodia miała motywować pielgrzymów- śpiochów do dalszej wędrówki. :) Z drugiej strony- właśnie poszperałam- angielska, francuska i nawet hiszpańska Wikipedia na ten temat milczą. Ot, zagadka.
Ściskam Wszystkich i dobranoc!
Zosiu, wspaniałe wieści!
Gratuluję serdecznie!
Jestem też pewna, że obejdzie się bez kciuków, ale co tam, potrzymam.
Cześć wszystkim! Długo nie zaglądałam, ale byłam zajęta nauką. To teraz uwaga, będę się chwalić. Dostałam się do finału olimpiady z polskiego! Trzymajcie kciuki 29.02 kiedy będę się męczyć nad rozprawką i 01.03 kiedy zestresowana będę odpowiadać Szanownej Komisji na pytania dotyczące lektur, znajomości języka i zainteresowań czytelniczych :) :) :)
Ale się cieszę! Uściski dla wszystkich! :)
To ja na chwileczkę wpadnę w to siedlisko zarazy;))) Ściskam pozostałych zarażonych oraz nade wszystko Matkę Zadżumionych i lecę na próbę chóru;)))
Aha, ciekawe.;)
Dobry wieczór, Niezapominajko.
Czuję się prawie jak ojciec zadżumionych!
Ale i tak się cieszę.
Dziękuję i pozdrawiam serdecznie całe zarażone grono!
Ciekawe, kim jest tajemnicza panna na okładce..
Witam serdecznie panią Małgosię i wszystkich Księgowych!
Miłością do Jeżycjady zaraziła mnie koleżanka ze szkoły. A ja zaraziłam swoją ciocię, która zaraziła moją kuzynkę,która zaraziła swoje przyjaciółki. Teraz wszystkie jesteśmy fankami Jeżycjady i z niecierpliwością czekamy na ,, Ciotkę Zgryzotkę’. Chcę podziękować Pani Małgosi za to, że stworzyła tak wspaniałą serię, a w szczególności ,, Szóstą klepkę”!
Ale i tak łacina najlepsza. „Resonant campanae”- któryż język lepiej to wyrazi?
Wersja czeska cudna! „Bratře Kubo” :)
Po polsku powinno byc zatem moze „Bracie Kubo”? Albo „Bracie Janie”…
We Wloszech z kolei spiewa sie „Fra Martino” (Bracie Marcinie).
Przekład angielski:
Are you sleeping, are you sleeping,
Brother John, brother John,
||: Morning bells are ringing, :||
Ding ding dong, ding ding dong.
Czeski:
Bratře Kubo, Bratře Kubo,
Ještě spíš, ještě spíš?
Venku slunce září, ty jsi na polštáři,
vstávej již, vstávej již.
Niderlandzki:
Broeder Jakob, broeder Jakob,
Slaapt gij nog, slaapt gij nog?
||: Hoor de klokken luiden, :||
Bim bam bom, bim bam bom!
Węgierski:
János bácsi, János bácsi
Keljen fel, keljen fel!
||: Húzza a harangot!:||
Bimm, bamm, bumm, Bimm, bamm, bumm.
etc.
Dzień dobry Wszystkim :) Co sądzicie o książce naszego polarnika – Marka Kamińskiego ” Odkryj, że biegun nosisz w sobie ” ? Bo mnie się podoba – budująca :):) Miłego dnia.
Mamo Isi, za Wikipedią:
Historia tego kanonu sięga najprawdopodobniej późnego średniowiecza i związana jest z historią szlaków pielgrzymkowych do grobu św. Jakuba Apostoła.
Być może pierwotna wersja powstała w języku łacińskim, który w tamtych czasach był językiem liturgicznym i międzynarodowym – społeczność pielgrzymów mówiła przecież bardzo różnymi językami. Być może pieśń powstała w którejś z grup pątniczych w jej ojczystym języku i wersja łacińska była jednym z pierwszych tłumaczeń.
Quare dormis, o Iacobe,
Etiam nunc, etiam nunc?
||: Resonant campanae, :||
Din din dan, din din dan.
:)
Motywowanie memloków manipulacją mentalną. Mniam, mniam. Miła Madziu, merci!
Dzień dobry.
Czytam sobie dalej, dawkując.
Fabuła „Feblika” fascynuje. Małgorzata Musierowicz ma mistrzowskie, mądre, malarskie metody motywowania młodzieży, mazgajów, memloków, miągw. Natomiast nigdy nie nudzi!
Krocie kalamburów korzystnie kształtuje klasyczną kolekcję.
Humor hartuje!
Jeżycjada – jednoczy!
:) :) ;)
Dziękuję, Starosto, dziękuję, Sowo P., jesteście kochane! Ach, Starosto i Helenko, dziękuję za komplementy:) Lubię komplementy:)))
Czyli jednak w XVII wieku nie nadużywano cierpliwości nieba, tak jak to czynią p. cynkista i p.skrzypek, już nie mówiąc o Philippe Jaroussky;) Chociaż z wdziękiem to czynią. Nb. czy ten ostatni jest polskiego pochodzenia (domniemywam tylko na podstawie nazwiska)?
Sowo P., kos śpiewa u nas co wieczór. Z piosneczek maleństwa bardzo lubią „The Animals went in Two by Two” aż do dziesięciu oraz „Frere Jacques”. Dopiero na stare lata do mnie dotarło, że ta ostatnia piosenka została niedopuszczalnie i bezsensownie ześwieczczona przy tłumaczeniu na język polski. Kto i kiedy to zrobił, Sowo? Przecież w oryginale zakonnik wzywa współbrata Jacka, żeby się obudził, bo dzwonią na jutrznię. Dlaczego nieszczęsny pan Jan ma wstać z powodu dzwonów, nikt nie wie, łącznie z najstarszymi góralami.
Sowa potrafi!
Jestem pod wrażeniem.
Dobranoc!
Rzeczywiście, to co sobie można wyobrazić, tam jest
I to, czego wyobrazić sobie nie można, też.
I to jest wszystko, o Muzo, co mogę powiedzieć,
A więc kończy się [mój] śpiew i kończy się śmiałość.
I tak dalej (jest jeszcze jedna zwrotka o tym, ze w piekle są nienawistnicy, pełni zła i, że stamtąd pragnie się jedynie uciec. Ostatnia zwrotka jest powtórzeniem pierwszej). Zasadniczo, mamo Isi, w tekście nie ma nic z komedii, to tylko (nad)interpretacja L’Arpeggiaty. W dodatku z wykorzystaniem dość już ogranych motywów – po pierwsze, że za śpiew biorą się ci, co do śpiewania nie byli kształceni (cynkiści, na przykład), a po drugie, że ci, co siedzą w niebie, tak naprawdę tęsknią do piekielnych rozrywek (o których ciaccona nic nie mówi). :)
Mamo Isi, ale nie wzywaj dziś przypadkiem słoni, po obejrzeniu piosenki „Hickory, dickory dock” Sowiątko bardzo je znielubiło. Gruby, niebieski słoń wlazł na zegar i ku przerażeniu dziecka zgniótł go w drobny mak. Dziecko wybuchnęło głośnym szlochem: „zepsiuuł! Chyba zawiesimy chwilowo early learning.
Trzecia i czwarta zwrotka ciaccony tłumaczone na bardzo szybko, więc nieszczególnie:
Tam, na górze, nigdy nie królują lód, wiatr czy upał
Klimat jest zawsze łagodny,
Pada deszcz, ale nie ma ulewy ni burzy,
A niebo zawsze jest pogodne.
Ogień, lód, tam, och, co za groza,
Przymrozek, burze i wielki upał,
W jednym miejscu wszystkie złe pogody,
Łączą się tam na dole, och, co za nieszczęście.
Lepiej, lepiej! O wiele lepiej!
Mama Isi jest jedyna w swoim rodzaju.
A ja, Mamo Isi, lubię Twoje wpisy. Śmieszą jak przedwojenne, polskie komedie.
Dobry wieczór, miła Bożenko!
Mamo Isi, na ogół te rzeczy się wie, więc nie wzywaj słoniocy. :)))
To ja tak lapidarnie: zajrzałam do KG, popędziłam na YT wysłuchać kilku piosenek Eugeniusza Bodo, wróciłam uśmiechnięta. Ileż tu zawsze inspiracji czytelniczych, ile miłych przypomnień. Dziękuję DUA, dziękuję Helenko :)
Dobrego wieczoru wszystkim!
Ale to ten Anonim, który to napisał w Mediolanie AD 1675 nie był lapidarny, nie ja!
Rozumiem, że po kolei na zmianę wychwalają raj i wyrażają grozę piekła. W raju widzi się Boga, w piekle na wieczność się Go nie widzi, w raju jest piękna pogoda i spokojne niebo, w piekle ogień i hałas, w raju dźwięczy harmonijna muzyka, w piekle jeno ryczą bestie, w raju jada się nektar, ambrozję i mannę niebieską, w piekle pojęcia nie mam co, jeżeli w ogóle, bo im dalej w las, tym mniej rozumiem;( Ratunku, słoniocy!
A zawsze mówię: lapidarność, lapidarn